Prasa o Kundalinim

Podziemny krąg

10.06.05 Nr 138

ŚLEDZTWO "RZECZPOSPOLITEJ" I TVN

Ujawniamy kulisy działania tajnej organizacji

Podziemny krąg

Groźna, zakonspirowana sekta przenika do świata polityki i instytucji finansowych. W powiązanych z nią organizacjach działają znani politycy i uczeni

Działająca od prawie 20 lat tajna organizacja należy do najbardziej tajemniczych i niebezpiecznych grup pseudoreligijnych, działających obecnie w Polsce.

Przywódczynią sekty jest Małgorzata Pawlisz, w latach 90. wiceprezes państwowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, później prominentna urzędniczka Banku Handlowego, a następnie szefowa jednego z towarzystw emerytalnych. Nie chciała się spotkać z dziennikarzami, nie odpowiedziała także na przesłane na piśmie pytania.

Od kilku lat Małgorzata Pawlisz organizuje prestiżowe konferencje z udziałem kolejnych premierów. Za kilka dni w Warszawie odbędzie się międzynarodowa konferencja "Dialog między cywilizacjami" pod patronatem m.in. premiera Marka Belki i Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Oficjalnie organizuje ją Polska Rada Azji i Pacyfiku, stowarzyszenie, w którego władzach zasiadają m.in. były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz i były doradca premiera Leszka Millera ds. międzynarodowych Tadeusz Iwiński. Z naszych ustaleń wynika, że stowarzyszenie jest parawanem, a za organizację odpowiadają członkowie sekty.

Dzięki kontaktom z politykami do sekty trafiło m.in. 80 tys. zł z Ministerstwa Gospodarki, oficjalnie przeznaczone na pokrycie kosztów konferencji "Dialog między cywilizacjami" w 2003 roku.

Starania wsparł poseł SLD Tadeusz Iwiński, wtedy także minister w Kancelarii Premiera. Poseł zapewnia, że nie wiedział o powiązaniach Małgorzaty Pawlisz. Mimo prób, nie udało nam się porozmawiać na ten temat z Januszem Onyszkiewiczem.

Z opowieści członków sekty, do których dotarliśmy, wyłania się ponury obraz przypominający zaklęty krąg: "uczeń" jest nie tylko psychicznie, ale i ekonomicznie uzależniony od sekty. Kilkuletnie dzieci są poddawane praniu mózgu. Nieposłuszeństwo jest traktowane jako przejaw braku wiary i w brutalny sposób karane.

Członek grupy, którego ogarniają wątpliwości i próbuje uciekać, jest poddawany praniu mózgu. Dokumenty, do których dotarła "Rzeczpospolita", opisują takie praktyki, eufemistycznie nazywane w sekcie "próbami".

Idąc tropem pieniędzy i interesów sekty, trafiliśmy na szereg firm, fundacji i stowarzyszeń. Ustaliliśmy też, że korzystając m.in. z pracy i zarobków "uczniów" przywódcy sekty zgromadzili przez lata pokaźny majątek. korzystając m.in. z pracy i zarobków

BERTOLD KITTEL, JAROSŁAW JABRZYK

ŚLEDZTWO "RZECZPOSPOLITEJ" I TVN

Ujawniamy kulisy działania tajnej sekty

Podziemny krąg

Członkowie sekty są psychicznie i ekonomicznie uzależnieni od "nauczycieli". Nawet gdyby chcieli, nie mogą się od nich uwolnić, bo nie mają środków na utrzymanie. Życie wielu z nich zmieniło się w zaklęty krąg

Ofiary sekty nie zgodziły się ujawnić nazwisk. - Chcemy wrócić do normalnego życia - mówią.

Często żyją w nędzy. - Zdarza się, że dzieci członków grupy muszą żebrać albo zwyczajnie kraść w supermarketach - mówi jeden z rozmówców "Rz". - "Nauczyciele" zmuszają nas do zaciągania zobowiązań, których potem nie jesteśmy w stanie spłacić. Chodzi nie tylko o drobne rzeczy, jak na przykład telefony komórkowe, które my bierzemy na siebie, a oni dzwonią, dopóki się da. Jedno z małżeństw sprzedało mieszkanie, a pieniądze przeznaczyło na działalność grupy.

