E.B. Tylor

Antropologia, Rozdział XV.

Historia i mitologia

Tradycja.—Poezja.—Fakt w zmyśleniu. — Najdawniejsze poematy i pisma. — Starożytna kronika i historia. — Mity. — Wykład mitów. — Rozszerzani się mitów.

Nie zwracamy się już do historii po świadectwa y. im j wcześniejszych okresów życia człowieka. Jak przekonywa pierwszy rozdział tej książki, my, ludzie czasów nowych, wiemy to, co było zakrytym dla samych starożytnych o jeszcze starożytniejszych starożytnych. Stąd wszakże nie wynika jeszcze, że historia starożytna straciła swoją wartość. Przeciwnie, posiadamy dziś lepsze niż kiedykolwiek środki potwierdzenia togo, co w niej jest rzeczywiście wiarogodnym za pomocą takich świadectw, jak dowody poczerpnięte ze starych zabytków i języków, gdyż masa istotnie dawnych pism odkryła się obecnie dla historyka. Nigdy nie było konieczniejszym mieć jasne pojecie o tym, czego nas nauczyć może tradycja, poezja i pomniki piśmienne, niż w odniesieniu do tych czasów, kiedy się zaczyna historia.

Pierwotne dzieje narodów składają się mniej lub więcej z podań, przekazywanych drogą pamięci od wieków, poprzedzających pismo. Nasze własne doświadczenie nie może mim wykazać całej wartości takich podań ustnych, gdyż one w świecie cywilizowanym wyszły z użycia tak dalece, że obecnie mało wiemy o zdarzeniach, poprzedzających życie naszych pra-pradziadów, jeżeli one nie były spisane. Lecz sztuka pisania nie upowszechniła się jeszcze na całej ziemi i dotąd istnieją ludy, których cała historia zawiera się w podaniach ich przodków. Wyspiarze oceanu Spokojnego, do ostatnich czasów nieumiejący pisać, byli barbarzyńcami inteligentnymi, którzy chętnie przekazywali potomkom wspomnienia dni minionych, w kilku zaś wypadkach, możliwych do sprawdzenia, okazało się, że pamięć może istotnie zachować fakty historyczne długo i wiernie. Misjonarz Whitmee opowiada, że na wyspie Rotuma rosło bardzo stare drzewo, pod .którym — według podania — miała być zakopana kamienna stolica słynnego wodza; niedawno burza wyrwała to drzewo i rzeczywiście pod jego korzeniami znalazło się kamienne siedzenie, które musiało ukrywać się tu od wieków. Tuziemcy grupy wysp Elliskich opowiadali, że ich przodkowie przed wielu pokoleniami przybyli z pewnej doliny na odległej wyspie Samoa i przechowywali starą, stoczoną przez robaki laskę, połataną, dla utrzymania jej w spojeniu, którą na ich zebraniach mówca trzymał w ręku na znak, że ma praw o zabierać głos; laskę tę niedawno zabrano do Samoa i okazało się, że jest ona zrobioną z rosnącego tam drzewa, śród zaś mieszkańców doliny, o której mowa, przechowywało się podanie, że kiedyś wyszła z niej na wyprawę morską część ludności, która już nie wróciła. Z podań polinezyjskich najlepiej znano są, l e, które przechowują się u Maorysów a dotyczą zaludnienia Nowej Zelandii. Opowiadają oni, że po wojnie wewnętrznej praojcowie ich wydalili się w łodziach z Hawajki ku północo-wschodowi; podają imiona hurtowników i kierowników tych statków i wskazują miejsca, gdzie wylądowali; powtarzają pokoleniami nazwiska wodzów, pochodzących od przybyłych w łodziach i wyliczają tym sposobem około osiemnastu generacji lub czterysta do pięciuset lat od tego czasu, jak przybysze zawładnęli wyspą. Pomimo, że — jak należy się spodziewać — podania różnych okolic nie godzą się w różnych punktach, przyjmowane bywają jako dokumenty, na mocy których krajowcy posiadają ziemię z tytułu praw swych przodków, którzy wylądowali w łodziach Żarłok (Arawa) i Boże oko (Mata-atua), a trudno wątpić, że takie rodowody, stale powtarzane wśród ludności, której władanie ziemią od nich zawisło, opierają się na faktach rzeczywistych. Wszakże podania maoryjskie w połowie składają się z najdzikszych baśni o cudach; kiedy budowniczy jednej z łodzi ścina wielkie drzewo, ażeby z niego zrobić zrąb statku, powróciwszy nazajutrz do lasu, znajduje, że drzewo to w ciągu nocy znowu stanęło, a kiedy łódka już była gotowa i spuszczona na morze, pozostawiono jednego czarodzieja, lecz po przybiciu do Nowej Zelandii spostrzeżono go, stojącego na brzegu -przepłynął on bowiem ocean na grzbiecie potwora morskiego, niby Arjon na delfinie. Te podania nowoczesnego ludu barbarzyńskiego mogą nam dać dość jasne pojęcie o mieszaninie rzeczywistej pamięci i mitycznej fantazji w dawnych dziejach Egiptu i Grecji, które przeszły drogą tradycji od odległej przeszłości, kiedy nie było jeszcze pisarza, który by na płycie kamiennej wyrył bodaj imiona królów.

Podania nabierają jeszcze większej trwałości, skoro przechodzą w słowach ustalonych, co zdarza się zwłaszcza wtedy, kiedy poeci ujmują je w wiersze. Nawet obecnie w Anglii niejeden ważny wypadek przekształca się na balladę i bywa opiewany w całym kraju. w czasach, poprzedzających druk, znaczenie poety, jako historyka, było daleko większe, niż później i wiele starych śpiewów europejskich nosi na sobie znamiona istotnej kroniki. Starożytne pieśni bretońskie są często historycznie bardzo wierne; tak na przykład w jednej z nich jest wzmianka o Bertrandzie Guesclinie, że miał włosy podobne do lwiej grzywy, w drugiej zaś znajduje się opis, że Joanna Montfort (Jeanne-la Flamme), wyszedłszy z Hennebontu z mieczem i płonącą głownią dla spalenia obozu francuskiego, przywdziała zbroję, którą — jak potwierdzają inne źródła historyczne rzeczywiście nosiła. Ale chociaż poeta lub minstrel przechowuje wiele podobnych zdarzeń malowniczych, nic posiada on sumienności historyka względem faktów. Pragnąc wzruszy ć luli zachwycić swych słuchaczów, pochlebić dumie swojego narodu lub pysze rodowej wodza, w którego komnatach śpiewał, wprowadzał do swych pieśni imiona i wypadki rzeczywiste, lecz układał je według celów swej scenerii dramatycznej, albo nawet po prostu tworzył historię. Wielka epopeja germańska, pieśń Nibelungów, zaczyna się w Burgundii, gdzie trzej królowie zasiedli na radę w Wormsie nad Renem; siostrą ich jest miła Krimhilda, której mąż Siegfried został zdradziecki! zabiły przy krynicy włócznią Hagona; poślubia ona po tym Attylę, władcę Hunów i krwawa opowieść, kończąca się jej zemstą i śmiercią, pozostawia Attylę i Teodoryka z Werony (Etzela i Dietricha z Bernu), płaczących razem nad swymi wyrzniętymi wojownikami. Miejsca i osoby są o tyle historyczne, że utworzyłyby historię w formie poematu, gdyby ona mogła być tworzona za pomocą podobnych środków; lecz czytelnik Gibbona wie, że Attyla umarł o dwa lata wcześniej, niż się urodził Teodoryk. W rzeczywistości poemat ten jest ostatnią odmianką legendy, przechowywanej pod postacią wcześniejszą w Skandynawii, mianowicie sagi o Wolsungach; rada w Wormsie, turniej uraz inne imiona historyczne i okoliczności miejscowo są tu wprowadzone dla nadania osnowie istoty i barwy poetycznej. Jeżeli poeci ważyli się podrabiać tym sposobem historię w wiekach średnich, kiedy już istniały kroniki, które mogły były im zaprzeczyć, to jakże odróżnić fakt od zmyślenia w poematach tych czasów, kiedy jeszcze brakło regulatora historii Iliada i Odysseya mogą zawierać wiele wspomnień o ludziach rzeczywistych i ich czynach; może Agamemnon panował w Mycenach, może rzeczywiście odbywało się oblężenie Troi i około tego wału, gdzie Schliemann wykopał złote czasze i naszyjniki. Lecz wydobycie prawdy historycznej z poematów Homera, gdzie wypadki rzeczywiste są tak niemiłosiernie pomieszane z cudami, jak w legendach maoryjskich, jest zadaniem zbyt trudnym. Nader trudnym jest również osądzenie, do jakiego stopnia bezstronnie kroniki dawnych narodów przechowuje pieśniarz, dla którego — jak wykazał Gladstone w swym Elementarzu do Homera (Primer of Homer) — stanowiło to regułę, że żaden znakomity wódz grecki nie ginął w zaszczytnej walce z ręki Trojańczyka, Gdyby z poezji starożytnej nie można było wydobyć niczego więcej, prócz przekręconych wspomnień o wypadkach historycznych, antropolog najrozumniej by zrobił, usuwając zupełnie jej twory na bok. Rozpatrywana jednakże z innego punktu widzenia, przedstawia ona jedno z najpełniejszych i najwierniejszych źródeł wiedzy.

