August Comte

Rozprawa o duchu filozofii pozytywnej

par. 1-5 (trzy stadia)

§1 Cel rozprawy| §2 Trzy fazy rozwoju umysłu| §3 Charakterystyka fazy teologicznej| §4 Charakterystyka fazy metafizycznej| §5 Ogólna charakterystyka fazy pozytywnej

Przekład J.K., za wyd. 1936, poprawki stylistyczne: Kamil M. Kaczmarek.

§ 1. Całokształt wiedzy astronomicznej rozpatry­wany był dotąd w zbytnim odosobnieniu; obecnie winien on się, stać jednym z niezbędnych składników nowego, niepodzielnego systemu filozofii ogólnej. W ciągu ostatnich trzech wieków samorzutne współ­działanie wszystkich wielkich prac naukowych przy­gotowało stopniowo system ten, który osiągnął dziś wreszcie prawdziwą dojrzałość abstrakcyjną. We­wnętrzna spójność jego pozostaje jeszcze na ogół nie­zrozumiana; to też nie oceniono by dostatecznie cha­rakteru ani przeznaczenia niniejszego Traktatu, gdy­byśmy nie poświęcili tego niezbędnego wstępu przede wszystkim odpowiedniemu zdefiniowaniu istnego a rdzennego ducha tej filozofii, której powszechne wprowadzenie stać się musi — w gruncie rzeczy — głównym celem takiego wykładu. Najbardziej cha­rakterystyczną cechą tej filozofii jest okoliczność, że na plan pierwszy wysuwa się w niej stale punkt widzenia historyczny czyli społeczny, i to zarówno pod względem logicznym, jak i naukowym. Ze wzglę­du na to, muszę dla lepszego scharakteryzowania jej przypomnieć w streszczeniu ogólne prawo, które ustaliłem w swoim Systemie Filozofii Pozytywnej. Prawo to dotyczy całej ewolucji umysłowej, jaką przeszła ludzkość; zresztą w dalszych studiach astronomicznych będziemy często odwoływali się do niego.

§ 2. Według tej podstawowej doktryny wszelkie te­oretyczne dociekania, zarówno jednostki jak gatunku, przechodzić muszą kolejno przez trzy różne stany teo­retyczne: teologiczny, metafizyczny i pozytywny. Te pospolicie przyjęte nazwy będą dostatecznie okreś­lone przynajmniej dla tych, którzy dobrze zrozu­mieją ich właściwe znaczenie ogólne. Stan pierwszy, aczkolwiek z początku niezbędny, winien być odtąd ujmowany jako wyłącznie tymczasowy i przygoto­wawczy; stan drugi — to w rzeczywistości jeno od­miana poprzedniego o charakterze rozkładowym; ma on charakter przejściowy, gdyż celem jego jest stop­niowe doprowadzenie do stanu trzeciego. Dopiero w tym stanie, jedynym całkiem normalnym, rozum ludzki osiąga pod każdym względem swój ostateczny sposób bycia.

§ 3. Pierwociny wszelkich naszych dociekań teo­retycznych, z konieczności teologiczne, zwracają się samorzutnie ku zagadnieniom nierozwiązalnym, ku tematom najmniej dostępnym dla rozstrzygającego badania. To właśnie jest dla nich charakterystyczne. Kontrast ten, na pozór nie dający się dziś wytłumaczyć, zgodny jest wtedy w gruncie rzeczy zupeł­nie z pierwotnym stanem naszej zdolności pojmo­wania: w czasie, gdy umysł ludzki nie dorósł do rozwiązania najprostszych problemów naukowych, stara się on gorliwie i niemal wyłącznie poznać po­chodzenie wszechrzeczy, przyczyny istotne, pierwsze bądź celowe — różnych zjawisk, które go uderzają, a także podstawowy sposób, w jaki powstają, słowem, chce zdobyć wiedzę bezwzględną. W parze z lakierni pytaniami idzie skłonność do przypisywania wszystkim przedmiotom cech ludzkich przez upodabnianie wszystkich zjawisk do tych, które sami wytwa­rzamy i które dzięki temu wydają się nam dosyć znane, ponieważ towarzyszy im bezpośrednia intu­icja. W ten sposób zaspokajano pierwotne potrzeby umysłu w takiej mierze, jakiej wymagały okolicz­ności, a nawet w takiej, jaką w ogóle osiągnąć można. Chcąc dobrze zrozumieć stan czysto teologiczny jako wynik coraz bardziej systematycznego rozwoju owego stanu pierwotnego, nie należy ograniczać się do rozpatrzenia ostatniej jego fazy, która występuje za dni naszych wśród ludów najbardziej posuniętych naprzód w rozwoju, lecz bynajmniej nie jest naj­bardziej charakterystyczna: trzeba koniecznie przyj­rzeć się całokształtowi jego naturalnego rozwoju, aby ocenić, że ten stan jest w zasadzie identyczny, choć występuje pod trzema głównymi, kolejnymi postaciami.