Sytuacja zwykłych członków sekty jaskrawo kontrastuje z majątkiem "nauczycieli". Z ustaleń "Rz" wynika, że korzystając m.in. z pracy i zarobków "uczniów", przywódcy sekty zgromadzili przez lata pokaźny majątek. Należy do nich zabytkowy dwór w Rudzienku niedaleko Warszawy. Z wyceny, do której udało nam się dotrzeć, wynika, że jest on wart ponad 940 tysięcy złotych. Prócz tego sekta dysponuje jeszcze kilkoma nieruchomościami o wartości kilkuset tysięcy złotych. Jeden z domów, należący do ważnego członka sekty o pseudonimie Harry, to luksusowa rezydencja niedaleko Izabelina. Na podwórzu stoją dwa luksusowe mercedesy. Ustaliliśmy także, że sekta dysponuje willą w Luksemburgu.

Sekta prowadzi rozległe interesy. Idąc ich tropem, trafiliśmy na łańcuch powiązanych ze sobą firm, fundacji i stowarzyszeń. We władzach niektórych z nich zasiadają wpływowi politycy. Firmy co kilka miesięcy zmieniają adresy, telefony. Zajmują biuro do czasu, gdy właściciel im wymówi z powodu niepłacenia czynszu. - Nie mają biur, nie płacą podatków ani ZUS - wyjawia Rafał, księgowy w jednej z firm sekty. - Wszystko jest fikcją. Dowiedziałem się niedawno, że jestem księgowym Polskiej Rady Azji i Pacyfiku. Dostałem do podpisania bilans, który został wzięty z sufitu.

Brak siedziby nie przeszkadza firmom związanym z sektą w robieniu całkiem poważnych interesów. Teleos, jedna z takich spółek, była konsultantem rafinerii w sprawie budowy przetwórni opon na mączkę gumową. Miała też umowę z kancelarią, której współudziałowcem był Andrzej Kalwas, obecny minister sprawiedliwości. Firmymiały wzajemnie polecać swoje usługi klientom. W rozmowie z "Rz" Kalwas potwierdził, że zna Małgorzatę Pawlisz, ale umowy nie pamiętał.

Istotnym źródłem dochodów sekty były kolejne państwowe instytucje i firmy, w których kierownicze stanowiska pełniła Małgorzata Pawlisz. Zatrudniała w nich członków sekty. - Kiedy kilka lat temu została szefową pracowniczego towarzystwa emerytalnego, od razu zatrudniła członków sekty. Nawet rzecznikiem prasowym był jeden z "uczniów" - mówi jeden z rozmówców "Rz". - Potem oddawali jej zarobione pieniądze.

Ludzie-komputery

Prawdziwym założycielem i guru sekty jest Romuald Danilewicz, w latach 80. znany działacz młodzieżowy związany z ruchem New Age. Kilka lat temu wycofał się z życia i mieszka w odosobnieniu. Według naszych informacji Danilewicz wyjechał z Polski i osiadł na stałe w Holandii.

- W 1984 - 1985 roku zajmował się jogą, a jego pierwsi uczniowie rekrutowali się spośród adeptów kursów karate - mówi Zdzisław Kot, poznański przedsiębiorca, który w tamtych latach zetknął się z Danilewiczem.

Najwierniejsi współpracownicy Danilewicza nazywani "nauczycielami" werbowali nowych członków wśród narkomanów, ale także na uczelniach. Właśnie w latach 80. zostało zwerbowanych wielu studentów, którzy dziś cieszą się wysoką pozycją zawodową. Są to często prawnicy, przedsiębiorcy.

W połowie lat 80. zwolennicy Danilewicza przedstawiali się jako Studencka Grupa Aktywności, twierdzili nawet, że są związani ze Zrzeszeniem Studentów Polskich. Przyjeżdżali m.in. na koncerty w Jarocinie. Wystąpili w kultowym filmie Piotra Łazarkiewicza "Fala", który opowiadał o fenomenie festiwalu. W filmie w imieniu grupy wypowiada się Małgorzata Pawlisz, która już wówczas zajmowała wysoką pozycję w hierarchii sekty.