Pomimo że opowieść poety może być zmyśleniem, to, o czym wspomina, może należeć do historii. W nazwach narodów, okolic i miast bezwiednie odtwarza on nam świat i ludzi, jakimi byli w jego czasie. Spis okrętów i ludzi w drugiej księdze Iliady jest mapą i wykazem ludności brzegów morza Śródziemnego. Homer wie o Egipcjanach, o ich nawadnianiu pól i biegłości w medycynie, o sławnych przez swe okręty Fenicjanach i ich tkaninach purpurowych. Imię Kadmosa należy do mowy fenickiej i znaczy „wschodni," podczas gdy „siedmio-bramne" Teby, zbudowane przez jego lud, dowodzą, że tam miano ów szacunek dla mistycznej liczby siedem, który wywodzi swój początek z czi dla siedmiu planet w Babilonie. Poda, opowiadając swe cudowne baśnie z okolicznościami rzeczywistego, otaczającego go świata, nie myślał zapewne, jak przyszłe wieki ocenią ten zabytek życia realnego: Odyseusz, przyczepiony pod brzuchem wielkiego barana lub odjeżdżający w krainę Hadesu do nikłych cieniów zmarłych, jest jodynie mitem. Opis jednakże Polifema stanowi jeden z niewielu starożytnych obrazów obyczajowych niższych barbarzyńców, odwiedziny zaś w Hadesie — są rozdziałem starej greckiej religii, przedstawiającym mniemania ludzi ówczesnych o posępnym życiu duchów za grobem. To samo rzec można o opisie życia i obyczajów. Nauzykaa, córka królewska, jedzie na wozie, zaprzężonym parą mułów, nad brzeg rzeki, wioząc odzież do prania. Odyseusz idzie przez ulice żeglarskich Feaków, podziwiając przystań, silne mury i baszty, przestępuje brązowy próg pałacu Alkinoosa i wszedłszy, obejmuje kolana królowej Arete, po czym siada na ognisku w popiele, aż wreszcie król, pomnąc na Zeusa gromowładnego, stojącego w pobliżu i wstawiającego się za proszącym, bierze gościa za rękę i każe mu usiąść obok siebie, na błyszczącym siedzeniu swego syna. Siedząc przygody romantyczne przebiegłego Odyseusza, widzimy, niby w kalejdoskopie, jak starodawni bohaterowie chodzili z włócznią w ręku i ścigłymi psami, postępującymi za nogą; jak u drzwi domu zrzucali odzież, ażeby wejść do łaźni i wychodzili z niej, namaszczeni olejami, na ucztę, gdzie bez takich wymysłów, jak talerze i noże, nasycali się pieczonym mięsem i ciastem; jak zabawiali się rzucaniem krążków po gładkiej murawie, luli spoczywali na rozciągniętych skórach w słońcu, grając, w Rumienię; jak podczas uroczystych obrzędów wylewali ciemne wino i palili mięso na ofiarę, modląc się o to, czego pragnęły ich serca, pamiętając jednak przy tym ciągle, że słuchający ich bogowie jedno im dadzą a drugiego odmówią. Wszystko to nie tylko jest historią, ale historią najczystszego rodzaju. w oczach badacza cywilizacji nawet ta dzika, tak rażąca umysły nowoczesne mieszanina naturalności i nadnaturalności jest świadectwem pierwotnego stanu myśli religijnej. Bogowie gromadzą się na naradę w komnatach zbieracza chmur, dla postanowienia, co należy uczynić z walczącymi na równinach w dole wojskami ich czcicieli. Istoty boskie biorą udział w samych starciach między śmiertelnymi wojownikami. Posejdon wyrywa włócznię, ostrzem brązowym zakończoną, z tarczy Eneasza, dźwiga bohatera trojańskiego i unosi go bez szkody po nad głowami wojowników; nawet boginie napastują się wzajemnie, jak śmiertelne sekutnice: Hera np. wydziera łuk i kołczan Artemidzie i z szyderczym śmieciłem uderza ją niemi po twarzy, tak, że dziewicza łowczyni odchodzi we łzach, pozostawiając za sobą swój łuk. Błędem byłoby mniemać, że to wszystko wydawało się jedynie tworami wyobraźni i ozdobami poetycznymi ludziom, którzy po raz pierwszy słuchali-podobnych rapsodii. Znajdowali się oni w przejściowym okresie religii, opisanym w rozdziale ostatnim (str. 367), kiedy istoty duchowe, które dla ich prostszych praojców były uosobionymi przyczynami zjawisk natury i wypadków, zaczęły tracić swą jasność pierwotną, ciągle wszakże jeszcze uważane za bóstwa, przewodniczące naturze i mieszające się do życia ludzkiego. Jeżeli taki stan myśli przeciwstawimy obecnemu, łatwiej będziemy mogli pojąć jeden z największych wypadków w dziejach powszechnych — przejście umysłów ludzkich z nastroju mitologicznego w historyczny. Zmiana ta nie dokonała się od-razu, lecz od wielu wieków zbliżała się stopniowo. Trudno o bardziej pouczający rozdział w Historii Grecji Groto'a, niż ten, w którym on opisuje wiek filozoficzny, gdy grecy zaczęli zauważać z niepokojem i przykrością, że poematy Homera, które stały się dla nich księgą świętą, słabo godzą się z ich doświadczeniem życiowym, a skutkiem tego zapytywali siebie: czy mógł rzeczywiście świat tak się zmienić od czasu, kiedy ludzie zasiadali u jednego stołu z bogami?

