Herbert Spencer

Religia i Nauka

Pierwsze zasady - rozdział I

§ 1. Zbyt często zdarza się nam zapominać nie tylko o tym, że w rzeczach złych zawiera się jądro (soul) dobrego, ale i o tym, że jądro prawdy istnieje w rzeczach błędnych. Jeżeli są ludzie, którzy przypuszczają w oderwaniu, że fałsz zawiera w sobie jądro prawdy, to bardzo nieliczni pamiętają o tym wówczas, gdy wydają sąd o przekonaniach bliźniego. Ze wzgardą i oburzeniem odrzuca się zwykle mniemanie, zbyt rażąco niezgodne z rzeczywistością, i w zapale walki nikt nie zapyta siebie, co też zalecało je umysłowi wierzących? A jednak musiało w nim być coś takiego, co je narzucało. Można by sądzić, że zgadza się ono z niektórymi częściami ludzkiego doświadczenia w sposób niewyraźny może i niedoskonały, niemniej wszakże prawdziwy. Opowiadanie najbardziej nawet niedorzeczne może mieć swe źródło w jakimś wypadku rzeczywistym i gdyby ten się nie był wydarzył, natenczas nie zrodziłoby się też nigdy nierozsądne o nim wyobrażenie Jakkolwiek przesadny i przekształcony obraz, na który spoglądamy przez pryzmat rozgłosu, całkowicie się różni od rzeczywistości, niemniej wszakże bez rzeczywistości owej nie byłoby spaczonego i przesadnego obrazu. Tak samo ma się rzecz z mniemaniami ludzkimi w ogólność i Jakkolwiek bezwzględnie ziymi wydawałyby się nam one, przypuścić można, iż pochodzenie swe zawdzięczają wypadkom rzeczywistym, iż pierwotnie zawierały, a może zawierają jeszcze jakąś cząstkę prawdy.

Należy zawsze przypuszczać to, gdy idzie o mniemania, które panowały długo i upowszechniły się daleko, nade wszystko zaś, gdy idzie o owe mniemania żywotne i prawie lub całkiem powszechne. Przypuszczenie to zyskuje na sile odpowiednio do liczby stronników tegoż poglądu. Jeżeli przypuścimy, iż życie możliwym jest tylko pod warunkiem pewnej zgodności pomiędzy wewnętrznymi przekonaniami i okolicznościami zewnętrznymi, jeżeli przypuścimy przeto, iż prawdopodobieństwo przemawia na korzyść całkowitej lub przynajmniej częściowej prawdziwości danego przekonania, to gwoli największemu prawdopodobieństwu, będziemy też musieli uznać pewna, podstawę i w tych wierzeniach, które podziela znaczna liczba umysłów. Osobiste pojęcia fałszywe, ustępując z pola, powinny pozostawiać sądowi ogólnemu po sobie pewien przyrost jego wartości. Zarzucą nam tu, co prawda, iż wiele z pomiędzy mniemań najbardziej upowszechnionych przyjęto na wiarę powagi, że ci, którzy j c wyznają, nie czynią, żadnego wysiłku w celu sprawdzenia ich, że przeto wywnioskować stąd można, iż mnogość wiernych nic waży zbyt wiele na szali prawdopodobieństwa danego mniemania. Lecz nie jest to prawda. W istocie, gdy pewne mniemanie zdobywa licznych stronników, nie podlegając próbom oceny, wówczas widocznym jest iż mniemanie to zgadza się w pewien sposób ogólny z różnymi innymi wierzeniami tych ludzi, którzy je przyjmują. Skoro zaś owe inne wierzenia opierają się na spostrzeżeniu i sadzie osobistym, to dostarczają one bezpośredniego oparcia i temu mniemaniu, z którym się zgadzają. Zdarzyć się może, iż wartość owego oparcia będzie nieznaczną, zgodzić się wszakże trzeba, iż jakąś wartość posiadać ono musi.

Gdybyśmy mogli wyrobić sobie jasne o tym przedmiocie wyobrażenia, pożytek ich dla nas byłbym niezwykle wielkim. Ważnym jest stworzyć, jeżeli można, jak gdyby ogólną teorią mniemań panujących, a to aby nie oceniać ich zbyt wysoko, ani zbyt nisko. Wytworzenie dokładnego sądu o zagadnieniach spornych zależnym jest wielce od postawy naszego umysłu w chwili słuchania sporu lub uczestniczenia w nim; jeżeli zaś chcemy nadać mu postawę należytą, to potrzeba się uczyć, co prawdziwego lub fałszywego zawierają w sobie ogólne wierzenia ludzkie. Z jednej strony nie należy się dawać unosić owemu przyjaznemu prądowi wyobrażeń, który się streszcza w dogmatach takich, jak: "To-co wszyscy mówią, musi być prawdą" albo: "Głos ludu jest głosem Boga." Z drugiej strony, jeżeli dzieje przeszłości nauczyły nas, że większość nie miewała zazwyczaj słuszności, to za to bez wzdragania się powinniśmy uznać, iż ów brak słuszności nie bywał zazwyczaj zupełnym. Jednym z zasadniczych warunków szerokiego poglądu jest unikanie ostateczności, powinniśmy przeto wystrzegać się popadania w nią, robiąc sobie ogólną w tej mierze ochronę z oceny rozmaitych mniemań. W tym celu rozważać potrzeba, jaki rodzaj stosunku wiąże zazwyczaj mniemania owe z faktami. Jako przykład weźmiemy jedno z wierzeń, które pod rozmaitymi postaciami panowały u wszystkich narodów, po wszystkie czasy.

§ 2. Podania pierwotne przedstawiają wodzów, jako bogów lub półbogów. W mniemaniu swych poddanych królowie pierwotni mieli nadludzki początek i władze dzierżyli nadludzką. Posiadali oni przywileje bóstwa; bito przed nimi czołem, jak przed ołtarzami bogów, w niektórych zaś krajach modlono się do nich istotnie. Gdyby potrzeba było dowodów na to, iż przyrodę boga lub półboga, przypisywano władcy w znaczeniu dosłownym, to dowody takie znaleźlibyśmy wśród owych dzikich plemion, które dziś jeszcze przyjmują, że wodzowie i ich rodziny są pochodzenia niebiańskiego, lub że tylko wodzowie posiadają duszę. Rzecz prosta, obok tych mniemań istniało jeszcze inne, podług którego wódz plemienia miał nad poddanymi swymi moc nieograniczoną, bezwzględne prawo własności, mogące dochodzić niekiedy aż do władzy dowolnego odbierania im życia. Dziś jeszcze na wyspach Fidżi ofiara idzie na śmierć z rękami nieskrępowanymi; za danym przez wodza znakiem oznajmia sama, iż wszystko, co król nakazuje, winno być spełnione.