W opublikowanym w 1987 artykule pt. "Ludzie-komputery" reporter tygodnika "Wprost" napisał: - "Grupa ma strukturę hierarchiczną: charyzmatyczny mistrz, za nim dwóch, trzech bardziej wtajemniczonych i dalej stopniowo do początkujących kadetów. Wszyscy w tym wojskowym zaszeregowaniu czują się dobrze i z autentyczną satysfakcją wykonują nawet najbardziej męczące i pracochłonne zalecenia. Szef nie bez dumy pokazuje swoją trzódkę i napawa się sukcesem. Grupa zrobi to, co on zechce. On ich zaprogramował, a oni realizują wytyczne: ludzie-komputery".

Zdaniem Zdzisława Kota, członkowie sekty całkowicie podporządkowywali się Danilewiczowi. - To trudne do wytłumaczenia. Danilewicz między innymi dzięki książkom opanował różne techniki manipulacji ludźmi, stosował nawet hipnozę - mówi Kot.

Podstawą ideologii sekty stały się prace żyjącego w ubiegłym wieku w Szwajcarii Josepha Antona Schneiderfrankena, który publikował pod pseudonimem Bo Yin Ra. Jedna z zasad sekty głosi, że drogą do osiągnięcia szczęścia na Ziemi są pieniądze. Danilewicz kazał się nazywać "Kundalinim", ogłosił supermesjaszem i oświadczył, że będzie dążył do przejęcia władzy nad światem. - Najważniejsze jest posłuszeństwo "nauczycielowi" - mówi Rafał, jeden z członków sekty, który ujawnił informacje na jej temat.

Sekta jak firma

Przełom lat 80. i 90. to szybki rozwój sekty. Prowadziła ona nie tylko intensywną rekrutację, ale starała się także o umocnienie pozycji finansowej. Jeszcze w czasach PRL żyła z pieniędzy, które przysyłali członkowie pracujący za granicą. - Po upadku komuny to przestało wystarczać. Wtedy sekta zaczęła przypominać przedsiębiorstwo. Członkowie dostali zadanie zakładania firm i hurtowni. Ta działalność miała być zapleczem finansowym grupy. Grupa działała w dwóch pionach: teoretycznym, który podlegał bezpośrednio przywódcy, czyli Danilewiczowi, i ekonomicznym, którym zarządzał jeden z jego najbliższych współpracowników - mówi jeden z rozmówców "Rz".

Trudno powiedzieć, ilu członków liczyła wówczas sekta, ponieważ były różne poziomy wtajemniczenia. Przywódcy zakładali stowarzyszenia promujące zdrowy styl życia, działali w organizacjach ekologicznych. W orbicie tych organizacji znalazło się co najmniej 3 tysiące osób. Nie wiadomo, ile z nich stało się również świadomymi członkami sekty, ponieważ rzeczywista ich liczba należy do pilnie strzeżonych tajemnic. Nasi rozmówcy mówią, że aktywnych uczniów Danilewicza była co najmniej setka. - Ale w grupie obowiązywała zasada, że każdy wie tylko tyle, ile zechcą mu powiedzieć "nauczyciele". Dlatego trudno powiedzieć, czy te dane obejmują wszystkich członków grupy - mówi Rafał, który do sekty trafił w 1989 roku.

Ludzie z lasu

Rafał zdecydował się rozstać z sektą, kiedy w narzuconym przez guru związku urodziła mu się córka. - Będę o nią walczył, chcę, żeby sąd przyznał mi pełne prawa rodzicielskie.

- W latach 80. Danilewicz był bardzo aktywny, było o nim głośno. Słyszałem o nim, bardzo mnie ciekawił - opowiada. - Zacząłem o niego pytać, wreszcie trafiłem na człowieka, który go znał i zabrał mnie na spotkanie.

