Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ III

Moralność

Zjawisko społeczno-psychiczne, do którego rozważenia teraz przystępujemy, należy do najtrudniejszych zagadnień filozoficznych, którego wyjaśnienie nie wiele postąpiło od czasów filozofii greckiej, jakkolwiek stanowiło zawsze najcelniejszy prawie przedmiot poszukiwań i badań filozofów wszystkich czasów i narodów. Z przyjemnością jednak na czele tego rozdziału zapisujemy fakt, że podczas kiedy w kwestii języka i religii odwoływać się musieliśmy do filozofów zagranicznych, nie mając prawie żadnych poprzedników swojskich, którzy by byli kwestie te w literaturze naszej gruntowniej opracowali, to co do przedmiotu niniejszego rozdziału rzecz zupełnie się ma inaczej. Nie tylko że mamy przed sobą dzieło polskie Aleksandra Swiętochowskiego „O powstaniu praw moralnych” które przedmiot ten gruntownie rozbiera: ale jesteśmy nadto w miłym położeniu zupełnej zgodności z autorem tym co do najbardziej kardynalnych zasadniczych podstaw teorii moralności. To też w następujących uwagach głównym przewodnikiem naszym będzie Świętochowski, który nie tylko rozwój teorii moralności gruntownie przedstawił, ale nadto stoi na stanowisku najbardziej postępowym czasu naszego, na stanowisku pozytywizmu i monizmu 1).

Główną wadą wszelkich badań nad teoria moralności aż do najnowszego czasu było, że filozofowie stawiając sobie pytania: co jest istotą moralności i jak człowiek ma postępować, aby działanie jego było moralnym,—uwzględniali zawsze tylko moralność swojego czasu i narodu, i zastanawiali się tylko nad istniejącym w poczuciu swojego czasu i narodu kodeksem moralnym. Me zdołali zaś nigdy wznieść się po nad czas i naród swój, i niezależnie od tej moralności, w której sami wzrośli i wychowani zostali, badać obiektywnie kwestia, jak moralność powstała. A jednak tylko odpowiedź naukowa na to pytanie mogłaby była doprowadzić do poznania prawdziwej istoty moralności.

Spotykamy się wprawdzie często z pytaniem: skąd moralność pochodzi, na czym się gruntuje? — ale na pytanie to odpowiadano albo tylko w duchu teologicznym, że pochodzi od Boga i źródło ma w religii, albo w duchu filozofii spekulacyjnej, że moralność pochodzi z „idei moralności." takimi odpowiedziami zadowalano się, nie bacząc, że one nie rozwiązują pytania a tylko w formę odpowiedzi je oblekają. Bo odpowiedź taka np. jak „moralność płynie z idei moralności" przenosi tylko pytanie na inny punkt, a mianowicie stawia znowu zagadnienie: co to jest idea moralności?

Słowem, filozofowie i etycy nigdy nie mogli wyjść poza zaczarowane koło własnej moralności i zawsze tylko tę swoje własną moralność, która zawsze była moralnością ich czasu i narodu, opisywali, rozbierali, zasady jej wyłuszczali i w duchu jej formułowali przepisy działania. Zwłaszcza to ostatnie, to formułowanie przepisów działania zdawało się filozofom zawsze najważniejszą treścią etyki czyli nauki moralności 2) i przez co właśnie mijali oni się z celem i zadaniem umiejętności. Bo umiejętność nie nakazuje, tylko wykazuje; celem jej nie może być dawanie rozkazów ale wykazywanie praw, według których zjawiska występują i rozwijają się. Mogła zatem etyka dawna mieć wartość i miała ją niezawodnie jako nauka, jak w danym czasie i narodzie postępować należy: ale jako umiejętność, jako teoryą moralności niema ona znaczenia.

Początki etyki umiejętnej datują się dopiero od chwili, kiedy poznano, że co jest moralnością u nas w Europie, nie tylko nie jest moralnością u chińczyków lub Indian, ale owszem nie-moralnością; że co jest moralnością 19-go wieku, nie było moralnością poprzednich wieków, a co było moralnością poprzednich wieków, dzisiaj stało się niemoralnością. Jakkolwiek myśl tę wypowiedział już filozof angielski John Locke 3) w wieku 17-ym, długo jednak trwało, nim ona się przyjęła i głębsze zapuściła korzenie w twardej glebie uprzedzeń i przesądów moralno-filozoficznych. materialiści i encyklopedyści francuscy przyczynili się wprawdzie wiele do wstrząśnienia mylnych przekonań o „niezmiennej i bezwzględnej moralności": ale natomiast filozofia niemiecka, zacząwszy od Kanta, pod tym względem gruntownie zbałamuciła umysły europejskie. W ślad za metafizykami niemieckimi i u nas (głównie Józef Kremer) szukano podstaw moralności w jakiejś absolutnej idei, w „kategorycznym rozkazie", we „wrodzonym uczuciu moralności" i t. p.

Dopiero nowożytna szkoła przyrodnicza, czerpiąca natchnienie swe i główne myśli w dziełach Darwina, rozchwiała mrzonki metafizyki niemieckiej. W zapatrywaniach na istotę moralności nastąpił gruntowny przewrót. W Niemczech Wilhelm Wundt, w Anglii Herbert Spencer są głównymi przedstawicielami nowego kierunku, który tym się odznacza, że uważa moralność za rezultat warunków życia, i bada powstanie i rozwój jej metodą indukcyjną, odrzucając raz na zawsze wszelkie uprzedzenia o wrodzonych uczuciach moralnych, o absolutnej i niezmiennej moralności, a zatem też o absolutnych dla wszystkich czasów i narodów prawdziwych przykazaniach moralnych 4).

Ogrom materiału etnograficznego, dostarczony w nowszych czasach filozofom i antropologom, zniszczył do reszty dawne mniemania o jednej i bezwzględnej moralności i przyczynił się do poznania, że różnice w zapatrywaniach i uczuciach moralnych zależą od różnicy warunków życia rozmaitych grup społecznych. Odtąd już pojęcie moralności zaczęło łączyć się ściśle z pewną daną grupą społeczną; zaczęto uważać moralność jako właściwość poszczególnych grup społecznych. To też Świętochowski słusznie przez „prawo moralne rozumie każdą w pewnej społecznej uorganizowanej grupie ludzi powstałą i obowiązującą ich regułę, według której osobnik wolą swoją wobec warunków jej objawiania kierować (t. j. według której chcieć) powinien" 5).

Po dojściu raz do tego punktu, najbliższym celem umiejętności jest rozświecenie powstania moralności w każdej grupie społecznej; poznawszy zaś powstanie moralności, pozna się właściwą jej istotę. Najbliżej ku celowi temu posunęli się Herbert Spencer i znakomity filozof niemiecki Ernest Laas. Pierwszy uważa moralność po prostu za część trybu życia społecznej grupy (conduct); jak ten cały tryb życia jest skutkiem warunków zewnętrznych, tak nim jest również ta część postępowania i prowadzenia się podpadająca pod sąd moralny i stanowiąca przedmiot pochwały lub nagany otoczenia 6).

