Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ I

Indywidualizm i kolektywizm

Z dwóch przeciwnych stanowisk rozpatrywano dotąd wszelkie kwestie społeczne: ze stanowiska jednostki i ze stanowiska ogółu. W" literaturze politycznej znano tylko te dwa punkty widzenia: indywidualizm i kolektywizm (socjalizm). Pierwszy zajmuje się wyłącznie jednostką; wydoskonalenie jednostki ma być celem wszelkiego rozwoju społecznego; ten rozwój zaś odbywa się tylko przez inicjatywę jednostki, działającej z motywów osobistych, egoistycznych. Indywidualizm dla tej jednostki żąda wszelkiej wolności i otwiera jej wolne pole zapasów. Zginie—to zginie zwycięży—tym lepiej. W żadnym razie nie uznaje indywidualizm uprawnienia ograniczeń jednostki lub nawet opiekowania się nią. Powiada on: hic Rhodus, hic salta! Niechaj się odbywa walka o byt; zdolniejszy, silniejszy, zamożniejszy weźmie górę; słabszy, nieudolny, ubogi padnie trupem: to prawo natury! Celem historii nie może być, aby wszyscy ludzie dopięli równego stopnia doskonałości: dość, jeżeli szczupła ich liczba, jeżeli kilku na szczyt się wydostanie. Dla wszystkich niema tam miejsca.

Natomiast kolektywizm, którego socjalizm jest tylko gałązką, powiada: równe szczęście wszystkich, równy dobrobyt wszystkich może jedynie być rozumnym celem całej historii, wszystkich naszych usiłowań praktycznych i teoretycznych. Egoizm jest zbrodnią; tylko altruizm, poświęcenie się dla bliźnich godną jest człowieka pobudką. Silniejszy niech pracuje dla słabszego; wyższe uzdolnienie jednostki jest darem niebios dla wszystkich. Nie powinien z tego korzystać pojedynczy.

Jednostka nie ma żadnych praw wobec ogółu; ogół rozdziela prawa w równej mierze wszystkim. Wszystko się dzieje i dziać powinno dla ogółu; hasłem ludzkości powinno być „braterstwo." Wszelkie rozdziały społeczne są grzeszne. Narodowość jest sztuczną granicą; tak samo wyznania, stany, klasy nie mają znaczenia. „Ludzkość" oto jedyny cel historii; jednostka jest zerem; dla „ludzkości" tylko warto nieść ofiary i poświęcać się. Wobec ogółu jednostka niema żadnych praw, tylko obowiązki; prawa mają tylko wszyscy t. j. ogół, który jest źródłem wszelkich praw.

Oba te stanowiska i zapatrywania są jednostronne i skrajne; nie odpowiadają one rzeczywistości, mijają się z prawdą. Ani bezwzględny egoizm ani bezwzględny altruizm, nie są pobudkami działania i postępowania ludzkiego. Człowiek nigdy I niema na oku wyłącznie siebie, ani też wyłącznie ogółu ludzkości. Tacy ludzie nie istnieją w rzeczywistości; gdy zaś takie fikcyjne wielkości bierzemy za podstawę rachuby socjologicznej, nie dziw, że wypadek musimy otrzymać mylny, budowane zaś na mylnym rezultacie nadzieje czy plany spełzają na ni czym. Człowiek z natury nie jest ani istotą egoistyczną ani altruistyczną, ale społeczną, to jest posiada on egoizm społeczny, który pod pewnym względem nazwać by można (choć niewłaściwie) altruizmem. Jak on sam fizycznie i moralnie jest produktem pewnej grupy społecznej, tak też działanie i postępowanie jego świadomie czy nieświadomie ma na celu własną grupę społeczną i jej tylko służy (w stosunkach normalnych, o których jedynie może tu być mowa)! To też sprężyną rozwoju społecznego nie jest egoizm indywidualny, ale egoizm społeczny, to jest egoizm działający w interesie własnej grupy społecznej. Nigdy też pobudką działania ludzkiego nie jest miłość „bliźniego" w owym uniwersalnym znaczeniu, w którym tego wyrazu używa teoria chrześcijaństwa, nie jest „sympatia" dla ludzkości: ale sympatia społeczna t. j. przywiązanie jednostki do własnej grupy, poświęcenie i oddanie się jednostki społeczności jakiejś, z którą ją łączą węzły bądź naturalne, bądź przez naturalny rozwój wytworzone, (powiek nie jest ani tak złym, jak go przedstawia bezwzględny materializm, ani też tak dobrym, jakim go chce mieć teoria chrześcijaństwa. Nie jest on ani diabłem, ani aniołem, tylko człowiekiem. Związany węzłami krwi, obyczaju, sposobu myślenia z jakąś grupą społeczną, posiada egoizm, że tak powiem, gromadny; sympatia jego w normalnym stanie nie sięga po za obręb pewnej grupy. Żądać od niego więcej niż sympatii społecznej, a więc sympatii, sięgającej po za obręb najdalszego jego koła społecznego, znaczy żądać od niego rzeczy nadludzkiej i nienaturalnej; oskarżając go zaś o egoizm indywidualny, nie przyznając mu nawet społecznego egoizmu, wyrządza mu się krzywdę. W egoizmie społecznym zawartą jest sympatia społeczna, a sympatia społeczna jest egoizmem społecznym; nazwijmy jedność tych dwóch uczuć syngenizmem (uczuciem pobraterstwa), a otrzymamy zarazem nazwę dla właściwej sprężyny wszelkiego rozwoju społecznego, która nam służyć może za klucz do rozwiązania najtrudniejszego problematu socjologicznego. Ci bowiem, którzy na cały świat społeczny zapatrują się ze stanowiska jednostki i z tego stanowiska wytłumaczyć chcą cały rozwój społeczny, którzy wszystkie zjawiska społeczne odnoszą zawsze do jednostki, stawiając ją za najwyższy rozwoju tego cel: ci także w dalszej konsekwencji zapatrywania swego wszystkie ujemne strony życia społecznego, wszelkie zło społeczne usunąć chcą za pomocą oswobodzenia jednostki, wyposażenia jej najwyższą wolnością i wszelkimi możliwymi prawami, niby to „przyrodzonymi."