Z tego stanowiska należy w znacznej części rozpatrywać to, co zwiemy historią starożytną. Krytycyzmu historycznego, to jest sądu, używamy nie w celu osłabiania, lecz wzmacnianiu wiary (naukowej). Zadaniem jego nie jest wynajdywanie błędów u autora, lecz upewnienie się, ile z tego, co on opowiada, może być słusznie uznanym za prawdę. To też czytelnik nowożytny może posiadać zdrowszy sąd o pierwotnej historii rzymskiej, aniżeli pierwotni rzymianie z czasów Liwiusza i Cycerona. Widzimy jaśniej, aniżeli oni, że wywód nazwy Rzymu (Koma) od człowieka, zowiącego się Romulusem, jest mniej prawdopodobnym niż inny, według którego imię Romulus zostało wymyślone dla objaśnienia, dlaczego miasto nazwano Rzymem. Dla umysłów nowożytnych cała słynna legenda o wilczycy, karmicielce Romulusa i Remusa, upada, odkąd wiadomo, że i tylko odmiana tej samej starej, cudownej bajki, którą opowiedział Herodot, jako historię urodzenia Cyrusa. Wszakże i l u można dostrzec pośrednią korzyść historii nawet wtedy, kiedy wypadki są wielce wątpliwe. Chociaż może nigdy nie istni a] człowiek taki, jak Romulus, podanie, że on zakreślił mury miasta brązowym lemieszem swego pługa, jest prawdziwą pamiątką obrzędu, którym w starożytności rozpoczynano zakładanie miast. Nawet w dziejach późniejszych, gdzie historyk posiada już do oparcia się świadectwa pisane, należy postępować tą drogą. Przypuśćmy, że w szkole czytają 35 księgę Liwiusza. Szczegóły takie, jak przysięga Hanibala i przygotowanie do wojny z Antjochem, uczniowie przyjmują bez wątpienia za wiarogodną historię. Lecz gdy dojdą do opowieści, że około tego czasu wół, należący do jednego z konsulów, wyrzekł straszno słowa: „Roma, cave tibi!" — powstanie śmiech. Nauczyciel nie może poprzestać na prostym pominięciu tej baśni, jako bredni Liwiusza. Powinien on wyrazić przypuszczenie, że historyk prawdopodobnie zaczerpnął ją z jakiejś urzędowej kroniki cudów, że więc w każdym razie jest to dobry dowód historyczny istnienia u rzymian wiary nie tylko w to, iż wół mógł mówić, lecz i w to, że to jego zachowanie się było boską przepowiednią, iż pojęcia tego rodzaju tak dalece weszły w skład narodowej religii i rządu, że augurowie starali się o prawidłowe dostarczanie takich wróżb, mających służyć za wskazówki rządowi państwa lub przynajmniej pomagać mu do omamiania tłumu. Ustępy tedy historyczne, które na pierwszy rzut oka wydają się najbardziej niedorzecznymi i fałszywymi, mogą przedstawiać ważne fakty w historii cywilizacji.

Oczywiście utwory, służące jako świadectwa życia starożytnego, nie potrzebowały wcale mieć na widoku historii. Jeżeli tylko rzeczywiste słowa i myśli starożytnych o czymśkolwiek zostały nam przekazane, nowożytni mogą sami z tego materiału wydobyć historię. Hymny więc sanskryckie, zebrane w Wedach, stanowią świadectwo życia codziennego Arjów pierwotnych, którzy je śpiewali. To też gdy hymn do bogów wiatru przedstawia ich jadących w wozach z silnymi dzwonami kół, z wytwornymi lejcami i trzaskającymi biczami— czytelnik nowożytny widzi jasno, że lud aryjski, śród którego hymn powstał, sam jeździł w takich wozach. Gdzie świetlani bogowie mają złote łańcuchy na piersiach dla ozdoby, noszą włócznie na ramieniu i sztylety u boku, tam fantazja mityczna daje rzeczywisty obraz uzbrojenia wojowników aryjskich. Tym sposobem ta księga hymnów przedhistorycznych, stronica za stronicą przedstawia nam dawne patriarchalne życie Arjów, z trzodami bydła, chodzącymi po rozległych pastwiskach lub zamknie tymi na zimę w oborach, z oraniem pól i zbieraniem zboża, zn związkami rodzinnymi i prawami, ze czcią dla wielkich bogów natury — nieba, ziemi, słońca, świata, ognia, wody i wiatrów, z silną wiarą w świetlane krainy nieśmiertelnych umarłych, poszanowaniem dla ludzi miłosiernych i chwałą sprawiedliwych. W świętych księgach dawnych persów, zebranych w Aweście, przechowały się daleko sięgające podania innej gałęzi szczepu aryjskiego, która, oddzieliwszy się od swych krewniaków bramińskich, poszła za wiarą Zoroastra (Zaratustry). Głęboki rozdział między dwiema religiami okazuje się w zniżeniu przez wyznawców Zoroastra świetlanych bogów (deva) bramińskich do złych demonów (daeva). Obawa skalania ognia świętego paleniem trupów, które już stosowali bramini — skłoniła ich do wystawiania umarłych na pożarcie dzikim zwierzętom i ptakom, żyjącym padliną, jak to czynią parsowie dotąd w swych „twierdzach milczenia." Na początku Avesty, jako pierwsza i najlepsza z dobrych krain, stworzonych przez dobre bóstwo, wymieniona jest okolica, zwana Airyana vaejo „siedziba aryjska," którą potem złe bóstwo przeklęło dziesięciomiesięczną zimą; ten opis klimatu wygląda tak, jak gdyby starzy Persowie wierzyli, że ich pierwotna siedziba aryjska znajdowała się na posępnych stokach Azji środkowej ku źródłom Oksusu i Jaksartosu. Gdzieniegdzie śród świętych wierszy zdarza się wzmianka o życiu tych dumnych i srogich pasterzy i rolników, mało podobnych do zepsutych persów i gospodarskich parsów nowożytnych. Ich zapał do ciężkiej pracy nad przygotowaniem ziemi dla przebywania u a niej człowieka występuje obrazowo tam, gdzie opiewają rozkosz, jaką odczuwa ziemia, gdy gospodarz osusza grunt wilgotny a nawadnia suchy i jak ona przynosi dostatki temu, kto ją uprawia ręką prawą iłową, lewą i prawą:

„Kiedy ziarno wschodzi, wówczas zło duchy syczą;
Kiedy kiełki wypuszcza, wówczas złe ciuchy kaszlą;
Kiedy szypułki rosną, wówczas złe duchy płuczą;
Kiedy grube kłosy wychodzą, wówczas zło duchy odlatują."

Tak potrzebnymi były złe psy, które by strzegły owczarnię od wilków, a wioskę od złodziejów, że znajdujemy tu uroczyste przepisy co do nich: jak nałoży — jeżeli pies nie szczeka, i nierozważny — nakładać mu kaganiec i wiązać go; jaka kara mu być wymierzona na człowieka, który daje złe pożywienie psu; jest to takim grzechem (mówią), jak gdyby on to zrobił porządnemu gospodarzowi. W żywym obrazie staja, przed nami krzepcy rolnicy; którzy wytworzyli te prawa, ażeby je powtarzano dzieciom ich dzieci i przekazano wiekom przyszłym.

