Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ IV

Dążenia indywidualne i konieczności społeczne

Patrząc się na dzieje społeczeństw i życie jednostek, przychodzimy do przekonania, że w stosunkach i rzeczach ludzkich tkwi naturalna konieczność, według której się poruszają, dążą, rozwijają i przeznaczenia swego dopełniają t.j. dobiegają do kresu, wytkniętego im przez naturalną konieczność.

Tej naturalnej konieczności zmienić, znieść, wstrzymać człowiek nie może. Sam on bowiem jest tylko cząstką wszechświata, otaczającej go natury, a zatem wszelkie myśli i czyny jego podlegają ogólnej naturalnej konieczności. Pozorna i rzekoma wolność jego nie zdoła w niczym zmienić koniecznego biegu rzeczy.

Prawdę tę uznaje pospolity rozum, jeżeli chodzi o te grubsze rysy zjawisk, o te namacalne i widome każdemu zdarzenia natury i życia ludzkiego. Ale tej samej prawdy nie pojmuje, jeżeli chodzi o drobne, mikroskopijne rysy osobistych czynów i działań; tu, nie widząc na jawie musu ani konieczności, mniema, że wola ludzka panuje nad rozwojem wypadków, nad czynami jednostki, że człowiek sam „kuje losy swoje" że „jak sobie ściele, tak się wysypia".

Nie dotykajmy na razie tej pięknej mrzonki o wolnej woli ludzkiej, ale rozważmy tylko, jaką rolę może ona odgrywać wobec naturalnych konieczności, spełniających się wżyciu społeczeństw i jednostek. Wszakże z „wolnej woli" płynące czynności człowieka dadzą się sprowadzić do jednego wspólnego mianownika, a tym jest: zachowawczość. Natomiast wszelkie z naturalną koniecznością spełniające się przebiegi zjawisk i zdarzeń w życiu natury i społeczeństw dadzą się również sprowadzić do wspólnego mianownika, którym jest: zmienność, znikomość. W dziedzinie natury wszystko wiecznej podlega zmianie i znikomości— człowiek chciałby wiecznie wszystko utrzymać, zachować.

Ta sprzeczność dążeń natury i „wolnej woli" człowieka wieczną klątwą ciąży na życiu jego i skazuje go na bezustanną, bezowocną walkę z koniecznościami naturalnymi. „Wolna wola" jego jest to wolność lwa zamkniętego w klatce zwierzyńca, wolność szamotania i kręcenia się w kółko, choć go wraz z klatką właściciel zwierzyńca obwozi według upodobania. Ale samo tylko poznanie tej prawdy, że wolność ludzka rozbija się o naturalne konieczności, jak fale morskie o brzeg skalisty, nie miałoby jeszcze tak wielkiej wartości. Ważniejszym jest to, by ze stosunku tej wolności ludzkiej do naturalnej konieczności poznać istotę i charakter wszelkiego działania ludzkiego.

Nad tym zastanówmy się teraz. Widzimy, że wszelkie działania ludzi dążą do utrzymania i zachowania tego, co naturalną koniecznością musi się zmienić i przeminąć, aby ustąpić miejsca nowym zjawiskom. Staramy się utrzymać zdrowie nasze, nad którego zniszczeniem niespostrzeżenie, ale bezustannie, pracuje natura. Staramy się utrzymać życie, nasze nawet wtedy jeszcze, kiedy śmierć już jest koniecznością naturalną. I jak z tymi dobrami osobistymi, tak samo rzecz się ma ze wszystkimi innymi dobrami doczesnymi. Staramy się o utrzymanie majątku nawet na czas pozagrobowy, dla potomstwa naszego: starania te mogą nawet być uwieńczone dobrym skutkiem przez liczne pokolenia; nie mniej znikły już dawno majątki Krezusów starożytności, a majątki dzisiejszych Rothschildów pójdą kiedyś tymi samymi torami.

Wszystkie następnie te urządzenia społeczne, które człowiek tworzy, jako ślepe narzędzie naturalnych dążności i prądów społecznych i które służą różnym celom życia, wszystkie te urządzenia stara się on utrzymać i utrwalić „na wieki", gdy tymczasem ten sam naturalny prąd społeczny, który je wywołał, powoli i nieznacznie je nurtuje i nad zmianą i zniszczeniem ich pracuje. Ustrój społeczny, w którym nam dobrze, chcielibyśmy utrzymać na wieki; a jednak musi on zginąć tak samo, jak jednostka wiecznie żyć nie może. Język, religia, obyczaj, narodowość wszystkie te najwyższe nasze dobra moralne staramy się utrzymać i zachować na zawsze; a jednak i one są tylko przemijające -mi zjawiskami, podkopywanymi przez prąd rozwój u społecznego.