Również Laas 7), wykazawszy bezpodstawność dawniejszych („idealistycznych") teoryj moralności, dowodzi powstania pój społecznego i przedstawia ją jako rezultat życia społecznego. Bardzo trafnie wykazuje on złudzenie, jakoby uczucia moralne były przyrodzone. Albowiem „to co pod względem moralnym i religijnym wszczepionym nam zostało przez wychowanie (was anerzogen ist), jeżeli dotyczący sposób myślenia dość wcześnie się ustalił, musi wydawać się nam jako przyrodzone, zwłaszcza jeżeli liczne, często niezliczone pokolenia, zawsze w tym samym kierunku działają, tak, że drogą odziedziczenia przechodzą skłonności i upodobania w pewnych zasadach moralnych..." 8).

Laas dochodzi do rezultatu, że „nie może podlegać wątpliwości, iż historyczny początek naszych obowiązków (moralnych) leży w oczekiwaniach i pretensjach naszego otoczenia", to jest, że początek moralności leży w stosunkach społecznych.

Dwie myśli więc nowe odznaczają nowożytną, pozytywną teoria moralności, to jest: zmienność i rozmaitość moralności, a następnie społeczne jój powstanie. Ale dwie myśli te dotąd tylko luźnie zostały rzucone, a przynajmniej brak im jeszcze głębszego uzasadnienia i ugruntowania. Tego zaś nabyć one mogą, zdaniem naszym, jeżeli im się za podstawę da wieloplemienność rodu ludzkiego i to zapatrywanie na rozwój ludzkości, które staraliśmy się uzasadnić w powyższych księgach. Z tego naszego stanowiska bowiem, powstanie moralności w ten sposób się przedstawia, że i źródło jej nie w jednostce, ale w społeczeństwie przyjąć musimy, zmienność zaś i rozmaitość jej w różnych społeczeństwach sama przez się wynika. Każda bowiem pierwotna horda działa i postępuje pod naciskiem zewnętrznych warunków życia, przy czym każdy osobnik zmuszony jest stosować się do potrzeb bliźniego, potrzebując nawzajem stosowania się bliźniego do swoich potrzeb. Cokolwiek zaś pierwotna ta społeczność zdziała, to przez powtarzanie się staje się zwyczajem i obyczajem. Zewnętrzne warunki dyktują jej sposób życia, ubierania się (lub nieubierania się), szukania żywności, pożycia towarzyskiego, stosunków małżeńskich, obchodzenia się z nowonarodzonymi, wychowywania dzieci, a ciągłe powtarzanie przyjętych raz pod naciskiem zewnętrznych warunków sposobów postępowania, tworzy przyzwyczajenie, które wywiera wpływ na sposób myślenia i sądzenia. Albowiem umysł ludzki zawsze i wszędzie tę ma właściwość, że to, co zawsze się działo i dzieje, uważa za słuszne i właściwe, gdy tymczasem postępowanie niezwykłe potępia, jako niezwykłe i „niesłychane". Tym sposobem w każdej pierwotnej hordzie, przechodząc przez stopnie zwyczaju i obyczaju, powstaje moralność, która nie jest niczym innym, jak wszczepionym w umysł każdego osobnika przez społeczność przekonaniem o właściwości i słuszności przyjętego przez całą społeczność postępowania we wszystkich sferach życia.

To postępowanie społeczności bowiem staje się normą postępowania jednostki. Jest to jedno z odwiecznych praw społecznych, które wszędzie i zawsze, w czasach najpierwotniejszych i najbardziej ucywilizowanych, rządzi postępowaniem ludzi. Wszak i dziś między nami, postępowaniem ludzi we wszystkich wypadkach życia rządzi przede wszystkim wzgląd na postępowanie ich otoczenia, ich społeczeństwa. Czy to urodziny dziecka, czy ślub, czy wypadek śmierci w rodzinie, — osobnik przede wszystkim przy sposobnościach tych tak sobie postępuje, jak sobie postąpili znajomi jego Y., Z i inni.

Postępowanie ogółu społeczeństwa jest normą, której jednostka nie śmie przekroczyć, bez narażenia się na zarzut nie-przyzwoitości lub niemoralności. Ale nawet, bez względu na te grożące zarzuty i nagany, jednostka „przeciętna" nie działa nigdy inaczej. Ten znany jej bowiem, ciągle widziany, naśladowany i powtarzany sposób postępowania i działania zrodził w niej głębokie przekonanie, że tylko tak a nie inaczej postępować i działać należy, że tylko to postępowanie i działanie j est słusznym i morału em.

To też przypatrzmy się tylko człowiekowi, który nie wyszedł po za życie swego społeczeństwa, który wyrósł i wychował się w swoim kole społecznym: z jakąż pewnością siebie znajdzie on się w każdym położeniu, w każdym wypadku życiowym, przy każdej sposobności! Me będzie on nigdy wątpił, jak sobie w danym razie, w nadarzonej sytuacji, postąpić należy. Przejęty bowiem jest wskroś maksymami swojego społeczeństwa i głęboko przekonany, że one jedyne są prawdziwe i słuszne; słowem posiada on moralność, według której zawsze i wszędzie się kieruje, która nieomylną jest jego przewodniczką we wszystkich przypadkach i sytuacjach życia.

W najzupełniejszej doskonałości swej stosunek ten między jednostką a społeczną jej grupą istnieje, bez wątpienia, w pierwotnej hordzie, w owej jednolitej gromadzie, po za którą jednostka jeszcze się nie wychyla, po za obręb której nie wychodzi i która dla niej stanowi cały i jedyny świat ludzki. W tej pierwotnej gromadzie jednostka wie, jak się należy zachować względem swoich i jak względem obcych; wie np., że tych ostatnich może rabować, zabijać, piec i zjadać, bez ściągnięcia na siebie zarzutu lub nagany ze strony swoich, owszem jednając sobie tym sławę między swoimi. Wszystkie stosunki wewnątrz-społeczne gromady tej uporządkowane są przez tradycją, przechodzącą z pokolenia na pokolenie; każda jednostka zna ją, bo wyrosła w niej, tradycja ta jest cząstką wykształcenia jednostki, nadaje kierunek jej myśleniu i czuciu.

Rzecz zmienia się dopiero z chwilą zetknięcia się dwóch żywiołów społecznych w pierwotnej organizacji panowania, w pierwotnym państwie. Każda bowiem ze społeczności, w skład nowego państwa wchodzących, ma swoje odrębną moralność, odrębne swoje zwyczaje i obyczaje. Tymczasem nowy ustrój nie zachowuje moralności składających go żywiołów. Nowe warunki życia jego (bo ustrój społeczny już przez to samo, że z różnych się składa żywiołów społecznych, znajduje się wśród odmiennych warunków!) nowe potrzeby, wynikłe z tych nowych warunków, wymagają odmiennego sposobu działania i postępowania, a zatem odmiennej moralności. Tak np. nowy stosunek panowania jednych nad drugimi pociąga za sobą z koniecznością i stwarza sobie nowe postępowanie, nowe zwyczaje i obyczaje. Zmienione przez nowy podział pracy warunki ekonomiczne wytwarzają nowy tryb gospodarowania i życia.