W czasach i wśród plemion mniej barbarzyńskich znajdujemy mniemanie te w postaci cokolwiek zmienionej. Zamiast patrzeć na władcę, jak na boga lub półboga, widzi się w nim człowieka, posiadającego boską władzę, a może też w mniejszym lub większym stopniu boską przyrodę. Zachowuje on, jak się to dzieje dzisiaj na wschodzie, tytuły, będące przypomnieniem niebieskiego pochodzenia i pokrewieństwa i bywa jeszcze pozdrawianym z taką samą uniżonością form i wyrazów, jakiej używają mieszkańcy, zwracając się do bóstwa; jeżeli w praktyce mienie i życie poddanych nie jest już tak całkowicie na łasce księcia, to jednak teorią przypuszcza jeszcze, iż do niego one należą.

W bardziej posuniętym już okresie uspołecznienia, jak np. w wiekach średnich Europy, mniemania ogółu o przyrodzie stosunków władcy do narodu większej podlegają już zmianie. Teorią o boskim pochodzeniu ustępuje miejsca teorii o boskim prawie. Król nie jest już ani bogiem ani półbogiem, ani nawet potomkiem jakiegoś bóstwa; ogół ogranicza się tylko do spoglądania nań, jak na boskiego namiestnika. Dowody szacunku, jakie mu się składa, nie cechują się już uniżonością tak przesadną, a jego święte tytuły tracą wiele ze swego pierwotnego znaczenia. Nade wszystko zaś władza jego przestaje być nieograniczona. Poddani nie przyznają mu prawa samowolnego rozrządzania ich życiom i mieniem, wierność zaś ich przybiera na się tylko postać posłuszeństwa jego rozkazom.

W miarę rozwoju opinii publicznej władza najwyższa staje się coraz bardziej ograniczoną. Wiara w nadprzyrodzony charakter panującego, którąśmy od dawna już odrzucili, nie zostawiła po sobie nic więcej nad ową skłonność, popychającą naród do przypisywania mu dobroci, mądrości i piękności -- większych, niż zwyczajne. Prawomyślność, która w zasadzie oznaczała milczące poddanie się woli panującego, dzisiaj wyraża już tylko uznanie subordynacji i uiszczanie się z pewnej daniny szacunku. Nasza praktyka i teorią państwowa odrzuca całkowicie owe przywileje królewskie, co do których niegdyś nie było sporu. Składając z tronu jednych królów i przywołując na ich miejsce nowych, nie tylko odmówiliśmy pewnym osobom boskiego prawa do władzy, lecz zaprzeczyliśmy, iż mogłyby one mieć jakiekolwiek prawo inne nad to, które wypływa ż woli narodu. Nasze zwroty mowy i urzędowe dokumenty twierdzą, jeszcze, iż obywatele są poddanymi panującego, lecz nasze mniemania istotne i codzienne nasze postępki, domyślać się każą twierdzeń wprost przeciwnych. Jesteśmy posłuszni tylko prawom, któreśmy sami stworzyli. Monarchę pozbawiliśmy całkowicie władzy prawodawczej i powstalibyśmy bodaj przeciwko wykonywaniu jej przez króla albo królową, w sprawach najmniejszej nawet doniosłości. Słowem -zasady pierwotne uległy wśród nas zupełnemu zburzeniu.

Przeniesienie władzy z rąk autokraty do rąk ciała przedstawicielskiego nie było wszakże jedynym skutkiem odrzucenia pierwotnych mniemań politycznych. Pojęcia, jakie się tworzy sobie dzisiaj o rządzie, bez wzglądu na jego formę, różnią się znacznie od pojęć dawniejszych. Rządy dawniejsze,-bądź ludowładcze, bądź despotyczne cieszyły się nieograniczoną władzą nad poddanymi Jednostki istniały dla pożytku Państwa, nie zaś Państwo dla pożytku jednostek. Za dni naszych nie tylko, iż wola narodu zastąpiła wolę Królewską, ale działanie woli narodu sprowadzonym też zostało do zakresu mniej rozległego. W Anglii np. jakkolwiek nie postawiono dokładnej teorii ograniczającej władzę rządu, niemniej wszakże, w praktyce, władzy owej narzucono granice, uznawane milcząco przez wszystkich. Żadne prawo zasadnicze nie oznajmia, iż prawodawstwo (legislature) nie może rozrządzać dowolnie życiem obywateli, na wzór królów, przynoszących niegdyś hekatomby z ludzi; gdyby wszakże możliwą była dla angielskiego prawodawstwa próba takiego nadużycia władzy, to zuchwałość jego zamiast spowodować zgubę obywateli, przyśpieszyłaby jego własną.

Cale bezpieczeństwo, jakim osłoniliśmy swobody osobiste przeciwko wdzieraniu się władzy, ujrzano by niebawem wtedy, gdyby zamierzano przez jakiś akt parlamentu zawładnąć, narodem, lub jedną jego klasą i użyć jej, jak to czyniły rządy pierwotne, do posług publicznych. Niech tylko jaki mąż stanu zaproponuje nowy podział własności, na wzór pewnych starożytnych społeczeństw ludowładczych, a znajdzie się on wobec powszechnego krzyku, który odmówi mu zwierzchniczego prawa do własności prywatnej. Za dni naszych nie tylko zasadnicze prawa obywatela przeciwstawiono prawom Państwa, lecz również i rozmaite prawa mniejszej wagi. Od dość już dawna prawa, dotyczące stroju i rodzaju życia wyszły z użycia i gdyby spróbowano je wskrzesić, mniemanie powszechne przekonałoby, że sprawy te przechodzą zakres władzy prawodawczej. Od wieków stwierdzaliśmy w praktyce, niedawno zaś postanowiliśmy w teorii prawo każdej jednostki - do wolnego wyboru jej własnych wierzeń religijnych, zamiast przyjmowania ich w stanie gotowym z rąk władzy doczesnej. W ciągu ostatnich pokoleń wprowadziliśmy zupełną wolność słowa, na przekór ostatnim wysiłkom prawodawczym, mającym na celu zniesienie jej lub skrępowanie. Później jeszcze domagaliśmy się i ostatecznie-z wyłączeniem nielicznych ograniczeń wyjątkowych-otrzymaliśmy wolność handlowania z kimkolwiek nam się podoba. Tak więc, nasze mniemania polityczne różnią się znacznie od wyznawanych przez nas dawniej, nie tylko ze względu na powierników władzy, których naród ma słuchać, lecz i ze względu na zakres tejże władzy.

