E.B. Tylor

Antropologia Rozdział XIV

Świat duchów

Religie ras niższych.— Dusze. — Pogrzeby.—Życic przyszłe. — Przechodzenie dusz.— Boscy przodkowie. — Demony. —Duchy natury.— Bogowie.— Nabożeństwa. — Wpływ moralny.

Przekład: Aleksandra Bąkowska, uwspółcześnienie stylistyczno-ortograficzne: Kamil M. Kaczmarek, na podstawie wydania Warszawa 1902.

Nie leży w zakresie tej książki podanie ogólnego obrazu rozlicznych wiar ludzkości. Antropolog, który w religii ludów widzi znaczną część ich życia, może najlepiej obeznać się z ich ogólnymi zasadami, zaczynając od prostych pojęć ras niższych o świecie duchów. To jest, powinien on zbadać, jak i dlaczego wierzą w duszę i jej istnienie po śmierci, w duchy, czyniące źle i dobrze na świecie, oraz w wielkie bóstwa, które przenikają wszechświat, oddziaływają i rządzą nim. Ktokolwiek bada wśród dzikich i barbarzyńców, czym jest dla nich wiara w istoty duchowe, spotyka stan kultury, w którym religia plemion nieokrzesanych jest zarazom filozofią, obejmującą takie objaśnienia ich samych i otaczającego świata, jakie ich niewykształcone umysły zdolne są przyjąć.

Pojęcie duszy ras niecywilizowanych, będące podstawą ich religii, zrozumiemy łatwo, jeżeli tylko zechcemy wyobrazić siebie w położeniu nieobznajmionych z pierwszymi początkami nauki i usiłujących dociec prawdy życia za pomocą tego, co zmysły zdają się nam mówić. Wielkie pytanie, które ciągle narzuca się ich umysłom i na które my, przy całej naszej wiedzy, nie możemy nawet w połowie odpowiedzieć, tkwi w tym: czym jest owo życie, które niekiedy przebywa w nas, lecz, nic zawsze? Człowiek, który przed kilku minutami chodził, rozmawiał, przy zupełnej czynności swych zmysłów, zapada nieruchomy i nieświadom w sen głęboki, a za chwilę budzi się z odnowionymi siłami. W innych warunkach życie ustaje, daleko zupełniej, gdy ktoś jest odurzony, ulega mdłościom lub letargowi, przy czym bicie serca i oddychanie widocznie wstrzymane, a ciało, leżąc śmiertelnie blade i nieczułe, nie może, być rozbudzonym; trwa to minuty lub godziny, a nawet dni, a jednak po tym wszystkim chory odżywa. Barbarzyńcy zwykle twierdzą, że taka osoba umarła czasowo, lecz duch jej powróci znowu. Odróżnienie śmierci rzeczywistej od takich letargów przedstawia dla nich wielką trudność. Mówią do trupa, próbują go obudzić, a nawet karmią i dopiero gdy zacznie cuchnąć i trzeba go usunąć z pomiędzy żyjących, upewniają się na koniec, że życie z niego uszło i już nie wróci. Czym więc jest owa dusza, czyli życie, które w ten sposób odchodzi i przybywa we śnie, letargu i śmierci? Prostaczemu filozofowi zdaje się, że na pytanie to można odpowiedzieć samym świadectwem zmysłów. Skoro śpiący obudzi się ze snu, wierzy, że on rzeczywiście w jakiś sposób wychodził i że inni ludzie przychodzili do niego. Ponieważ zaś wszyscy dobrze wiedzą z doświadczenia, że ciała ludzkie nie oddalają się na owe wycieczki, więc naturalnym objaśnieniem jest to, że żyjąca istność, czyli duch każdego człowieka jest jego widmem lub obrazem, który może wychodzić z jego ciała, widzieć i być widzianym w snach. Nawet ludzie czuwający przy świetle dziennym, niekiedy widują te ludzkie cienie pod postacią tak zwanych przywidzeń lub halucynacji. Dalej doszli do przekonania, że duch nie zamiera wraz z ciałem, lecz żyje po opuszczeniu go, bo chociaż człowiek jest pogrzebany, postać jego ukazuje się jeszcze żyjąca w snach i widzeniach. Że ludzie posiadają takie niecielesne, należące do nich obrazy, o tym dziki filozof wie skądinąd: obserwował on ich odbicia w wodzie stojącej lub postępujące za nim cienie, które to nikły z oczu, to pojawiały się natychmiast gdzieś indziej, niekiedy zaś widział przez chwilę ich żywe tchnienie jako nikłą chmurkę, znikające, chociaż je można jeszcze odczuć. Oto mamy w kilku wyrazach teorię duchów dzikiego i barbarzyńcy, gdzie życie, myśl, oddech, cień, odbicie, sen, widziadło schodzą się razem i tłumaczą wzajemnie jednym z tych niejasnych i nieokreślonych sposobów, jaki zadowala nieustraszonego myśliciela. Zulu twierdzi, że w chwili śmierci cień człowieka opuszcza jego ciało i staje się duchem przodków, wdowa zaś opowiada, jak jej mąż przyszedł we śnie i groził zabiciem, gdyż ona nie dba o jego dzieci; albo syn znowu opisuje, jak duch jego ojca stanął przed nim we śnie i dusze obu, żyjącego i umarłego; poszły razem odwiedzić jakąś oddaloną osadę (kraal) swego ludu. Malajczycy nic lubią budzić śpiącego, ażeby mu nie zaszkodzić, niepokojąc jego ciało, podczas gdy duch zeń wyszedł. Odżybwy opowiadają, ze jeden z ich wodzów zmarł, ale gdy strzegli jego ciała, trzeciej nocy cień jego wrócił weń; nieboszczyk usiadł i opisał im, jak udał się do Rzeki Śmierci, lecz został zatrzymany i odesłany do swego ludu. Nikaraguanie, badani przez Hiszpanów co do ich religii, mówili, że gdy mężczyzna lub kobieta umiera, z ust ich wychodzi coś podobnego do osoby i nie umiera; lecz ciało pozostaje tutaj: nie jest to właściwie serce, które się unosi w górę, lub duch, który wychodzi przez usta i nazywa się życiem. Rasy niższe niekiedy unikają podobnego zamętu pojęć, uważając dech, ducha snów i inne widziadła za duchy oddzielne. Skutkiem tego niektórzy Grenlandczycy sądzą, że człowiek ma dwie dusze, swój cień i swój dech; Fidżyjczycy zaś mówią, że „duch ciemny," czyli cień, schodzi do świata podziemnego, lecz „duch jasny," czyli odbicie widziane w wodzie, pozostaje blisko tego miejsca, gdzie człowiek umiera. Niech czytelnik przypomni sobie przykłady, jak tego rodzaju pojęcia o duchach przetrwały prawie niezmienione w świecie klasycznym; jak w Iliadzie zmarły Patrokles przychodzi do śpiącego Achillesa, który na próżno usiłuje pochwycić go w swe objęcia, gdyż duch jak dym znika pod ziemią, lub jak wieszcz Hermotimos zwykł był wychodzić ze swego ciała, aż na koniec dusza jego, powróciwszy raz z wycieczki w świat duchów, nie zastała go, gdyż żona spaliła je na stosie pogrzebowym i Hermotimos stał się duchem bezcielesnym. W tym stanie podjęli pojęcie duszy filozofowie greccy i nadali mu formy bardziej metafizyczne; życie i myśl rozłączono przez podział duszy na dwie, na zwierzęcą i rozumną, a pojęcie duszy jako nikłej eterycznej substancji ustąpiło miejsca określeniu duszy niematerialnej, która jest myślą bez materii. Śledzenie rozbioru tych zagadnień transcendentalnych w filozofii starożytnej i nowożytnej stanowi zajmujący przedmiot dla badacza metafizyki, najlepszym zaś dowodom, o ile dawniejsza i grubsza teoria duszy zadowalała umysły niecywilizowane, jest to, że do dziś pozostała w istocie swej wiarą większości rodu ludzkiego. Nawet wśród najbardziej cywilizowanych narodów język dotąd jasno zdradza jej ślady; tak np. mówimy o kimś, że jest w ekstazie, czyli „wychodzi z siebie," że „przyszedł do siebie," albo znowu dusze zmarłych nazywamy cieniami lub duchami (to jest—dechami, tchnieniami), wyrażenia, które są pozostałością najdawniejszych teorii człowieka o życiu.