Urządzenia, potrzebne w celu utrzymania nowego ustroju społecznego, a bezpośrednio nowego panowania, wpajają się w umysły członków nowego społeczeństwa i wszczepiają w umysł ich nowe zapatrywania o tym, co jest należy tym, co słusznym i przyzwoitym: słowem, nowa forma życia społecznego tworzy znowu nowe zwyczaje, obyczaje, nową moralność. Tej nowej zaś nowemu ustrojowi niezbędnej moralności stróżem jest teraz już nie całe społeczeństwo nowe, ale klasa panujących mająca najgłówniejszy interes w strzeżeniu nowej moralności. Nie zadowala ona się też samym dobrowolnym przestrzeganiem tej nowej moralności przez członków ustroju społecznego, ale najważniejsze formy postępowania, zawarte w tej nowej moralności, ogłasza jako prawa i na przestępstwa tychże stanowi kary. Tym sposobem w ustroju społecznym składającym się z różnych żywiołów społecznych ze zwyczajowego kodeksu moralności wychodzi najprzód zwyczajowe, a następnie nakazane i ustanowione przez prawodawców prawo. Między prawem więc a moralnością nie tylko ta istnieje różnica, jaką filozofowie prawa i prawnicy zwykli podnosić, mianowicie: że pierwsze stoi pod rygorem kar, ostatnia zaś tylko pod strażą opinii społecznej, ale nadto zachodzi ta genetyczna różnica, że prawo jest zawsze rezultatem zetknięcia się różnorodnych żywiołów społecznych i powstaje zawsze tylko w związkach i ustrojach społecznych, podczas kiedy moralność wytworzyła się już w pierwotnej hordzie i znajduje się w każdym najprostszym żywiole społecznym. Prawo powstaje dopiero tam, gdzie istnieje panowanie jednych nad drugimi, moralność zaś powstaje już na najpierwotniejszym stopniu bytu społecznego, w najprostszej gromadzie i hordzie, gdzie panuje rzeczywista wolność i równość.

Z chwilą zaś wstąpienia żywiołów społecznych w ustrój społeczny dawniejsza ich moralność nie może się w całości utrzymać wobec nowo tworzącej się moralności, a nadto wobec praw ustroju społecznego. O ile ten ostatni bowiem, jakkolwiek nie stanowi jednolitego społeczeństwa, jednak, jak to wyżej wykazaliśmy, na zasadzie wielu węzłów łączących członków jego, również stanowi społeczeństwo wyższorzędne: o tyle dla tych wyższorzędnych potrzeb swych wyrabia on sobie odpowiednie zwyczaje, obyczaje i moralność. Ale ta moralność ustroju społecznego odnosi się tylko do sfery potrzeb całości jego i nie narusza moralności dawniejszej pojedynczych żywiołów społecznych w skład jego wchodzących, o ile ta nie sprzeciwia się interesom i potrzebom całości — zwłaszcza tym, które osobnymi prawami zabezpieczone zostały.

Tak więc, odpowiednio do różnych kół i sfer społecznych, wchodzących w zakres ustroju państwowego, który znów dla siebie stanowi społeczeństwo wyższorzędne, odróżnić można różne moralności pojedynczych tych kół społecznych, między sobą niezgodne, częstokroć wbrew sobie przeciwne i sprzeczne; podczas kiedy w pewnej sferze interesów i potrzeb całości każde z tych kół społecznych wyrzec się musi moralności odrębnej i ugiąć się przed moralnością ogólną, przedstawiającą moralność całości ustroju społecznego.

Oczywiście, że ta ostatnia moralność odpowiednio do spójności całego ustroju, mniejszej od spójności pojedynczych kół społecznych, nie będzie posiadała tej wskroś jednostkę przenikającej siły, nie zapuści nigdy do sumienia jednostki tak głębokich korzeni, jak moralność koła społecznego, z którym jednostka nie tylko od kolebki ale od pokoleń się zrosła i z którym daleko liczniejsze, ściślejsze ją wiążą węzły aniżeli z całością ustroju państwowego.

Śmiało też twierdzić można, że największa część popełnionych w państwie zbrodni i przestępstw pochodzi z kolizji między tymi moralnościami pojedynczych kół społecznych a moralnością i wynikającym z niej prawem całego ustroju społecznego.

Objaśnijmy powyższe ogólne zdania i twierdzenia kilkoma przykładami z najbliżej nas otaczającego świata społecznego. Weźmy np. Polskę w połowie przeszłego wieku. Naród stanowił jedno społeczeństwo, połączone obejmującą wszystkie składowe części jego organizacją panowania, która od wieków trwając, wytworzyła pewne węzły społeczno-psychiczne, łączące wszystkie warstwy i stany jego jak np. wspólny język, tradycja, prawo, urządzenia polityczne, którym wszystkie warstwy zarówno podlegały, słowem—pewne węzły narodowe. „Temu całemu ustrojowi społecznemu odpowiadała pewna moralność ogólna, zabezpieczona na głównych punktach prawami. Tak np. cześć i uszanowanie przed wspólną najwyższą władzą, przed królem, było takim artykułem moralności ogólnej, którego rażące przestąpienie jednak podpadało także pod kary prawne.

A więc popełniona wprost obraza majestatu podpadała karze prawnej; ale zdjąć nakrycie głowy i wołać „wiwat" przy okazaniu się króla było artykułem obyczaju dobrego, moralności ogólnej, która bez przymusu prawnego obowiązywała wszystkich poddanych króla.

Ta powszechna moralność, płynąca z węzłów wspólnej narodowości, objawia się np. przy spotkaniu się w obczyźnie „rodaków" chociaż należących w ojczyźnie, w domu, do najrozmaitszych kół społecznych. A więc dajmy na to, w Ameryce pewne zobowiązanie moralne będzie zawsze czuł szlachcic polski względem mieszczanina czy chłopa polskiego, z którym w kraju żadne bliższe nie łączyły go węzły—i nawzajem. Pomoc i wsparcie, którego sobie w takich warunkach udzielają „rodacy” „ziomkowie" będzie wypływem tej ogólnej moralności, którą sobie wytworzyło w ciągu wieków to wyższorzędne społeczeństwo „narodowe." W obrębie zaś tego społeczeństwa, a więc aby pozostać przy tym samym przykładzie — w obrębie narodu polskiego zeszłego wieku rozróżnić można było rozmaite społeczeństwa podrzędne, mianowicie: chłopów, mieszczan—chrześcijan,, żydów, szlachtę drobną, magnaterią czyli „panów." Każde z tych społeczeństw miało swoje zwyczaje, obyczaje, odrębną swoje moralność. W stosunkach małżeńskich, w wychowaniu dzieci, w życiu towarzyskim, w staraniach o utrzymanie siebie i rodziny różną kierowali się moralnością odnośnych kół swych społecznych chłop, żyd, mieszczanin, szlachcic, magnat—zważając przy tym i dbając tylko o opinią „swoich," obojętni na opinię obcych kół społecznych. Magnatowi w opinii „swoich" pewnie nie szkodziło, jak i dziś nie szkodzi, utrzymywanie sobie „me-tres" co u mieszczan albo u żydów byłoby rzeczą wielce zdrożną i niemoralną. Natomiast znoszenie obraz słownych lub czynnych, bez wyzywania na pojedynek, byłoby i jest także dzisiaj między magnaterią postępkiem ohydnym, podczas kiedy między ludem i mieszczaństwem odwet danym być może w innej formie, bez narażenia się na naganę opinii. Szukać zysku w spekulacjach handlowych albo nawet w lichwie nie sprzeciwia się moralności społeczeństwa kupieckiego i żydowskiego: gdy tymczasem nawet drobna szlachta widziała w tym ujmę charakteru moralnego „obywatela."