Przemiana ta nawet nie dosięgła jeszcze swego kresu; obok owych mniemań powszechnych ukazują się, inne-o wiele mniej upowszechniono lecz zmierzające daleko dalej. Utrzymuje się, iż działanie rządu zacieśnić należy w granicach węższych, niż te, jakie mu narzucono w Anglii. Miejsce dawnej doktryny, podług której jednostka istniała tylko dla Państwa, zajęła w znacznej mierze doktryna nowa, podług której Państwo istnieje tylko dla obywateli, przy czym z nauki tej zamierza się wyciągnąć wszystkie jej następstwa logiczne. Dla myślicieli tej szkoły wolność jest świętą i granicę jej stanowi tylko takaż wolność jednostek innych; władza prawodawcza nie może krępować jej bądź przez zakazywanie takich postępków, na jaki pozwala równość wolnych obywateli, bądź też przez pobieranie z mienia tychże obywateli cząstki większej, niż tego wymagają koszta, wywołane potrzebą nakazania szacunku względem praw najwyższych. Myśliciele owi utrzymują, iż Państwo ma przed sobą jedną tylko czynność - ochronę obywateli jednych przed drugimi i przed nieprzyjacielem zewnętrznym, Opierając się na oczywistej dążności, przewodniczącej całemu pochodowi uspołecznienia, dążności rozszerzania swobód poddanym i ograniczania działalności rządu, sądzą oni, iż ostatecznie można oczekiwać ustalenia się takiego ustroju państwowego, który zapewni jednostce największą możliwie swobodę, rządowi zaś możliwie najmniejszą władzę, i przez który wolność każdego ograniczoną będzie tylko takąż wolnością wszystkich, podczas gdy jedynym obowiązkiem rządu będzie nakazywać granic tych poszanowanie.

O pochodzeniu, o władzy i czynnościach rządu w różnych okresach czasu i w rozmaitych miejscowościach, znajdujemy przeto wielką różnorodność mniemań, których główne rodzaje, dopiero co przez nas wskazane, dzielą się na nieskończoną ilość gatunków. Co trzeba sądzić o prawdzie lub fałszywości tych mniemań? Z wyjątkiem małej liczby plemion barbarzyńskich, boskość albo pół-boskość panującego wszędzie uważana jest za niedorzeczność, przekraczająca, granice ludzkiej łatwowierności. Istnieje już tylko mała liczba krajów, gdzie utrzymuje się jeszcze przy życiu jakieś niewyraźne pojecie o tym, że panujący posiada przymioty nadprzyrodzone. Społeczeństwa najbardziej ucywilizowane, przyjmujące jeszcze boskie prawo rządów, od dawna odtrąciły już takież prawo królów. Zresztą mniemanie, iż postanowienia prawodawcze mają w sobie cechę świętości-mniemanie takie zanika i na prawa zaczynamy patrzeć tylko, jak na rzecz ugodową. Co więcej, pewna szkoła, posuwająca się dalej, utrzymuje nawet, iż rządy nie posiadają władzy przyrodzonej (intrinsic) i że nie mogły ono były otrzymać jej na skutek ugody, lecz że dzierżą ją jedynie jako stróże zasad obyczajowych, dających się wyprowadzić z istotnych warunków życia społecznego. Czy mamy powiedzieć, iż z pomiędzy tych mniemań i ich odmian niezliczonych jedno tylko jest całkiem prawdziwym i że wszystkie inne są fałszywymi, czy też powiedzieć mamy, że każde zawiera w sobie prawdę, mniej lub więcej błędami osłonięta? Rozbiór każe nam przyjąć pogląd ostatni. Jakkolwiek śmieszną każda z tych nauk może się wydać temu, kto nie przyswoił jej sobie w ciągu wychowania, to jednak istnieje pewna, popierająca ją okoliczność, ta mianowicie, iż jest ona uznaną za fakt niezaprzeczony. Jawnie lub domyślnie każda z nich głosi o pewnym podporządkowaniu postępków jednostek wymaganiom społecznym. Istnieje tam wielka niezgodność w oznaczeniu władzy, względem której podporządkowanie się takie jest obowiązującym; nie mniejszą też jest niezgodność zapatrywań na przyczynę i zakres owego podporządkowania, ale na uznanie konieczności jakiegoś, podporządkowania wszyscy się zgadzają. Poczynając od najdawniejszej i najbardziej nieokrzesanej idei poddańczości i kończąc na dzisiejszej, najdalej posuniętej teorii państwowej -wszędzie istnieje pod tym względem zupełna jednomyślność. Zapewne, pomiędzy dzikim, przyjmującym, iż życie jego i mienie bezwzględnie zależnym jest od woli jego władcy, i pomiędzy anarchista, który rządowi, bądź samowładnemu, bądź ludowładczemu odmawia prawa dotykania wolności osobistej, pomiędzy tymi dwoma poglądami zdaje się istnieć, na pierwszy rzut oka, zupełne i nie dające się pogodzić przeciwieństwo; ale rozbiór wykrywa tu pewno mniemanie, wspólne im obydwom, a mianowicie, że: istnieją jakieś granice, których czynności jednostek przekraczać nie powinny. Dla jednego-źródłem tych granic jest wola królewska, dla drugiego - są ono logicznym dopełnieniem obywatelskich praw równości.

Sądzić by można było na pierwszy rzut oka, iż przyszliśmy jedynie do wniosku zbyt małej wagi, do wniosku, iż w głębi tych wszystkich sprzecznych z sobą politycznych credo, tkwi pewna zasada wspólna i sama przez się widoczna. Lecz nie idzie tu o wartość albo o nowość prawdy szczegółowej, którą wyświetlił nam rozbiór. Chciałbym raczej uwydatnić tu pewną prawdę bardziej ogólną, którą skłonni jesteśmy przeoczać. Prawdą tą jest, iż: mniemania najbardziej sprzeczne mają zazwyczaj pewną zasadę wspólną i, że, jeżeli zasady owej nie należy przyjmować za prawdę niezaprzeczoną, niemniej wszakże można przyznawać jej największe prawdopodobieństwo. Gdy pewne założenie w rodzaju tego, jakie spotkaliśmy przed chwilą, nie jest wygłaszanym ze świadomością, lecz domyślnie tylko i jak gdyby bezwiednie, gdy nadto wyznawcą jego nie jest jeden człowiek, lub jedno społeczeństwo ale wiele społeczeństw różniących się tysiącznymi sposoby pod względem innych swych wierzeń, natenczas założenie owo posiada siłę pewności, przewyższającą moc innych założeń. Gdy postulat taki jest oderwanym, jak w wypadku obecnie nas zajmującym, gdy nie opiera się on na jakimś jednym, konkretnym doświadczeniu całej ludzkości, lecz każe domyślać się wniosku, osiągniętego z wielkiej liczby doświadczeń różnorodnych, wówczas powiedzieć możemy, iż postulat ów ze względu na swą pewność ma prawo zająć miejsce obok postulatów nauk ścisłych. Czyż nie dochodzimy do uogólnienia które będzie mogło służyć nam za przewodnika, gdy zapragniemy doszukiwać się jądra prawdy, zawierającego się w błędach? Powyższy przykład wykazuje jasno, iż mniemania zasadniczo i bezwzględnie złe na pozór, mają jednak w sobie coś dobrego; jednocześnie też ten sam przykład wskazuje nam, jakiej metody używać mamy, szukając owych pierwiastków dobrego. Polega metoda owa na porównaniu wszystkich mniemań tego samego rodzaju, na usunięciu z nich wszystkich owych, mniej lub więcej sobie szkodzących pierwiastków, konkretnych i szczególnych, które stanowią o niezgodności mniemań; dalej na rozpatrzeniu co też pozostaje po usunięciu tych pierwiastków niezgody i na koniec na wynalezieniu dla owej pozostałości takiego oderwanego wyrazu, któryby był prawdziwym we wszystkich jej różnorodnych odmianach.