Niejednemu z czytelników może się nasunąć uwaga, że dziki filozof powinien zupełnie z tych samych zasad wierzyć, że jego koń lub pies ma duszę z widmową podobizną do jego ciała. Rzeczywiście niższe rasy zawsze tak myślały i myślą dotąd, a rozsnuwają to rozumowanie w sposób, który zadziwia umysł nowożytny, pomimo że jest najzupełniej logiczny z barbarzyńskiego punktu widzenia. Jeżeli dusza ludzka, widziana we śnie, jest przedmiotem rzeczywistym, to włócznie i tarcze, które nosi, i płaszcz na jej ramionach, są również przedmiotami rzeczywistymi i wszystkie rzeczy nieżyjące muszą mieć swe nikłe, powiewne, widmowo dusze. Takimi są dusze czółen, broni i naczyń glinianych, które wyobraźnia Fidżyjczyków widzi płynące bezładnie po rzece w życie przyszłe; takimi są owe duchy podarków pogrzebowych, które — według Odżybwów — dusze zmarłych dźwigają w swej wędrówce do krainy duchów — mężczyźni niosą cienie swych strzelb i fajek, kobiety—koszów i wioseł, a mali chłopcy—łuków i strzał do zabawy. Obrządki pogrzebowe, które w tej lub innej formie przechowywane są jako wspomnienia lub spełniane dotychczas we wszystkich częściach globu, dają nam najjaśniejsze pojęcie jak religia barbarzyńska ogarnia razem duchy ludzi, zwierząt i rzeczy. W Peru, gdzie żony zmarłego władcy wieszały się same, ażeby go dalej pielęgnować i gdzie wielu z jego sług grzebano z nim, ażeby zabrał ich dusze z sobą—ludność twierdziła, że widziała tych, którzy od dawna umarli, przechadzających się wraz z poświęconymi im na ofiarę żonami i przyozdobionych rzeczami, włożonymi dla nich do grobu. Podobnież przed niewielu laty na Madagaskarze opowiadano, że widziano ducha króla Radamy, ubranego w pogrzebany z nim mundur i siedzącego na jednym z koni, zabitych na jego grobie. Mając przed sobą tak świeże przykłady, rozumiemy starożytne obrządki pogrzebowe, których ślady pozostały w kurhanach na naszych wzgórzach wraz ze szkieletami sług leżących około wodza, brązową zbroją i złotymi naramiennikami. Literatura klasyczna obfituje w ustępy, wykazujące, jak wiernie barbarzyńca nowożytny przedstawia starożytnego; takim jest spalenie Patroklosa z niewolnikami trojańskimi, końmi i psami, opis pogrzebów scytyjskich przez Herodota i jego opowieść o duchu Melissy, który powracał drżąc od zimna, gdyż razem z nim nie spalono ubrania w czasie pogrzebu. Są okolice w Indiach, gdzie sutti, czyli „dobra żona" bywa dotychczas palona na stosie pogrzebowym swego małżonka. W Europie, kiedy już od dawna żony i niewolnicy przestali w ten sposób towarzyszyć swemu panu, zabijano uroczyście konia wojownika na jego grobie i grzebano z nim. Istnieje opis tego barbarzyńskiego obrządku, wykonanego jeszcze w r. 1781 w Trewirze, w czasie pogrzebu Fryderyka Kazimierza hrabiego Boosa Waldecka, rycerza zakonu teutońskiego; w Anglii wzruszający ceremoniał prowadzenia konia na pogrzebie żołnierza jest ostatnim zabytkiem starożytnej ofiary. Można też spotkać inne dziwne pozostałości dawnych zwyczajów pogrzebowych. Istnieją wioski niemieckie, gdzie wieśniacy kładą trzewiki trupowi na nogi („hell-shoon" — piekielne ciżmy), w które zaopatrywano dawnych Normanów na straszną podróż do tamtego świata; gdzie indziej kładą umarłemu igłę i nitkę, ażeby mógł sobie naprawiać podarte ubranie, kładą również w rękę lub w usta nieboszczykowi sztukę monety (w rodzaju obola Charona) ażeby miał czym zapłacić za drogę lub za przewóz przez rzekę śmierci.

Wspomnieliśmy dopiero co o dawnych kurhanach grobowych. Widząc, jak dzicy czczą i obawiają się duchów zmarłych, możemy pojąć, jaką mają pieczę o ich ciałach: pozostawiają chatę na mieszkanie zmarłemu, wysuszają trupa i stawiają na wzniesieniu, chowają go w łodzi lub trumnie, wznoszą ochronny nagrobek nad nim lub jego popiołami, jeżeli mają zwyczaj palenia ciał. Cmentarze przedhistoryczne w naszym kraju dotąd zadziwiają nas pracą, jaką na nie musieli zużyć ich barbarzyńscy twórcy. Najgodniejszymi uwagi są wielkie kopce grzebalne, usypane z ziemi lub kupy (cairns) kamieni. Niektóre z największych widocznie pochodzą z wieku kamiennego. Lecz używanie ich przetrwało wiek brązowy do żelaznego: w górnej Szkocji pamięć o starym zwyczaju jest dotychczas tak silna, że żałobnicy nie mogą wznieść takiego stosu (cairn) nad grobem na cmentarzu, robią niekiedy mały w miejscu, gdzie pogrzebowa procesja zatrzymała się w drodze. Wewnątrz tych starych nasypów grobowych lub barrows znajduje siej pokrywa lub prosta skrzynia z płyt kamiennych dla przechowania ciała, albo też komnata z nieociosanych kamieni, niekiedy z galeriami. Wiele z tych budowli kamiennych spotykamy nad ziemią, zwłaszcza dolmeny, to jest stoły kamienne, utworzono z trzech lub czterech wielkich pionowo postawionych kamieni, na których spoczywa jeden wierzchni—np. Kit's Coty House, niedaleko Rochesteru. Wykopane tam szczątki dowodzą, że dolmeny były grobowcami. Inny rodzaj pierwotnych pomników kamiennych stanowią menhiry, to jest wysokie kamienie ustawiono pojedynczo. Okazało się, że Khiasiowie w Indiach północno-wschodnich aż do najnowszych czasów ustawiali takie niezgrabne słupy jako pomniki dla umarłych; stad słusznie można wnosić, iż wznoszone gdzie indziej — np. w Bretanii — miały ten sam cel. Jeszcze innym rodzajem grubych budowli kamiennych, dobrze znanych w Europie są kromlechy, czyli koła kamienne, utworzone z kamieni prosto w krąg ustawionych, takich—jak np. Stanton Drew niedaleko Bristolu. Istnieją dowody, że owe otoki kamienne mają często łączność z pogrzebami, gdyż otaczają nasyp mogilny lub posiadają dolmen w środku. Zważywszy jednak, że grobowce łatwo zamieniają się na świątynie, gdzie odbiera cześć duch pochowanego wodza lub proroka, prawdopodobnym jest, że takie kręgi kamienne mogły również służyć za świątynie, jak się to dzieje obecnie w Indiach południowych, gdzie istotnie ofiarowują koguty bóstwu wioskowemu, które przedstawia wielki kamień w środku kromlechu. Proste pomniki kamienne możemy zauważyć na mapie, idące po wyraźnej linii—od Indii przez Afrykę północną ku Europie zachodniej (patrz mapę Fergussona). Przeznaczenie wszystkich nie zupełnie jest dla nas zrozumiałym, zwłaszcza zaś szeregów wielkich kamieni w Karnaku i Abury oraz Stonehenge'u z jego dużymi prostopadłymi i poprzecznymi kamieniami niosącymi. Ale, jak wykazaliśmy, istnieją fakty, posuwające nas daleko w wyjaśnieniu znaczenia dolmenów, menhirów i kromlechów. Fantazyjne wywody starożytników dawnego kroju, według których dolmeny były „ołtarzami druidów," ustąpiły miejsca badaniom trzeźwym, jakie czytelnik znaleźć może w Czasach przedhistorycznych Lubbocka.