Jeżeli „państwo" t. j. klasa panująca pewne artykuły swojej moralności nadaje całemu ustrojowi społecznemu jako prawo, wtedy następuje to, o czym powyżej wspomnieliśmy, że w skutek sprzeczności między moralnością pojedynczych kół społecznych a tym prawem, to ostatnie często bywa gwałconym. Jeżeli np. państwo zakazuje pobierania wyższego niż, dajmy na to, szóstego procentu od pożyczek, prawo to gwałconym będzie często, ponieważ branie wyższego procentu nie sprzeciwia się bynajmniej moralności klasy kupieckiej i handlującej. Albo jeżeli prawo państwowe zniesie służebności leśne i zakaże chłopom paszenia bydła w lesie i zbierania tam gałęzi, prawo to gwałconym będzie często, ponieważ lud uważa las za własność powszechną i nie robi sobie skrupułów najmniejszych, gwałcąc to prawo. Podobnie w krajach górzystych jak np. w Styrii nadzwyczaj częste są polowania ukradkiem w cudzych lasach i kradzież zwierzyny, bo ludzie tym rzemiosłem trudniący się {zwani tam Wilderer) między ludem tamtejszym bynajmniej nie uchodzą za złoczyńców, owszem otacza ich w opinii ludu pewna aureola junactwa.

Częste takie kolizje jednak są dowodem, że wyższorzędnej jedności społecznej nie udało się jeszcze zlać wszystkich podrzędnych kół społecznych w jednolitą społeczność i wpoić im jednolitego uczucia moralnego, które dla dobra całego ustroju tak samo jest potrzebnym jak moralność pierwotnej hordy potrzebną była dla dobra tej hordy.

Doprowadzić wszystkie koła społeczne do takiej jednolitej moralności jest najwyższym celem państwa, do którego ono dąży ze świadomością czy też bezwiednie; a jakkolwiek zupełne osiągnięcie celu tego jest ideałem, którego państwo może nigdy nie urzeczywistni, to jednak praca w tym kierunku nadaje państwu najwyższą sankcją, najwyższe uprawnienie i najwyższą racją bytu. W tym kierunku bowiem pracując państwo, pracuje nad umoralnieniem ludu. Ale ideał tego umoralnienia nie powinien wyczerpywać się samym poczuciem narodowym, które nie jest niczym innym jak spotęgowanym, wyższorzędnym poczuciem pierwotnej gromadności; ów ideał umoralnienia powinien zbliżyć do siebie przynajmniej całą ucywilizowaną i do cywilizacji zdolną część ludzkości. Do urzeczywistnienia takiej moralności wspólnej wszystkim cywilizowanym narodom dojdą może kiedyś narody europejskie, jeżeli się uda utworzyć system państw europejskich na podstawie uszanowania zasad prawa międzynarodowego. Taki system państw bowiem w swoim rodzaju przedstawia znowu nowy ustrój społeczny wyższego rzędu niż państwo, który do pojedynczych państw zostaje w takim stosunku, w jakim państwo do swoich żywiołów i kój społecznych. Czynnikami zaś pracującymi nad ujednostajnieniem tego społeczeństwa europejskiego, nad zlaniem w jedne, choćby tylko bardzo słabymi węzłami połączoną, całość różnorodnych państw i narodów europejskich, czynnikami tymi są: międzynarodowe stosunki ekonomiczne, międzynarodowe prawo, wzajemna znajomość języków i wytworzenie się języków „światowych" w Europie, wspólna filozofia europejska, zajmująca miejsce wierzeń i zabobonów, słowem—wspólna kultura europejska. Oczywiście, że takie poczucie europejskie jako dalszy stopień uspołecznienia wielkiej części ludzkości jest teraz tylko mrzonką idealistów, celem niedościgłym dla pokoleń dzisiejszych i dla licznych jeszcze generacyj następnych: niemniej jednak ideał ten jest moralnym skarbem, którego strzec winny narody cywilizowane: obowiązkiem zaś socjologii jest wskazywać na ten cel idealny i wykazywać bezdroża i manowce, po których krwią zbroczona ludzkość niezmordowanie dąży ku temu dalekiemu celowi.

a) Moralność i teorie moralne.

Z powyższych wywodów ten zdaje się bez zaprzeczenia wynikać pewnik: że moralność nie jest dziełem rozumowania ludzkiego, że nie tworzy jej człowiek, działający ze świadomością celu, że źródło jej nie jest ani w rozumie ani w woli jednostki; ale że jest ona raczej tak samo, jak wszystkie inne społeczne urządzenia, rezultatem naturalnego rozwoju, podtrzymywanego w tym wypadku przez naturalne i konieczne uczucia i myśli ludzkie, wynikające z potrzeb życia społecznego i ekonomicznego, tak, że każdorazowa moralność przedstawia się jako wynik działania i przeciwdziałania natury i społeczeństwa. Za tym idzie, że w zjawisku tym rozróżnić możemy dwie części składowe, z których jedna pochodzi z wpływu natury, druga z wpływu społeczeństwa. Pierwsza jest wieczną i niezmienną, powtarzającą się zawsze i wszędzie; druga jest wiecznie zmienną, bo jest wypływem indywidualności społeczeństwa, indywidualnego sposobu, w jaki dane społeczeństwo oddziaływa na wpływy natury.

Stąd to pochodzi, że w moralności wszystkich czasów i ludów znajdujemy zawsze coś podobnego, coś typowego, a obok tego zawsze jakąś odmianę indywidualną. Wszędzie i. zawsze bowiem jest to ten sam proces naturalny, który wytwarza moralność, podczas kiedy podrzędne odmiany tego procesu wpływają na odpowiednie odmiany tego społeczno-psychicznego zjawiska. Przypatrzmy się teraz bliżej temu procesowi.

Natura postawiła człowieka wśród licznych konieczności, których on zmienić nie może. Dążenie jego zatem jest zastosować się do tych konieczności, aby sobie życie możliwie uprzyjemnić. Pomaga mu w tym niemało przyzwyczajenie. Oswaja go ono bowiem z najokropniejszymi koniecznościami. Czucie jego tępieje na niejedno złe, które jest nieuniknionym. Stara on się to złe tłumaczyć wyższą koniecznością, a znając bezskuteczność protestów, szuka tylko środków osłodzenia sobie ciężkiej doli.

