Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ II

Jednostka i grupa

Największym błędem psychologii indywidualistycznej jest mniemanie, że człowiek, jako jednostka, myśli. Z tego mniemania wypływa wieczne szukanie źródła myśli ludzkich w jednostce, śledzenie przyczyny, dlaczego jednostka tak a nie inaczej myśli, nareszcie udzielanie rad, jak człowiek myśleć ma. Tymczasem źródło myśli człowieka nie leży wcale w nim, ale w jego grupie społecznej; nie on myśli, tylko społeczeństwo, do którego należy; ono bowiem otacza go od dzieciństwa atmosferą myśli, którą on oddycha. Nie w jednostce wylęgają się myśli, ale w społeczeństwie; każda myśl jest produktem społecznym, a myśl jednostki jest tylko koniecznym refleksem jej umysłu na wpływy społeczne.

W optyce i akustyce obliczyć możemy, pod jakim kątem następuje oddziaływanie na wpadający z zewnątrz promień lub ton. W dziedzinie myśli takie same stałe prawa istnieją, tylko że ich nie możemy oznaczyć z taką dokładnością. Tyle wszakże jest pewne, że bez wrażenia społecznego, bez wpływu społecznego z zewnątrz, umysł nasz nie wydałby żadnej myśli. Filozofowie materialistyczni przyjęli jako zasadę że: nil est in intellectu quod prius non fuit in sensu. Słuszniej moglibyśmy powiedzieć: quod prius non erat in societate.

W tym procesie powstania i tworzenia myśli jednostka odgrywa tylko rolę pryzmatu, odbierającego z zewnątrz promienie, łamiącego je w sobie i przepuszczającego następnie w innym kierunku.

Wprawdzie i dawniej psychologowie i filozofowie rozprawiali wiele o wpływie otoczenia na umysłowe wykształcenie jednostki, uważali oni jednak wpływy te za czynnik podrzędny. Rzecz jednak ma się zupełnie przeciwnie. Medium społeczne, w którym jednostka żyje i działa, jest pierwszorzędnym czynnikiem, kształcącym umysł jej; w stosunku do tego otoczenia społecznego, od dzieciństwa do wieku dojrzałego zachowuje się ona biernie, a nawet w wieku dojrzałym najszczuplejszej zaledwie garstce wybranych myślicieli danem jest wyswobodzić się z pod ciążącego na umysłach ich jarzma wiekowych przesądów i uprzedzeń i zdobyć sobie samodzielne myśli stanowisko.

Ale czy i tym wybranym udać się może całkowite wyswobodzenie się z pod odziedziczonych prawie zapatrywań, jest to jeszcze wielka kwestia, dlatego, że formy ich myślenia a więc, że się tak wyrazimy, narzędzia ich myślenia nie są samodzielnego, własnego ich wyrobu, ale pochodzą ze wspólnej społecznej fabryki myśli, która im od dzieciństwa dostarczała tych narzędzi i aparatów. Dlatego, choćbyśmy nawet przypuścili, że wiek bierności umysłowej ustaje z zupełną dojrzałością człowieka, to jednak zachodzi pytanie, czy nawet największy filozof zupełnie wyswobodzić się potrafi od wszczepionych mu od dzieciństwa form myślenia, które poniekąd leżą już w języku ojczystym, bez którego myśleć nie może. Za dowód zaś, jak trudne jest to wyswobodzenie się, może służyć okoliczność, że wielcy filozofowie zmuszeni bywają dla samodzielnej myśli swej tworzyć sobie nowe wyrazy, osobny prawie język.

Przypatrzmy się jednak życiu człowieka „przeciętnego," aby pojąć przeważny wpływ otoczenia na umysłowe jego usposobienie. Dziecięciem jeszcze, odbiera on pierwsze wyobrażenia i zapatrywania od tych, którzy go wychowują. Już sam sposób postępowania rodziców czy opiekunów wpaja w niego pierwsze pojęcia moralności. Następują potem udzielane mu nauki, pochwały i nagany, nagrody i kary, nadzieje w nim budzone, obawy i groźby którymi się go straszy — wszystko to są żywioły, z których się tworzy umysł jego.

Nim się spostrzeżemy, młoda istota ludzka stoi przed nami, jako wierne odbicie swojej „rodziny," wziąwszy wyraz ten w najszerszym znaczeniu, w znaczeniu rzymskiej „familii," która obejmuje cały dom. wraz ze służbą, niewolnikami i domownikami. Umysł jego nosi na sobie piętno wrażeń nań wywartych, jak gipsowa figura oddaje formę, w którą ją wlano.