Pojechał do siedziby sekty, która wtedy mieściła się w podkieleckim Tumlinie. Grupa zajmowała tam dom w lesie. Chociaż Tumlin od ok. 10 lat nie jest już siedzibą sekty, mieszkańcy podkieleckiej wioski do dziś pamiętają dziwacznych lokatorów leśnego domostwa.

- Mówiło się, że to byli jacyś artyści - wspomina mieszkanka Tumlina. - Ludzie się bali chodzić w tamte okolice. - Byłam tam na spacerze z dziećmi i nagle wyskoczyła grupa ludzi przebranych w jakieś długie szaty z dzidami. Dzieci bardzo się przestraszyły i więcej tam nie chodziliśmy.

W połowie lat 90. siedzibą sekty stał się dwór w Rudzienku pod Warszawą. Tutaj odbywały się kolejne spotkania członków grupy. - To były takie wielogodzinne spotkania, na których po kolei wszyscy zabierali głos. Była mowa o zbawieniu, o ideologii grupy - mówi Marek, zbuntowany członek sekty, który, jak twierdzi, odszedł z grupy.

Od kilku lat takie zjazdy są organizowane w willi w podwarszawskiej Kobyłce.

Grupa schodzi do podziemia

W latach 90, po upowszechnieniu wiedzy o groźnych sektach, grupa zeszła do głębokiej konspiracji i dosłownie zapadła się pod ziemię. Potwierdza to dr Kamil Kaczmarek, socjolog z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który przygotowuje książkę o działalności Danilewicza.

Mimo zejścia do podziemia, grupa utrzymała zwarty charakter. Z bezpośredniego kierowania jej działalnością wycofał się Danilewicz. Przywódczynią sekty została Małgorzata Pawlisz, pomaga jej troje "nauczycieli". - W ważniejszych sprawach kontaktuje się z Danilewiczem, który wciąż jest guru, ale na co dzień sama kieruje działalnością grupy - podkreśla Rafał.

Pranie mózgów

Członkowie sekty, do których udało nam się dotrzeć, opowiadają o skrajnym podporządkowaniu "nauczycielom", wręcz o niewolnictwie w sekcie. "Uczniowie" są praktycznie bezwolnymi narzędziami w rękach "nauczycieli". - Nie mogę nic zrobić bez pozwolenia. Jeśli mam jakąś sprawę, to muszę "zgłosić interes". Tak to nazywamy w języku sekty - opowiada Rafał. - Jeśli podejmuję pracę, musi na to wydać zgodę "nauczyciel". Zarobione pieniądze oddaję grupie.

Członek grupy, którego ogarniają wątpliwości i próbuje uciekać, jest poddawany praniu mózgu. Dokumenty, do których dotarła "Rz", opisują takie praktyki, eufemistycznie nazywane w sekcie "próbami". Elementem prania mózgu było także pisanie upokarzających dla członków sekty elaboratów, w których wyrzekali się intelektu i deklarowali ślepe posłuszeństwo "nauczycielowi".

"Po czterodniowej nieobecności, mojej nieobecności, odbyła się rozmowa między szefową a mną" - pisze jeden z członków grupy. - "Walka z intelektem jest trudna i długotrwała, tym cięższa, im dłużej w ciągu życia intelekt nie był ograniczany. Walkę tę wygrywa uczeń z pomocą nauczyciela. Niezbędna do zwycięstwa jest jednocześnie praca "nauczyciela" i zaangażowanie ucznia. Ucieczka jest efektem tego, że intelekt nie wytrzymuje nacisku rzeczywistości. (...) Kiedy się nie przeciwstawia woli i wiary intelektowi, to on przejmuje władzę i kieruje człowieka ku zagładzie. Ani sam nauczyciel bez współpracy ucznia, ani sam uczeń nie polegając na nauczycielu, nie są w stanie pokonać intelektu ucznia. (...) Nie należy ulegać intelektowi. Tworzyć ścisłą koalicję z nauczycielem przeciw intelektowi".