§ 3. Jeżeli szczerze przyjmiemy tę zasadę ogólną i pójdziemy we wskazanym przez nią kierunku, to łatwiej nam będzie zrozumieć stałe przeciwieństwa, różniące ludzi pomiędzy sobą. Stosując zasadę ową nie tylko do takich pojęć panujących, które nie budzą w nas osobistego zajęcia, ale i do naszych własnych wyobrażeń i do wyobrażeń naszych przeciwników, zdołamy wydawać sądy bardziej sprawiedliwe. Skłonni nawet będziemy podejrzewać, iż mniemania nasze nie są zupełnie prawdziwymi i że wierzenia strony przeciwnej nie całkiem są fałszywe. Z jednej strony nie pozwolimy sobie, wzorem nie zastanawiającego się tłumu - narzucać naszych pojęć - dzięki li tylko przypadkowi, który zrządził, iż urodziliśmy się na takim lub innym miejscu kuli ziemskiej; z drugiej zaś strony nie popełnimy już błędu wspólnego większości tych, którzy biorą na się postać krytyków niezależnych, błędu-przeciwstawiania naszym przeciwnikom bezwzględnych i pogardliwych zaprzeczeń.

Ze wszystkich przeciwieństw (antagonizmów), istniejących pomiędzy różnymi mniemaniami najdawniejszym, najgłębszym, najważniejszym i najpowszechniej znanym jest przeciwieństwo pomiędzy Religią i Nauką. -Rozpoczęło się ono wówczas, gdy odkrycie praw najprostszych, rządzących najbardziej powszednimi rzeczami, narzuciło granice powszechnemu fetyszyzmowi, który do owego czasu nad umysłami panował. Przeciwieństwo to odnajduje się wszędzie, poczynając od tłumaczenia najprostszych wypadków mechanicznych aż do najbardziej zawiłych zjawisk historii narodów. Korzeniami swymi tkwi ono w głębiach duchowych nawyknień umysłów różnorzędnych. Nadto sprzeczne wyobrażenia o przyrodzie i życiu wytwarzane z osobna przez owe nałogi duchowo wywierają, również dobre i złe wpływy na uczucia i postępowanie ludzi.

Bój nieskończony, który po wszystkie wieki toczył się pod sztandarami Nauki i Religii w następstwie swym zrodził rozjątrzenie, przeszkadzające, niestety, każdej ze stron ocenić wartość drugiej. Na szerszej widowni i z gwałtownością większą, niż w każdym innym zatargu urzeczywistnia się w nim pewna bajka, głębokiej wartości obyczajowej, bajka o rycerzach walczących za barwę tarczy, której każdy z nich jedną tylko stronę oglądał. Każdy z walczących, patrząc na sprawę ze swego tylko punktu widzenia oskarża drugiego o głupstwo i o złą wiarę-z powodu iż nie przedstawiała mu się ona w takiej samej postaci. Każdemu z nich brakowało właśnie szczerości, aby przejść na stronę przeciwnika i odkryć, czemu się to działo, iż widzi on tarczę w sposób tak odmienny.

Szczęściem, że na chlubę doby dzisiejszej pojęcia przybierają charakter coraz bardziej wolnomyślny; dobrze też uczynimy, rozwijając go o tyle o ile tylko pozwala na to nasza przyroda. Im bardziej przekładać będziemy prawdę nad marne tryumfy, tym więcej zapragniemy dowiedzieć się, co skłania przeciwników naszych do właściwego im sposobu myślenia. Zaczniemy podejrzewać, że opór ich w trzymaniu się pewnego wierzenia stąd musi pochodzić, iż dostrzegają oni coś takiego, czego myśmy nie dostrzegli; posiadaną zaś przez nas część prawdy zapragniemy uzupełnić tą, którą znaleźli oni. Dzięki sprawiedliwej ocenie powagi ludzkiej unikać będziemy dwóch krańców: zbytniej uległości i nieuzasadnionego oporu. Sądów ludzkich nie będziemy uważali już - jednych za bezwzględnie dobre, innych za złe bezwzględnie; przechylimy się raczej ku temu, łatwiej dojącemu się obronić mniemaniu, iż nikt nie ma zupełnej słuszności i nikt całkowicie nie jest jej pozbawionym. Rozpatrzmy obydwie strony tego wielkiego zatargu, zachowując o ile można zalecaną tutaj bezstronność. Oprzyjmy się pociągom wynikłym z wychowania, zatkajmy uszy na szemranie sekciarzy i przypatrzmy się prawdopodobieństwom a priori przemawiającym na korzyść każdego stronnictwa.

§ 4. Gdy się utworzy sobie właściwe pojęcie o ogólnej dopiero co przez nas wyłożonej zasadzie, to z góry już można będzie powiedzieć, że wszystkie rozmaite postacie wierzeń religijnych jakie, istniały i istnieją jeszcze, opierają się na jakimś fakcie ostatecznym. Analogia nakazuje nam sądzić - nie, że jedno z tych wierzeń jest całkiem prawdziwe, lecz, że we wszystkich zawiera się coś dobrego mniej lub więcej osłoniętego złem. Jądro prawdy zawierające się w wierzeniach fałszywych, może się bardzo różnić od większej części lecz nie od całości wcielających je dogmatów; jeżeli zaś, jak to przypuszczać mamy słuszne powody, jądro to jest bardziej abstrakcyjne, niż którykolwiek z nich, to bez wątpienia wynika stąd, iż nie musi być ono do nich podobnym. Jakakolwiek wszakże byłaby różnica pomiędzy ową prawdą istotną i wyrażającymi ją dogmatami- prawda sama niemniej istnieje i znaleźć ją potrzeba. Przypuszczać, iż różne postacie pojęć religijnych są bez wyjątku i w bezwzględnie pozbawione podstawy, jest to nazbyt obniżać przeciętną umysłowość ludzkości, umysłowość po której spuściznę dziedziczą umysły jednostek.