Tak wyposażona młoda jednostka, wstępuje w „świat" t. j. w koło towarzyszów, wykształconych najczęściej na tę samą modłę. Zapatrywania ich są najczęściej te same Wpojono w nich od dzieciństwa uszanowanie dla osób i rzeczy pewnych kategoryj, przeciwko osobom i rzeczom innych kategoryj wpojono w nich wstręt i nienawiść; ba! nawet zmysł smaku wykształcono w nich w jednym ogólnospołecznym kierunku. Są to słowem same zegarki, które tak idą, jak je uregulowano i nakręcono.

Któż więc właściwie tutaj myśli, czuje, smakuje. Czy jednostka? Bynajmniej. Raczej grupa społeczna, która to młode pokolenie wydała. Są to jej myśli, jej uczucia, jej smak i zapatrywania, a zatem też jej zamiary i cele, jej widoki i czyny, których nowe zarody tu się rozwijają. Jest to wiecznie ten sam pacierz za panią matką.

A uprzytomnijmy sobie tylko, że to wszystko zbiera się w umyśle jednostki, jako osad duchowy umysłowego życia poprzednich pokoleń w ubiegłych wiekach! Tysiącletnie doświadczenia, które od wieków już jako zapatrywania i wyobrażenia przechodziły dziedzicznie z pokoleń na pokolenia; przedhistoryczne i historyczne losy, których głębokie ślady od wieków już wyryte są w charakterach i skłonnościach, we formach i sposobach myślenia, w wiekowych sympatiach i antypatiach, przesądach i uprzedzeniach — wszystko to wpojone głęboko w umysł „wolnej" jednostki, zestrzelone tam, jak tysiące promieni w jednym ognisku, żyje w jednostce jako myśl, o której tłum mniema, że to myśl jednostki; odzywa się w niej jako uczucie, o którym tłum mniema, że to uczucie jednostki. A przypisując „wolnej" jednostce tę myśl i to uczucie, tłum czyni ją za nie odpowiedzialną, poczytując jej to za zasługę lub winę.

Największa część ludzi nie wznosi się nigdy po nad ten społecznie odziedziczony zapas myśli i uczuć, a wpływy te moralne z lat dzieciństwa i młodości są dla nich stanowczymi na całe życie. Ledwie nieskończenie drobna cząstka ludzi, wyjątkowo uzdolnionych, w korzystnych zostająca warunkach, rozwija się umysłowo dalej, odbierając wrażenia i wpływy z zewnątrz z po za grupy swojej, jeżeli do tego nadarzy się sposobność. Zwykle jednak przeceniamy bardzo doniosłość i siłę tego „wykształcenia umysłowego," zaczerpniętego ze skarbów umysłowych literatury klasycznej czy nowożytnej. Bo najczęściej, cała ta wiedza szkolna i literacka nie przenika do głębi duszy i nie zdoła przekształcić umysłu ukształconego przez odziedziczone i niemal z mlekiem matczynym wyssane wpływy moralne rodzimej swej grupy społecznej. Przypatrzmy się sprawie tej bez uprzedzenia, a przekonamy się, że całe to tak podnoszone i sławione „wykształcenie" zwłaszcza w szkołach nabyte, ledwie lekkim choć lśniącym potrafi powlec pokostem umysły częstokroć płytkie i podłe, wylęgłe w mętach społeczeństwa. Ani słowa! literatura klasyczna, dzieła sztuki i filozofia potrafią podnieść i uszlachetnić umysły, ale tylko te, które z góry już ku temu posiadają społecznie wykształcone uzdolnienie.

Bo zważmy tylko! Co daje po największej części tak zwanym wykształconym ludziom owo w szkołach nabyte „wykształcenie?" Trochę wiedzy i nic więcej. Ale czy wiedza zmienia sposób myślenia, czy zmienia uczucie? Kto zna życie i ludzi, ten wie, jak małoznaczny jest wpływ wiedzy na umysł i serce. Stąd to pochodzi smutne zjawisko, ludzi, którzy odrobiną Wiedzy swej osłaniają wrodzoną podłość sposobu myślenia, ludzi „fachowych" bez iskierki szlachetniejszych uczuć, ludzi kryjących pod płaszczykiem „wykształcenia" zwierzęcą naturę.