Pierwszą z nich i najwyraźniej zarysowaną sta­nowi fetyszyzm we właściwym znaczeniu tego słowa. Polega on na tym, że wszystkim ciałom zewnętrz­nym przypisujemy życie, w istocie swej analogiczne do naszego, ale prawie zawsze bardziej intensywne, gdyż działanie tych ciał zwykle bywa silniejsze niż nasze własne. Ubóstwianie gwiazd — oto najwyż­szy stopień tej pierwszej fazy teologicznej, która z początku niemal nie różni się od stanu psychicz­nego, osiąganego przez wyższe zwierzęta. Tę pierw­szą postać filozofii teologicznej odnajdujemy wpraw­dzie jawnie w historii umysłowości wszystkich spo­łeczeństw ludzkich; dziś jednak już tylko najmniej liczna z trzech wielkich ras ludzkich, składających się na nasz gatunek, znajduje się, pod jej bezpośrednim panowaniem.

W drugiej swej zasadniczej fazie, stanowiącej prawdziwy politeizm (ludzie nowocześni nazbyt czę­sto plączą go ze stanem poprzednim), filozofia teo­logiczna wykazuje wyraźnie swobodną przewagę spekulatywną wyobraźni, nad którą dotąd górowały w teoriach ludzkich zwłaszcza instynkt i uczucie. Filozofia pierwotna ulega wtedy najgłębszej prze­mianie, jaka da się. pogodzić z jej rzeczy wiś te mi zadaniami: mianowicie odmawia w końcu życia przed­miotom materialnym i w tajemniczy sposób obdarza niem. różne istoty fikcyjne, zwykle niewidzialne, których stała czynna interwencja staje się odtąd źródłem bezpośrednim wszystkich zjawisk ze­wnętrznych, a następnie nawet i zjawisk, zachodzą­cych w ludziach. Ten właśnie charakterystyczny a niedoceniany dzisiaj okres filozofii teologicznej należy głównie badać, gdyż wtedy właśnie rozwinęła się ona w sposób tak wszechstronny i jednolity, jaki później był już niemożliwy; jest to pod każdym względem okres największego jej znaczenia, zarówno umysłowego jak i społecznego. Większość ludzi nie wyszła jeszcze z takiego stanu, który trwa do dziś wśród najliczniejszej z trzech ras ludzkich, a prócz tego wśród elity rasy murzyńskiej i najmniej roz­winiętej części rasy białej.

W trzeciej fazie teologicznej wraz z właściwym monoteizmem rozpoczyna się nieunikniony upadek pierwotnej filozofii, która wprawdzie długo jeszcze zachowuje wielki wpływ społeczny — z pozoru więk­szy jeszcze niż faktycznie — szybko jednak karleje pod względem umysłowym. Zjawisko to jest natu­ralnym skutkiem tego charakterystycznego uprosz­czenia, które ma miejsce wtedy, gdy rozum poczyna ograniczać dotychczasowe panowanie wyobraźni; przy czym stopniowo rozwija się powszechne poczucie, które dotąd niemal się nie ujawniało, że wszystkie zjawiska w przyrodzie podlegają niezmiennym pra­wom. W tej ostatniej swej formie przetrwała filozofia teologiczna do dziś dnia wśród olbrzymiej większości białej rasy, choć występuje obecnie z nierównym natężeniem i pod postaciami różnymi, a na­wet zgoła niezgodnymi ze sobą. Dzięki tej okolicz­ności łatwiej wprawdzie obserwować tę fazę, ale z drugiej strony owo osobiste przejęcie się nią obecnie zbyt często przeszkadza sprawiedliwej jej ocenie, gdyż nie zdobywamy się na dość racjonalne i bezstronne porównanie tej fazy z dwiema poprzedzającymi ją.