Podczas gdy ci surowi Arjowie przechowywali wspomnienia przeszłości za pomocą ustnego słowa w swych świętych pieśniach, bardziej cywilizowane narody od dawna zaczęły spisywać pamiętniki swych czasów. Najlepszym sposobem uprzytomnienia sobie, czym była ta najwcześniejsza historia współczesna, jest rozpatrzenie przekładu dokumentów egipskich i asyryjskich w Zabytkach przeszłości (Records of the Past), ogłoszonych pod kierownictwom „Towarzystwa archeologii biblijnej." Znajdujemy tu np. w tłumaczeniu dr. Bircha napis, upamiętniający wyprawy Uny, namiestnika króla Tety na 3000 lat przed Chr. (str. 8) i opis na murach świątyni Karnaku bitwy pod Megiddo, gdzie Dhutmes III około .1500 lat przed Chr. pokonał wojska Syrii i. Mezopotamii, otworzywszy drogę do wnętrza Azji. Opowiedziano, jako król, idąc z Gazy, dosięgnął południowej strony Megidda nad brzegiem wód Ka-nor, gdzie rozpiął swój namiot i wygłosił mowę przed całą swą armią: „Spieszcie się. włóżcie przyłbice, gdyż jutro rano wyruszę do walki z podłym wrogiem!" Wydano hasło: „Mocno, mocno, czuwaj, czuwaj, czuwaj dzielnie przy królewskim namiocie!" Rankiem święta nowiu król wyjechał na swym złoto-zdobnym wozie śród wojska; bóg Amun rozciągnął opiekę nad jego czynnymi członkami i król zwyciężył wrogów; padli przed nim na twarz, zostawili swe konie i wozy i uciekli do twierdzy, której załoga, zamknięta wewnątrz niej, pozdejmowała swoje odzienie, ażeby ich wciągnąć przez mury. Egipcjanie wyrżnęli swych nieprzyjaciół tak, że ci leżeli rzędami jak ryby, po czym zwycięzcy wkroczyli do twierdzy Megiddo, dokąd przybyli wodzowie kraju, niosąc daninę, srebro i złoto, lapis-lazuli i alabaster, naczynia z winem i trzody. Spis łupów, dokonany z zastanawiającą drobiazgowością, obejmuje: niewolników żywych 240, rąk (odciętych zmarłym) 83, klaczy 2.041, źrebiąt 191, jedną złotą arkę nieprzyjacielską, 892 wozy podłej armii—i tak dalej. Ostatnia część napisu upamiętnia szczodre dary, złożono przez zwycięskiego króla bogowi Amon Ra: pola i ogrody dla zaopatrywania jego świątyni, pary gęsi dla zapełnienia jego jezior i dostarczania mu codziennie o zachodzie słońca dwu przyrządzonych gęsi — ciężar mający pozostać na zawsze, a również bochenki chleba i naczynia z piwem na codzienną zastawę. Jak to król zaznacza w swym napisie, nie przechwala on się tym, co uczynił, nie mówi, że zrobił więcej, niż dokonano, czym skłoniłby ludzi do zaprzeczenia mu. Widzimy tu, że kontrola opinii publicznej zaczyna już działać w historii. nie zmusza ona rzeczywiście do ścisłej prawdy, dozwala przesadzać zwycięstwa narodowe a porażki utrzymywać w ukryciu; ale nowel, chełpliwi pisarze egipscy z trudnością ośmielali się zapisywać wypadki bez podstawy faktycznej. Zwracając się teraz do napisów krain babilońsko-asyryjskich, możemy wziąć jako przykład cegłę że świątyni sławnego miasta chaldejskiego Ur, dziś zwanego Mugheir, zawierającą te słowa w piśmie klinowym:

„Bogu-Księżycowi, najstarszemu synowi Mul-lila, jogo króla,
Ur-bagas, potężny książę, okrutny wojownik,
Król (miasta) Ur, król Sumiru i Akkadu
E-Tem-ili ten dom swej radości zbudował."

Wspomniane tu Sumir i Akkad były siedliskami starej cywilizacji chaldejskiej. Już w XVI wieku przed Chr. Hammurabi pokonał te ludy—był to wielki wypadek losu, gdy zwycięskie państwo asyryjskie pochłonęło ich starą kulturę i religię. W jednym ze swych napisów ten król Babilonu mówi: „Łaska Bela oddała w moje panowanie lud Sumiru i Akkadu; dla nich wykopałem na nowo kanał, zwany moim imieniem, radość ludzi, potok obfitych wód dla narodu; wszystkie jogo brzegi odświeżyłem na nowo, ułożyłem nowe podpory murów, zaopatrzyłem wiecznymi wodami ludy Sumiru i Akkadu."

Przy pomocy takich pism współczesnych historycy mogą obecnie sprawdzić zachowane spisy królów starożytnych i ułożyć z nich rodzaj ciągłej linii dynastii w Egipcie i Babilonie od czasu założenia wielkich miast Memfisu i Urn. Możemy wskazać, gdzie świadectwa i tradycje izraelskie, spisane później w historycznych księgach Starego Testamentu, schodzą się z historią starożytną pomników. Tradycja izraelitów wspomina (Gen. XT, XII), że ich przodkowie przebywali w krainie chaldejskiej Ur i w Egipcie, co świadczy o ich stosunkach z dwoma wielkimi ludami świata starożytnego. Wzmianka w Exodus (l, II) o izraelitach, przeznaczonych do budowania Faraonowi miasta, zwanego Ramzes, wskazuje, że ich niewola w Egipcie przypadła za rządów Wielkiego Ramzesa II z dynastii XIX, zapewne około 1400 lat przed Chr., co stanowi punkt styczny pomiędzy chronologią egipską a hebrajską. W Księgach Królewskich występują późniejsze osoby i wypadki, dobrze znane ze współczesnych świadectw innych krain, jak np. we wzmiance o Sesaku, królu egipskim, który walczył przeciwko Roboamowi i zrabował świątynię (IKr. XIV, 25). zdaje się prawdopodobnym, że opis Herodota (II, 141), jakoby armia Sennacheriba, króla Asyryjskiego, zmuszona była do ucieczki skutkiem pogryzienia przez myszy łuków żołnierzy, jest odgłosem wielkiej porażki Sennacheriba, o której Biblia opowiada inaczej (IIKr. XIX).

U Herodota otwiera się uczonemu taki świat starożytny, jaki był znany podróżnikowi greckiemu i geografowi z V wieku przed Chr. Ojciec historii —jak go nazwano — nie pisał jako kronikarz swego własnego narodu, lecz z szerszym poglądom antropologa, którego zajmuje wszelka wiedza, dotycząca ludzkości. Odkrycia nowożytne o tyle potwierdziły jego doniesienia, że to upoważnia nas do opierania się na historykach starożytnych, gdy, podobnie jak on, starają się odróżnić legendy lub wieści od tego, co sami zbadali. I tak, Herodot opowiada dziwną historię o oszuście, który uchodził za Smerdisa i zasiadł na tronie Persji, aż wreszcie został poznany po odciętych uszach i Dariusz zabił go. Gdy przed kilku laty odczytano litery klinowe napisu, wyrżniętego na wysokiej ścianie skały niedaleko Behistanu w Persji, okazało się, że jest to dokument, wystawiony przez króla Dariusza w trzech językach krajowych i że odpowiada sprawozdaniu Herodota dość dokładnie dla wskazania, jak on dobrze uchwycił bieg wypadków w Persji na sto lat przed jego czasem. Jeszcze lepiej wytrzymuje próbę to, czego Herodot — jak mówi — dowiedział się od kapłanów w Egipcie o ich królach, panujących 2000 lat przedtem. Za ich dyktandem spisał on nazwiska królów piramid — Cheopsa, Chefrena i Mykerina. W późniejszych wiekach krytycy niekiedy powątpiewali, czy ci królowie istnieli w rzeczywistości, czy tylko w baśni; ale gdy zatracone znaczenie hieroglifów egipskich zostało na nowo wyjaśnionym przez uczonych nowożytnych, rozpoznano w nich te samo nazwy, które słyszał dziejopis grecki. Najlepsza historią starożytnych może otrzymać takie potwierdzenie z pomników dawniej zagubionych. Tucydydes opowiada (VI, 54), że Pizystrat (młodszy) postawił dwa ołtarze; z jednego ateńczycy wyskrobali napis, lecz drugi—mówi historyk — można dotąd odczytać, chociaż litery są niewyraźne: „Ten pomnik swego archontostwa Pizyslrat, syn Hippiasza, wzniósł w ogródźcu Apolla pityjskiego." Część togo su-mego kamienia z napisem została znaleziona w 1878 r. na pewnym dziedzińcu niedaleko Ilissu i znajduje się teraz w Muzeum Ateńskim. Jak żywe znaczenie rzeczywistości takie pomniki nadają historii, zrozumieć może uczony, który prosto od swych książek pójdzie do Muzeum Brytyjskiego i ujrzy śród starych pieniędzy dużą głowę Aleksandra Wielkiego z baranimi rogami, upamiętniającą ten ciekawy epizod z jego życia, kiedy ogłoszono go synem Zeusa Ammona,—lub zauważy ze zdziwieniem złote pieniądze, dowodzące, że Cymbelin, obecnie najlepiej znany z Shakespeare'a, był rzeczywistym królem brytyjskim, który odbijał pieniądze ze swoim imieniem.