Bo choćby miało być prawdą, co Buckie chce udowodnić, że wiedza i tylko wiedza uszlachetnia ludy i ludzkość, to wpływ ten wiedzy, jakkolwiek przewrotnym się może zdawać to twierdzenie, musi najprzód przekształcić grupy społeczne, a dopiero uszlachetnione grupy społeczne wydają szlachetniejsze jednostki.

Ta pozorna sprzeczność logiczna jest jednak prawdą; bo tylko wiedza grupy społecznego otoczenia wpływa na jednostkę; ale dla tej ostatniej osobiście nabyta wiedza najczęściej już przychodzi za późno. Jednostka bowiem na świat wychodzi najczęściej już wyrobiona, jak bita moneta z mennicy—a później zyskana wiedza już stempla jej umysłowego zmienić nie może.

W czymże bowiem, dajmy na to, wiedza nabyta zmienić może dojrzałego młodzieńca, którego łączą z rodziną, z kołem społecznym, wspólne interesy i który wstępując w świat uważanym i traktowanym jest z góry, jako przynależny do tego koła społecznego, z którego pochodzi, i tym sposobem mimowolnie częstokroć do solidarności ze swoim społeczeństwem poczuwać się jest zmuszonym? Niechaj sobie wiedza jego będzie jaka chce, może on być tylko tym, kim jest wskutek naturalnego faktu społecznej przynależności i takim, jakim go czynią działające nań wpływy różnorodnych żywiołów społecznych, z którymi się zderza. Oczywista, że być mogą i bywają (zwłaszcza w różnych periodach przejściowych) jednostki oderwane od rodzinnych kół społecznych, ulegające zupełnie wpływom obcych im żywiołów i kół społecznych, w których toną zupełnie, przejmując się częstokroć do szpiku kości sposobem myślenia i czucia, wyobrażeniami i zapatrywaniami przybranego społeczeństwa i zmieniając zupełnie duchową swą istotę — ale przypadki te są tak rzadkie, że jako wyjątki stwierdzają one tylko przeciwną regułę.

Losy młodzieńca decydują o stanowisku jego w późniejszym życiu. Nadchodzi walka z przeciwnymi interesami t. j. z przeważającymi prądami społecznymi, od których wyzwolić się nie można, bo zastępują drogę, porywają i unoszą jednostkę, przerzucając ją to w tę, to w ową stronę. Trzeba płynąć z prądem lub tonąć. Czy prądy społeczne zatrzymują się kiedykolwiek przed „wolną wolą" człowieka?

Jeżeli natrafia na prądy, które go odpychają — cóż mu wiedza pomoże; on musi je zwalczać, bo mu są przeciwne, a chodzi o życie. Jeśli zaś natrafi na prądy, które go unoszą, cała „wolna wola" jego objawić się może w folgowaniu im i staraniu utrzymania się nad wodą. Przerzuconym być w inny prąd, zmienić bieg—nie leży w mocy jednostki; zależy to od szczęśliwego przypadku czy zbiegu okoliczności.

W tej walce życia jednostka dochodzi nareszcie do głębszego namysłu, do wytrzeźwienia się ze złudzeń młodości i dojrzałego wieku; nabywa nareszcie najwyższą wiedzę, nie obcą, z książek zaczerpniętą, ale własną wiedzę życia czyli doświadczenie. Ta wiedza jest cząstką duchowej jego istoty; zakorzeniona głęboko w duszy jego. Ona jedynie mogłaby go zmienić, mogłaby wpłynąć na postępowanie jego: cóż, kiedy za późno ją nabył!

Na nowo życia rozpocząć nie można; największa filozofia, wiedza życia jest owocem, który człowiek zrywa dopiero nad grobem. Jak ów młodzieniec w Sais, ubiegał on się o tajemnicę życia — teraz ją poznaje, kiedy mu się już na nic przydać nie może, bo z widowni życia ustąpić mu przychodzi. Porzucając życie, poznał jego tajemnicę; ta wiedza, to jedyne jego szczęście—czy nieszczęście?

Między kolebką a grobem przędzie się jedna nić, która nigdzie ani przerwaną, ani na nowo nawiązaną być nie może; ciągnie się jeden łańcuch, którego każde ogniwo skute jest z poprzednim i następnym; człowiek może gwałtownie przerwać łańcuch życia, ale pryśniętego raz ogniwa na nowo skuć nie potrafi; skończyć życie z własnej woli może, ale rozpocząć go na nowo nie może. A nawet postanowienie zakończenia życia uwarunkowane być musi całym łańcuchem poprzednich przyczyn, nieleżących w jego mocy. Wiara w wolną wolę człowieka pochodzi z mniemania, że czyny człowieka są tylko wykonaniem myśli jego, te zaś najbardziej wyłączną jego własnością, dziedziną podlegającą najbardziej osobistemu jego rządowi.