Zobaczymy, iż ten dowód ogólny znajduje poparcie w innych bardziej szczegółowych. Do przypuszczenia, że należące do jednej klasy rozmaite wierzenia opierają się na czymś rzeczywistym, potrzeba, w wypadku obecnie nas zajmującym, dodać inne jeszcze przypuszczenie, oparte na wszechobecności wierzeń. Wyobrażenia religijne takiego lub innego rodzaju są prawie -powszechne. Utrzymuje się, iż istnieją plemiona, nie posiadające nawet zaczątków jakiejś teorii stworzenia, ani wyrazu na oznaczenie bóstwa, ani modlitwy, ani wyobrażenia o innym życiu; że najbardziej pierwotne z owych teorii ukazują się tylko wówczas, gdy człowiek dosięgnie już pewnego rozwoju umysłowego; otóż, gdyby to wszystko było prawdą, wynik naszych rozumowań nie uległby zmianie. Odkąd się zgodzimy, że wszystkie plemiona, które dosięgły już pewnego stopnia umysłowego rozwoju, że wszystkie pewne niewyraźne pojęcia o przyrodzie i tajemniczym początku przedmiotów posiadają otaczających człowieka, odtąd wnosić wolno, że owe pojęcia są niezbędnymi wytworami posuwającej się umysłowości. Nieskończona ich rozmaitość może tylko wzmocnić ten wniosek; wskazuje ona bowiem, iż teorie owe istnieją niezależnie od siebie i poucza nas, jak w rozmaitych miejscach i w rozmaitym czasie warunki podobne doprowadzały do podobnych wyobrażeń, a przez nie do analogicznych wyników. Powiadano, iż niezliczone, rozmaite, a jednak do tej samej rodziny należące zjawiska, które przedstawia nam historia religii, są wytworami sztuki i przypadku. Przypuszczenie to nie może się ostać. Godziwe odwołanie się do oczywistości, - zadaje wyraźny kłam mniemaniu, sprowadzającemu wszystkie wierzenia religijne do tego, iż są one li tylko wynalazkiem księży. Rozważając już tylko sprawę prawdopodobieństw, nie można wywnioskować ze słusznością, iż we wszystkich społeczeństwach przeszłych i dzisiejszych, dzikich i cywilizowanych niektórzy członkowie całości porozumieli się w celu oszukiwania pozostałych i, że celu swego dopięli dzięki sposobom tak podobnym. Gdyby utrzymywano, iż jakieś urojenie pierwotne wynalezionym było przez pierwotne zgromadzenie kapłańskie jeszcze przed rozproszeniem się ludzi, z ich wspólnego siedliska natenczas odpowiedź dałoby językoznawstwo, świadczy ono bowiem, iż rozproszenie się ludzkości rozpoczęło się wtedy, gdy mowa nie była jeszcze dostatecznie dojrzałą do wyrażania pojęć religijnych. Nadto gdyby hipoteza sztucznego pochodzenia religii oparła się nawet na innych dowodach, nie mogłaby ona zdać sprawy z faktów: nie wyjaśnia bowiem dla czego pod najrozmaitszymi postaciami religii znajdują się stale te same pierwiastki; nie wykazuje nam ona, dlaczego krytyka, burząc przez ciąg wieków poszczególne dogmaty religijne, nie zniszczyła zasadniczego pojęcia, które dogmaty te osłaniają. Oto znów jedno z dziwnych zagadnień: widzimy, jak wierzenia całych narodów tracą swą świętość na skutek nagromadzonych dokoła nich niedorzeczności i przesądów; widzimy, jak kończą one wśród zobojętnienia lub padają w walce ze stanowczym przeczeniem, ale widzimy również, jak podnoszą się one zawsze powoli, jeżeli nie w tej samej postaci, to przynajmniej co do istoty swój niezmienione. Zmartwychwstanie to może zadziwić, a jednak hipoteza potyka się o nie, lecz go nie wyjaśnia. Tak więc powszechność pojęć religijnych, niezależny ich rozwój wśród rozmaitych plemion pierwotnych, ich wielka żywotność, wszystko to dowodzi zgodnie, iż korzenie ich, muszą tkwić głęboko, nie zaś powierzchownie. Innymi słowy, zniewoleni jesteśmy przypuścić, że jeżeli pochodzenie ich, jak to utrzymuje większość, nie jest nadprzyrodzone, to muszą one pochodzić z powolnego przyrostu i stopniowego uporządkowywania sumy ludzkiego doświadczenia.

Powiedzą nam, iż religie są wytworem religijnego uczucia, które dla zadowolenia siebie snuje dziwadła, wyrzucając je następnie w świat zewnętrzny, i powoli biorą za rzeczywistość. Ale i w takim razie trudność nie zostanie rozstrzygniętą, odsunie się ją tylko. Niech sobie uczucie będzie ojcem wyobrażenia, lub niech oboje mają początek wspólny -tak czy inaczej, nasuwa się zawsze pytanie, skąd pochodzi uczucie religijne? Jest ono pierwiastkiem składowym człowieka, utrzymuje rzeczona hipoteza, ci zaś, co nad nią przekładają inne, nie mogą temu zaprzeczyć skoro zaś w szeregu wzruszeń człowieka należy umieścić i uczucie religijne, ożywiające większość człowieczeństwa i budzące się przy sposobności w tych nawet, którzy zdają się go być najbardziej pozbawionymi, to nie możemy zasadnie odmówić mu naszej uwagi. Spotykamy w nim czynnik, który, że nie powiemy już nic więcej, wywierał olbrzymi wpływ, odgrywał ważną rolę w całej przeszłości czasów historycznych, który za dni naszych jest duszą licznych urządzeń, przyczyną nieskończonych sporów, bodźcem niezliczonych postępków. Ogólna teoria wszechrzeczy, która by się z nim nie liczyła, może być tylko ułomną. Rozważając go tylko ze stanowiska filozofii, jesteśmy zmuszeni powiedzieć co on oznacza i od zadania tego nie możemy się uchylić, nie przyznając się do niedostateczności naszego systemu.

Mamy do wyboruj wie tylko hipotezy. Podług jednej uczucie, odpowiadające wyobrażeniom, religijnym tak jak i wszystkie inne zdolności ludzkie, wynika ze szczególnego aktu twórczego; podług drugiej uczucie to, jak i wszystkie inne, rodzić się muszą za sprawą ewolucji. Jeżeli przyjmiemy pierwsze przypuszczenie, któremu poprzednicy nasi hołdowali powszechnie i które uznaje jeszcze większość ludzi, to zagadnienie będzie rozstrzygnięte: człowiek obdarzony został uczuciem religijnym bezpośrednio przez Stwórcę i odpowiada też jego zamiarom. Przyjmując hipotezę drugą, natrafiamy na zagadnienia następujące: jakim okolicznościom przypisać należy pochodzenie uczucia religijnego i jaką jest jego dziedzina? Zmuszeni jesteśmy przyjąć te zapytania i wynaleźć na nie odpowiedź. Jeżeli, jak tego chce hipoteza na zdolności ludzkie patrzeć będziemy jako na wynik zmian nagromadzonych i wywołanych przez wzajemne oddziaływanie ustroju na jego otoczenie, to zmuszeni jesteśmy mniemać, że wśród zjawisk zewnętrznych istnieją też warunki, które spowodowały wytworzenie się uczucia religijnego, a wówczas zmuszeni będziemy przyznać, iż uczucia to jest tak sąmo normalnym jak każda inna zdolność. Co więcej, jeżeli jest prawdą, jak tego chce hipoteza rozwoju form niższych w wyższe, że celem, do którego pośrednio lub bezpośrednio dążą postępowe zmiany, winno być przystosowanie się do wszystkich potrzeb istnienia, to jesteśmy zniewoleni nadto wywnioskować, że uczucie to przyczynia się w jakiś sposób do szczęścia ludzkości. Tak więc obie alternatywy zawierają w sobie ten sam pierwiastek ostateczny. W sposób nieunikniony przychodzimy do wniosku, iż uczucie religijne jest stworzone bądź bezpośrednio, bądź też pośrednio przez stopniowe działanie przyczyn przyrodzonych; jakimkolwiek jest przyjęty przez nas wniosek, nakazuje on nam poszanowanie tego uczucia religijnego.