To działanie jego jest tak bezwiednym i mimowolnym, jak, dajmy na to, przymknięcie powieki przed nadlatującą do oka muchą. Ale ponieważ człowiek zarazem to działanie umysłem poznaje, ponieważ myślą je widzi i nad niem się zastanawia, więc zdaje mu się, że ono od woli jego zależy. Dowodem jego wolnego działania zdaj e mu się być indywidualny tegoż koloryt, samodzielność i oryginalność jego postępowania, nosząca piętno jego osobistości, choć wszystko to jest złudzeniem. Działanie bowiem i postępowanie jego jest koniecznym skutkiem jednej i tej samej refleksy i, wywołane] przez wiecznie te same konieczności naturalne, ale która w każdej jednostce indywidualne tylko przyjmuje piętno. Ile razy zaś w tym działaniu koniecznym człowiek natrafia na sposób, który najkrócej i najlepiej odpowiada jego położeniu i jego potrzebom: ten sposób działania wpaja się w umysł jego, jako jedynie pożyteczny, dobry, moralny. Inne sposoby działania i postępowania mniej skuteczne lub złe mające następstwa, uważa on za niemoralne. Przy tym stanowczymi i rozstrzygającymi dla jednostki nie są jego osobiste doświadczenia, ale doświadczenia grupy jego socjalnej, których rezultaty przejmuje on bezwiednie przez wychowanie i obcowanie ze swoimi.

Tym sposobem zyskuje człowiek pewien zasób idei moralnych, które odpowiadają większemu, lub mniejszemu zakresowi jego potrzeb i doświadczeń, wyższemu lub niższemu stopniowi jego kultury, prostszym lub wykwintniejszym stosunkom życia jego i które, wraz z rozwojem tych stosunków rozwijają się i do nich się stosują. Przedstawmy sobie więc np. człowieka „dzikiego", t. j. jednostkę pierwotnej hordy czy gromady. Jakaż jest jego moralność? Ze swoimi łączy go uczucie przynależności; swoi pomagają mu w potrzebie; swoich się trzymać, swoim pomagać, przy swoich wytrwać — oto najgłówniej sza idea moralna „dzikiego".

Obcy, istoty do obcej hordy należący, czyhają na niego, napadają na jego hordę, rabują i zabijają jego bliźnich. Tych obcych zabijać, zabierać im, co tylko mają, oto druga „idea moralna" dzikiego.

Przypatrzmy się bliżej tym dwom ideom moralnym, a łatwo spostrzeżemy w nich dwie części składowe, które jak wspomnieliśmy, w każdej moralności się znajdują.

Część naturalna tych idei, wszczepiona w umysł człowieka od najpierwotniejszych czasów, przetrwała wszystkie stopnie rozwoju kultury, przetrwała dzikość i czasy barbarzyńskie i dzisiaj jeszcze w umyśle człowieka cywilizowanego okazuje tę samą siłę żywotną, co przed krociami wieków w umyśle „dzikiego"; w umyśle wykształconego Paryżanina tę samą siłę, co w umyśle dzikiego hotentota. Przeciw „obcym" dziś jak przed krociami wieków „moralność" nakazuje „walkę o panowanie"; ta moralna idea ożywia francuza, wołającego o „odwet" i Hoten-totta, kradnącego bydło Boersowi. Między obcymi grupami społecznymi dzisiaj, jak przed krociami wieków, dwa tylko możliwe są stosunki: walka albo przymierze w celu walki przeciw trzeciemu. Po niezliczonych tysiącach lat wśród „wysokiej cywilizacji", owa pierwotna idea moralna dzikich żyje między nami jako „patriotyzm", jako „bohaterstwo i waleczność", Idee bowiem moralne tylko formę zmieniają, istota ich jest niezmienną i nieśmiertelną, t. j. trwać będzie tak długo, jak społeczeństwa ludzkie na ziemi; nie jest ona bowiem niczym innym, jak wyrazem niezmiennych potrzeb społecznych, których zaspokojenie następuje tylko w formach nieco odmiennych, zależnych od stosunków i okoliczności zewnętrznych.

Idźmy dalej. W zaspakajaniu fizycznych potrzeb „dziki" tak samo jak cywilizowany znajdują zadowolenie. Z tym faktem naturalnym łączy się zakres idei moralnych, które w ciągu czasu zmieniają tylko formę nie istotę. Natura, otaczający go świat roślinny i zwierzęcy dyktują człowiekowi sposoby zaspakajania głodu. Ulegając tym koniecznościom naturalnym, przywyka on do pewnego, w danych warunkach po licznych doświadczeniach za najlepszy uznanego sposobu zaspakajania tej potrzeby fizycznej. Ten sposób zdaje mu się z czasem jedynie słuszny, przyzwoity, sprawiedliwy i moralny. Były (i są podobno jeszcze) ludy, które dla zaspakajania głodu nie tylko ludzi obcych, ale i swoich (dzieci własne!) żarły; różne szczepy przywykły do jedzenia mięsa najrozmaitszych zwierząt, a z drugiej strony znowu wypielęgnowały w sobie wstręt do innych zwierząt. Z tymi przywyknieniami i wstrętami, jako rezultatami przedwiekowych doświadczeń społecznych, wiążą się idee moralne, którymi dzisiaj jeszcze przesiąknięte są jednostki. Dziś jeszcze prawowierny żyd i muzułmanin mają wstręt do wieprzowiny; do niedawna jeszcze nie jadano u nas mięsa końskiego i dziś jeszcze wyższe warstwy społeczne czują wstręt do niego. Zabijanie różnych zwierząt w starożytności (w Egipcie i innych krajach wschodnich) uchodziło za zbrodnię. Męczenie zwierząt w dawnych czasach obojętne (tylko u żydów zabronione!), zaczyna dziś ogólnie uchodzić za niemoralne, a nawet już prawami państwo wymi zaczyna być wzbraniane.

Wychowanie potomstwa u ludzi jak i zwierząt następuje wskutek naturalnego pociągu, naturalnej sympatii. Ale u nas uchodzi za moralne wychowanie i kalek i nieuleczalnie chorych dzieci; u ludów starożytnych (a dziś jeszcze u wielu ludów „dzikich") wychowanie takich istot nieszczęśliwych uchodzi za niemoralne. Oczywiście, że dzicy i koczujący indy anie nie mają środków i nie mogą sobie pozwolić zbytku karmienia istot, nieuleczalnie chorych, lub nawiedzionych kalectwami ciała czy umysłu. My cywilizowani, mając po temu środki materialne, przedłużamy męczarnie nieszczęśliwych; to jest dziś nasza moralność.

Między młodymi a starymi, między silnymi a słabymi wyrabia się stosunek, oparty na użyczonej opiece i uczuciu wdzięczności; stosunek, który przez zmianę wieku staje się wzajemnym. Ta opieka nad dziećmi i starcami, którzy w sile wieku również dziećmi i starcami się opiekowali, rodzi ideę moralną i staje się obowiązkiem moralnym: gdzie jednak trudne warunki zewnętrzne, a może także dziksze usposobienie umysłu i brak tkliwszych uczuć, skłaniały społeczność do pozbywania się ciężaru starców przez zabijanie ich, tam i ten ohydny dla nas zwyczaj wzniósł się tak samo w sferę moralności, jak np. w sferze tej znajduje się do dziś dnia okropny dla nas zwyczaj hindusów palenia wdów na grobach mężów.

Wszystkie te zwyczaje, obyczaje, obrzędy, polegają na ideach moralnych, których istota jest zawsze ta sama i których powstanie było zawsze i wszędzie jednakie.