Dziś taki sposób filozofowania wydaje się bardzo niedoskonały. Jednak doniosłą jest rzeczą stwier­dzić, że obecny stan umysłu ludzkiego łączy się w sposób nierozerwalny z całokształtem poprzedza­jących go stanów; stwierdzenie to wiąże się z należytym uznaniem tego, iż faza powyższa była przez czas długi zarówno niezbędna jak nieunikniona. Ograniczamy się tutaj do oceny wyłącznie intelektu­alnej; zbędne więc byłoby kłaść od razu nacisk na ową mimowolną skłonność, która, nawet dzisiaj, pcha nas wszystkich wyraźnie ku wyjaśnieniom na wskroś teologicznym, skoro tylko chcemy bezpośrednio prze­niknąć niedostępne tajniki istoty powstawania ja­kichkolwiek zjawisk; a szczególnie tych, dla których nie znamy jeszcze właściwych praw. Najwybitniejsi myśliciele stwierdzić mogą w sobie naturalną skłon­ność do zgoła naiwnego fetyszyzmu, ilekroć niewie­dzy ich towarzyszy chwilowo jakieś wyraźne wzru­szenie. Jeśli więc nowocześni mieszkańcy zachodu coraz bardziej radykalnie porzucają wyjaśnienia te­ologiczne, dzieje się to dlatego jedynie, że coraz mniej oddają się badaniom tajemniczym. Dociekania te, jako zupełnie niedostępne naszemu pojmowaniu, stopniowo ustępują nieodwołalnie miejsca badaniom bardziej skutecznym i lepiej przystosowanym do na­szych prawdziwych potrzeb. Pamiętny przykład Malebranche'a, chociaż zaczerpnięty z epoki, kiedy duch rzetelnie filozoficzny górował już w dziedzinie pro­stych zjawisk i w odniesieniu do tak łatwego te­matu, jak zderzenie ciał,— świadczy wymownie o ko­nieczności uciekania się do bezpośredniej i trwałej interwencji siły nadprzyrodzonej, ilekroć próbuje się podać pierwszą przyczynę jakiegokolwiek zja­wiska. Otóż, skądinąd, takie właśnie próby, jakkol­wiek naiwność ich dziś bardziej niż kiedykolwiek rzuca się w oczy, były z pewnością jedynym czynni­kiem, skłaniającym człowieka do teoretyzowania. One to żywiołowo wyzwalały umysł z dogłębnie błędnego koła, w które był on początkowo wpleciony z ko­nieczności na skutek dwu przeciwnych, a zarówno na­rzucających się warunków. Chociaż badacze nowo­żytni doszli do wniosku, że bez nagromadzenia do­statecznej liczby odpowiednich obserwacyj powsta­nie jakiejkolwiek teorii pewnej jest niemożliwe, nie ulega jednak wątpliwości, że bez jakiegoś uprzed­nio powziętego stanowiska teoretycznego umysł ludzki nie mógłby nigdy zestawić, a nawet zebrać owego niezbędnego materiału. To też koncepcje pierwotne musiały, rzecz jasna, oprzeć się na filozofii, która, ze względu na swój charakter, powstać mogła bez długiego przygotowania i mogła pojawić się żywiołowo, pod wpływem bezpośredniego in­stynktu. Oczywiście, dociekania takie, nie mające realnych podstaw, pozostawać musiały w sferze czczych urojeń. Taki jest szczęśliwy przywilej zasad teologicznych, bez których umysł nasz z pewnością nie byłby wyszedł ze stanu swego pierwotnego bez­władu. One to jedynie, nadając kierunek docieka­niom teoretycznym, umożliwiły stopniowe przygo­towanie lepszej sprawności logicznej. Ta podstawo­wa zdolność była zresztą potężnie wspierana przez okoliczność, że umysł ludzki chętniej zwraca się z początku ku zagadnieniom nierozwiązalnym, którymi zajmowała się owa pierwotna filozofia. Mogliś­my zmierzyć nasze siły umysłowe i na skutek tego mądrze ograniczyć ich zadania wtedy dopiero, gdy dostatecznie wprawiliśmy się w korzystanie z nich. Dla zdobycia tej wprawy niezbędny był wszakże z początku, zwłaszcza w zakresie najsłabszych na­szych wrodzonych zdolności, energiczny bodziec, tkwiący w owych badaniach; do dziś uprawia je wiele nierozwiniętych umysłów, szukając szybkiego i zupełnego rozwiązania potocznych zagadnień. Dla należytego pokonania wrodzonej nam bezwładności trzeba było przez długi czas uciekać się też do po­tężnych złud, które wywoływała taka filozofia. Do­tyczyły one prawie nieograniczonej władzy człowie­ka w zakresie modyfikowania świata według swego upodobania. Świat pojmowano wtedy jako w istocie swej uporządkowany dla użytku człowieka i taki, iż żadne wielkie prawo nie mogło jeszcze usunąć go z pod samowolnego panowania wpływów nadprzy­rodzonych. Nadzieje pokładane w astrologii i alchemii, ostatni w nauce ślad owego ducha pierwot­nego, dopiero przed trzema wiekami, wśród elity ludzkości przestały faktycznie służyć do gromadze­nia codziennych odnośnych obserwacyj; świadkami Kepler i Berthollet, każdy w odniesieniu do odpo­wiedniej dziedziny wiedzy.

Decydujące współdziałanie tych różnych motywów intelektualnych mógłbym mocno poprzeć przez od­powiednie podkreślenie nieodpartego wpływu głę­bokich konieczności społecznych, które dostatecznie uwzględniłem w podstawowym swym dziele, wymienionym na początku niniejszej Rozprawy; cha­rakter wszakże tego Traktatu nie pozwala mi na zajęcie się niemi na tera miejscu. Tak więc moż­na by najpierw gruntownie wykazać, w jak znacznej mierze duch teologiczny musiał przez długi czas być niezbędny przy łączeniu pojęć moralnych i po­litycznych, bardziej jeszcze niż przy wszelkich in­nych; tłumaczy się to bądź większą złożonością tych pojęć, bądź tym, że odpowiednie zjawiska, pierwot­nie niewyraźne, mogły rozwinąć się w sposób cha­rakterystyczny dopiero po długim okresie rozwojo­wym cywilizacji ludzkiej. Jeżeli uznaje się, że sta­rożytni mogli filozofować na najprostsze tematy tylko w sposób teologiczny, a nie widzi się, że ci sami ludzie, zwłaszcza politeiści, musieli snuć ana­logicznie swe dociekania społeczne,— popełnia się dziwną niekonsekwencją, na której usprawiedliwie­nie podać można by jedynie ślepo krytyczną ten­dencją naszych czasów. Mimo to chciałbym wpoić w czytelnika poczucie, którego nie mogę uzasadniać na tera miejscu, że owe zaczątki filozofii były rów­nie niezbędne dla zapoczątkowania naszych urządzeń społecznych jak i rozwoju umysłowego; albowiem bądź stanowiły jakieś wspólne doktryny, bez których więź społeczna nie byłaby dostatecznie rozciągła ani spójna, bądź też żywiołowo tworzyły jedyny moż­liwy wtedy autorytet duchowy.