Poświęcić szczęście i życie dla utrzymania tych dóbr moralnych uważamy za najwyższy nasz obowiązek, a czyny poświęcenia tego nazywamy szlachetnymi i bohaterskimi.

Potępiamy zaś jako tchórzostwo i podłość poddanie się naturalnej konieczności, porywającej dobra te w bezdenną przepaść nicości. Stawiać opór popędom naturalnym wysiłkami ascetyzmu uchodzi za dowód wzniosłości umysłu, przed którą czołem bijemy; dać folgę naturalnym popędom i koniecznościom uważamy za niski materializm. Bohaterami naszych tragedii są zapaleńcy, porywający się na nieprzezwyciężone potęgi życia i świata i ginący w walce z tymi potęgami: nie szczędzimy im podziwu. Im większe ich opętanie, tym „większymi" są w naszych oczach.

Szalonych zdobywców, chcących świat podbić i światowe zakładać państwa, ludzi którzy zdziałać chcieli, co jest niemożliwe, nienaturalne i których dzieła runąć musiały w mgnieniu oka, bo się sprzeciwiały naturalnemu koniecznemu porządkowi rzeczy, Cyrusów, Aleksandrów, Cezarów i Napoleonów uwielbiamy jako półbogów. „Pospolity" człowiek, który spokojnie poddaje się koniecznościom naturalnym, a świata nie chce postawić do góry nogami, przechodzi niepostrzeżenie, on nie godzien uwagi naszej.

A jednak cała nasza „wolność" woli i działania wraz z całym heroizmem naszym nie zdołają nigdy zapobiec spełnieniu się naturalnych konieczności i czynią je dla nas tylko boleśniejszymi. Tkwiąca w stosunkach i rozwojach społecznych konieczność spełnia się, pomimo wszelkich naszych przeciwnych usiłowań, a jeżeli prawda, że życie ludzkie jest ciągłą walką z potęgami natury, to niemniej pewnym jest, że człowiek na żadnym punkcie walki tej nie zostaje zwycięzcą.

Wszystko, co w tej walce, w tych przebiegach i rozwojach zjawisk i wypadków się dzieje, jest wynikiem naturalnej konieczności: nigdy i nigdzie tam „wolna wola" nic zmienić nie może. Ta wolna wola człowieka, jak wahadło, wiecznie tylko oscyluje w jedne i drugą stronę po za linią konieczności, ale spełnia się tylko, ilekroć z linią tą się schodzi. Niechaj mi wolno będzie użyć tu porównania nieco trywialnego. Dajmy na to, że z kupy korków różnej wielkości mamy dobrać korek do danej flaszki. Otóż można by powiedzieć, że w stosunku otwartej flaszki do kupy korków tkwi naturalna konieczność, która się spełnić musi, bez względu na wmieszanie się w to wolnej woli człowieka. Ta wolna wola może się tylko w tym objawić, że kilkanaście lub kilkadziesiąt nieprzydatnych korków próbujemy wetknąć do flaszki, aż nareszcie trafimy na jedyny przydatny, którym się flaszkę zatyka; trafiwszy na ten jedyny przydatny korek, mający odpowiednią otworowi flaszki wielkość, mniemamy, żeśmy wybrali korek, że to nasz wolny czyn zdziałał — ale cała wolność nasza polegała na tym, żeśmy tak długo nie trafiali na przydatny, pókiśmy go nareszcie nie znaleźli. Wiem dobrze, że porównanie to nie tylko jest trywialne, ale jak każde porównanie — kuleje.— Uzupełnijmy je zatem poważniejszym przykładem. Na pozór w żadnej innej dziedzinie wolność człowieka nie rozwija się tak swobodnie i bez przeszkód jak w dziedzinie umiejętności i filozofii. Wszak myśl jest wolna i swobodna, gdzie przez cenzurę nie jest krępowana.