Co, według religii barbarzyńców, która pozostawiła tak widoczne wśród nas ślady, staje się z duszą po śmierci? Odpowiedzi są liczne, lecz zgadzają się w tym, że upiory gdzieś przebywają, skąd mogą odwiedzać żyjących, mianowicie podczas nocy. Niektóre plemiona utrzymują, że dusza nie przestaje nawiedzać chaty, w której człowiek umarł i która z tego powodu dla niej jest opuszczona; albo też krąży w pobliżu miejsca grobu, które bywa niekiedy miejscem zebrania wioski, tak, że duchy przodków mogą przypatrywać się im życzliwie, niby starzy ludzie, którzy siedząc wokoło łąki wioskowej, patrzą na zabawy młodzieży; albo też duchy odlatują gdzieś do krainy śmierci, w puszcze lasów, na szczyty gór, na dalekie wyspy za morzem, w górę na równiny nadniebne, lub na dół w głębie ziemi, gdzie słońce zachodzi na noc. Niektóre ludy, jak Zulowie, umieją wskazać otwory, którymi można zejść przez pieczarę do podziemnego świata śmierci —myśl dobrze znana z klasycznego jeziora Awemońskiego, która przechowała się do naszych czasów w czyśćcu św. Patryka w Lough Dearg. Przy pomocy wyobraźni, której lot wyśledzić łatwo, twierdzą często, że siedziba zmarłych ma styczność z tą okolicą na dalekim zachodzie, gdzie słońce umiera w nocy. Wyspiarze — np. Maorowie — sądzą, że duchy uciekają z najbardziej wysuniętego na zachód przylądka Nowej Zelandii; podobnież jak na pobrzeżu Bretanii, gdzie przylądek Raz wbiega na zachodzie w ocean, ma być „zatoka duchów," — przystań, skąd odchodzące duchy przeprawiają się przez morze. Wiele nieokrzesanych plemion mniema, że świat duchów jest ową wesołą krainą, którą widują w snach, gdzie umarli przebywają w duchach-wioskach, gdzie mają zwierzynę i ryb dostatek, a słońce zawsze im świeci; inni wszakże wyobrażają ją sobie ponurym krajem cieniów, jaskiniowym, podziemnym światem nocy. Oba te wyobrażenia znamy z poezji, jedno pod postacią legendowego raju ziemskiego, drugie — z takich obrazów, jak opis odwiedzin Odysseusza u bezkrwistych upiorów w posępnych mrokach Hadesu, lub jak cienie zmarłych w czyśćcu, zdziwione widokiem Danta, którego cielesna postać, niepodobna do ich widm, tamowała światło słoneczne i rzucała cień.

Dotąd mówiliśmy o duszach bezcielesnych, czyli duchach zmarłych, lecz również zgadza się z ich naturą zdolność wchodzenia w nowe ciała i ponownego życia na ziemi. Rzeczywiście jednym ze zwyklejszych wierzeń ras niższych jest to, że duchy zmarłych przodków odradzają się w dzieciach — mniemanie, wyjaśniające fakt podobieństwa dziecka do rodziny ojca lub matki. Na przykład Murzyni Joruba witają nowonarodzone dziecko słowami: „przyszedłeś," a następnie zastanawiają się nad pytaniem, która dusza przodków powróciła. Nie wynika stąd wszakże, ażeby ciało, w którym dusza obrała sobie nową siedzibę, miało być ludzkim; może ona wejść w niedźwiedzia lub szakala, odlecieć w postaci ptaka, albo też—jak sądzą Zulowie — przejść w jednego z tych nieszkodliwych wężów, które wślizgują się do chat, lubią ciepło ogniska rodzinnego, jak lubiły będąc starcami i dalej przyjmują życzliwie pokarmy, podawane im przez ich wnuków. W tej prostej formie występuje wśród ras niższych pojęcie przechodzenia dusz, które w braminizmie i buddyzmie stało się wielką doktryną religijną.

Wróćmy do dusz zmarłych, przesuwających się tu i ówdzie jako duchy. Gdziekolwiek przebywają, ludzie naturalnie wierzą, że one interesują się żyjącymi, a ich rodziny utrzymują przyjazne z niemi stosunki. W Ameryce Północnej Mandanka całymi dniami rozprawia ze swym zmarłym mężem lub dzieckiem, a Chińczyk o każdym wypadku rodzinnym—jak np. małżeństwo — obowiązany jest donosić duchom swych przodków, obecnym w pamiątkowych tablicach. Z duchami zmarłych przodków nie tylko rozmawiają, ale ich żywią; rodzina ofiaruje im część pokarmu z własnego jadła i wyprawia raz do roku ucztę dla zmarłych, na której duchy przodków z poprzednich pokoleń — według jej mniemania — są obecne i niewidzialnie uczestniczą w jedzeniu. Takie ofiary dla umarłych nie tylko są rozpowszechnione w świecie dzikim i barbarzyńskim, lecz przechowały się też w cywilizacji wyższej, a ich ślady dotąd pozostały w Europie. Wieśniak rosyjski, wyobrażający sobie, że duchy jego praojców wślizgują się za święte obrazy na półeczkę ikon, kładzie tam dla nich okruszyny ciasta. Dość tylko przepłynąć kanał La Manche, ażeby się przekonać, jak dawno święto umarłych dotąd zachowuje swój pierwotny charakter w uroczystości Zaduszek, w którą obecnie się wcieliło. Nawet na cmentarzu Pere Lachaise dotąd kładą ciasta i słodycze na grobach, a w Bretanii wieśniacy nie zapominają tej nocy rozniecić ognia i pozostawić szczątków kolacji na stole dla dusz zmarłych z rodziny, które przyjdą odwiedzić swój dom. Wszystko to należy do czci dla przodków, czyli religii nieboszczyków, która od odległej starożytności była i jest obecnie główną wiarą większej części ludzkości. Ale cześć ta nie pochodzi jedynie z przy wiązania rodzinnego, gdyż duchy zmarłych są uważano za istoty boskie, potężne zarówno w dobrym, jak w złym. Indianin północnoamerykański, który się modli do duchów swych praojców, ażeby mu zesłały piękną pogodę lub szczęście w polowaniu, wpadłszy przypadkiem w ogień, wierzy, że zaniedbał uczynić jakiejś ofiary duchom i one za karę go weń wrzuciły. W Gwinei Murzyni, którzy regularnie przynoszą pokarmy i napoje wizerunkom swych zmarłych krewnych, zwracają się do nich o pomoc w przygodach życia; w czasie zaś niebezpieczeństwa lub klęski można widzieć tłumy mężczyzn i kobiet na szczytach gór lub brzegach lasów, przywołujących najżałośniejszymi i wzruszającymi głosami duchy przodków. Tego rodzaju dowody pomagają nam do zrozumienia, jakie rzeczywiste znaczenie tkwi w czci przodków, które dla Chińczyka lub Hindu jest pierwszym zadaniem życia i jak pobożne obrządki na cześć zmarłych przodków, czyli larów, tworzyły prawdziwe węzły, spajające rodzinę rzymską. Nasze umysły nowożytne zatraciły już zdolność pojmowania tego i zdaje nam się często, że ubóstwianie zmarłego Cezara rzymskiego było jedynie objawem chorobliwej pychy, gdy w rzeczywistości była to myśl zrozumiała dla każdego barbarzyńcy, że po śmierci, wielki wódz winien przejść w równie wielkie bóstwo.