§ 4. Pomimo nieuniknionej pobieżności powyższych wyjaśnień ogólnych co do przygotowawczego i przej­ściowego charakteru owej filozofii, jedynej, jaka rzeczywiście odpowiadała dziecięcemu okresowi ludz­kości, to jedno wyraźnie z nich widać, że pierwotny system filozofowania zbyt różni się pod każdym względem od systemu, który — jak zobaczymy—od­powiada dojrzałości duchowej, aby stopniowe przej­ście od jednej fazy do drugiej mogło było pierwotnie w życiu jednostki czy gatunku obejść się bez wzrasta­jącego udziału jakiejś filozofii pośredniej;ta zasadni­cza byłaby ograniczona do roli pośredniego ogniwa. Taki jest szczególny udział właściwego stanu meta­fizycznego w podstawowej ewolucji naszego umysłu, który, wrogim będąc względem zmian gwałtownych, w ten sposób może niemal niedostrzegalnie przejść od stanu wyłącznie teologicznego do szczerze po­zytywnego, chociaż zaznaczyć należy, że owo stad-jum pośrednie znacznie więcej zbliża się w gruncie rzeczy do poprzedniego, niż do następnego. Naczelne dociekania teoretyczne zachowały w tym okresie tę samą zasadniczą właściwość pospolitego dążenia do wiedzy absolutnej; ale rozwiązywanie zagadnień uległo poważnej przemianie, która mogła ułatwić powstanie koncepcyj pozytywnych. Albowiem meta­fizyka, tak samo jak teologia, próbuje przede wszystkim wytłumaczyć wewnętrzną naturę tego, co ist­nieje, pochodzenie i przeznaczenie wszystkiego, istotę powstawania wszelkich zjawisk; nie posługuje się jednak w tym celu właściwymi czynnikami nadprzyrodzonymi, lecz coraz bardziej zastępuje je przez te byty czy uosobione abstrakcje, których wprowadzenie— zaiste charakterystyczne — dało pochop do częstego nazywania metafizyki ontologią. I dzisiaj nader łatwo zaobserwować można taki sposób filozofowania; przeważa on jeszcze w dziedzinie zjawisk bardzo złożonych, a wyraźne ślady długiego jego panowania występują na każdym kroku, nawet w teoriach najprostszych i najmniej przestarzałych 1).

Historyczna doniosłość tych bytów wynika wprost z ich wieloznaczności; w każdym z tych istnień me­tafizycznych, tkwiącym w odnośnym ciele, ale z niem nie utożsamianym, może umysł dowolnie upatrywać bądź prawdziwą emanację siły nadprzyrodzonej, bądź po prostu abstrakcyjną nazwę danego zjawiska; zależy to od stadium rozwoju poznającego umysłu, t.j. od tego, czy bliższa mu jest faza teologiczna czy pozytywna. Czysta wyobraźnia traci już wtedy swą władzę, a prawdziwa obserwacja jeszcze jej nie zdo­bywa; ale rozumowanie opanowuje coraz większy zakres działania i w sposób mglisty przygotowuje się do postępowania naprawdę naukowego. Należy zresztą zaznaczyć, że z początku przeważa jego dzia­łanie spekulatywne, wskutek uporczywej tendencji, by argumentować zamiast obserwować; tendencja ta jest na ogół charakterystyczna dla fazy metafizycz­nej, nawet w jej najwybitniejszych przejawach. Tak giętki system pojęć, pozbawiony owej spoistości, która przez czas długi przysługiwała systemowi te­ologicznemu, musi zresztą znacznie szybciej dopro­wadzić do stworzenia odpowiedniej jedności drogą stopniowego podporządkowania różnych bytów szcze­gółowych— jednemu bytowi ogólnemu, Naturze; ta stanowić miała słaby równoważnik metafizyczny owej nieokreślonej więzi powszechnej, jaką niósł ze sobą monoteizm.