A więc człowiek wolne ma pole do rozwoju myśli swej, a z wolności tej korzystał aż nadto od niezliczonych wieków. Celem zaś wszelkiej pracy myśli ludzkiej jest poznanie prawdy. I cóż za rezultat tej tysiącletniej swobodnej i wolnej pracy umysłowej? Taki sam jak w powyższym przykładzie z korkami. Wśród niezliczonych zawodów i błędów udaje się raz komuś natrafić na korek przydatny do zatkania dziury filozoficznej. Ale czyż rezultat ten można uważać za dzieło wolnego ducha, za zasługę świadomej celu pracy umysłowej. Bynajmniej. Spełnia się tylko tkwiąca w stosunkach i rozwojach myśli konieczność naturalna, a postępując po omacku, szczęśliwy jakiś „myśliciel" natrafia na prawdę.

Umiejętne i filozoficzne badanie, praca „wolnego" ducha naszego, owa najwyższa działalność, wypływająca z „wolności" naszej jest czystą grą w ślepą bankę. Z oczyma zawiązanymi grubą przepaską uprzedzeń i przesądów, kręcimy się w kółko, chcąc uchwycić prawdę, za którą gonimy. Pomimo całego zarozumialstwa, z jakim mamy się za jedyne na świecie istoty myślące, w dziedzinie umiejętności i filozofii, odgrywamy rolę dzieci przed urną loteryjną, w której wśród tysiąca luźnych losów leży jeden wygrywający. Komu się poszczęści wyciągnąć wygraną, tego wieki następne sławią jako:wielkiego myśliciela.

Przypatrzmy się innej dziedzinie wolnego działania i tworzenia, mianowicie dziedzinie prawodawstwa i rozważmy, w jakim tutaj zostaje stosunku wolność ducha ludzkiego do naturalnej konieczności.

Jakże dumni są nasi prawodawcy z prawicy czy z lewicy parlamentu; oni to według swojej myśli tworzą ustawy, nadają prawa ludowi! Całą wiedzę swoje przywożą na targ, wytężają wszystkie siły umysłowe, najlepsze głowy, najzdolniejszych ludzi wybierają do wydziałowi komitetów w celu wypracowania „projektów" do ustaw. A dopieroż te różne „poprawki" do każdego ustępu projektu, do każdego paragrafu i każdej alinei! I cóż jest za rezultat tych wielkich wysileń mózgownic naszych parlamentarnych prawodawców? Najczęściej nędzna fuszerka doktrynerska, która dopiero dostawszy się pod korektę praktycznego życia, przez bezustanne zmiany i reformy, wynikające z nieodzownych potrzeb rzeczywistych stosunków, staje się z czasem ustawą dobrą, odpowiadającą potrzebom życia społecznego.

Słynny prawnik niemiecki, Savigny, widząc tę niezdarność i niezdatność prawodawców, sądził, że to tylko nasz wiek nie ma powołania do prawodawstwa i napisał o tym sensacyjną rozprawę. Uwaga jego była słuszną, ale ten brak „powołania do prawodawstwa" nie jest właściwością „czasu naszego". Nie było nigdy lepiej pod tym względem, ani lepiej nie będzie, ile razy teoretycy zechcą nadawać prawa ogólne i systematyczne, mające regulować pewne obszary stosunków społecznych według jakichś nowych myśli i zasad. Tylko o ile ustawodawca ma przed sobą szczegółowe stosunki konkretne i stosuje się do rzeczywistych potrzeb życia, porządkuje je ze stanowiska istotnych interesów państwa, słowem, o ile zadość czyni konieczności społecznej, o tyle zdoła on stworzyć dobrą ustawę. Tak też działo się w starożytności i w wiekach średnich. Gdy jednak prawodawca za punkt wyjścia bierze jakąś doktrynę, stawia idealne zasady, z nich wyprowadza i według nich formułuje prawa, słowem, gdy zamiast folgować tylko konieczności społecznej, puszcza cugle „wolności umysłowej" i urzeczywistnić chce swoje „idee", to powstają prawa, które uzasadniają zdanie Savigny'ego o „braku powołania" do „prawodawstwa".

W daleko wyższym stopniu okazuje się także brak „powołania" do nowych utworów w dziedzinie praktycznej polityki.

Tu wszystkie dzieła dyplomacji, wszystkie nowo utworzone ustroje polityczne po największej części są tak wadliwe, tak najmniejszej żywotności nie mają, że po traktatach międzynarodowych zawsze dopiero muszą następować odpowiednie „rewolucje" i przewroty gwałtowne, nim utworzony przez dyplomacja ustrój polityczny uzyska naturalne warunki istnienia. Zawsze dopiero prądy rzeczywistych interesów i potrzeb życia społecznego muszą gwałtownym wybuchem stworzyć sobie własne koryto polityczne i naprawić to, co sklecili wielcy politycy przy zielonym stoliku.