To, że barbarzyńcy wyobrażali sobie manes, czyli duchy zmarłych, jako tak czynne i potężne istoty wynikało naturalnie z ich pojęć o duszy, lecz to wymaga kilku słów objaśnienia. Jak w ciągu życia dusza posiada władzę nad ciałem, tak po śmierci, gdy staje się duchem, zachowuje swą — według tej wiary — działalność i siłę. Upiory takie, mieszające się w sprawy żyjących, są zwykle nazywani dobrymi lub złymi duchami, czyli demonami. Niema tu jasnego odróżnienia duchów od demonów; w istocie dzicy w ogóle uważają demony pomagające lub dokuczające za dusze zmarłych ludzi. Dobry czy zły człowiek zachowuje po śmierci charakter, jaki posiadał w życiu doczesnym. Niedawno dowiedziano się, że w Indiach południowych krajowcy, którzy są czcicielami demonów, w ostatnich czasach zbudowali ołtarz, którego bóstwem był duch oficera angielskiego, dzielnego myśliwca, któremu wielbiciele, pamiętni jego upodobań za życia, składali na ołtarzu ofiary z cygar (cheroots) i wódki. Ten sam człowiek może być dobrym duchem dla swych przyjaciół, a złym dla wrogów; nawet dla własnego ludu bywa niekiedy okrutnym; Zulowie wierzą, że cienie zmarłych wojowników ich plemienia są między niemi w czasie bitwy i prowadzą ich do zwycięstwa; lecz jeżeli ci sprzymierzeńcy duchowi są zagniewani i uciekają, walka obraca się przeciwko nim. Kiedy Indianie amerykańscy lub Murzyni afrykańscy wierzą, że życie pełne jest wypadków, nieprzytrafiających się same z siebie, a gdy w swej prostaczej filozofii mówią, że sprawcami owych zdarzeń są duchy, odnajdują, w ten sposób najwyraźniejsze przyczyny, jakie ich umysł może zrozumieć. Widzimy to najjaśniej w mniemaniach człowieka niecywilizowanego o chorobie. Zaznaczyliśmy już, że omdlenie lub letarg tłumaczy on sobie przypuszczeniem, iż dusza opuszcza ciało na czas pewien; tu możemy dodać, że słabość lub upadek zdrowia w tym mniemaniu tak samo następuje skutkiem wyjścia ducha lub jego części. W tych wypadkach zwykłą metodą leczenia jest sprowadzenie ducha na powrót; lekarz północnoamerykański udaje, że chwyta wałęsającą się duszę chorego i wkłada mu ją nazad do głowy, lub na Fidżi spotkać można chorego krajowca, łożącego na grzbiecie i krzyczącego na swoją duszę, ażeby wróciła do niego. W innych znowu warunkach choroby pacjent zachowuje się raczej jak człowiek, mający w sobie duszę, która nie należy do niego. W każdej dolegliwej boleści, zwłaszcza kiedy chory rzuca się i drży w gorączce, wije się w konwulsjach po ziemi, albo w malignie i widzeniach nie myśli własnymi myślami, ani nic mówi własnym głosem, lecz z wykrzywioną twarzą., wydając dziwne, nieziemskie krzyki, wpada w dzikie szaleństwo i wówczas naturalnym wyjaśnieniem, które nasuwa się samo z siebie, jest to, że inny duch wszedł w niego lub opętał go. Ktokolwiek obserwował objawy u histero-epileptyka lub maniaka, dostrzeże, jak naturalnie w zaraniu nauki medycznej opętanie przez demona stało się ogólnie przyjętą teorią choroby, a egzorcyzmy, czyli wypędzanie tych demonów — zwykłą metodą leczenia. Tak też jest u dzikich, kiedy np. chory Australijczyk wierzy, że jakiś zagniewany duch zmarłego człowieka wszedł w niego i gryzie mu wątrobę, lub gdy w skórzanej chacie Patagończyka widzimy czarowników, którzy tańczą, krzyczą i bębnią, ażeby wypędzić złych demonów z człowieka powalonego gorączką. Takie pojęcia były rozpowszechnione w świecie starożytnym, jak o tym przekonywa znana egipska tablica pamiątkowa z czasów Ramzesa XII (XII wiek przed Chr.), znajdująca się w bibliotece paryskiej i przetłumaczona w Zabytkach przeszłości (Records of the past), według której bóg egipski Khons był przysłany w swej arce dla wyleczenia małej księżniczki Bentares ze złośliwych ruchów w członkach. Gdy przyszedł, demon rzekł: „Wielki boże, który wypędzasz demony, jestem twym niewolnikiem, odejdę tam, skąd przyszedłem." Wówczas uczyniono ofiarę duchowi, który odszedł w spokoju, pozostawiając chorą wyleczoną. Jak daleko sięgają dzieje medycyny, ciągle widzimy starcia pomiędzy tą dawną teorią duchów w chorobie a nowszymi poglądami lekarskimi z ich dietą i lekarstwami, a chociaż lekarze zwyciężyli, u wszystkich jednak narodów, wyjąwszy najbardziej ucywilizowane, dotąd spotkać można dawniejsze pojęcia niezmienione. Gdy prof. Bastian przybył do Birmy, kucharz jego dostał napadu apoplektycznego, a żona jego robiła wszelkie wysiłki, aby ułagodzić obrażonego demona, który na niego to sprowadził. Kładła mu kupki zabarwionego ryżu i błagała: „Och, nie jeździj na nim! Och, puść go! Nie chwytaj go tak mocno! Dostaniesz ryżu! Ach, jak jest smaczny!" W krajach, gdzie panuje ta teoria chorób złudzenia chorego wytwarzają się według niej i potwierdzają ją w uderzający sposób. Równie przekonani jak i ich otoczenie o rzeczywistości swych demonów, rozpoznają ich w postaciach, o których śnią, lub które widzą w malignie; co więcej, pod wpływem złudzenia lub chorobliwej wyobraźni tak tracą samo-wiedzę, że mówią głosem właściwym, według ich mniemania, siedzącemu w nich demonowi, odpowiadają w jego imieniu, zupełnie tak, jak to czyniła chora księżniczka w Syrii przed trzema tysiącami lat. Anglicy w Indiach i na dalekim Wschodzie często mają sposobność być obecnymi przy tych dziwnych, starożytnych scenach i słyszeć głos diabła, jak szepce, piszczy lub ryczy przez usta chorego, że jest duchem takim a takim, i opowiada, po co przyszedł; wreszcie skoro się zadowoli tym, czego potrzebuje lub jest pokonany przez czary egzorcysty i leki, demon zgadza się odejść i wówczas chory zaprzestaje szalonych krzyków i obłędu, jego ruchy konwulsyjne uspakajają się i wyczerpany zapada w sen, z którego budzi się z czasową ulgą, jeśli choroba jest tego rodzaju, że leczenie umysłowe bywa skutecznym. Zresztą nie trzeba jechać do Indii lub Chin po ilustracje dla tej pierwotnej teorii chorób. W Hiszpanii księża dotąd wypędzają zaklęciami diabły z ust i nóg chorych, epileptyków, chociaż to prawdopodobnie ustanie po niewielu latach, skoro wiadomo, że to kiedyś nieuleczalne choroby można pomyślnie usuwać za pomocą bromku potasu.

Pojęcie o duchach służy również do objaśniania zdarzeń innego rodzaju. To, że pewne niezwykle dzikie wilki lub tygrysy są „ludojadami", tłumaczone bywa nieraz tym, że dusze ludzi niegodziwych wydalają się w nocy i wchodzą w dzikie zwierzęta, ażeby udręczać swych bliźnich, są to ludzie-tygrysy i ludzie-wilki (were-wolves), czyli „wilkołaki", które dotąd żyją w ludowych zabobonach Indii i Rosji. Wszyscy dalej wiemy, że wiele ludzi zapada w bladość i bezkrwistość i schnie; otóż w krajach słowiańskich sądzą, że to sprowadzają wysysające krew zmory, których straszne odwiedziny chory odczuwa we śnie; istoty te są dowcipnie uważane za dusze demonów, przebywające w trupach, których krew skutkiem tego zatrzymuje swą płynność długo po śmierci; nazywają je upiorami. Nadmieniliśmy, że ludzie pierwotni ze swych wyobrażeń o duchach i duszach czerpią pierwsze jasne pojęcia o przyczynie wszelkiego wypadku; w każdym razie jest to o tyle prawdziwym, że ludzie dzicy odnajdują w sprawkach duchów otaczających przyczynę każdego potknięcia się o kamień, każdego dziwnego dźwięku lub uczucia, każdego zbłąkania się w lesie. W sumie tedy zdarzeń złych i dobrych, jakie ustawicznie spotykają barbarzyńcę, odnajduje on działanie wielu przyjaznych i nieprzyjaznych duchów. Zwłaszcza jego własne szczęście lub powodzenie przedstawia mu się pod postacią ducha-stróża, który do niego należy i wszędzie z nim chodzi. Może nim być — jak przypuszcza dziki tasmańczyk — duch zmarłego ojca, czuwającego nad swym synem, lub duch opiekuńczy wojownika północno-amerykańskiego, który pości dotąd, aż go ujrzy we śnie, lub geniusz starożytnego rzymianina, duch urodzony wraz z nim jako jego towarzysz i opiekun w ciągu życia. Geniusz Augusta był istotą boską, do której należało modlić się i składać ofiary; o ile wszakże my nowożytni, pozostawiwszy w tyle mniemanie starożytnych, używamy dotąd ich wyrażeń, ciekawie uwidocznia zmienione znaczenie, w jakim obecnie mówimy o geniuszu Händla lub Turnera. Niemniej uderzająca zmiana zaszła w naszych pojęciach o świecie otaczającym nas, o niebiosach i morzu, górach i lasach. Nauczyliśmy się obserwować działanie praw fizycznych ciężkości i ciepła, wzrostu i rozkładu i jedynie z pewnym wysiłkiem możemy cofnąć naszą wyobraźnię do czasów odległych, kiedy ludzie w niezmiernym mnóstwo istot duchowych upatrywali przyczyny objawów natury. A jednakże ta wiara wynika jasno z teorii duszy, gdyż te istności uważane są za duchy działające na naturę zupełnie tak, jak dusze ludzkie oddziaływają na ciała. One to wyrzucają ogień z wulkanów, wyrywają lasy podczas burzy, zakręcają czółnem na wirach, zamieszkują drzewa i powodują ich wzrost. Rasy niższe nie tylko opowiadają o tych duchach natury, lecz obcują z niemi, zupełnie jak z osobami, co dowodzi, że one wzorowane są na duszach ludzkich. Podróżnicy nowożytni zauważyli, że Amerykanie północni, przepływając na łodziach niebezpieczne miejsca rzeki, wrzucają szczyptę tytoniu z prośbą do ducha rzeki, ażeby im pozwolił je przebyć. Drwal afrykański zrobiwszy pierwsze nacięcie w drzewie, dla ostrożności wylewa trochę oleju palmowego na ziemię, żeby zagniewany duch drzewa, wychodząc zeń, zatrzymał się i polizał, podczas gdy on odbiegnie dla ocalenia swego życia. Stan umysłu, z którego wyłaniają się te duchy natury, musiał dość jasno przypominać się Grekom, skoro ciągle wyobrażali sobie, że nimfy miłych gajów, zdrojów i bujnych łąk przychodzą na narady bogów olimpijskich i zajmują siedzenia świetlane, albo że driady rosną wraz z cienistymi sosnami i dębami, wydając okrzyki boleści, gdy siekiera drwala uderza w ich pnie. Słownik anglosaksoński zachował ciekawy wyraz woodmare, oznaczający echo (wudu-moer —nimfa leśna)—zabytek tego czasu, kiedy Anglicy wierzyli, jak dotąd wierzą barbarzyńcy, że echo jest głosom odzywającego się ducha. Wyraz Iare— duch lub demon —ukazuje się również w nightmare —zmora, duszący demon snów, który był tak rzeczywistym dla naszych przodków, jak jest obecnie dla krajowców Australii. Dawno duchy natury, wyparte przez nauki przyrodnicze, dotąd znajdują schronieniu w poezji i baśniach ludowych (folklore). Loreley jest tylko unowocześnioną odmianą demona rzecznego, który topi pływaka w wirze; uzdrawiające duchy wodne starych czczonych zdrojów przybrały tylko imiona świętych, a małe elfy i rusałki gajów są tylko nie jasnym przypomnieniem dawnych duchów leśnych. Czytelnicy Fizjografii Huxleya zdziwią się zapewne, rozpoznawszy w czarodziejskich opowieściach te same duchy natury, pod których postacią człowiek przedhistoryczny wyobrażał sobie siły natury.