Na tym stanowisku stoi liberalizm doktrynerski, stoi panujący w Europie od czasu rewolucji francuskiej powszedni konstytucjonalizm. Cała mądrość jego streszcza się w żądaniu wszelkich praw dla jednostki (indywiduum) jako takiej: równouprawnienie wszelkich istot ludzkich—oto uniwersalny środek, zachwalany przez tę doktrynę przeciwko wszelkim dolegliwościom społecznym.

W naszym stuleciu, w różnych państwach europejskich wielokrotnie czyniono próby według tej recepty liberalnej, próby te nie udawały się. Wprawdzie zaprzeczyć nie można, że liberalizmowi wiele zawdzięcza cywilizacja nasza, ale z drugiej strony błędy jego i złudzenia ciężko się nam dały we znaki. Bo w praktyce teorie liberalne okazały się mylnymi; owe prawa, którymi liberalizm uposażył jednostkę jako taką, okazały się złudne, gdyż nie mogły przekształcić rzeczywistych stosunków, których nie były wyrazem. Na każdym kroku więc wynikał fałsz i zachodziła gorsząca sprzeczność między literą ustawy a rzeczywistym stanem rzeczy, którego żadne szumne proklamacje praw przyrodzonych człowieka zmienić nie mogły.

Nie mniejszego zawodu doznał kolektywizm w różnych swoich odcieniach (socjalizm, komunizm itd.). Dane zbiorowości, według niego, „społeczeństwo" w najszerszym słowa tego znaczeniu, a więc przede wszystkim ogół narodu miałby rozwiązać trudne zadanie społeczne. Ten ogół miałby pracować dla każdej jednostki, której życie pod jego stałoby opieką i na każdym kroku do ogólnych stosować by się musiało przepisów. Jednostka nie miałby żadnej troski, nie potrzebowałaby walczyć o byt; ogół troszczyłby się o wszystkich, gospodarowałby za wszystkich, wszelka praca odbywałaby się zbiorowo, ze zbiorowego plonu pracy korzystałaby jednostka spokojnie, bezpiecznie i bez ryzyka. Na szczęście nie przyszło nigdzie w Europie ani w Ameryce do eksperymentów kolektywistycznych na większą skalę, tak, że kolektywizm nie został jeszcze doprowadzony ad absurdum, jak tego doświadczył po części indywidualizm. Ale bo też kolektywizm, nawet jako eksperyment, jest niemożliwym, bo grzeszy przeciwko najkonieczniejszym warunkom wszelkiego życia społecznego.

W pośrodku między skrajnymi tymi stanowiskami i zapatrywaniami leży prawda i rzeczywistość niedostrzeżona dotychczas przez socjologia. Ani jednostka, ani ludzkość nie są właściwymi punktami widzenia w sprawach społecznych; bo pierwsza niema żadnego znaczenia w rozwoju społecznym, niema nigdy stanowczego wpływu na ten rozwój; ludzkość zaś jest pojęciem zbyt mgliste i nieokreślone, nie znamy jej, bo ani granic jej w czasie, ani w przestrzeni nie dostrzegamy; nie jest też ona ani całością, ani jednością, poruszającą się według pewnego prawa. Słowem, ludzkość jest czczym wyrazem, któremu żadne jasne pojęcie nie odpowiada.

Natomiast świat społeczny składa się z grup społecznych; tylko grupy się poruszają, grupy walczą z sobą; grupy dążą do celów jasnych, rozwijają się według praw wiecznie niezmiennych; treścią życia społecznego są tylko działania i przeciwdziałania grup społecznych. Jak zatem z jednej strony błądzi nowożytny konstytucjonalizm, opierający się na indywidualistycznych zapatrywaniach, nie biorąc wcale w rachubę naturalnych grup społecznych, i uważając państwo tylko za zbiór równych i równouprawnionych jednostek, stawiając jednostkę zawsze i wszędzie jako cel wszelkiej akcji państwowej, a uznanie jednostki jako najwyższe zadanie wszelkiego prawa; tak samo z drugiej strony błądzi kolektywizm, mniemając, że istniejące stosunki społeczne potrafi zmienić w duchu ujednostajnienia; że sprzeczne z sobą interesy różnorodnych żywiołów społecznych zdoła kiedykolwiek pogodzić i złączyć w jednym wspólnym interesie ogólnym. Nie w takim ujednostajnieniu i zlaniu w jedne jednolitą całość, lecz w zgodnym współdziałaniu odrębnych grup i żywiołów społecznych leży możliwość rozwiązania kwestyj społecznych.

Aby zaś wykazać, jakim sposobem rozwój społeczny zawisł nie od jednostek ale od grup, wypada nam przedstawić zawisłość pierwszych od drugich; małe znaczenie jednostek w ruchu społecznym i stanowczą w sprawach społecznych przewagę grup, nawet nad najpotężniejszymi jednostkami.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 08 2011