Otóż w tym właśnie tkwi błąd. Tak fizycznie jak i umysłowo człowiek nie jest własnym swoim rodzicem. Umysł jego, myśli jego, rodzą się na łonie społeczeństwa, wśród którego się chowa i żyje.

Jak silnym jest wpływ społeczeństwa na jednostkę, najlepiej pokazuje fakt, że wpływ ten pozostawia piętno nie tylko na umyśle ale pośrednio nawet na całym fizycznym układzie człowieka. Fakt ten znany jest fizjonomistom i zbyt jest widocznym, aby mu zaprzeczyć można. Któż by bowiem nie poznał wśród setek ludzi różnej narodowości flegmatycznego Anglika lub ruchliwego Włocha? Kto, znając cokolwiek Niemcy, nie odróżni, na pierwszy rzut oka, północnego Niemca od południowca?

Wypowiedzieć jasno, po czym ich rozpoznajemy, jest prawie rzeczą niemożliwą. Uwidocznić tę różnicę typów potrafi tylko pędzel malarza. Ale fakt jest, że ich poznajemy, że ktokolwiek miał sposobność stykania się z nimi w życiu, pozna natychmiast John Bulla, pozna Francuza, a zwłaszcza Paryżanina; ba, nawet rozróżni berlińczyka od wiedeńczyka.

Ale na tym nie dosyć. Któż nie wie, że dłuższy kilkuletni lub kilkunastoletni pobyt wśród ludzi odrębnej a wybitnej cywilizacji asymiluje do pewnego stopnia każdego cudzoziemca nie tylko umysłowo ale nawet w całym układzie zewnętrznym, w wyrazie rysów twarzy!

Niemiec przebywający dłuższe lata w Anglii staje się kompletnym Anglikiem. Pobyt na wschodzie, zwłaszcza w Turcji tak głęboki wywiera wpływ na Europejczyków, że np. u potomków dawnej szlachty polskiej, po długoletnim pobycie w Turcji, zamiast wyrazu owej dziarskości i „fantazji" szlacheckiej, występuje znany ów turecki wyraz ospałości i rezygnacji.

Zbytecznym by było wyliczanie innych podobnych przykładów; kto faktu tego nie zna z własnego doświadczenia, nie da nam wiary; komu znany jest z własnego doświadczenia, temu przykładów nie trzeba. I tylko do tych, którzy znają fakt ten z doświadczenia, zwracamy się jeszcze z następującą argumentacją logiczną.

W skuteczności silniejszej zawartą jest skuteczność słabsza; wrażenie silniejsze zawiera w sobie także wrażenie słabsze; wpływ, działający głęboko, działa zarazem także mniej głęboko. Otóż wpływ, który zmienia nawet fizyczny układ, wyraz twarzy i fizjognomią człowieka, a zatem rzecz trudniejszą do zmienienia za pomocą wpływów moralnych, wpływ ten tym pewniej, tym skuteczniej pierwej już musiał zmienić umysł człowieka, sposób myślenia i czucia; bo dopiero ta ostatnia zmiana, przebijając się we formach działania, postępowania, mówienia, zachowywania się wywołuje ową pierwszą zmianę zewnętrzną, układu i form zewnętrznych. Te ostatnie bowiem nie są niczym innym jak zwierciadłem umysłu człowieka.

Zapewne! nigdy mowa ludzka nie osiągnie tej zdolności i zręczności, nigdy myśli nasze nie nabędą tej jasności, abyśmy wyrazić mogli to, co jako piętno właściwe uderza nas w każdym z tych typów narodowych czy społecznych. W wyrażaniu tych typów wyręczają nas chyba ilustratorzy pism humorystycznych, bo tylko dobry rysunek oddać może charakterystykę różnic typowych.