Ponad gromadą dusz, demonów i duchów natury religie wszystkich plemion uznają duchy wyższe, czyli bogów. Gdzie panuje cześć dla duchów, tam tę boską godność osiągnąć mogą, duchy wielkich wodzów, wojowników, albo innych sławnych osób. Mongołowie więc czczą jako dobre bóstwa wielkiego Dżingis-hana i jego książęcą rodzinę. Chińczycy utrzymują, że Pang, czczony przez cieślów i budowniczych, jako ich bóstwo opiekuńcze, był sławnym sztukmistrzem przed laty w prowincji Sangtung, Kwang-tae zaś, bóg wojny, był znakomitym żołnierzem, żyjącym za dynastii Han. Idea boskości przodków może-nawet wznieść się tak daleko, że dosięga bóstwa najwyższego; Zulowie, cofając się wstecz od ducha do ducha przodków, opowiadają o Unkulunkulu, Staro-starcu, jako o stworzycielu świata; plemiona brazylijskie mówią, że prarodzic Tamoi, pierwszy człowiek, mieszkał wśród nich i nauczył ich uprawiać ziemię, na koniec wstąpił do nieba, gdzie przyjmie ich dusze po śmierci. Między duchami natury barbarzyńca również wyróżnia wielkich bogów, rządzących światom. Najwyższym bóstwom murzynów afrykańskich jest Niebo, które zsyła deszcz i każe rosnąć trawie, budząc się rano, dziękuje mu za otwarcie drzwi i przepuszczenie słońca. Znajdują się oni także na tym samym stopniu myślenia, co i nasi przodkowie aryjscy, których wielkie bóstwo Diu, opiewane w hymnach Wed, było jednocześnie stałym osobistym Niebem, które spuszcza deszcz i grzmi, oraz bogiem nieba, ożywiającym je. Bóstwo to pozostaje nawet ze swym imieniem w greckim Zeusie i łacińskim Jupiterze ojcu niebios; obie religie zachowały to podwójne jego znaczenie — nieba i boga nieba, należące do teologii barbarzyńskiej, która mogła i widzieć życie masy sklepienia niebios i wyjaśniać to życie przebywaniem tam bóstwa utworzonego na wzór duszy ludzkiej. Najlepiej pojmiemy, co rozumiano przez boga nieba. Ze wszystkich otaczających nas szczątków religii barbarzyńskiej, niewiele jest bardziej uderzających, aniżeli wyrażenia, które dotąd jeszcze uznają za bóstwo niebo żyjące: „niech mi niebo przebaczy," „zemsta niebios dosięgnie go." Deszcz i grzmoty najczęściej uważane bywają za czyny boga nieba —Zeus np. ciska pioruny i zsyła nawałnice. Lecz niektóre ludy posiadają specjalnego boga deszczu, jak Khondowie z Orissy, którzy modlą się do Pidzu Pennu, ażeby spuścił wodę przez swe sito na ich pola. Inni posiadają wyłącznego boga grzmotu, jak Jorubowie, którzy mówią, że ich Shango ze światłem błyskawicy i hukiem grzmotu rzuca swe siekiery piorunowe, to jest kamienne celty, które oni wykopują z ziemi; my anglicy zachowujemy pamięć o bogu gromu (Thor) w wyrazie Thursday (czwartek), który jest przekładem Dies Jovis. Ziemia, matka wszechrzeczy, posiada w teologii barbarzyńskiej swe miejsce; nabożny Indianin Odżybwa, kopiąc swe rośliny lecznicze, troskliwie pozostawia jakąś ofiarę dla prarodzicielki ziemi. Żadna fantazja o naturze nie może być oczywistsza od tej, że ojciec niebo i matka-ziemia są rodzicami wszystkiego; żaden zaś obrzęd nic zdołałby wyrazić dla nich hołdu naturalniej, niż małżeństwo chińskie, kiedy nowożeńcy padają na twarz przed niebem i ziemią. Bogini ziemi występuje jasno w religii klasycznej jako Demeter, Terra mater, a może pozostałym śladem jej czci wśród nas jest pozostawianie ostatniej garści kłosów zboża na pniu w polu, lub przynoszenie jej w tryumfie na dożynkach. W czasach nowożytnych najjaśniejsze pojęcie boga morza znajdujemy u Murzynów pobrzeża Gwinei, gdzie królowie krajowi, prosząc je, aby nie było wzburzono, wrzucają weń, jako ofiary, ryż, tkaniny, butelki rumu, a nawet niewolników. Podobnie wódz grecki lub rzymski, zanim puścił się na niebezpieczne fale, ofiarował byka Posejdonowi lub Neptunowi. Ludziom, którzy w ten sposób zapatrywali się na niebo, ziemię i morze jako na istoty uduchowiono i rozumne — słońce, które daje światło i życie światu, które wschodząc przebiega niebiosa i schodzi w nocy do świata podziemnego, skąd znowu powstaje—musiało wydawać się najoczywistszą osobistością boską. Przed niewielu laty pewna Samojedka opowiadała ze szczególną prostotą swe codzienne modły; o wschodzie kłaniając się słońcu, mówiła: „Kiedy ty, boże, wstajesz, ja wstaję również z mego łóżka”, a wieczorem: „Kiedy ty, boże, zachodzisz, ja również idę spocząć.” Jak daleko sięga historia starożytna, występuje bóg słońca; na obrazach skrzyń mumii egipskich widzimy Ra, słońce, przepływające na swej łodzi niższe i wyższe krainy świata. Każdego rana widzieć można braminów, tych starożytnych nowoczesnych, jak stojąc na jednej nodze, z rękami wyciągniętymi przed siebie, a twarzą zwróconą ku wschodowi, oddają cześć słońcu. Do najdawniejszych modłów, które doszły nas niezmienione ze starego świata aryjskiego, należą powtarzane przez nich codziennie: „Rozważajmy upragnione światło boskiego słońca—oby ono zbudziło nasze umysły." Bóg lub bogini księżyca oznacza święta dzikich plemion leśnych, które tańczą przy świetle pełni. Zdarza się, że księżyc zajmuje wyższy stopień, niż słońce, jak to — może z powodów astronomicznych—miało miejsce w starożytnej Babilonii: ale częściej słońce stoi na pierwszym planie, co nam się wydaje naturalniejszym; zwykle zaś słońce i księżyc uważane są za parę, brata i siostrę, lub męża i żonę. Łatwo pojąć, dlaczego w sławnej świątyni syryjskiej słońce i księżyc nie posiadały wizerunków, jak inni bogowie, gdyż one same były widoczne dla wszystkich ludzi. Niewątpliwie dlatego też ze wszystkich bogów natury one jedno dotąd odbierają osobiste pokłony, oddawane im u nas do dnia dzisiejszego; w Niemczech lub Francji można dotąd widzieć wieśniaków, zdejmujących kapelusze przed wschodzącym słońcom, w Anglii nów jest witany ukłonem (curtsey), a także ciekawym zwyczajem „obracania srebra," co zdaje się być zabytkiem ofiarowywania księżycowi właściwego mu metalu. Ogień, chociaż nie stanowi bóstwa pierwszorzędnego, uważany jest za istotę osobową i czczony równie za dobre, jak za złe, wyświadczane ludziom, oraz jako sługa wielkich bogów. U ludów aryjskich pierwszym słowem Wed jest imię Agni, bóg ognia (łacińskie ignis), boskiego kapłana ofiar. Parsowie, przedstawiciele religii Persji starożytnej, których najświętszym miejscem jest świątynia u palących się źródeł Baku (str. 278), są typowymi czcicielami ognia. U starych Greków Hestia, ognisko święte było karmione tłustością i libacjami wina słodkiego, a jej nazwa i cześć przeszła do Rzymu, do świątyni Vesty z wiecznym ogniem w świątyni. Bogowie wiatrów są tak dobrze znani Indianom północnoamerykańskim i wyspiarzom oceanu Spokojnego, jak Grekom, z których religii przeszli do nas, tak, że każde dziecko wiejskie wie o ostrym Boreaszu i miłym Zefirze. Ażeby zakończyć ten spis, dodamy, iż rzeki wydawały się istotami o tyle wyższymi, niż małe duchy strumieni, że często, jak np. Skamandros i Spercheios, posiadały świątynie i własnych kapłanów; ludzie przysięgali na nie, gdyż mogły ono pochwycić i zatopić krzywoprzysięzcę w swych wodach, a dla Hindusa dotychczas najstraszniejszym jest zaklęcie na boską rzekę, przede wszystkim zaś na Ganges.