Chcąc zwłaszcza za dni naszych lepiej zrozumieć, na czym polegało znaczenie historyczne takiego apa­ratu filozoficznego, pamiętać należy, że stosownie do właściwych sobie dążności, nawet w zakresie pracy naukowej a tym bardziej społecznej, sam przez się nadaje się on tylko do działalności krytycznej czyli rozkładowej, nigdy zaś nie potrafi zorganizo­wać czegoś swoistego. Ta dwuznaczna, zasadniczo niekonsekwentna filozofia zachowała wszystkie pod­stawowe zasady systemu teologicznego, ale straciła jego siłę i niezmienność, niezbędne do utrzymania powagi owych zasad; na tego rodzaju zakłóceniu równowagi polega istotnie pod każdym względem główna użyteczność tego stanu przejściowego. Wy­stępuje on wtedy, gdy stary porządek, niegdyś czyn­nik postępu w całokształcie ewolucji ludzkiej, usi­łuje na zawsze utrzymać stan niemowlęctwa, którymi kiedyś tak pomyślnie kierował. Metafizyka jest więc w gruncie rzeczy pewnego rodzaju teologią. Tylko że stopniowo przenikają ją uproszczenia, działające rozkładowo. Uproszczenia te w sposób samorzutny pozbawiają ją władzy bezpośredniego zapobiegania rozwojowi pojęć pozytywnych, utrzymując jednak, jej prowizoryczną zdolność robienia uogólnień, nie­zbędnych do chwili otrzymania wreszcie przez umysł lepszego pokarmu. Ze względu na swój sprzeczny charakter faza metafizyczna czyli ontologiczna ma zawsze przed sobą tę nieuniknioną alternatywę: albo dla zadośćuczynienia wymaganiom porządku darem­nie usiłuje przywrócić fazę teologiczną; albo, aby umknąć przytłaczającej władzy tej fazy, prze do sytuacji zupełnie negatywnej. To konieczne lawiro­wanie występuje obecnie tylko w dziedzinie naj­trudniejszych teoryj; niegdyś, gdy teorie trwały w swojej fazie metafizycznej, istniało ono również odnośnie do najprostszych, wskutek organicznej sła­bości, zawsze właściwej filozofowaniu tego typu. Bez kwestii do dziś zasadniczo przetrwałyby owe bezsensowne wątpliwości, podnoszone przed dwoma tysiącami lat co do istnienia ciał zewnętrznych: żadna bowiem rozstrzygająca argumentacja metafi­zyczna nie rozproszyła ich dotąd, to pewne; ale na szczęście rozsądek powszechny dawno już zarzucił taką filozofię w zakresie pewnych pojęć podstawo­wych. Ostatecznie więc można uważać fazę metafi­zyczną za rodzaj chronicznej choroby, którą przejść musi w rozwoju umysłowym zarówno indywiduum jak ogół; stanowi ona naturalne przejście od dzie­ciństwa do dojrzałości.

Rozważania historyczne ludzi nowożytnych nie się­gają na ogół prawie nigdy wstecz poza epokę politeizmu; dlatego też faza metafizyczna wydaje się im mniej więcej równie dawna jak teologiczna, ponie­waż z konieczności kierowała, aczkolwiek w sposób utajony, pierwotną przemianą fetyszyzmu w politeizm. Przekształcenie to, usuwając całkowicie z po­szczególnych ciał działanie sił wyłącznie nadprzy­rodzonych, musiało samorzutnie zastępować je przez jakieś odpowiednie byty. Nad tą pierwszą rewolucją w fazie teologicznej nie mogła się wtedy rozwinąć prawdziwa dyskusja. To też oddziaływanie filozofii ontologicznej wystąpiło w całej pełni dopiero pod­czas następnej rewolucji przy przejściu politeizmu w monoteizm, którego ona też była naturalnym na­rzędziem. Wzrastający jej wpływ musiał się z po­czątku wydawać organiczny dopóty, dopóki był pod­porządkowany wpływowi teologicznemu. Ale z bie­giem czasu coraz wyraźniej objawiał się jej cha­rakter czynnika rozkładowego: wtedy mianowicie, gdy w stopniowym upraszczaniu teologii usiłowała wykroczyć poza pospolity monoteizm, który z ko­nieczności stanowił ostatnią możliwą fazę filozofii początkowej. W ten sposób faza metafizyczna popie­rała w sposób negatywny przez ostatnie pięć wie­ków rdzenny rozpęd nowożytnej cywilizacji, po trosze działając rozkładowo na system teologiczny, wstecz­ny od czasu, gdy pod koniec średniowiecza mono­teizm przestał odpowiadać stosunkom społecznym. Niestety, panowanie pojąć ontologicznych nie ogra­niczyło się. do tej przejściowej acz niezbędnej roli; dalszy ich wpływ hamował powstanie jakiegokol­wiek nowego, rzeczywistego systemu teoretycznego. To też właśnie ów kierunek, który często jeszcze domaga się dla siebie wyłącznego niemal przywi­leju filozofowania, stanowi dzisiaj najpoważniejszą przeszkodę do ostatecznego zapanowania prawdzi­wej filozofii.