Jest jeszcze wzgląd pewien, o którym nie należy zapominać, do czego aż nadto skłonnymi są ludzie uczeni. Oddani prawdom ustalonym i przyzwyczajeni spoglądać na rzeczy jeszcze nieznane, jak na przedmiot odkryć, których przyszłość musi dokonać, narażają się oni na niebezpieczeństwo zapominania o tym, że nauka, jakikolwiek zagarnąć obszar może, nie zdolną jest powciągnąć umysłu od poszukiwań. Wiedza pozytywna nie zapełnia i nigdy zapełnić nie będzie mogła całej możliwej dziedziny myśli. - Na końcu najdalej posuniętego odkrycia staje i stawać będzie zawsze pytanie: cóż jest po za tym? Jak niemożliwym jest pojąć granicę w przestrzeni i pozbyć się wyobrażenia, iż po za granicą tą istnieje jeszcze przestrzeń, tak nie możemy wynaleźć dość zasadniczego objaśnienia, aby wykluczyć pytanie: jak objaśnić to objaśnienie? Patrząc na Naukę, jak na dziedzinę stopniowo się zwiększającą, powiedzieć możemy, iż rozrost jej polega jedynie na pomnażaniu jej punktów stycznych z niewiedzą, która ją otacza. Muszą przeto stale istnieć dwa przeciwstawne sposoby myślenia. W przyszłości tak jak i teraz, umysł ludzki zajmować się będzie nie tylko zjawiskami stwierdzonymi i ich stosunkami, lecz nadto czymś takim, czego się nie stwierdza, lecz czego domyślać się każą, zjawiska i ich stosunki. Wynika stąd, że, skoro Wiedza nie może przywłaszczyć sobie całej świadomości, skoro umysł ma zawsze możność zwrócenia swój uwagi na to, co przekracza poznawanie, przeto zawsze znajdzie się miejsce dla Religii, ta bowiem, pod wszelkimi jej postaciami, różni się od wszystkich innych wierzeń tym, iż obiera sobie za przedmiot to co przechodzi zakres doświadczenia.

Tak więc, jakkolwiek trudnymi do obrony mogłyby być wszystkie istniejące wierzenia religijne, jakkolwiek grubymi byłyby towarzyszące im niedorzeczności, jakkolwiek nierozsądnymi wszystkie dowody, wytworzone ku ich obronie, to jednak nie możemy zapoznawać tajemniczej prawdy, którą, one, według wszelkich prawdopodobieństw, osłaniają. Naprzód bardzo możliwym jest, iż wierzenia, szeroko upowszechnione, nie są pozbawione podstawy, możliwość zaś ta nabiera szczególnej mocy z powodu wszechobecności tychże wierzeń. Po wtóre istnieje uczucie religijne, a jakikolwiek jest jego początek, istnienie jego dowodzi, iż ma ono wielkie znaczenie. Na koniec, ponieważ niewiedza, która zawsze powinna być przeciwstawieniem wiedzy, jest dziedziną, gdzie uczucie religijno może się poruszać, mamy przeto trzeci fakt ogólny, przychodzący w pomoc dwóm pierwszym. Możemy więc być pewni, za religie, gdyby nawet żadna ż nich nie była prawdziwą, są wszakże niedoskonałym obrazem prawdy.

§ 5. Umysł religijny uzna za niedorzeczność potrzebę usprawiedliwienia Religii, tak samo, jak człowiek obyty z naukami, nie będzie mógł zrozumieć, aby zachodziła konieczność bronienia wiedzy. Wiedza wszakże bardziej jeszcze niż religia potrzebuje obrony. Jeżeli są ludzie, którzy, oburzeni szaleństwami i zepsuciem wierzeń religijnych żywią dla religii tylko wstręt, który pozwala im przeoczyć zasadniczą zawierającą się w niej prawdę, to są też inni, którzy do takiego stopnia urażeni zostali burzycielską krytyką, skierowywaną przez uczonych przeciwko dogmatom religijnym, że powzięli przeciwko wiedzy uprzedzenia najgwałtowniejsze. Niezadowolenie ich nie opiera się na dowodach słusznych; lecz pamiętają oni o tym, że nauka często wstrząsała najdroższymi ich przekonaniami, sądzą nadto, iż mogłaby ona w końcu wykorzenić to wszystko, co oni uważają za świętość i żywią o to tajemną obawę.

Czymże jest nauka? Aby zobaczyć, do jakiego stopnia niedorzecznym jest żywione przeciwko niej uprzedzenie, wystarczy, gdy zauważymy, iż nauka nie jest niczym innym, jak rozwinięciem wyższym wiedzy pospolitej, i że, jeżeli się ją odrzuci, potrzeba również odrzucić wszelkie poznawanie. Człowiek najbardziej pobożny nie będzie widział nic złego w spostrzeżeniu, iż latem słońce wschodzi wcześniej a zachodzi później niż zimą; dojrzy on w tym nawet pożytecznego sprzymierzeńca w wykonywaniu codziennych obowiązków. Bardzo dobrze, lecz astronomia jest właśnie systematem podobnych spostrzeżeń, dokonanych z większą starannością, dotyczących większe liczby przedmiotów i rozebranych tak, aby wykryły istotny porządek nieba i obaliły nasze fałszywe o nim wiadomości. Żelazo rdzewieje w wodzie, ogień parzy, mięsiwo, długo przechowywane, psuje się; oto są wiadomości, które najtchórzliwszy sekciarz przyjmie bez trwogi, znajdując, iż posiadanie ich jest pożytecznym. A wszakże są to prawdy chemiczne: Chemia jest uporządkowanym zbiorem podobnych zjawisk, stwierdzonych ze ścisłością, sklasyfikowanych i uogólnionych w ten sposób, iż o wszystkich ciałach prostych i złożonych możemy powiedzieć, jakim zmianom w danych warunkach każde z nich podlegnie. Tak samo ma się rzecz ze wszystkimi naukami. Wszystkie one kiełkują na gruncie pospolitego doświadczenia; w miarę swego wzrostu gromadzą one fakty bardziej odległe, liczniejsze, bardziej zawiłe; i zaznaczają w nich prawa wzajemnej zależności, podobne do praw, składających naszą znajomość rzeczy powszednich. Nigdzie nie można powiedzieć: - tu się rozpoczyna nauka. Tak samo, jak dziełem pospolitego spostrzeżenia jest kierownictwo naszych postępków, tak również powołaniem nauki jest kierunek naszego sprawowania się nawet wówczas, gdy poszukuje ona najwyższych i najbardziej oderwanych zagadnień. Dzięki zawodom przemysłowym i rozmaitym sposobom przenoszenia się, którymi obdarzyła nas fizyka, rządzi ona dokładniej naszym życiem społecznym, niż znajomość własności przedmiotów otaczających kieruje życiem dzikiego. Anatomia i Fizjologia, kierując praktyczną działalnością higieny i medycyny wywierają na nasze postępki wpływ równy temu, jaki okazuje nasza znajomość dobrego i złego oddziaływania czynników zewnętrznych na nasze ciało. Wiedzieć-jest to przewidywać, wszelkie zaś przewidywanie ostatecznie pomaga nam mniej lub więcej w nabywaniu dobrego i unikaniu złego. Jak pewnym jest, iż dostrzeżenie jakiegoś przedmiotu na naszej drodze nie pozwala nam potknąć się o niego, tak również pewnym jest, że wiadomości bardziej subtelne, stanowiące naukę, chronią nas przed potknięciem się o zawady rozsiane po drodze, którą przebiegamy, ścigając jakieś cele odległe. Ponieważ przeto najprostsze i najbardziej złożone postacie naszych wiadomości ten sam mają początek i działanie, winne one przeto jednemu ulegać losowi. Chcąc zatem w zgodzie być z rozumem, zmuszeni jesteśmy uznać albo najbardziej rozległe wiadomości, albo też wraz z nimi odrzucić wiadomości bardziej ograniczone, stanowiące własność wszystkich. Nie masz tu innego rozumnego wyjścia; albo należy przyjąć umysłowość naszą w jej całokształcie, albo odrzucić nawet tę zaczątkową umysłowość, która wspólną nam jest ze zwierzętami.