Taki spis bogów—ogromnych dusz nieba, ziemi i morzu, słońca, księżyca i innych wielkich potęg natury, z których każda posiada swą własną osobowość boską, własny rozumny cel i pracę w świecie — bardzo pomaga do wyjaśnienia politeizmu, który widzimy we wszystkich częściach globu. Wyjaśnienie to wszakże nie może być zupełnym, ponieważ nazwy, jak i natura tych przeróżnych bogów, uległy zmieszaniu. Bóstwo, czczone w rozlicznych świątyniach, bywa skłonne do rozszczepienia się na wiele oddzielnych, a ludzie czczą je dalej pod odmiennymi imionami, zapomniawszy o ich pierwotnym znaczeniu. U narodów, złączonych skutkiem przymierza lub zaboru, religie również mieszają się z sobą, a rozmaici bogowie tracą swą osobowość odrębną. Słownik klasyczny zapełniony jest przykładami tego rodzaju. Niebo gromowładne i niebo deszczowo — Jupiter tonans i Jupiter pluvius—czczono później jako dwie istoty oddzielne. Neptun łaciński i Posejdon grecki, złączeni w jedno, ponieważ obaj byli bogami morza, tworzą ciekawe bóstwo mieszane. Pod imieniem Merkurego, boga handlu, występuje inne bóstwo starożytne, Hermes grecki, posłaniec bogów, przewodnik zmarłych do krain Hadesa, bóg złodziejów i kupców, pisma i nauki, który sam już zdradza ślady zlepku z bóstw jeszcze dawniejszych, a między niemi staro-egipskiego boga pisma, Thotha, z głową ibisa. To daje nam pojęcie o tym zamieszaniu, jakie powstaje w religii, skoro tylko czciciele przestają myśleć o bóstwie według jego pierwszego znaczenia i celu, a znają jedynie jako takiego a takiego boga, którego obraz znajduje się w takiej a takiej świątyni. Nie temu dziwić się należy, że obecnie trudno wywieść pochodzenie wielu bogów starożytnych, lecz temu, że tylu jeszcze tak jasno wykazuje, czym byli wprzódy—ubóstwianym przodkiem, słońcem, niebiosami lub rzeką. Bogowie religii barbarzyńców również wyrażają jedną myśl, pracującą w umysłach teologów pierwotnych, której sądzonym było uzyskać wielką ważność w wyższych stopniach cywilizacji. Uważając świat za pole bitwy dobrych i złych duchów, niektóre religie przedstawiają ich uszeregowanych w dwie współzawodniczące armie, nad nimi wyższych bogów, dobrych i złych, a ponad wszystkimi zwierzchnie bóstwo dobra i bóstwo zła. Ten tak zwany system dualistyczny w religii staroperskiej rozwinął się w walkę między potęgami światła i ciemności pod wodza, Ormuzda i Arymana, duchów dobrego i złego. W barbarzyńskim okresie religii ukazuje się także w grubych formach system rządu boskiego, dobrze znany w wierzeniach ludów bardziej cywilizowanych. Jak pomiędzy samymi czcicielami są zwykli ludzie i przywódcy nad nimi, a wielcy władcy lub królowie nad wszystkimi, mający wyższych i niższych urzędników na swe rozkazy—podobnież wśród swych bogów wytworzyli oni system niższych i wyższych stopni bóstw, umieściwszy ponad tym wszystkim majestat bóstwa najwyższego. Nie wszędzie panuje zgoda, który bóg posiada to zwierzchnictwo. Jak już powiedzieliśmy, ludzie, uważający dusze zmarłych za swych bogów, sadzą niekiedy, że takim bóstwem najwyższym jest dusza jakiegoś przodka, wyniesionego do godności stworzyciela! władcy świata. Często—i naturalnie—za najwyższego stwórcę i rządcę świata uważany bywa bóg nieba. Niektóre ludy Afryki zachodniej utrzymują, iż niebo spełnia swoją wolę przez swe sługi, pomniejsze duchy powietrza, lecz inne mają je za zbyt wielkie, ażeby bardzo niepokoiło się sprawami ziemskimi. Doktryna Murzynów Konga przedstawia wyrozumowaną, chociaż nieradosną filozofię życia. Utrzymują oni, że istnieje gromada dobrych i złych duchów, dusz umarłych, które są ciągle czynne w sprawach życiowych, najczęściej zaś mają przewagę duchy złe; ale od czasu do czasu, gdy uczynią świat nieznośnym, wielkie niebo budzi się, przeraża złe demony swym grzmotem i miota gromy na najkrnąbrniejszych; potem znowu wraca na spoczynek i pozwala duchom rządzić, jak poprzednio. Weselszy widok duchów natury, działających pod niebem, znany nam jest z Homerowego zebrania bogów w Olimpie, gdzie Zeus jako uosobienie nieba, siedząc na tronie, rozkazuje niższym bogom ziemi, powietrza i morza. W innych krajach za najwyższe bóstwo uważano jest słońce, jak to widzimy u wielu górskich plemion Indii, gdzie ono rządzi bogami lasów i dolin, bogami plemion i duchami przodków; albo też, jak u tuziemczych plemion Ameryki północnej, istnieje Wielki Duch, będący jak gdyby duszą wszechświata, który stworzył i którym dotąd włada, panujący nawet nad tak potężnymi bogami natury, jak słońce i księżyc. Badając religię i filozofię starożytnego świata cywilizowanego, czytelnik dostrzeże, że myśl ludzka pracuje w tych samych dwu kierunkach, ku panteizmowi lub monoteizmowi, zależnie od tego, czy cały wszechświat przedstawia się jako jedno wielkie ciało, ożywiono jedną duszą boską, czy też wynosi ona do tego boskiego szczytu jedno bóstwo, które króluje nad wszystkimi. Śledzenie rozwoju tych poglądów przekracza zakres naszej pracy.