Słowami możemy zaledwie stwierdzić, że jest coś, po czym poznajemy ludzi różnych narodowości, ludów, grup społecznych, ba! nawet zawodów pojedynczych; że to coś za pomocą wpływu społecznego przenosi się na jednostki, bez różnicy ich pochodzenia i przynależności; że w końcu ten wpływ społeczny daleko łatwiej dosięga i przekształca istotę moralną człowieka aniżeli istotę fizyczną — i dopiero dłuższy czas trwając i działając, zmienia i tę ostatnią. Mówiąc o wpływie żywiołu społecznego na jednostkę, musimy zarazem podnieść, że owo nieokreślone coś, odróżniające jednostki, należące do jednej grupy, od jednostek, należących do drugiej, stanowi zarazem typ i charakter całej grupy. Bo to, co jedne grupę od drugiej odróżnia, nie leży, ściśle biorąc, ani w fizjognomii, ani we wzroście, ani w kolorze włosów czy oczów, ani w rysach i proporcjach ciała; dla tych wszystkich odróżnień bowiem nie mamy ani należycie wykształconego oka, ani poczucia, ale właśnie w tym nie dającym się określić wyrazie odrębnej indywidualności społecznej, która jest natury raczej moralnej niż fizycznej. Słowem, ten typ społeczny, odbijający się na każdej jednostce rodzimej czy asy miłowanej, nie jest faktem antropologicznym, ale czysto społecznym; proces zaś społecznego tworzenia się tego typu sięga przedhistorycznych czasów tak dawnych, iż śmiało powiedzieć można, że antropologicznym nigdy on nie był; gdyby bowiem nim był, asymilacja społeczna jednostki byłaby niemożliwą.

Teraz zachodzi tylko pytanie, na czym polega ten wpływ społeczny i jakim sposobem działać on może aż na fizyczny (choć nie antropologiczny) typ człowieka. Rzecz nie jest tak trudną do wyjaśnienia, jakby się zdawało. W pośrodku między każdą myślą, każdym uczuciem a odnośnym działaniem, czy postępowaniem leży fizys człowieka, cała cielesność jego,

Otóż wiemy to dobrze z codziennego doświadczenia, że wszelkie silniejsze poruszenie myśli i uczuć odbija i odzwierciedla się natychmiast w tej cielesności człowieka. Znamy dobrze zewnętrzny wyraz boleści czy radości, gniewu czy zwątpienia w postawie, ruchach i rysach człowieka, bo w tych wypadkach skutek następuje bezwłocznie po przyczynie, a zjawiska te są tak częste w życiu codziennym, iż w niezliczonych razach zawsze mamy sposobność stwierdzenia, że ta sama przyczyna wywołuje ten sam skutek. Ale naturalne działanie przyczyny jakiejś nie może być zawisłem od tego, czy je obserwować możemy czy nie; odbywać się ono musi w jednaki sposób na wielką czy małą skalę, bez różnicy, czy je widzimy lub nie widzimy. Jeżeli więc ruch umysłowy, jeżeli myśl i mowa wywierają wpływ na układ ciała i rysów naszych, to wywierają one go, oczywiście i w tych wypadkach, w których zmysły nasze dostrzec go nie mogą, to jest w wypadkach, gdzie wpływ ten jest zbyt drobny i nieznaczny. Dopiero po wielokrotnym powtórzeniu się tego drobnego, niedostrzeżonego działania, skutek jego występuje wyraźniej, po czym dopiero objawia się w formie przez zmysły nasze dostrzegalnej. Stąd pochodzi, że chociaż trudno nam pojąć, jak działa wpływ społeczny na zmianę układu ciała i rysów jednostki, to przecież, po latach stwierdzamy zaszłą zmianę.

Wypada nam tylko zdać sobie dokładniejszą nieco sprawę z czynników moralnych, zmianę tę wywołujących.

Powiedzieliśmy, że myśli i uczucia wypływają ze zmiany typu; skąd się jednak biorą te myśli i uczucia? Płyną one z życia społecznego. To też w miarę odmienności tego życia w różnych warunkach zewnętrznych, wytworzonych przez położenie geograficzne, przez żywność, sposób zarobkowania, zawody stopień dobrobytu itd.: zmieniają się myśli i czucia, zapatrywania i wyobrażenia — słowem, ten cały proces wewnętrzny którego odbiciem jest zewnętrzny układ fizyczny człowieka. A ponieważ ta zmiana myśli i uczuć odbywa się normalnie nie tylko u jednostek ale u całych społeczeństw i narodów, wynika stąd znane zjawisko, że typ fizyczny narodu zmienia się z biegiem czasu, że np. Niemcy i Niemki na obrazach Durera i Holbeina zupełnie inaczej wyglądają niż dzisiejsi ich potomkowie, w czym pewnie widzieć należy nie tyle właściwość malarzy ówczesnych, ile rzeczywistą odmianę typu narodowego.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 08 2011