Zapytywać, czy Nauka jest istotnie prawdziwą-jest to jak gdyby ktoś pytał, czy słońce świeci. To też czy, stronnictwo teologiczne nie dla tego tylko z taką trwogą spogląda na naukę, iż czuje, że twierdzenia jej posiadają wartość niezaprzeczoną? Stronnictwo owo wie dobrze, że przez ciąg dwóch tysiącleci, których nauka użyła do swego zmężnienia, niektóre z jej działów głównych, matematyka, fizyka, astronomia toczyły walkę z surową krytyką: idących po sobie pokoleń i, że nie raniej utwierdzały się one coraz silniej. Nie jest mu obcym, iż jego własne nauki, uznawane niegdyś powszechnie, z każdym wiekiem coraz częściej podawane są w wątpliwość, podczas gdy przeciwnie twierdzenia nauki, uprawiane z razu przez nielicznych i rozproszonych badaczy, zdobyły stopniowo przychylność powszechną, dzisiaj zaś są one dla -większości prawdami nieulegającymi sporom. Stronnictwo to widzi, iż wszędzie uczeni poddają odkrycia swe najbardziej sumiennemu badaniu, że błąd wyświetlanym bywa bez litości, i odrzucanym wraz po jego wykryciu. Na koniec wie ono, iż nauka może powoływać się na świadectwo jeszcze bardziej stanowczo; chcę mówić o codziennym sprawdzeniu jej przepowiedni naukowych i o wiecznym tryumfie umiejętności, którymi ona kieruje.

Szaleństwem jest żywić uczucia wrogie względem nauki, mającej tak piękne prawa do naszej ufności. Jeżeli obrońcy religii mogą znaleźć wymówkę w sposobie wyrażania się pewnych uczonych, nie wystarcza to do usprawiedliwienia ich wrogiego stosunku. Tak dobrze w nauce, jak i w religii nie należy kłaść ułomności jej rzeczników na karb sprawy. Nauka sądzoną być winna sama przez się i jedynie najbardziej zubożała umysłowość nie widzi, iż jest ona godną wszelkiego poważania. Bez względu na to co i czy istnieje lub też nie istnieje jakiekolwiek inne objawienie w samej już nauce mamy wykrycie przez umysłowość ludzką porządku wszechświata. Obowiązkiem jest każdego człowieka objawienie to w miarę możności sprawdzić, po sprawdzeniu zaś pokornie poddać się jego wyrokowi.

§6. Prawda znajdywać się więc musi po obu stronach sporu. Badając rzecz tę bez uprzedzeń, musimy wywnioskować, iż religia obecną jest wszędzie, jak osnowa w tkance dziejów ludzkości i że jest ona wyrazem pewnego odwiecznego zjawiska; z drugiej strony byłoby niemal banalnością mówić, iż nauka jest wielkim układem twierdzeń, który się wiecznie rozrasta i podąża, oczyszczając się coraz bardziej ze swych błędów. Jeżeli i religia nauka opierają się na rzeczywistości, to musi istnieć pomiędzy nimi jakaś zasadnicza zgodność. Nic można przyjąć hipotezy, że istnieje dwojaki porządek prawd, będących z sobą w bezwzględnym i wiecznym przeciwieństwie. Podobnego przypuszczenia nie można by było pojąć inaczej, jak przy pomocy pewnego rodzaju manicheizmu, którego nikt z nas nie odważyłby się wyznawać, lecz który niemniej kala większą część wierzeń. Pomimo, iż w głębi deklamacji klerykalnych tkwi myśl, że religia jest dziełem Boga, nauka zaś-sprawą diabła, pomimo to najzagorzalszy fanatyk nie odważyłby się twierdzić tego wyraźnie; wszakże, jeżeli tylko nie chcemy bronić owej myśli, to trzeba będzie uznać, iż pod pozornym ich przeciwieństwem kryje się zupełna zgoda.

Każde więc ze stronnictw w uroszczeniach drugiego powinno uznać pewne prawdy, którymi pogardzać nie wolno. Potrzeba, aby człowiek, spoglądający na wszechświat ze stanowiska religijnego, nauczył się widzieć w nauce składowy pierwiastek wielkiej całości, na który przeto patrzeć należy z takimiż uczuciami, jak i na pozostałe jej części. Z drugiej strony, ten, kto spogląda na wszechświat ze stanowiska naukowego, ma się nauczyć, że religia jest również pierwiastkiem wielkiej całości i, że z tego powodu musi ona być uznaną; jako przedmiot nauki, bez większych uprzedzeń, niż wszelka inna rzeczywistość. Obowiązkiem jest każdego stronnictwa starać się rozumieć przeciwnika, przekonać siebie, iż w przeciwniku jest jakiś pierwiastek, zasługujący na zrozumienie, i który, gdy raz będzie uznanym, stanie się podstawą zupełnego pojednania.-

Jak znaleźć ten wspólny pierwiastek? Jak pogodzić religię z nauką? Takim jest zagadnienie, które rozstrzygnąć będziemy usiłowali uparcie.

Nie wykręt jest celom naszych pragnień, nie idzie nam o ugodę, której próby przedstawiane bywają od czasu do czasu, a której niewielka trwałość i sztuczność nie uchodzi nawet uwagi jej twórców. My tutaj pragniemy wynaleźć warunki istotnego i trwałego pokoju. Przedmiotem naszych poszukiwań winna być ostateczna prawda, którą religia i nauka będą mogły uznawać z bezwzględną szczerością, bez cienia zastrzeżeń w myśli, Nie powinno tu być ustępstwa, nie należy, aby jedna, lub druga strona ustąpiła na jakimkolwiek punkcie z tego, co później musiałaby podjąć na nowo; potrzeba, aby wspólną podstawą, na której one podadzą sobie ręce, była jakaś zasada, przez każdą z nich uznawana. Mamy wykryć jakąś prawdę zasadniczą, którą religia bez nauki uznaje z wszelką możliwą stanowczością i którą z taką stanowczością wyznaje nauka bez pomocy religii i dla obrony której nauka i religia łączą się w przymierzu.