Warunki naturalne wywołują z koniecznością pewną dążność ludzi, która pcha ich do pewnego postępowania w tej lub owej formie; forma zaś postępowania, okazująca się praktyczną i utrzymująca się przez częste powtarzanie, otrzymuje w opinii społecznej sankcją moralną. Tak np. według warunków zewnętrznych, według temperamentu i usposobienia umysłowego i fizycznego pojedynczych hord i gromad układa i reguluje się rozmaicie stosunek między jedną a drugą płcią i także rozdział ekonomiczny pracy między mężczyznami i kobietami. I czy ze współdziałania wszystkich tych wspomnianych czynników wynika wspólność kobiet, czy poligamia, poliandria, czy monogamia—wszędzie i zawsze zwycięski obyczaj, który w danych warunkach okazawszy się najpraktyczniejszym, utrzymał się, zyskuje sankcją moralną, staje się artykułem moralności, uzasadniającym prawa i obowiązki moralne.

Z panowaniem jednej hordy nad drugą, albo z przymierzem dwóch hord w celu odparcia napadów lub ujarzmienia trzeciej, albo też z zaprowadzeniem niewolnictwa po szczęśliwych wyprawach wojennych, w których się zyskało licznych jeńców— zakres stosunków życia się rozszerza, rozpoczyna się nowy szereg czynności i postępowań i powstaje nowa sfera idei moralnych.

Najpraktyczniejszy sposób traktowania jeńców, niewolników i służby, najpraktyczniejszy sposób znalezienia się wobec sprzymierzeńców: wszystko to dostarcza nowych podstaw do zapatrywań moralnych.

Najrozsądniejszy w danych warunkach i najpraktyczniejszy sposób panowania nad poddanymi staje się jedynie moralnym; wierne zachowanie przymierzy, które po różnych doświadczeniach okazało się najskuteczniejszym środkiem powodzenia, rodzi odpowiednią ideę moralną; różne traktowanie ludzi różnego stanu i zawodu stwarza z czasem zwyczajowe artykuły moralności, zanim państwo nada im sankcją prawa.

Ponieważ jednak różność wieku, płci, lub stanowiska społecznego warunkuje w każdym osobnym wypadku odrębne postępowanie, a więc ponieważ w jednej i tej samej sytuacji inaczej postępuje młodzieniec, inaczej starzec, inaczej mężczyzna, inaczej kobieta, inaczej pan a inaczej sługa, inaczej bogacz a inaczej ubogi; wynika stąd, że na każdym z tych różnych stanowisk i odnośnie do każdego z nich, tworzy się osobna miara moralności, którą i jednostka i społeczeństwo mierzą postępowanie ludzkie.

Tak np. bezwarunkowe posłuszeństwo uchodzi za moralność poddanych i niewolników; nieugięta energia i surowa karność w zarządzie jest moralnością panów i panujących. Tak np. gdzie istnieje niewolnictwo, zabójstwo pana uchodzi za najwyższą niemoralność ze strony niewolnika, zabójstwo zaś niewolnika panu jego nie bywa zaliczone na karb niemoralności. Takie więc są fakty społeczne, wytwarzające moralność i idee moralne.

Ale umysł człowieka nie zadowala się nigdy faktami. Jest to właściwością jego, że szuka zawsze przyczyn faktów i bądź co bądź stara się faktom podsunąć przyczyny jakieś — choćby te podsunięte przyczyny z faktami z nich wy wodzonymi nie miały nic do czynienia. Gdziekolwiek człowiek spotyka się z jakimś faktem lub zjawiskiem, stara on się przede wszystkim wytłumaczyć je sobie, przy czym zwykle pierwsze tłumaczenie sięga przyczyn najodleglejszych, ze zjawiskiem lub faktem najmniejszego związku nie mających. Człowiek bowiem jest Wiecznym poetą. Jak zjawiska natury tłumaczy najprzód mitologicznie, tworząc najrozmaitsze bajki, tak samo i fakty społeczne stara się uzasadnić za pomocą najróżniejszych bajek. Każdy stan rzeczy w społeczeństwie wywodzonym bywa najprzód z jakichś mitologicznych zajść. Podobnie jak własny byt na ziemi odnosi do aktu stworzenia przez Stwórcę, którego sobie przedstawia jako człowieka, tak samo wywodzi wszelkie różnice społeczne między ludźmi z różnych aktów tego Stwórcy. Co w ustroju społecznym stworzyła siła stosunków, wszystko to przypisuje on chętnie pierwotnym urządzeniom Stwórcy. Bezwiednie kieruje nim w tych inwencjach chęć nadania swoim ideom moralnym sankcji wyższej. Jeżeli stosunki społeczne tak dalece się rozwinęły, że społeczeństwo potępia zabójstwo człowieka, a szanowanie życia bliźniego staje się wymaganiem moralności; wtedy umysł poetyczny człowieka wyobraża sobie Boga, objawiającego się w płomienistym krzaku i wśród grzmotów i błyskawic oddającego prorokowi swemu kamienne tablice,, na których wyryte przykazanie: nie zabijaj! Dopiero przy takim uzasadnieniu artykułów moralności zdaje się człowiekowi, że nadał im dostateczną sankcją.

Ta właściwość umysłu ludzkiego odbiła się na wszelkiej moralności od dawien dawna do dziś dnia. Rezultat faktów i stosunków społecznych, tłumaczony i wywodzony z przyczyn zmyślonych: oto forma, w jakiej wszędzie i zawsze występuje moralność. Zawsze w niej zlewa się rzeczywistość i poezya w nierozłączną prawie całość. W tej postaci wpaja ona się w umysł człowieka, zrasta z uczuciem jego, tak iż nawet się zdaje, że inaczej człowiek nigdyby się nią tak głęboko nie przejął i że tylko w tej szacie poetycznej podbija ona sobie serca ludzi.

Czy wieki teologiczne wywodzą moralność z przykazań boskich, czy ją czasy filozoficzne wyprowadzają z przyrodzonych idei: zawsze prawda i poezya zlewają się w jedne całość,, tak że trudno sobie nawet wyobrazić moralność bez tej przymieszki poetycznej. Być łatwo może, że w tej poetycznej przymieszce leży tajemnica wpływu, jaki moralność wywiera na serca ludzkie, leży czarowna moc, za pomocą której ona włada nad duszami. Ale jakkolwiek to panowanie i ta władza moralności są wielkim dla ludzkości dobrodziejstwem, umiejętność ubolewa nad tym, że wraz z ideami moralnymi i te mity głębokie zapuszczają korzenie w umysły ludzkie. Przez to bowiem ogółowi zawsze się zdaje, jakoby bez tego mitu moralność była niemożliwą; jakoby każdy rozbiór umiejętny tych mitów eo ipso już był obrazą moralności, podkopywaniem jój.