§ 5. Po tym długim szeregu niezbędnych przygo­towań umysł nasz, wreszcie samodzielny, dochodzi do swego ostatecznego stanu, t.j. do racjonalnego pozytywizmu. Stan ten powinien tutaj być scharak­teryzowany bardziej szczegółowo, niż oba wstępne. Gdy przygotowawcze ćwiczenia umysłu okazały, że mętne i nieuzasadnione wyjaśnienia filozofii począt­kowej, czy to teologicznej czy metafizycznej, są zgoła dlań nieprzydatne, umysł ludzki zaniechał szukania prawd absolutnych, odpowiednich dla okresu jego niemowlęctwa; skierował natomiast wszystkie swe wysiłki ku szybko rozwijającej się dziedzinie rze­telnej obserwacji, która jest jedyną możliwą pod­stawą wiedzy naprawdę mu dostępnej, mądrze przy­stosowanej do realnych potrzeb. Spekulatywna logika polegała dotychczas na rozumowaniu, bardziej lub mniej subtelnym, opartem na mętnych zasadach, które, nie pozwalając na przeprowadzenie dosta­tecznego dowodu, wywoływały zawsze nieskończone dyskusje. Odtąd logika uznaje następujące naczelne prawidło: żadne zdanie, nie dające się ściśle spro­wadzić do stwierdzenia jakiegoś faktu szczegółowe­go czy ogólnego, nie może mieć rzeczywistego i zro­zumiałego znaczenia. Jej własne zasady są teraz również rzeczywistymi faktami, tylko ogólniejszymi i bardziej abstrakcyjnymi, niż te, których mają być spójnią. Ich wartość naukowa wynika odtąd wyłącz­nie ze zgodności z zaobserwowanymi zjawiskami; bez względu zresztą na to, czy same zasady wy­kryto przy pomocy metody rozumowej czy doświad­czalnej. Czysta wyobraźnia traci nieodwołalnie swą dawną przewagę w życiu umysłowym i podporząd­kowuje się obserwacji, dzięki czemu powstaje wresz­cie zupełnie normalna sytuacja logiczna. Przy czym znaczna bądź co bądź rola wyobraźni w spekulacjach pozytywnych nie wyczerpuje się i polega na two­rzeniu lub udoskonalaniu sposobów ostatecznego bądź tymczasowego wiązania faktów. Słowem, podstawowa rewolucja, która charakteryzuje okres dojrzałości naszego umysłu, polega na tym, że nie­osiągalne wykrywanie przyczyn w ścisłym tego sło­wa znaczeniu zastępuje się wszędzie szukaniem praw t. j. stałych związków, zachodzących między obserwowanymi zjawiskami. Czy bowiem chodzi o najprostsze, czy o najpoważniejsze zjawiska, więc zarówno zderzenia ciał i ciążenia, jak moralności i myśli,— poznać możemy naprawdę jedynie rozma­ite związki wzajemne, które są właściwe zachodze­niu tych zjawisk; nigdy zaś nie potrafimy przeniknąć tajemnicy ich powstawania.

Nasze dociekania pozytywne winny we wszystkich dziedzinach ograniczać się do systematycznej oceny tego, co jest, rezygnując z wykrycia pierwszego po­czątku i ostatecznego celu czegokolwiek. Go więcej, należy pamiętać, że badanie zjawisk nigdy nie do­prowadzi do bezwzględnego poznania ich, lecz musi zawsze pozostać względne, zależne od naszego or­ganizmu i sytuacji. Skoro na mocy tej podwójnej zależności uznamy nieuniknioną niedoskonałość róż­nych naszych zdolności spekulatywnych, stwierdzi­my, że nie tylko nie potrafimy w całej rozciągłości zbadać żadnego rzeczywistego bytu, ale nawet nie możemy ręczyć za możność powierzchownego choćby stwierdzenia wszystkich istnień rzeczywistych; więk­szość ich bowiem musi się nam chyba zupełnie wy­mykać. Jeżeli utrata jakiegoś ważnego zmysłu wy­starcza, by całkowicie usunąć z pod naszej obser­wacji całą kategorię zjawisk, zachodzących w przy­rodzie, to naturalnym jest, że odwrotnie, zdobycie jakiegoś nowego zmysłu odsłoniłoby przed nami klasę faktów, o których teraz nie mamy pojęcia. Chyba, że ktoś by wierzył, że bogactwo zmysłów, tak różnorodnych u głównych typów zwierząt, osiąg­nęło w naszym organizmie najwyższy stopień roz­woju, potrzebny do całkowitego zbadania świata ze­wnętrznego. Jest to przypuszczenie oczywiście bez­podstawne i niemal śmieszne. Lepiej niż jakakolwiek inna dziedzina wiedzy wykazuje astronomia ten nie­uchronnie względny charakter wszelkiej naszej istotnej wiedzy; badanie bowiem zjawisk, wchodzą­cych w jej zakres, odbywa się za pomocą jednego tylko zmysłu; łatwo przeto ocenić, jaką teoretyczną doniosłość miałaby utrata lub choćby zwykłe uszko­dzenie go. Astronomia nie mogłaby powstać wśród niewidomych, choćby byli najinteligentniejsi, po­dobnie nie mogłaby powstać astronomia w obliczu gwiazd nieświecących (być może najliczniejszych); ani wreszcie, gdyby ośrodek, poprzez który obser­wujemy ciała niebieskie, był zawsze i wszędzie mglisty. W niniejszym Traktacie nieraz będziemy mieli sposobność ocenić samorzutnie i w sposób zgoła niewątpliwy, że każda z dziedzin pozytyw­nego badania ściśle zależy od całokształtu naszych warunków, zarówno wewnętrznych jak ze­wnętrznych.