Przyjrzyjmy się teraz głównym objawom nabożeństwa barbarzyńskiego, które nietrudno zrozumieć, jeżeli pamiętać będziemy, że bóstwa, będące ich przedmiotem, są albo rzeczywistymi, albo przeobrażonymi duszami ludzkimi, albo też istotami, utworzonymi na wzór dusz ludzkich. Modlitwy spotykamy już u dzikich, i w rzeczy samej niema nic naturalniejszego nad to, że człowiek wierzący w słowach pełnych czci i próśb błaga o pomoc istotę boską, która jest może własnym jego pra-ojcem. Modlitwy barbarzyńców często podsłuchiwano i spisano. U Zulów ofiarnik mówi: „Oto wasz byczek, wy duchy naszego ludu. Proszę was o zdrowie ciała, ażebym mógł żyć wygodnie; ty, taki a taki, obchodź się ze mną miłosiernie, i ty, taki a taki" (tu wymienia zmarłych członków rodziny). Niżej zamieszczamy część modlitwy Khongów podczas składania ludzkiej ofiary bogini ziemi: „Za nasze bydło, nasze trzody, nasze prosięta i nasze zboże dostaliśmy ofiarę i poświęcamy ci ją. Wzbogać nas teraz. Spraw, niech nasze stada będą tak wielkie, żeby nie mogły się pomieścić w oborach, a dzieci nasze tak liczne, żeby staranie koło nich przechodziło siły rodziców i aż ujawniło się w ich opalonych rękach; niech nasze głowy nieustannie uderzają o naczynia mosiężne, w niezliczonej ilości wiszące u naszych dachów; niech szczury ścielą swe gniazda ze skrawków szkarłatnej tkaniny i jedwabiu, a wszystkie kanie z okolicy siadają na drzewach naszej wioski, zwabione zabijanym codziennie w niej bydłem. Nie wiemy, o co cię szczególnie prosić powinniśmy. Ale ty wiesz, co dla nas jest dobrym. Daj nam to." Wybraliśmy te dwa wzory modlitwy dlatego, że wykazują, ono ścisłą łączność modlitwy z ofiarą, a za złożoną daninę — wymaganą łaskę, zupełnie jak gdyby miano do czynienia z żyjącym przywódcą. Ofiary barbarzyńskie nie są jedynie oznakami czci; składają się one po największej części z pokarmów, spożywanych przez bóstwo, chociaż ono, będąc duchom, może tylko przyjmować ducha, woń lub esencję mięsiw, albo też wącha parę lub dym, unoszący się z ognia ołtarza, posiłek duchowy z tej samej nikłej eterycznej substancji, jaka — według mniemania wierzących — stanowi istotę samego ducha lub boga. W wyższych dopiero religiach obrządki ofiarne tracą swe grube znaczenie karmienia bóstwa, a chociaż bywają, jeszcze wylewane napoje i palone woły na ołtarzu, czynność ta zamieniła się już na daninę z czegoś cenionego przez czciciela i na oznakę uwielbienia miłą bogu.

Istnieje wiele środków, za pomocą których wierzący może zachowywać osobiste stosunki ze swymi bóstwami. Te, będąc duszami lub duchami, bywają naturalnie widywane niekiedy w snach i widzeniach, zwłaszcza przez swych kapłanów luli proroków, którzy tym sposobem otrzymują (czyli udają., że otrzymują) boskie odpowiedzi i wyrocznie. Będąc, duszą bóg może także wejść w ciało ludzkie, działać i mówić przez nic, a stąd objawy histeryczne i epileptyczne, przypisywane – jak widzieliśmy—złemu duchowi, który opanował chorego, przedstawiają się w lepszym świetle, skoro duch uważany jest za bóstwo, przybywające po to, ażeby natchnąć swego sługę i mówić jego głosem. Konwulsje, głos nieziemski, jakim opętany kapłan odpowiada w imieniu bóstwa, które w nim siedzi, jego zapadanie w martwotę, gdy bóg z niego wyszedł—wszystko to pasuje do siebie i we wszystkich częściach świata spotykamy kapłanów-wróżbitów wieszczących za sprawą bliskich im duchów, którzy widocznie są dotknięci chorobą na ciele i umyśle, a o tyle omamieni przez swe własne uczucia, o ile są zręczni w oszukiwaniu swych wielbicieli za pomocą udanych objawów i przebiegłych odpowiedzi. Natchnienie, czyli wetchnienie ducha w ciało kapłana lub proroka wydaje się tym ludziom czynnością mechaniczną, podobną do lania wody w dzbanek. Również jak w zwykłym przechodzeniu dusz, bóstwo uważa się za zdolne do wchodzenia w ciało zwierzęcia, przelatuje ono z miejsca na miejsce pod postacią świętego ptaka lub żyje w ubóstwianym wężu, którego karmią i czczą murzyni pobrzeża Niewolników. Prowadzi to do wiary, która wydaje się jeszcze bardziej obcą naszemu umysłowi. Anglik nowoczesny dziwi się, że istota ludzka, chociażby nieokrzesana, może korzyć się przed słupem wbitym w ziemię lub kamieniem podniesionym na drodze, a nawet mówić do nich i ofiarowywać im pokarmy; ale gdy Afrykańczyk lub Hindus objaśni, że wierzy, iż ten kij lub kamień jest czasowym wcieleniem się ducha bożego, tym dowiedzie, że czyn jego posiada uzasadnione znaczenie. Wizerunki bogów, od grubo ociosanych postaci przodków, które Ostjacy ustawiają w swych chatach, aż do greckich posągów rzeźbionych przez Fidiasza lub Praksytelesa, a przedstawiających boga nieba lub boga słońca, są po większej części tworzono na podobieństwo człowieka; jeden dowód więcej, że ci bogowie natury stanowią podobizny istot ludzkich. Kiedy wizerunki te służą do wyobrażenia bogów, czciciel może w nich widzieć jedynie znaki lub portrety, lecz jego filozofia duchów doprowadza go zwykle do uważania ich za czasowe ciała bóstw. Kapłan tahitański, zapytany o swe wyrżnięte z drzewa bożyszcze, objaśnia, że jego bóg nie zawsze przebywa w obrazie, ale tylko od czasu do czasu wlata weń pod postacią świętego ptaka, a czasami znowu opuszcza bałwana, wchodzi w jego (kapłana) ciało i wypowiada swoje boskie wyrocznie jego głosem. To nas przenosi w owe czasy, kiedy przed piętnastu wiekami Minucjusz Feliks opisywał, jak bogowie pogańscy wchodzą w ciała ludzi dla wyłamywania im członków i mieszania zmysłów, lub wprawiają swych kapłanów w szał i każą im kręcić się. Wreszcie plemiona nieokrzesane mogą wierzyć w duchy i czcić je, nie budując im domów i nie zastawiając stołów dla karmienia. Wszakże takie świątynie i ołtarze pojawiają się od dawnych czasów w religiach barbarzyńskich i dotąd zachowują tak wyraźnie całkiem ludzki charakter w kulcie, jak i zawsze; w Indiach służebnicy boga Wisznu obmywają i ubierają jego wizerunek i stawiają na zaszczytnym miejscu w świątyni, z wyszukanymi potrawami przed nim, z muzykantami i tancerkami dla rozrywki. Jest to tym bardziej pouczającym dla nas, że znamy Wisznu przed skażeniem jego pierwotnego znaczenia, kiedy był bogiem słońca, ożywczą zasadą lub duszą słońca pod postacią ludzką, a przeto szczątkiem przedhistorycznej filozofii natury.