Przejrzawszy źródła historii pierwotnej, o ile ona dotyczy badań ludzkości, nie potrzebujemy wkraczać na utartą drogę dziejów późniejszych. Pozostaje nam do rozważenia mit, ten kamień obrazy, o który historycy tak często się potykali. W micie nie należy widzieć jedynie omyłki i obłędu, lecz zajmujący wytwór myśli ludzkiej. Jest to rzekoma historia. zmyślona opowieść wypadków, które nigdy nie istniały. Historycy, zwłaszcza piszący w czasach dawnych, powtarzali podania o wypadkach rzeczywistych tak pomieszane z mitami, że jednym z najtrudniejszych zadań dla badacza jest osądzenie, czemu należy wierzyć, a co odrzucić. Powinien on uważać się za szczęśliwego, jeżeli zdoła zastosować miarę prawdopodobieństwa i uznać dane zdarzenie za niemożliwe, gdy znajomość biegu natury dostatecznie upewnia go, że ono zajść nie mogło. Tak np. narody cywilizowano wiedzą z nauki, że to, co się wydaje błękitną kopułą lub sklepieniom nad naszymi głowami, niebo, nie jest w rzeczywistości stałym sklepieniem, jak mniemali starożytni, lecz jodynie rzadkim powietrzem i parą wodną. Skutkiem tej wiedzy ludzie wykreślili ze swej historii stare mity o bogach, mieszkających w pałacach i odbywających narady w niebiosach, o ludziach wspinających się lub odlatujących z ziemi do nieba, o olbrzymach, wtaczających górę Ossa na Pelion, ażeby wedrzeć się na obłoczne szczyty i podjąć walkę z bogami. Oprócz tego sposobu odsłaniania mitu, opowiadającego to, co zdarzyć się nie mogło, są jeszcze inne środki sądzenia go. Często można przekonać się, że pewna opowieść nie jest historia rzeczywistą, przez samo poznanie przyczyn, wiodących do zmyślenia jej.

Wiemy, jak silnym jest w nas pragnienie do zdawaniu sobie sprawy z każdej rzeczy. Pragnienie to jest również silnym w barbarzyńcach; zgodnie też z nim wymyślają takie objaśnienia, jakie mogą zadowalać ich umysły. Lecz zdolni są, oni postąpić jeszcze o pewien stopień dalej, a wtedy ich objaśnienia przybierają formę opowieści z imionami miejsc i osób, stając się tym sposobem pełnymi mitami. Ludzie ukształceni nie uważaliby obecnie za uczciwe tworzenie taką drogą historii zmyślonej; lecz l udzie z umysłem niewyrobionym, żyjący w lak zwanym stanie tworzenia mitów, który rozpoczął się od okresu dzikości i dotąd śród nas nie całkiem jeszcze zniknął, nie doznają takich skrupułów w zamienianiu swych domysłów o tym, co mogło się wydarzyć, na żywo opowiadania o tym, co wedle nich zaszło. Kiedy anatomia porównawcza była prawie nieznana, znalezienie ogromnych kości kopalnych w ziemi naprowadziło człowieka na myśl, że to były szczątki wielkich zwierząt i niezmiernych Judzi, czyli olbrzymów, którzy dawniej żyli na ziemi. Nauka nowożytna osądziła, że jest to słusznym co do zwierząt, które były dawnymi gatunkami słonia, nosorożca itp., lecz błędnym co do olbrzymów, gdyż żadna z tych wielkich kości rzeczywiście nie należy do jakiejś istoty podobnej człowiekowi. Lecz dopóki trwała wiara, że to były kości olbrzymów, wyobraźnia ludzka pracowała nad wytworzeniem opowieści o tych wielkoludach i ich strasznych czynach, opowie ; ci, powtarzanych dotąd we wszystkich częściach świnia, jak gdyby były podaniami o zdarzeniach rzeczywistych. Siuksy zachodnich stepów Ameryki północnej utrzymują, że kraj ich kiedyś zamieszkiwały wielkie zwierzęta, których kawałki kości dotąd przechowują dla czarodziejstwa; opowiadają także o olbrzymie Ha-o-kah, który przekracza najszersze rzeki i najwyższe sosny i na którego cześć śpiewają i tańczą podczas swych świąt. Okazuje się, że kości kopalne, prawdopodobnie mastodonta, posłużyły za podstawę tej rodzimej wierze w stare potworne zwierzęta; nie potrzebujemy zaś dziwić się, że w opowieści występują olbrzymi, zważywszy, że dopiero w ostatnim stuleciu dr. Cotton Mather, teolog purytański, przysłał naszemu Towarzystwu królewskiemu sprawozdanie z odkrycia takich kości w Nowej Anglii, które według niego miały być szczątkami przedpotopowych olbrzymów.

Drugim przedmiotem, który we wszystkich częściach świata pobudzał wyobraźnię twórców mitów do działania, jest fakt, że ludzie żyją w plemionach, i narodach, z których każdy jest znany pod szczególnym imieniem — np. Odżybwy, Afgańczycy, Frankowie. Najłatwiejszym i ulubionym sposobem objaśnienia sobie tego faktu jest przypuszczenie, że każde plemię lub naród posiadał przodka lub wodza podobnego imienia, tak, że jogo potomkowie lub następcy odziedziczyli po nim swe nazwisko plemienne. Rzeczywiście zdarza się to niekiedy, ale w większej części wypadków mniemana tradycja o takim eponimicznym czyli imiennym przodku pochodzi od twórców genealogii, którzy naprzód wynajdują go z nazwy plemienia, a po tym uważają za osobistość historyczną. Czasami można ich schwytać na gorącym uczynku. Śród rodzinnych ras Brazylii i Paragwaju niektóre plemiona zowią się tupi, a inne guarani; dla wytłumaczenia tego podziału opowiadanym jest podanie, że dwaj bracia Tupi i Guarani przyszli z za morza do Brazylii i ze swymi dziećmi zaludnili krainę, lecz gadająca papuga sprowadziła sprzeczkę między żonami dwóch braci, z czego wyrosła kłótnia i rozdział. Tupi pozostał w kraju, a Guarani wyszedł z rodziną w okolice La Płaty. I oto znalazł się środek sprawdzenia tej opowieści, gdyż Martius twierdzi, że nazwa guarani (znacząca wojownik) nadana była przez Jezuitów Indianom południowym, których oni zbierali do swych misji; bajka więc o dwóch braciach przodkach musi być mitem nowoczesnego wyrobu. Takie mity eponimiczne o przodkach narodowych nie tylko były tworzone w czasach starożytnych, lecz wplotły się w kroniki narodów Starego Świata jako historia rzeczywista. Badacz starożytności klasycznej zna legendy o braciach bliźniętach, Danaosie i Egyptosie, przodkach Danaów (greków) i Egipcjan i o Hellenie ojcu Hellenów, którego trzej synowie Eolos, Doros i Ksutos byli ojcami colczyków doryjczy-ków itd.