Albo też jeszcze, z innego stanowiska, mamy zamiar uwspółrzędnić (skoordynować) sprzeczne na pozór przekonania; jakie przedstawia nauka i religia. Wynikiem zlania się wyobrażeń przeciwnych, z których każde zawiera w sobie część prawdy, bywa zawsze objaw wyższego rozwoju. Tak, gdy w geologii połączono hipotezę plutoniczną z neptuniczną, ujrzano szybki postęp, tak w biologii postęp się rozpoczyna od zlania się nauki o typach z nauką o przystosowaniu, tak w psychologii rozwój, który się był powstrzymał, odzyskuje bieg swój, odkąd uczniowie Lokka i Kanta uznali poglądy ich obu w teorii, że uorganizowane doświadczenia powodują formy myśli; tak w socjologii, przybierającej już charakter pozytywny, widzimy, jak każda z dwóch partii postępu i porządku podtrzymuje prawdę, która jest niezbędnym dopełnieniem zasady stronnictwa przeciwnego. Tak samo też, na większą tylko skalę, powinno być z religią i nauką. Tam również powinniśmy znaleźć pojęcie, które by połączyło w jeden system wnioski każdej z nich, tam również z połączenia tego ważnych możemy oczekiwać wyników. Zrozumieć w jaki sposób religia i nauka wyrażają przeciwne strony tego samego zjawiska: pierwsza z nich stronę niewidzialną i odległą, druga widzialną i bliską, oto cel, którego chcemy dosięgnąć. Powodzenie zaś naszego przedsięwzięcia powinno zmienić do głębi naszą ogólną teorię wszechrzeczy.

Wyżej naszkicowano już metodę, która ma nam służyć w szukaniu owej wspólnej zasady; zanim jednak pójdziemy dalej, dobrze jest rozpatrzyć gruntownie sprawę metody. Aby odnaleźć ową prawdę, przez którą religia i nauka spojone są razem, musimy wiedzieć, jakiego rodzaju może być ta prawda i w jakim kierunku powinniśmy jej szukać.

§ 7. Znaleźliśmy powód a priori do sądzenia, iż we wszystkich religiach, nawet najbardziej nieokrzesanych, jest jakieś tło prawdziwe. Przyszliśmy do wniosku, iż ową prawdę zasadniczą stanowi pierwiastek wspólny wszystkim religiom, jest nią to, co pozostaje wówczas, gdy ich poszczególne pierwiastki sprzeczne wzajemnie się zniosą. Widzieliśmy nadto, iż pozostałość owa jest z pewnością bardziej oderwaną, niż jakakolwiek z przyjętych doktryn religijnych. Otóż oczywistym jest, iż Nauka i Religia za ogólną swoją zasadę mogą uznać tylko jakieś bardzo oderwane twierdzenie. Nie są nim wcale ani dogmaty trynitariuszy lub unitariuszy, ani pojęcie łaski, jakkolwiek wspólnymi by były wszystkim religiom, nie mogą też one służyć za podstawę sprawie przymierza.

Nauka bowiem nie może uznawać wierzeń tego rodzaju; przekraczają one jej dziedzinę. Widzimy przeto, iż pragnąc sądzić przez podobieństwo, nie tylko rdzenna prawda religii jest pierwiastkiem najbardziej oderwanym, jaki się znajduje pod wszystkimi jej postaciami, lecz również, że ten pierwiastek najbardziej oderwany ze wszystkich, jest jedynym który może być łącznikiem pomiędzy religią a nauką.

Do takiegoż wyniku przychodzimy wtedy, gdy od strony przeciwnej zaczniemy szukać takiej prawdy naukowej, która by mogła pojednać naukę i religię, Widocznym jest, iż religia nie może dać nam poznać szczegółowych twierdzeń nauki, tak samo jak ta ostatnia nie może zaznajomić nas ze szczegółowymi twierdzeniami religii. Zasada, którą głosi nauka i którą religia przyjmuje za swoją, tak samo nie może być zasadą matematyczną jak fizyczną albo chemiczną; nie może ona odnosić się do żadnej nauki poszczególnej. Uogólnienie zjawisk przestrzeni, czasu, materii, siły nie może stać się pojęciem religijnym. Jeżeli istnieje w nauce pojęcie, mogące stać się pojęciem religijnym, to musi ono być bardziej ogólnym niż wszystkie inne, musi być wszystkich innych podstawą. Na koniec, jeżeli istnieje jakiś fakt, uznawany zarówno przez naukę i religię, to musi być nim taki, z którego wszystkie nauki czerpią swe istnienie.

Otóż ponieważ dwie te wielkie istności są składowymi pierwiastkami jednego ducha i odpowiadają rozmaitym stronom jednego wszechświata, to musi być pomiędzy niemi zgodność jakaś zasadnicza; są więc słuszne powody do mniemania, że najbardziej oderwaną prawdą religii i takąż prawdą nauki musi być ta, w której obie zlewają się razem. Zjawiskiem naszej umysłowości, którego szukamy tutaj, musi być zjawisko, najbardziej ogólne. Skoro tylko połączy ono dodatni i ujemny biegun ludzkiej myśli, musi być ostatecznym objawem naszej umysłowości.

§ 8. Zanim udamy się na poszukiwania tej wspólnej danej, odwołam się do cierpliwości czytelnika. Bez wątpienia trzy następne rozdziały, wychodzące z rozmaitych stanowisk i zdążające do tego samego wniosku, nie wiele będą miały powabu. Ci, którzy się oddają filozofii, znajdą tam wiele pojęć mniej lub więcej im znanych; większość zaś osób, nieoswojonych z przebiegiem metafizyki nowoczesnej, znajdzie trudność w podążeniu za mną.

Rozdziałów tych wszakże nie możemy się wyrzec. Wielkość zadania, które ma być rozwiązanym, upoważniałaby nas nawet do wystawienia czytelnika na cięższą próbę. Przedmiot ten więcej, niż wszelki inny, ważnym jest dla wszystkich nas bez wyjątku. Jakkolwiek pojęcie, do którego dojść mamy, bezpośrednio wywiera na nas wpływ, to jednak powinno ono pośrednio oddziałać na wszystkie nasze stosunki; określić nasze pojmowanie Wszechświata, Życia, Przyrody ludzkiej i zmienić nasze wyobrażenia dobrego i złego, a przez nie i całe nasze postępowanie, niewątpliwie warto zadać sobie trud wzniesienia się na takie stanowisko, gdzie pozorna sprzeczność pomiędzy religią i nauką znika, gdzie obie zlewają się razem; musi to sprowadzić płodny w szczęśliwe następstwa przewrót pojęć.

Po skończeniu tych uwag przedwstępnych, zwróćmy się zaraz do najważniejszego ze wszystkich badań.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009