Dotychczas rozpatrywaliśmy religię barbarzyńców tylko jako pierwotny system filozofii natury i nie mówiliśmy wcale o nauce moralności, która obecnie przedstawia tak istotną część wszelkiej religii. Filozoficzną stronę religii oddzieliliśmy od moralnej nie tylko dlatego, że patrząc na nie oddzielnie, otrzymaliśmy jaśniejszy pogląd, lecz i dlatego, że wiele religii ras niższych pozostaje w słabym związku z postępowaniem moralnym. Tuziemiec amerykański lub afrykański może posiadać określoną wiarę w duszę i inne duchy, jako przyczyny jego życia i otaczających go wypadków, może czcić te duchowe i boskie istoty, pozyskiwać ich łaski lub uśmierzać gniew modłami i ofiarami. Ale chociaż ich bogowie wymagają odeń spełniania obowiązku względem nich, nie wynika stąd jeszcze, ażeby oni troszczyli sio o jego spełnianie powinności względem sąsiadów. Jeżeli u tych ludów człowiek grabi lub morduje, to zemsta należy do pokrzywdzonych lub ich przyjaciół; jeżeli jest skąpy, wiarołomny, okrutny, tedy może być ukarany lub odepchnięty przez wszystkich uczciwych ludzi; lecz to wcale nie jest koniecznym, ażeby na niego patrzono, jako na obmierzłego bogom, i rzeczywiście człowiek taki bywa często wielkim uzdrawiaczem lub kapłanem. Ponieważ mniemają również, że dusza nie przestaje istnieć po śmierci, przelatując jako duch lub demon między żyjącymi, przechodząc do ciemnego świata podziemnego lub w jasną krainę duchów, przedstawiają sobie jej stan raczej jako zachowanie charakteru i stanowiska ziemskiego, niż jako nagrodę lub karę za życie na ziemi. Jeżeli niektórym z czytelników trudno zrozumieć taką teologię, oddzieloną od moralności, to niech sobie przypomną, jak u narodów bardziej cywilizowanych religie mogą zejść do tego samego stanu, zarzuciwszy stosowanie tych praw moralnych, które wyznają. Hindus może prowadzić życie najzdrożniejsze a kapłani za ofiary pogodzą go z bogami; wiadomo również, że w Europie rozbójnicy najgorliwiej uczęszczają do kościołów. W ogóle wierzenia narodów wyższych posiadają większy i lepszy wpływ moralny, niż wierzenia plemion mniej okrzesanych. Wszakże nawet wśród dzikich zaczyna ujawniać się praktyczne działanie religii na życie człowieka. Cześć dla zmarłych z natury rzeczy pobudza do szlachetniejszej moralności; przodek bowiem, który za życia dbał o to, ażeby członkowie jego rodziny postępowali względem siebie sprawiedliwie, nie przerywa tej życzliwej opieki i wtedy, kiedy staje się duchom boskim, władnym zsyłać łaski lub kary. Ta cześć dla zmarłych nic wprowadza nowych doktryn lub reform,, gdyż potomkowie rozumieją, że najmniej podoba się ich ubóstwianemu przodkowi jakakolwiek zmiana dawnych obyczajów, do których on przywykł. Lecz wskutek przechowywania starych cnót rodzinnych, cześć dla przodków wywiera wpływ na wiele narodów, u których panuje; — od Zulusa wierzącego, że nie może źle obchodzić się ze swoimi braćmi, gdyż wtedy przyjdzie do niego we śnie ojciec i nabawi go choroby, do Chińczyka, który ciągle żyje wśród duchów rodzinnych i obawia się zrobić źle, ażeby one nie strąciły go w niedolę i śmierć. W wielkich religiach starego świata, gdzie potężne kapłaństwo stanowi klasę ukształconą, wychowawców i kierowników społeczeństwa, znajdujemy naukę moralną, uznaną jako jeden z ważnych obowiązków religii. Bogowie biorą na siebie karanie winnych; bóg nieba gromi piorunem krzywoprzysięzcę, a bóg narodu zsyła na mordercę choroby i śmierć. Nauka o przechodzeniu dusz wywiera wpływ jako czynnik moralny: księgi hinduskie grożą grzesznikom, że oni za winy, popełniono w życiu obecnym, będą ukarani odrodzeniem się w innych ciałach, przy czym niegodziwi przyjdą na świat ślepi lub ułomni, oszczercy będą mieli zły oddech, koniokrady będą chromali, okrutnik urodzi się zwierzęciem drapieżnym, złodziej zboża szczurem, i w ten sposób, spożywając owoce przeszłych działań, ludzie będą musieli dźwigać następstwa swych czynów, dusze, pogrążone w ciemnościach, zniża, się do bydląt, podczas gdy dobre, wznosząc się w stopniowych przerodzeniach, staną się bogami. Jeszcze bardziej rozpowszechnioną jest wiara, że życie ludzkie po śmierci ulega sądowi, skutkiem którego grzesznicy skazani bywają na nędzę, a tylko ci, którzy żyli na ziemi uczciwie, dostępują szczęśliwości. Jak dalece mniemanie to panowało w starożytnym Egipcie, świadczą dotąd zwoje papirusu Księgi umarłych oraz malowidła i formuły hieroglificzne na skrzyniach mumii. W muzeach widzieć można scenę ważenia duszy nieboszczyka i jego proces przed Ozyrysem, sędzią umarłych z-12 pomocnikami, podczas gdy Thoth, bóg pisma, stoi obok i zapisuje groźny wyrok na swych tablicach. W kolumnach hieroglifów wyliczone są przestępstwa, z których dusza winna się oczyścić; jest, to ciekawa mieszanina grzechów, które moglibyśmy nazwać obrzędowymi i moralnymi, a między którymi są następujące: „Nie szkodziłem tajemnie ludziom. Nie zeznawałem fałszu przed trybunałem prawdy. Nie popełniłem żadnej niegodziwości. Nie zmuszałem pracującego człowieka do robienia więcej, nad jego obowiązek dzienny. Nie spotwarzałem niewolnika przed jego panem. Nie mordowałem. Nie oszukiwałem ludzi. Nie zmieniałem miar krajowych. Nie znieważałem obrazów boskich. Nie brałem kawałków z owijek umarłego. Nic popełniałem cudzołóstwa. Nie odejmowałem mleka od ust niemowlętom. Nie zabijałem dzikich zwierząt na pastwisku. Nie łowiłem w sidła świętych ptaków. Jestem czysty, czysty, czysty!" Tak wiec, u cywilizowanych narodów starego świata już w najwcześniejszych wiekach historycznych teologia łączy się z etyką, a religia, jako siła moralna, panuje nad społeczeństwem.

Animizm, czyli teorię dusz, przedstawiliśmy tedy jako zasadę, z której powstały rozmaite systemy duchów i bóstw w religiach barbarzyńskich i starożytnych: zaznaczyliśmy również, jak już wśród ras dzikich takie wierzenia zaczynają oddziaływać na postępowanie moralne. Widzimy pod najprostszymi postaciami dwie strony religii — filozoficzną i moralną, które czytelnik winien stale mieć na uwadze w dalszym badaniu wiar świata. Rozpatrując się w dziejach wszelkiej religii, musi on osądzić, jak dalece służyła ona tym dwóm wielkim celom — z jednej strony nauczaniu człowieka, co ma myśleć o samym sobie, o otaczającym go świecie i strasznej, bezgranicznej sile, przenikającej wszystko, z drugiej — kierowaniu nim w praktyce i umacnianiu go w obowiązkach życia. Jedno pytanie badacz zadawać sobie będzie często: dlaczego wierzenia niegdyś potężne i żarliwe upadały a inne zajmowały ich miejsce. Naturalnie w znacznej mierze zmiany takie wynikały ze zwycięstw, jak np. w Persji, gdzie religia Mahometa prawie zgładziła starą Zoroastrową wiarę Cyrusa i Dariusza. Lecz miecz zwycięski jest jedynie środkiem, za pomocą którego religie były ustanawiane i obalane w świecie przemocą — istnieją zaś przyczyny, leżące głębiej w umysłach ludzkich. Dość tylko rzucić okiem przez dzieje na szczątki starych religii, ażeby dostrzec, że one rozpadały się z wewnątrz. Kapłani Egiptu, przedstawiający kiedyś najbardziej postępową wiedzę swego czasu, wyobrazili sobie, że ludzkość nie potrzebuje już niczego się uczyć i zaczęli bronić swej tradycji od wszelkiej nowszej mądrości, aż wreszcie świat przeszedł mimo nich i pozostawił ich pełzających w przesądach. Kapłani greccy odprawiali swe obrzędy w wspaniałych świątyniach, syci byli bogactw i chwały, lecz ludzie, poszukujący tajemnic szczęśliwego życia, dostrzegli, że to nie było zadaniem świątyń i zwrócili się ku filozofom. Jeżeli jakaś religia nie zdoła zachować swego poprzedniego miejsca w nauce i moralności, to może jedynie stopniowo, z biegiem czasu tracić swe stanowisko w narodzie; lecz cała potęga państwowa i całe bogactwo świątyń nie ochronią jej od możliwości ustąpienia miejsca wierze, która zasila się wyższą wiedza, i uczy lepszego życia.

dr Kamil M. Kaczmarek 21 02 2010