Trzeba by wyjaśnić rozumienie "intelektu" w grupie. Inaczej trudno pojąć, dlaczego wysyłano tyle ludzi na

Związki pod kontrolą

Przywódca sekty decyduje o związkach zawieranych przez jej członków. - W ramach grupy są wyznaczane pary. Decyduje o tym "Kundalini", a jego decyzje przekazuje członkom grupy Małgorzata Pawlisz - mówi Rafał. - Takie "rodziny" są bardzo ważne, bo sekta wiążeduże nadzieje z dziećmi, które rodzą się z tych związków.

Dzieci są wychowywane według ścisłych zaleceń "nauczycieli". Obowiązuje surowa dyscyplina. Kilkuletnie maluchy są poddawane praniu mózgu, zmuszane do ciągłego przepisywania haseł m.in. o nieomylności "nauczycieli". Nieposłuszeństwo jest traktowane jako przejaw braku wiary i w brutalny sposób karane. Przywódcy sekty wymyślili dla tego eufemistyczne określenie "ograniczanie". W jednym z e-maili wysłanych przez Marka, zbuntowanego członka sekty, znajduje się opis takiego rytuału. Z listu wynika, że polegał on na brutalnym pobiciu 3-4-letniej dziewczynki przez Małgorzatę Pawlisz. "Największą przyjemność przynosiło "Mistrzom" "ograniczanie" dzieci, im mniejszych, tym lepiej" - pisał zbuntowany członek sekty.

Nasi rozmówcy mówią, że wyrwanie się spod wpływu sekty jest praktycznie niemożliwe. Nawet osoby, które w przeszłości odeszły z sekty, potajemnie utrzymują kontakty z "nauczycielami". Tak było w przypadku jednego z informatorów "Rz". Po rozmowie, w której zapewniał o odejściu z sekty, ostrzegł jej przywódców, że interesują się nimi dziennikarze. Dzięki temu Małgorzata Pawlisz odwołała umówione spotkanie, a jej współpracownicy zaczęli palić dokumenty. - Sekta nie pozwala zerwać - mówi jeden z rozmówców "Rz".

BERTOLD KITTEL, JAROSŁAW JABRZYK

Więcej o działalności sekty w programie "Superwizjer" TVN w niedzielę o godz. 22.25

10.06.05 Nr 138

SPECJALNIE DLA "RZ"

Oddali wolność mistrzowi

Grupa powstała i rozwijała się w latach 80., kiedy dominował konflikt między Kościołem katolickim a PZPR. Grupa odwoływała się do rozmaitych tradycji ezoterycznych i wychowawczych. Czerpała z sufizmu, jogi, ale też z zachodniej ezoteryki i humanistyki, choć pewnie żadna z tych tradycji nie przyznałaby się do tego, czego ta grupa nauczała swych członków.

Grupa Kundaliniego skupiła początkowo wiele osób nieprzystosowanych do życia w ówczesnym, komunistycznym społeczeństwie, wyalienowanych, wycofujących się z niego ("zagubionych"), oraz idealistów szukających bardziej otwartych niż katolicyzm propozycji duchowych ("poszukujących"). Dla niektórych wspólnota stała się substytutem rodziny. Grupa ta jednak sama okazała się dla wielu czynnikiem uzależniającym. Po roku 1989 pojawiła się możliwość swobodnych przedsięwzięć ekonomicznych. Pieniądz prawie zawsze działa demoralizująco na wspólnoty o duchowych celach. Z drugiej strony, występujące co jakiś czas nagonki medialne wymierzone przeciw tzw. sektom zmusiły tę grupę do głębszego zakonspirowania swej działalności. To środowisko, jak wiele innych, wybrało strategię konspiracji. Warto pamiętać, że tajemnica nie zawsze chroni to, co złe, choć to, co złe, zawsze zasłania się tajemnicą.

Osoba zagubiona w zamian za pomoc w rozwiązywaniu problemów oddawała swemu mistrzowi stopniowo sporo własnej wolności, co powiększało jego władzę. Nie wszyscy, którym taką władzę przekazano, okazali się odporni na jej demoralizujący wpływ.

Kamil Kaczmarek

Kamil Kaczmarek jest socjologiem z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009