Rozpatrzywszy te dwa częste rodzaje mitów, pochodzące od kości kopalnych i nazw narodowych, warto zauważyć, jak oba zeszły się w naszym własnym kraju (Anglii). Dzieje Brytów, zebrane w XII wieku przez Gotfrieda Monmuckiego (Geoffrey of Monmouth), opowiadają, że nasza wyspa w dawnych czasach zwała się Albionem i była jedynie zamieszkałą przez niewielu olbrzymów; ale Brutus, wygnany książę trojański, wylądował ze swymi stronnikami i nazwał kraj Brytanią od swego imienia i swych towarzyszów Brytów. Z nim przybył wódz imieniem Corineus i nazwał część kraju, przypadający mu, Corinea, a swój lud korinejczykami (Corineans), to jest Kornwalijczykami (Cornish). W tej części olbrzymi byli najliczniejsi, a jeden mianowicie imieniem Goemagot (gdzie indziej zwany Gogmagog) był dwanaście łokci wysoki i mógł wyrwać dąb, jak pręt leszczyny. Pewnego dnia, kiedy była bitwa, a Brytowie pokonali oddział olbrzymów i zabili wszystkich, wyjąwszy tego największego potwora, on i Koryneusz wystąpili do walki; Koryneusz pochwycił olbrzyma w ramiona, pobiegł z nim na wierzchołek skały, zwanej obecnie Hoe około Plymouthu, rzucił go, i dlatego (mówi kronikarz) miejsce to do dziś dnia zwie się „skokiem Goemagota” (Goemagot's leap). Jakkolwiek dziwaczną jest ta legenda, nietrudno znaleźć j oj znaczenie. Było to modą wywodzić pochodzenie narodów z Troi, więc Brutusa i Korineusza wymyślono dla objaśnienia nazw Brytanii i Kornwalii; Goemagot lub Goegmagog— biblijni Gog i Magog, złączeni w jedno i osobistości te uznano w podaniu za olbrzymów. Skąd wszakże powstała opowieść o rzuceniu go z Hoe pod Plymouthem? Prawdopodobnie stąd, że jest to miejsce, gdzie istotnie wydobyto kości zwierząt kopalnych, uważane za szczątki olbrzymów. Nawet w czasach nowożytnych, kiedy na Hoe robiono wykopy dla fortyfikacji, znajdowano ogromne szczęki i zęby, które opinia publiczna natychmiast uznała za szczątki Gogmagoga.

Oto są przykłady mitów, najdostojniejszych dla nowożytnych umysłów cywilizowanych, niewiele bowiem one wychodzą po za proste wnioski lub domysły tego, co mogło rzeczywiście się zdarzyć, przedstawione z malowniczymi szczegółami, które im nadają pozór prawdy. Ale żeby zrozumieć inny rodzaj mitów, musimy wprowadzić umysł nasz w nastrój, nienadający się do naukowego rozumowania w szkole, lecz do słuchania opowiadań nianiek o zmroku lub czytania poezji podczas letniego popołudnia. Rozdziały poprzednie wykazały, że w dawnych czasach ludzie niecywilizowani poważnie wierzyli w wyobrażenia tego rodzaju, które dotąd utrzymują się śród nas jako twory fantazji poetyckiej. Gdy prostaczym filozofom objawy otaczającego ich świata najlepiej wyjaśniały się przypuszczeniem w nim życia natury, podobnego do życia ludzkiego i boskich dusz natury, podobnych cło dusz ludzkich — wówczas słońce przedstawiało im się władcą osobowym, który dumnie wchodzi na niebiosa, a posępny i znużony schodzi do podziemnego świata na noc; burzliwe morze było okrutnym bogiem, gotowym do pochłonięcia zuchwałego żeglarza; zwierzęta leśne — pół-ludźmi w myślach i mowie; nawet drzewa leśne były cielesnym przybytkiem duchów, i drwal, któremu szmer ich liści wydawał się głosami, a powiewające gałęzie —dające-mi znaki ramionami, rąbiąc ich pnie, czuł się na pół winnym popełniania morderstwa, świat wówczas wydawał się „materiałem do wyrabiania snów," ciągle odbywały się przeobrażania ciała i wędrówki dusz. człowiek lub bóg mógł zamieniać się na zwierzę, rzekę albo drzewo, skały mogły być ludźmi, przeistoczonymi na kamienie, a kije – przekształconymi wężami. Taki stan pojęć znika szybko, lecz istnieją jeszcze plemiona, które w nim żyją i okazują, jakimi były umysły ludzkie, tworzące mity natury. Skoro jakiś baśniarz przebywa w tym kraju rojeń, każde wyobrażenie poetyczne staje się dlań pobudką do cudownej opowieści, a chociaż (można by mniemać) powinien by on być świadom, że to jest zmyśleniem i że przedstawiane przez niego przygody nie są zupełnie historyczne, jednakże gdy umrze, a jego opowiadania zaczną być powtarzano przez pieśniarzu w i kapłanów w ciągu wielu pokoleń, wtedy powątpiewanie o prawdzie jego utworów staje się nieprzystojnym, a nawet świętokradzkim. Tak bywało na całym świecie, a miły greckie o wielkich bogach natury, którym Ksenofanes i Anaksagoras ośmielili się niedowierzać z tak złem i dla siebie następstwami, były zupełnie tej samej roboty, co i mity nowożytnych barbarzyńców, np. wyspiarzy oceanu Spokojnego. Rozpatrzmy kilka mitów natury, wybrawszy takie, które najprzezroczyściej okazują, jakim sposobem zostały wytworzone.

Tahitanie bają o swym bogu morza, Hiro, że gdy raz jego słudzy popłynęli na morze, on utulił się do snu w jaskini na dnie głębi; wówczas bóg wiatru podniósł szalona, nawałnicę, ażeby zniszczyć ich łódź, lecz majtkowie dotąd krzyczeli na Hiro, póki on, wyszedłszy na powierzchnię, nie poskromił burzy, poczym jego czciciele dopłynęli bezpiecznie do portu. Tak samo u Homera, Posejdon, bóg morzu, mieszkający w pieczarach oceanu, wzruszył wiatry, ażeby miotały słabą łódką Odyseusza po grzmiących falach, dopiero Ino przybiegła na ratunek, kazała mu rozebrać się i płynąć do brzegu Feakijskiego. Obie baśnie są stosownymi obrazami burzliwego morza, opowiedziane językiem mitu natury, tylko z różnymi zwrotami. Nowozelandczycy mają podania o Mani, który więzi wszystkie wiatry, prócz dzikiego zachodniego; tego nie może uchwycił' i zamknąć w pieczarze wielkim, przytoczonym do jej wejścia kamieniem; co najwyżej może on tylko spędzić go niekiedy, wówczas wiatr ten kryje się do jaskini i zamiera na chwilę. Wszystko to jest mitycznym opisem pogody, oznaczającym, że inne wiatry wyI a tuj q, z takich przewiewnych otworów w bokach gór. Murzyni Indii zachodnich opowiadają bajkę o wielkiej kłótni między Ogniem a Wodą, jak ogień posuwał się z wolna, a zatrzymywany przez strumień, zawołał na pomoc wiatru, który przeniósł go przez wszystko, i wtedy rozpoczął wielką walkę, której dobry bóg (Bon Dieu) przyglądał się z za obłocznej zasłony. Jest nieprawdopodobnym, aby ci niewolnicy murzyni kiedykolwiek słyszeli o dwudziestej pierwszej pieśni Iliady i z niej dowiedzieli się .o tym samym starodawnym sporze żywiołów, wyrażonym w walnej bitwie pomiędzy bogiem ognia i rzekami, w .której przysłane na pomoc wiatry przenoszą dzikie płomienie naprzód, a węgorze i inne ryby uciekają na wsze strony, kiedy je ogarnął gorący podmuch żaru.