Aby dokładnie poznać względny z konieczności charakter wszelkiej naszej rzeczywistej wiedzy, na­leży nadto zrozumieć z punktu widzenia jak naj­bardziej filozoficznego, że pojęcia nasze, rozważane jako ludzkie zjawiska, nie są zjawiskami wyłącznie indywidualnymi, lecz również — i to przede wszystkim — społecznymi: wynikają bowiem w samej rze­czy z ciągłej, zbiorowej ewolucji, której wszystkie elementy i fazy są ze sobą ściśle powiązane. Jeśli więc już na pierwszy rzut oka uznajemy, że nasze dociekania teoretyczne zawsze zależeć muszą od róż­nych istotnych warunków indywidualnych, winniśmy również stwierdzić, iż są one niemniej podporząd­kowane całokształtowi rozwoju społecznego; to też nigdy nie cechuje ich bezwzględna stałość, której istnienie zakładali metafizycy. Powszechne prawo zasadniczego kierunku ruchu ludzkości w tej dzie­dzinie polega na tym, że teorie nasze dążą do coraz dokładniejszego przedstawienia zewnętrznych przed­miotów naszych stałych badań; mimo to prawdziwa struktura żadnego z tych przedmiotów w żadnym razie nie może być w pełni poznana, a nauka, do-doskonaląc się, zbliża się tylko ku tej idealnej gra­nicy w miarą naszych rozmaitych rzeczywistych potrzeb. Zależność tego drugiego rodzaju, właściwa teoriom pozytywnym, występuje równie wyraźnie jak pierwsza w astronomii; gdy zważymy szereg pojąć, np. o kształcie Ziemi, o formie orbit pla­net i t. d., to okaże się, że pojęcia te pojawiły się wraz z zaczątkami geometrii niebieskiej, a z bie­giem czasu stały się coraz bardziej zadowalające. Chociaż z jednej strony teorie naukowe z powodu swej płynności nie mogą bynajmniej pretendo­wać do roli absolutnej, to jednak z drugiej stop­niowe ich zmiany nie mają charakteru dowolnego, który miałby uzasadniać niebezpieczniejszy jeszcze sceptycyzm; po każdej bowiem z kolejnych zmian odnośne teorie zachowują same przez się ciągle zdolność do przedstawiania zjawisk, które były ich podłożem; z tym zastrzeżeniem, by nie prze­kraczać przy tym pierwotnego stopnia ścisłości osiągniątej.

Od chwili, gdy jednomyślnie uznano, że należy stale podporządkowywać wyobraźnią obserwacji, gdyż jest to pierwszy podstawowy warunek wszelkich zdrowych dociekań naukowych, błędna interpretacja nieraz prowadziła do nadużywania tej wielkiej za­sady logicznej w ten sposób, iż rzeczywista nauka wyradzała się częstokroć w jakieś bezpłodne gro­madzenie luźnych faktów, których jedyną istotną zaletą mogłaby być co najwyżej cząstkowa ścisłość. Należy dobrze pamiętać o tym, że prawdziwa filozofia pozytywna jest w gruncie rzeczy niemniej da-

leka od empiryzmu jak od mistycyzmu; powinna kroczyć między tymi dwoma — równie zgubnymi — bezdrożami: potrzeba ciągłego trzymania się środka, które jest zadaniem trudnym i ważnym, potwierdza pogląd, wyłożony przez nas na wstąpię, że praw­dziwy pozytywizm musi być owocem długiego przy­gotowania i nie mógłby wystąpić w dobie niemo­wlęctwa Ludzkości. Prawdziwą naukę stanowią pra­wa, dotyczące faktów; a gołe fakty, chociażby ścisłe i najliczniej nagromadzone, są tylko niezbędnym materiałem. Badając przeznaczenie tych praw, stwier­dzić możemy bez przesady, że prawdziwa nauka nie tylko nie składa się z samych obserwacyj, lecz, przeciwnie, dąży do możliwego wyeliminowania ba­dań bezpośrednich, zastępując je rozumowym prze­widywaniem, które w każdej dziedzinie stanowi pod­stawową cechę charakterystyczną pozytywizmu. Zo­baczymy to wyraźnie na przykładzie całokształtu studiów astronomicznych. Przewidywanie takie jest koniecznym wynikiem stałych związków, wykrytych między zjawiskami. Ono też zapobiega pomieszaniu rzeczywistej nauki z czczą erudycją, która machi­nalnie gromadzi fakty, nie starając się wydedukować jednych z drugich. Dopiero bowiem dzięki takiej de­dukcji nasze zdrowe teorie stają się praktycznie użyteczne, jako też wartościowe same przez sią; gdyż jeśli bezpośrednie badanie zjawisk, które zaszły, nie doprowadziłoby do słusznego przewidywania tych, które zajść mają, to nie moglibyśmy zmodyfikować tych ostatnich. Prawdziwa filozof j a pozytywna polega więc przede wszystkim na tym, aby wiedzieć dla przewidywania; aby badać to, co jest, dla wysnuwania wniosków o tym, co będzie, na mocy powszechnego dogmatu o niezmienności praw przyrody 2).