Pozostaje nam tylko jeszcze do rozważenia jedna kwestia, mianowicie, w jakim stosunku zostaje ta „wolność" człowieka, do jego szczęśliwości i czy poznanie nicości i złudności wolnej woli przyczynić się może do zmniejszenia jego niedoli?

Zaiste, gdyby człowiek zawsze i wszędzie znał i przewidywał nieodzowne konieczności, mógłby sobie wiele nieszczęść oszczędzić, poddając się z góry tym koniecznościom. To jednak już dlatego jest niemożliwym, że takie poznanie i przewidywanie nie może być udziałem ogółu, ale co najwięcej niektórych wyjątkowych jednostek, a następnie też i dlatego, że owo wahanie się po obu stronach linii konieczności, o której mówiliśmy, ugruntowane jest w naturze człowieka, a zatem także jest koniecznością.

Chociaż zatem trudno przypuścić, aby dla ogółu ludzi usunąć można wszystkie smutne rozczarowania, pochodzące z przeciwieństwa wolności z koniecznością, warto jednak zastanowić się nad tym, czy by w niektórych stosunkach życia znajomość konieczności naturalnych i zastosowanie się do nich nie mogło zmniejszyć nieco sumy niedoli, którą człowiek w życiu przebyć musi.

Wiemy, że człowiek nigdy i nigdzie nie występuje jako istota odosobniona; nie mógł on nigdzie istnieć inaczej, jak w społeczeństwie. Jeżeli zaś przedstawiamy sobie człowieka zawsze jako istotę społeczną (a inaczej trudno go sobie wyobrazić), rzecz prosta, że szczęśliwość jego i powodzenie zależy zawsze od szczęśliwości i powodzenia grupy społecznej, której jest cząstką. Popęd zatem zachowawczy, który od samego początku jest najsilniejszym motywem wszelkiej działalności człowieka, z góry jest zawsze popędem społecznym. Objawia on się w trzymaniu się swej grupy i w żądzy wyzysku obcych na korzyść swoich.

Ten społeczny popęd zachowawczy, którego odwrotną stroną jest dążenie do ucisku i wyzysku obcych, prowadzi przedsięwzięcia ludzkie w coraz nowe dziedziny jak np. gospodarczą, państwową, a nawet w dziedziny umiejętności, sztuk i udoskonaleń technicznych.

We wszystkich tych dziedzinach działalności ludzkiej wolność jednostki wchodzi w kolizją z koniecznościami społecznymi, a ponieważ z natury rzeczy te ostatnie zawsze odnoszą zwycięstwo nad pierwszą, wynika stąd przewaga nieszczęść i niedoli w życiu jednostek.

Gdyby więc człowiek mógł znać tkwiącą w stosunkach i rozwojach społecznych naturalną konieczność i gdyby miał tyle siły abnegacji, aby się zawsze do nich stosował, wtedy mógłby być o wiele szczęśliwszym.

Otóż w ogóle jest to niemożliwe dla wielu przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych. Rozważmy jednak, czy w niektórych ze wspomnionych dziedzin nie dałaby się pomyśleć możliwość podporządkowania dążności osobistych pod konieczności społeczne.

przede wszystkim pod tym względem zasługuje na uwagę ta dziedzina dążeń ludzkich, w której znajomość naturalnych konieczności najdalej postąpiła: jest to dziedzina życia indywidualnego. Tu bowiem ludzie najmniej się łudzą co do naturalnych konieczności i przywykli już do poddawania się tymże. Każdy jako-tako rozsądny człowiek wie, że umierać musi i poddaje się tej naturalnej konieczności, kiedy kres życia nadchodzi.

Wprawdzie jednej rzeczy jeszcze nie nauczyły się niektóre narody, albo może zapomniały o niej wskutek fałszywego kierunku wykształcenia i wychowania, mianowicie: jak mała jest wartość życia ludzkiego. Nieszczęsna zarozumiałość czyni, że właśnie narody cywilizowane przywiązują do życia zbytnią wartość, utratę onegoż uważają za „wielkie nieszczęście" a zatem na utrzymanie tegoż zbyt wielką kładą wagę i przesadne robią starania. A jednak postępowanie, że tak powiem, natury samej, powinno by nas nauczyć, jak małej wartości w istocie jest życie ludzkie.