Tak zawsze było i tak jest dzisiaj. Sokratesa obwiniano, że podkopuje cnotę i moralność, te żywotne siły życia społecznego, ponieważ odważył się wątpić o istnieniu bogów olimpijskich, tworów wybujałej wyobraźni. Tak samo dzisiaj każdy przykładający sondę krytyki do któregokolwiek mitu podsuniętego moralności jako uzasadnienie, naraża się na zarzut niemoralności 9); kto przeczy istnieniu „wrodzonych" idei moralnych lub wiecznej i bezwzględnej moralności a moralność przedstawia jako owoc stosunków społecznych, podlegający zmianom tak samo jak i te stosunki odnośnie do czasu i miejsca, uważany jest za wroga moralności.

Tę walkę przesądów przeciw prawdzie w imieniu moralności widzimy w najrozmaitszych dziedzinach. Rozwinięte do pewnego stopnia uczucie moralne wytworzyło mit o jednoplemienności rodu ludzkiego, by uzasadnić ideę i uczucie miłości bliźniego mitem o pochodzeniu wszystkich ludzi od jednej pary pierwszych rodziców. Ktokolwiek więc dzisiaj przemawia za poligenizmem, naraża się na zarzut niemoralności; jak gdyby teoria wieloplemienności zagrażała uczuciu miłości bliźniego (choć teoria braterstwa i miłości bliźniego nie zapobiegała nigdy wzajemnemu zabijaniu się i tępieniu potomków jednej pary i dzieci jednego ojca): jak gdyby uczucie miłości bliźniego nie dało się równie dobrze uzasadnić na jednorodzajowości wieloplemiennego rodu ludzkiego — jakkolwiek uczucie to w rzeczywistości zupełnie inną ma podstawę, leżącą w rozwoju oświaty i kultury.

Podobne widowisko przedstawia nam w niezliczonych odmianach historią sekciarstw i sporów religijnych. Najobojętniejszym bowiem obrzędom religijnym przypisywano bezpośredni wpływ na moralność: zaniedbanie zatem lub wprost sprzeciwianie się tym obrzędom uchodziło za najwyższą niemoralność. Również każdy nowy system filozoficzny, każda zdobycz umiejętności musiały zawsze staczać zażarte walki z przesądami jako w rzekomymi „stróżami i opiekunami moralności."

Kiedy „oświata" 18-go wieku, kiedy ówczesna filozofia materialistyczna wykazały mylność i bezzasadność niejednego grubego przesądu i panującego zabobonu: zewsząd dał się słyszeć okrzyk hipokryzji, że ta filozofia i oświata podkopują moralność. Ponieważ w danym czasie idee moralne uzasadniano nieśmiertelnością duszy, która po krótkim w ciele pobycie ulata do wiecznej ojczyzny swej po nad gwiazdami, aby tam nowy rozpocząć żywot: wskutek tego każdego „materialistę," który odważył się wątpić o tym przenoszeniu się duszy z ciała do nieba, potępiano jako człowieka niemoralnego, albowiem sądzono, że moralność musi tylko być wypływem owej wiary w nieśmiertelność duszy i przyszły jej pobyt w niebie! Tym sposobem różnymi czasy starano się idee moralne, panujące jako rezultat społecznego rozwoju, uzasadniać najrozmaitszymi mitami.

Ktokolwiek się zaś sprzeciwiał tym ostatnim, tego odsądzano od moralności, jak gdyby ta bez tych mitów istnieć nie mogła. Tymczasem rzecz zupełnie inaczej się ma. Jakkolwiek zawsze starano się jakie miś mitami nadać moralności sankcją wyższą, najczęściej boską, co zresztą było poniekąd koniecznym, to jednak postęp wiedzy i nauki jak z jednej strony wykazuje bezpodstawność tych mitów, tak z drugiej głębsze odkrywa uzasadnienie moralności.

Nie potrzebny więc jest strach! Nie koniecznie też najlepszą jest ta moralność, która się boi wiecznych kar piekła, albo spodziewa się nagród w przyszłym życiu. Moralność ma i powinna mieć inne podstawy: jest ona rezultatem rozwoju społecznego, owocem oświaty i kultury i jest siłą istotną i samodzielną, kierującą postępowaniem i działaniem człowieka moralnie wychowanego, który moralnym jest dla moralności, nie zaś dla nagród lub z obawy kar wiecznych. Te ostatnie zresztą nigdy jeszcze złoczyńców nie wstrzymywały od popełniania zbrodni, tak jak w wiekach średnich, w wiekach fanatycznej wiary nie mogły uśmierzyć okrucieństw inkwizycji, palenia czarownic i tym podobnych okropności.

Podobnie też i dzisiaj „prawowierni" wszelkich wyznań potępiają darwinizm, upatrując w teorii pochodzenia ludzi od niższych organizmów niemoralność albo przynajmniej niebezpieczeństwo dla moralności! — jak gdyby moralność nasza była skutkiem stworzenia człowieka przez Boga, lub w ogóle ze stworzeniem takim miała coś do czynienia!

Na polu teoryj politycznych powtarza się to samo zjawisko. Rozwój historyczny i cywilizacyjny państwa wytworzył pewną moralność polityczną, pewną ideę moralną państwa i prawa publicznego. Z naturalnych i koniecznych dążności społeczeństw ludzkich wyrosło państwo, i w strefach umiarkowanych, wśród sprzyjających warunków cywilizacji, stało się tym, czym dzisiaj jest: podporą prawa i moralności, opieką cywilizacji i dobrobytu. Ten fakt w umyśle człowieka zrodził teoria państwa, według której ono początek swój zawdzięcza „umowie społecznej," zawartej niegdyś między pierwszymi założycielami państwa „w celu ustanowienia prawa i wymierzania sprawiedliwości." Mit ten jest dokładnym wyrazem idei moralnej, która wykwitła z rzeczywistego rozwoju państwa. Jeżeli zaś dzisiaj przedmiotowe badanie naukowe i bezstronne rozpatrywanie faktów doprowadza do rezultatu, że państwo nie powstało przez żadną umowę społeczną, ale po prostu przez gwałt, przemoc i podbój; zaraz powstaje krzyk „moralnych" świętoszków i hipokrytów: że taka teoria polityczna podkopuje ideę moralną państwa, nurtuje prawo i szkodzi moralności publicznej.

Przypomina to zwykłe postępowanie względem dzieci, którym niańki wpajają poczucie obowiązku, strasząc je „dziadem." Ale czyż umiejętność może się powodować tak ograniczonymi skrupułami i względami? Moralność jest owocem rozwoju społecznego; jaki stopień—-taka moralność; umiejętne zaś rozpoznanie rzeczywistych jej podstaw nigdy nie może osłabić jej jako takiej; owszem prawda może zawsze tylko wyjść na korzyść moralności i może ją silniej ugruntować. Oczywiście, że zwykłe uzasadnianie moralności mitami stąd także pochodziło, że powstanie idei moralnych należy do najzawilszych zjawisk społeczno-psychicznych i do dziś dnia w sposób racjonalny wytłumaczonym być nie mogło. Ale to bynajmniej nie usprawiedliwia zarzutów czynionych umiejętnemu wyjaśnieniu tego problematu! Albowiem, przeciwnie, łatwo wykazać, że takie umiejętne wyjaśnienie kwestii moralności przyczynić się może tylko do podniesienia jej wartości i wagi. Zastanówmy się nad tym punktem.