Ta podstawowa zasada filozofii pozytywnej bynaj­mniej nie została jeszcze należycie zastosowana do ogółu zjawisk. Jednakże od trzech wieków nauka na szczęście tak dalece się z nią oswoiła, że wsku­tek poprzednio zakorzenionego przyzwyczajenia do traktowania wszystkiego w sposób absolutny, nigdy niemal nie uwzględniono dotąd prawdziwego jej źródła i to, co było owocem powolnej, stopniowej indukcji, zarówno zbiorowej jak indywidualnej, usiłowano przy pomocy czczej i mętnej argumentacji metafizycznej przedstawić jako pewnego rodzaju pojęcie wrodzone, a przynajmniej pierwotne. Nie tylko żaden moment natury rozumowej, niezależny od badania świata ze­wnętrznego, nie wskazuje nam z początku na niezmien­ność stosunków w świecie fizycznym. Lecz jest rze­czą niewątpliwą, że, wprost przeciwnie, umysł ludzki w długim okresie swego dzieciństwa nie był skłonny do uznawania jej nawet tam, gdzie bezstronna ob­serwacja już ukazałaby mu ją, gdyby nie kierowała nim nieuchronna wtedy tendencja do uzależniania wszelkich, a zwłaszcza najdonioślejszych zjawisk od aktów nieskrępowanej woli. W każdej dziedzinie zjawisk istnieją niewątpliwie niektóre, dość proste i pospolite, których samorzutna obserwacja mogłaby nasunąć mgliste wrażenie jakiejś wtórnej prawidło­wości; to też punkt widzenia wyłącznie teologiczny nigdy nie mógł być absolutnie powszechny. Ale to częściowe i przedwczesne przekonanie przez długi czas ogranicza się tylko do nielicznych i podrzęd­nych zjawisk, których nie można nawet uchronić od częstych zakłóceń, przypisywanych interwencji sił nadprzyrodzonych. Zasada niezmienności praw przy­rody zaczyna faktycznie zdobywać sobie pewną filo­zoficzną trwałość dopiero wtedy, gdy pierwsze praw­dziwie naukowe prace okazały, że ona sprawdza się ze ścisłością w jakimś całym zakresie ważnych zja­wisk. Stało się to możliwe dopiero dzięki powstaniu w ciągu ostatnich wieków politeizmu astronomii, opartej na matematyce. Na mocy analogii, niewątpli­wie, rozciągnięto wtedy podstawowy dogmat również na sferę zjawisk bardziej złożonych, których wła­ściwe prawa jeszcze nie mogły być wcale znane. Ale taka niepewna antycypacja logiczna była nie-tylko faktycznie bezpłodna, lecz poza tym zbyt słaba, by móc się przeciwstawić czynnej przewadze du­chowej, jaką zachowały jeszcze złudzenia teologiczno-metafizyczne. Pierwszy szczegółowy zarys praw przyrody, odnoszących się do każdej z zasadniczych dziedzin zjawisk, stał się niezbędny po to, aby po­jęcie owo nabrało niezachwianej siły, którą już za­czyna mieć w naukach najdalej posuniętych w roz­woju. Go więcej, przekonanie to nie mogłoby się dostatecznie umocnić, dopóki by nie opracowano podobnie wszelkich podstawowych badań, bo niepew­ność, dotycząca najbardziej skomplikowanych, wpły­nęłaby do pewnego stopnia i na inne. Należy zwrócić uwagę na groźną reakcję, która nawet i dziś daje się we znaki: ponieważ na ogół nie znamy jeszcze praw socjologii, zasada niezmienności stosunków fizycznych podlega nieraz poważnym zakłóceniom; występują one nawet w badaniach czysto matema­tycznych, gdzie na każdym kroku zachwala się teraz jakiś domniemany rachunek prawdopodobieństwa, zakładający implicite brak wszelkich rzeczywistych praw; tam zwłaszcza, gdzie w grę wchodzi człowiek. Ale skoro tę wielką zasadę filozoficzną rozszerzyło się wreszcie na cały zakres wiedzy, co uczyniły już obecnie umysły najbardziej rozwinięte, staje się ona natychmiast czynnikiem w pełni rozstrzygającym tam nawet, gdzie faktyczne prawa, odnoszące się do poszczególnych przypadków, długo pozostaną nie­znane. Wtedy bowiem, na mocy nieodpartej analogii, z góry stosuje się do wszystkich zjawisk każdej dzie­dziny to, co stwierdzono dla niektórych, byleby tylko te ostatnie były dość ważne.

1) Niemal wszystkie pospolite tłumaczenia zjawisk społecznych; większa część tych, które odnoszą się. do życia umysłowego i moralnego; znaczna część naszych teoryj fizjologicznych czy medycznych, a nawet niektóre teorie chemiczne i t. d. przypo­minają jeszcze bezpośrednio ów dziwny sposób filozofowania, który tak dowcipnie — a bez wielkiej przesady scharakteryzował Moliere z okazji np. »usypiającej własności opium«; było to na­stępstwem rozstrzygającego wstrząsu, jaki w całym państwie bytów wywołał był właśnie Kartezjusz.

2) Na temat ogólnej oceny pozytywizmu i właściwych mu metod z wielkim pożytkiem studiować można cenne dzieło za­tytułowane: »A system of logic, ratiocinative and indnctive«, świeżo wydane w Londynie (u Johna Parkera, West Strand, 1843), napisane przez mego znakomitego przyjaciela, p. Johna Stuarta Milla, który stal się odtąd współtwórcą nowej filozofii. Siedem końcowych rozdziałów I-go tomu zawiera świetny wykład, głę­boki a zarazem przejrzysty, pouczeń logiki indukcyjnej, której według mego przekonania — nikt nie potrafi nigdy lepiej ująć ani scharakteryzować, jeśli przyjmie punkt widzenia autora.

dr Kamil M. Kaczmarek 24 02 2010