Bo zważmy tylko jak z jednej strony obficie tryska źródło życia w naturze, a jak z drugiej strony ta sama natura marnotrawnie postępuje i miliony żywotów trwoni bez rachunku i bez skrupułów. Jedno trzęsienie podziemne, a tysiące ludzi ginie bez śladu! Pierwsze lepsze silniejsze poruszenie atmosfery, a głębie morza pochłaniają setki ludzi! Niema chwili w biegu czasu, by gdzieś na kuli ziemskiej nie srożyła się zaraza jakaś i krociami nie zabijała ludzi.

Jedno lato suche, a gdzieś tam w Indiach czy Chinach mrą miliony jak muchy. Wprawdzie natura może sobie pozwolić tej, według naszego mniemania, „okrutnej" zabawki, boć przecie z obfitego jej źródła życia codziennie miliony nowonarodzonych wysypuje się na kulę ziemską.

Ale, wobec tych stosunków i tego postępowania natury, czyż jest uprawnionym takie przecenianie wartości życia, jakie znajdujemy u ludów cywilizowanych? Ileż by ludy te oszczędziły sobie nieszczęść i niedoli, gdyby zniosły różne urządzenia społeczne, prawne i polityczne, wypływające z tego zbytniego przeceniania wartości życia!

Popęd do zaspokojenia potrzeb naturalnych pcha człowieka na pole gospodarstwa. Wiadomo, jaka ciężka tu jest walka jego z naturą. Konieczności naturalne, nieprzełamane warunki przyrody zewsząd na niego napierają; musi on stawiać im czoło i o każdy kęs chleba mozolić się w krwi i pocie. Na pozór odnosi on liczne zwycięstwa nad naturą, która w końcu jednak zawsze tryumfuje. W dwóch kierunkach rozwijają się tu dążenia jego. Walczy on bezustannie o dobra doczesne, które jednak w chwili śmierci porzucić musi. Stara się wiecznie o zwiększenie tego mienia, aby się zrównać z możniejszymi i bogatszymi, a jednak nierówność ekonomiczna jest koniecznością naturalną.

Potrzeby ekonomiczne stwarzają ustrój państwowy, który ma być dla jednych środkiem zaspokojenia wyższych potrzeb ekonomicznych kosztem drugich, choć niekoniecznie na szkodę tych drugich.

Otóż jak wszystkie zjawiska naturalne tak i urządzenia społeczne i państwa są znikome, śmiertelne, a starsze upadające ustąpić muszą miejsca młodym dźwigającym się. A jednak ileż. bezowocnych czynimy, zabiegów, aby utrzymać to, co z konieczności naturalnej upaść musi! Również, wobec urządzeń wewnętrznych państw, „wolność" nasza zapoznaje granice naturalnych konieczności.

Dążymy zawsze z wytężeniem wszystkich sił do stanu rzeczy, którego natura nie znosi, do „wolności" która jest niemożliwą, do „równości", która się przeprowadzić nie daje, bo sprzeciwia się warunkom naturalnym itd.

Stąd wewnętrzne życie państw pełne jest zawsze walk i krwawych zajść, z których wielką część można by sobie oszczędzić, poddając się roztropnie koniecznościom naturalnym.

Na jednym tylko polu „wolność" człowieka, od czasu do czasu odnosi tryumfy, mianowicie na polu techniki, umiejętności i sztuk, słowem—na polu działalności czysto duchowej. Ale pochodzi to po prostu stąd, że na tym polu cała sztuka leży w tym, aby zbadać naturę, podsłuchać i podpatrzyć ją. Wszelkie usiłowania i dążności ludzi na tym polu skierowane zatem są tylko ku odkryciu tajników natury, albo ku odtworzeniu jej zjawisk. Ponieważ zaś natura zostaje się zawsze ta sama, prawa i zjawiska jej są wiecznie nieodmienne, potok zaś rodu ludzkiego bezustannie płynie, a uwaga ludzi wytężona jest zawsze w tę jedne stronę: więc od czasu do czasu udać się musi jakiś wynalazek techniczny, odsłonięcie jakiejś prawdy umiejętnej albo odtworzenie natury w dziełach sztuki.

Tu więc wolna działalność ludzka o tyle tylko tryumfuje, o ile wnika w tajniki natury, a zatem o ile poznaje konieczności naturalne, do nich się stosuje; im się poddaje lub prawdę naturalną w dziełach sztuki odtwarza. W gruncie rzeczy zatem wie wszystkich tych wypadkach nie jest to „tryumf" „ducha" nad naturą, ale hołd złożony naturze.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 08 2011