Rozwój życia odbywa się przez działanie natury i czynności ludzkie. Te ostatnie są rozsądne, jeżeli odpowiadają tendencjom natury, do nich się stosują i je uzupełniają; nierozsądnymi zaś są, jeżeli tendencje te zapoznają lub im się sprzeciwiają. Jedna więc może tylko być rozsądna zasada czynności ludzkich, a zatem także podstawa wszelkiej moralności i etyki: stosować się do prawdziwej tendencji natury. Dlatego też poznanie natury, a więc przyrodoznawstwo w prawdziwym, wszystkie dziedziny życia ludzkiego obejmującym znaczeniu, jest jedyną i najlepszą podstawą wszelkiej moralności i etyki umiejętnej. Ta ostatnia zatem polegać winna na przyrodoznawstwie. To też gdzie niema przyrodoznawstwa, tam etyka kwitnąć nie może: rozkwita ona dopiero i najwznioślejszą wskazuje nam moralność, kiedy się opiera na rezultatach wysoko rozwiniętego przyrodoznawstwa.

Ten związek przyczynowy między postępami przyrodoznawstwa a wyższą i czystszą moralnością nie trudno wykazać.

Natura ma wszystkie te przymioty, które monoteizm orientalny Bogu swemu przypisuje: wszechobecność i wszechmoc. Z tych przymiotów natury wynika, że wszędzie i zawsze tylko to się dzieje, czego natura chce t. j. co odpowiada tendencji jej, co niejako jest jej celem. Prawom zaś natury podlega i człowiek. Dźwiga on jarzmo jej przykazań; popędom naturalnym musi zadość uczynić; życie jego stosować się musi do sił i zdolności, użyczonych mu przez naturę, i na jej też zawołanie ustąpić on musi ze sceny życia, choćby mu przyszło opuścić najwyższe szczęście, najdroższe ziemi tej skarby. Ta wszechmoc natury i te od niej zawisłe zajścia i procesy życia wpajają się tak głęboko w umysł człowieka, że nie potrafi on nawet pomyśleć sobie innego sposobu, innego trybu życia. Ten tryb i ten sposób życia staje się w umyśle jego miarą moralności — ten tylko tryb i sposób życia zdaje mu się jedynie rozsądnym i moralnym. Niema on innej miary do ocenienia zajść i procesów życia jak domniemaną wolę natury t. j. widoczną jej tendencją. Cokolwiek więc jest „naturalnym," to samo przez się wydaje mu się rozsad nem i moralnym—a „nienaturalne" znaczy u niego tyle, co nierozsądne i niemoralne.

Tym sposobem, na wzorze działań natury wykształcił człowiek w sobie zmysł moralności; prawidła postępowania natury—niemniej w życiu społecznym—zamieniły się w umyśle jego na idee moralne.

Z natury rzeczy, z porządku naturalnego starsi i rodzice obejmują przewodnictwo nad młodszym pokoleniem: ten fakt naturalny w umyśle naszym wytwarza ideę moralną należnej starszym i rodzicom czci i poszanowania. Co w naturalny sposób się stało, co jest naturalnym, to staje się także żywiołem moralności.

To też w tym, co z natury rzeczy i stosunków płynie, co naturalnie się dzieje i staje, leży wieczna i stała podstawa wszelkiej moralności; moralne zaś i etyczne działanie jest to, które się stosuje do tendencji natury.

Z tego wypływa, że w gruncie rzeczy istnieć powinny tylko jedna etyka i jedna moralność, które zawsze i wszędzie powinny by być tak stałe i niezmienne jak działanie natury. Jeżeli jednak, jak to powyżej twierdziliśmy, zapatrywania etyczne i moralne zmieniają się według miejsca i czasu, jest to skutkiem tego, że pojmowanie i znajomość natury nie zawsze i wszędzie są jednakie i że ludzie pod tym względem oddają się częstokroć grubym złudzeniom; po wtóre zaś że pewnych dziedzin zjawisk jak np. dziedziny zjawisk społecznych, nie zaliczano dotąd nigdy do dziedzin, podlegających prawom i działaniom natury, że zatem tu nie starano się wcale o poznanie tendencji natury, wskutek czego o zmianie odziedziczonych pojęć moralnych w duchu lepiej poznanej tendencji natury, w sprawach społecznych nawet mowy być nie mogło.

Jeżeli więc dzisiaj umiejętność, a w szczególe socjologia stara się odkryć prawa naturalne, rządzące zjawiskami społecznymi, oddaje ona niepoślednie usługi moralności, torując drogę prawdzie i usuwając błędy i złudzenia w kwestiach społecznych. Nic dziwnego zaś, że w tym kierunku pracując, musi ona pogańskie burzyć świątynie i uprzątać liczne zawalające jej drogę stare bałwany, takie np. jak „idee wrodzone" i t. p. na który to widok podnoszą pełne zgrozy i oburzenia krzyki i lamenty świętoszkowie i „moraliści."


1) Żałuję bardzo, żem dzieło p. Świętochowskiego w ostatnim dopiero czasie poznał, i że nie mogłem z niego korzystać przy pisaniu poprzednich moich prac w języku niemieekim ogłoszonych.
2) Słusznie powiada Świętochowski o etyce greckiej, że rozmyślała tylko nad tym, jakie rodzaje postępowania zapewniają szczęście, cnotę i korzyść. Była więc higieną moralną, teorią szczęśliwości i pożytku, przedewszystkióm zaś nauką praktycznej mądrości." Ta „charakterystyczna zaś cecha etyki greckiej... jak grzech pierworodny przekazuje się do dziś na ujarzmionych klasyczną powagą filozofów nowszych." (O powstawaniu praw moralnych str. 20).

3) O Lockem powiada słusznie Świętochowski: „Nikt przed nim, a nie wielu po nim zapisało się w dziejach etyki równą zasługą. Najgłówniejszym zaś tytułem tej zasługi jest przede wszystkim to, że on pierwszy najenergiczniej wystąpił przeciw ideom wrodzonym i organom moralnym, a nadto zwrócił uwagę na odmiany obyczajowe, jako na fakty niezbędne do uwzględnienia w etycznej indukcji", 1. c, str. 46.

1) Obszerniejsze przedstawienie rozwoju teoryj moralności ai do najnowszego czasu, patrz w Świętochowskim.

4) Świętochowski, 1. c, str. 8.

5) Porównaj Spencer: The Data of Ethics. Rozd. 1 i 2.

6) W dziele: Idealismus und Positivismus. Berlin, 1879. Tom II, rok 1882.

7) Idealismus und Positivismus II, 158.

8) Czuł to dobrze Herbert Spencer, który w pierwszych dziełach swoich, mianowicie: w „Pierwszych zasadach," w „socjologii" targnął się na przyjęte ogólnie podstawy moralności, a chcąc czym prędzej uprzedzić zarzuty podkopywania samej moralności, pospieszył się z wydaniem swój Etyki, która według planu miała być zakończeniem jego systemu filozofii. tłumaczy on w przedmowie do Etyki to wcześniejsze wydanie ostatniej części swej filozofii przed innymi jej częściami tą obawą, aby go nie posądzano, że zniszczywszy istniejące podstawy moralności, nie postarał się o lepsze.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 08 2011