Smugi światła, spadające ze słońca przez otwory w murach, uderzyć musiały wyobraźnię ludzi w Europie swoim podobieństwem do liny na windzie dawnych studni wiadrowych, gdyż zjawisko to nazywa się w mowie ludowej „wciąganiem wody przez słońce.« Polinezyjczycy również dostrzegają podobieństwo promieni do sznurów, które — według nich — są. linami, przytwierdzającymi słońce; opowiadają oni mit, że słońce kiedyś chodziło prędzej; ale pewien bóg zastawił pętlicę na widnokręgu i złapał je przy wschodzie, tak, że teraz posuwa się ono związane i powoli po swej dziennie wyznaczonej drodze. Wyrażenie angielskie, że słońce „pochłonęła noc," obecnie jest jedynie przenośnią, ale jego pojęcie w czasach starożytnych i barbarzyńskich ludzie brali poważniej. Maorowie rozwinęli je w opowieści o śmierci swego boskiego bohatera—Maui. Możecie widzieć —mówi ona — prarodzicielkę Maui, Wielką Niewiastę Noc, migocząca i jak gdyby otwierającą się i zamykającą na horyzoncie, gdzie morze i niebo się schodzą; Maui wślizgnął się w jej ciało i byłby przeszedł przezeń bez szkody, lecz właśnie w tej chwili mała muchojadka, tiwakawaka, wyleciała ze swym wesołym śpiewem i obudziła noc, a ta zmiażdżyła

Maui. Że to jest rzeczywiście mit natury o zachodzie słońcu, zamierającego przy pogrążeniu się w ciemnościach, świadczy wzmianka o ptaku, który posiada właściwość śpiewania o zachodzie słońca. Ze wszystkich mitów natury w świecie mało jest tak szeroko rozpowszechnionych, jak mity, mające za przedmiot noc i dzień, gdzie z mityczną prawdą pożarte ofiary bywają później wyrzucane czyli uwalniane. Baśniarze opisują żołądek potwora jako krainę, gdzie są wzgórza i domy, bydło i ludzie żyjący, a kiedy potwór rozedrze się, wszystkie stworzenia wychodzą z ciemności, przy czym jest tu wyraźne zaznaczenie objawu natury, wskazujące, że opowiadacz ma'na. myśli świt, gdyż pierwszy wychodzi kogut, krzycząc: „kukuluku widzę świat!" Angielską odmianką starego mitu jcsl bajka dziecinna o Czerwonym Kapturku, zepsuta jednak przez opuszczenie właściwego zakończenia (które niańki niemieckie lepiej zachowały w pamięci), że gdy myśliwy rozpruł Śpiącego wilka, wyszła mała dziewczynka w czerwonym atłasowym płaszczyku, nietknięta i zdrowa.

Takie opowieści są fantastyczne, lecz wyobraźnia twórcy mitów może bujać jeszcze dalej. Dotychczas opisywano postaci mityczne bywały przedmiotami widzialnymi, np. słońce, luli przynajmniej czymś dostrzegalnym dla zmysłów i rzeczywistym — jak wiatr albo dzień. Lecz gdy poeta wpadnie w nastrój tworzenia mitów, cokolwiek tylko może wyrazić rzeczownikiem i przystawić do tego słowo, wszystko nabiera zdolności przedstawiania osoby. Jeżeli może powiedzieć: lato nadchodzi, sen spada na ludzi, nadzieja powstaje, sprawiedliwość wymaga to może nadać latu, snowi, nadziei, sprawiedliwości postaci ludzkie, odziać je, kazać im chodzić i rozmawiać. Powstawaniu Indy mitów sprzyja to, co profesor Maks Müller nazwał „chorobą języka." Ale to nie wyczerpuje jeszcze przedmiotu. Widzieliśmy w ostatnim rozdziało, jak pojęcie duszy lub ducha pomaga ludziom do pojęcia przyczyny. Jeżeli przyczyna czegoś przedstawiała się umysłowi starożytnemu jako rodzaj duszy lub ducha, to przyczyna, czyli duch lata, snu, nadziei, sprawiedliwości., może być łatwo uważana za osobę. Nie wiedząc o tym, nikt nie zdoła należycie zrozumieć dawnej poezji. Homer mógł wyobrażać sobie na polu bitwy straszną Ker, której postać była przedstawiona na tarczy Achillesa ze skrwawioną, zarzuconą na ramiona odzieżą, kiedy chwytała śmiertelnie zranionego wojownika lub wyciągała za nogi trupa z tłoku walczących. Ta istota nie jest jedynie wyrazem, zamienionym na rzeczywistość lecz uosobioną przyczyną, duchem, powodem, dlaczego jeden wojownik jest zabity, a nie inny. Pojęcie o niej tak dalece rozpowszechniło się w mitologii aryjskiej, że występuje ono znowu śród normandów, gdzie Odyn wysyła na każdą bitwę dziewice, które w Walhalli usługują przy ucztach i napełniają piwem puchary duchom bohaterów; są to Walkirie; kierujące wypadkiem zwycięstwa i wybierające wojowników, którzy mają paść. Inna dobrze znana grupa mityczna okazuje znowu, jak to, co dla nas żywotnych jest jedynie pojęciom wyrażonym słowami, w umysłach starożytnych przybiera kształt osobowy. W dziejach klasycznych Grecji i Rzymu czytamy o trzech prządkach przeznaczenia: Mojrach lub Parkach, a odpowiadające im postaci skandynawskie występują w Eddzie jako trzy mądre kobiety, mieszkające w pobliżu źródła pod ogromnym jesionem Ygdrasill, Norny, które stanowiły o życiu ludzkim. Trzy te istoty mityczne objaśniają się tym, że są one uosobieniem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, jak to pokazują same ich imiona: Było, Jest, Będzię (Urdhr, Verdhandi, Skula).

Baśnie ciągle zmieniają i zatracają swe znaczenie, a z wieku na wiek nowi pieśniarze i opowiadacze nadają starym mitom nowe formy, zastosowane do nowych słuchaczy. Zważywszy tym sposobem, jak baśnie rozwijają się i przekształcają, przewidywać należy, że ich początki mogą również zatracać się i zachowywać. Chociaż, jak widzieliśmy, często można wykazać ich pochodzenie, należy to jednak czynić ostrożnie. Zdolni pisarze zbyt pochopnie zabierają się do oznaczania mitycznego źródła każdej baśni, jak gdyby to dało się dokonać zręcznym domysłem. Nawet jeżeli ona jest niedorzecznością i nigdy nie rościła sobie do czego innego pretensji, tłumacz mitów umie wynaleźć dla niej poważny rodowód. Tak, pewien uczony, lecz zbyt śmiały, mitolog oświadcza, że angielski wiersz dziecinny: „krowa przeskoczyła księżyc" — jest zabytkiem starego mitu natury, opisującego, jak chmura niby krowa przeszła przez księżyc. Tłumaczenie mitów rzeczywiście wymaga czegoś więcej, niż prostych domysłów; muszą istnieć powody, dlaczego jeden jakiś domysł jest prawdopodobniejszym od drugiego. Miły o konstelacji, odzwierciadlając zjawiska przyrody, są wzorami jasnego myślenia. Z pomiędzy sióstr Plejad Merope jest zaledwie widzialna, a mit powiada, że kryje się ona ze wstydu z powodu swego śmiertelnego małżonka; te Plejady są ścigano w dół Oceanu przez myśliwego Oriona, który sam znika w świetle Poranka, uprowadzony, według Homera, przez różanopalcą Jutrzenkę (Eos). Możemy wybrać inny przykład z mitologii Indii w podaniu o Wamanie, maleńkim braminie, który, dla upokorzenia dumy króla Bali, prosił go o tyle ziemi, ile będzie mógł zmierzyć trzema krokami, lecz gdy otrzymał tę łaskę, mały karzeł wzrósł do olbrzymich kształtów Wisznu, a zrobi wszy jeden krok przez ziemię, drugi przez powietrze, a trzeci przez niebo, zapędził Bali do krainy podziemnej, gdzie on dotąd panuje. Ta najznakomitsza ze wszystkich opowieści o karzełku (Tom Thumb), zdaje się rzeczywiście być mitem słońca, które wznosi się maleńkie nad widnokręgiem, potem wzrasta w majestatyczną potęgę i przebiega wszechświat. Dlatego to Wamana „karzeł" jest jednym z wcieleń Wisznu, a Wisznu był pierwotnie słońcem. W hymnach Wed wyobrażenie o jego trzech krokach znajdujemy wcześniej, zanim stał się baśnią, gdy był jeszcze tylko przenośnią poetyczną słońca, przebiegającego okolice powietrzne w trzech posunięciach. „Wisznu przeszedł (ziemię), po trzykroć postawił swą nogę, ziemia była zgnieciona pod jego zapylonym krokiem. Trzy kroki stąd uczynił Wisznu, nieuszkodzony zachowawca, utrzymujący święte rzeczy."

Pozostaje nam zobaczyć, jak się rozszerzają mity. Ile razy powstanie jakaś opowieść, rzeczywista, czy zmyślona — wszystko jedno, staje się ona częścią zasobu baśniarza, który wstawia w nią każde nowe stosowne imię i często udaje mu się zaszczepić ją nie tylko w legendach ludowych, ale nawet w historii. Istnieje urywek Demarata, zachowany w zbiorze Stobeusza, gdzie jest podaną z imionami greckimi, jako epizod z historii Arkadii, wielka opowieść, której uczyliśmy się jako wypadku z historii rzymskiej —legenda o Horacjuszach i Kuracjuszach. Historia rzymska widocznie tylko zapożyczyła ją z dawniejszej powieści, zupełnie jak nowożytna historia szwajcarska zapożyczyła ze starszej baśni ludowej opowieść o łuczniku i jabłku, ażeby przyozdobić bohatera narodowego—Tella. Dla wykazania, jak legenda składa się z wielu źródeł historycznych i mitycznych, rozłóżmy jedną ze sławnych dziecinnych bajek Europy. Sinobrody 1) był postacią historyczną. Był to Gills de Retz, pan na Lawalu, marszałek Francji, przezwany Sinobrodym od brody z odcieniem granatowym. Przekonany przez pewnego alchemika włoskiego, że wrócą mu siły kąpiele w krwi dziecięcej, nałapał wiele dzieci w tym bezecnym celu do swego zamku Champtoce nad Loarą, którego ruiny dotąd można widzieć. Na koniec straszne podejrzenia okolicznego ludu o tym, czego dopuszczał się, zostały stwierdzone, a potwór spalony na placu w Nantes 1440 r. W tym wszystkim jednakże niema ani słowa o mordowaniu żon. W istocie, historyczny Sinobrody, w swym charakterze potwora mordercy, widocznie odziedziczył dawniejszą bajkę, odnoszącą się do zabójcy żon z legendy bretońskiej Komora Przeklętego, hrabiego Poher, którego imię i czyny kroniki legendowo odnoszą do czasu około tysiąc lat przedtem i o którym mówią jako o przywłaszczycielu i tyranie, który się żenił i zabijał jedną żonę po drugiej, aż wreszcie gdy poślubił i zabił piękną Trifinę, zemsta dosięgła go, został pokonany i pozbawiony życia przez prawowitego księcia. Trudno orzec, czy to jest odmiana jeszcze dawniejszego podania, czy też posiada jakąś podstawę historyczną; gdyby Henryk VIII angielski żył w tym czasie, taka legenda mogła była otoczyć jego imię. Inne rysy nowożytnego Sinobrodego występują już w dziejach Trifiny: poczuwszy niebezpieczeństwo, posyła ona o pomoc do swych krewnych i odkrywa zabójstwa poprzednich żon. To ostatnie wszakże odbywa się nie tak, jak w odmiance nowoczesnej; w legendzie Trifina schodzi do kaplicy, ażeby się pomodlić i w chwili niepokoju; nagle groby czterech zamordowanych żon otwierają się, ich ciała powstają, a każda trzyma w ręku nóż, sznur lub coś innego, czym została zabita. Zamysł tej wzruszającej i okropnej sceny, odmianka nowożytna wprowadza oklepany epizod zakazanego pokoju, który długo był własnością baśniarzów do użycia w odpowiednich razach, a znajduje się w Nocach arabskich. Stara legenda o Trifinio ma charakterystyczne zakończenie. Niegodziwy mąż ściga ją w lesie i odcina jej głowę, lecz św. Gildas każe ciało jej przenieść na powrót do zamku Komora, który burzy, rzuciwszy nań garść pyłu; wówczas przykłada znów głowę Trifinie, która usuwa się do klasztoru na resztę swego życia. Baśniarze czasów późniejszych wybrali weselsze, chociaż pospolitsze zakończenie.

Przytoczona dopiero co legenda z cudami zwraca nas do historycznego używania mitu, o czym mówiliśmy wyżej w tym rozdziale. Opowieść o św. Gildasie, który przynosi na powrót piękną Trifinę do jej zamku z głową w ręku i następnie głowę tę osadza jej na ramionach, weszła do historii. Świadczy ona o umysłowym stanie wieku, kiedy uważano za budujące opowiadanie takich cudów o ludziach świętych, wierzono bowiem, że ludzie święci mogą je czynić. Tym sposobem stare bajki, które nam wydają się dziwacznymi, mogą posiadać wartość historyczną, gdyż odsłaniają te ubiegłe czasy, w których je tworzono, uznając za możliwe. Jest to prawdą nawet co do bajek Ezopa. W tym stanie myśli, kiedy sądzono, że dusze ludzkie mogą żyć w ciałach zwierząt, kiedy wilk może mieć w sobie duszę czyjegoś nieprzyjaciela lub czyjś pradziadek może pełzać po ognisku w ciele węża — opowiadania o rozumnych zwierzętach wydają się rozumnymi. U buddystów, gdzie bajki o zwierzętach wcześnie stały się moralizującymi, opowiadane bywają jako dzieje wielu urodzeń, czyli przechodzenia duszy wielkiego założyciela religii. Sam Budda, pod postacią ptaka, wyjął kość z gardła lwa, za co został nagrodzony doniesieniem, że powinien uważać się za szczęśliwego, wyszedłszy cało. Budda też urodziwszy się w ciele wieśniaka, słuchając osła w skórze lwiej, powiedział, że ten jest tylko osłem. Fakt, że wszystko to dla milionów ludzi stanowi część ich świętej literatury—jest nader ciekawym w badaniu cywilizacji, a ostrzega nas, iż nie należy odrzucać żadnej baśni jako rzeczy bez wartości, dlatego, że jest mityczną. Dla zrozumienia myśli ludów starego świata ich mity mówią nam bardzo wiele, czego z trudnością dowiedzielibyśmy się od ich historii.


1) Właściwie — Modrobrody. Przyp. tłum.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 03 2010