Prasa o Kundalinim

Najwyższy czas!


Najwyższy Czas!

2005-06-18

Kundalinizm

Stanisław Michalkiewicz

W "Karierze Nikodema Dyzmy" Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, którego najwyraźniej wspierały proroctwa, występuje m.in. niejaki Terkowski, antypatyczny członek biurokratycznej sitwy, którego Dyzma w pierwszy wieczór swojej kariery odruchowo zrugał za wytrącenie talerzyka z jedzeniem. Odtąd Terkowski w warszawskim mondzie uchodzi za wroga Dyzmy, a z czasem staje się nim rzeczywiście. Wkrótce trafia na rejenta Windera, który znał Dyzmę jeszcze z Łyskowa i nawet zaprosił go do Warszawy. Krótko mówiąc - dekonspiracja i katastrofa murowana. Zdesperowany Dyzma o swoich kłopotach z Terkowskim napomknął pani Stelli z Zakonu Gwiazdy Trzypromiennej, w którym piastował przechodnią godność Wielkiego Trzynastego, wyrażając życzenie, żeby jego nieprzyjaciel znalazł się w Afryce. Ku swojemu zdumieniu nazajutrz dowiedział się, że Terkowski został nagle przeniesiony do Pekinu na nowo utworzoną placówkę.

Do Pekinu, znaczy się - do Azji, skąd już tylko krok do Pacyfiku. Czyż nie takie właśnie skojarzenie naprowadziło dziennikarzy śledczych z "Rzeczpospolitej" i TVN na trop Stowarzyszenia Polska Rada Azji i Pacyfiku, którego sekretarzem generalnym jest pani Małgorzata Pawlisz, kiedyś, w wesołych latach 90. wiceprezeska PZU, potem w Banku Handlowym, wreszcie prezeska towarzystwa emerytalnego Diament, no a poza tym jako sygnatariuszka-założycielka BCC występująca w charakterze prezeski ZG Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Społecznego, w innym wcieleniu - prezeska Rady Centrum Doradztwa Strategicznego Teleos sp. z o.o. i organizatorka "prestiżowych konferencji" omawiających "dialog między cywilizacjami"? Zdaniem dziennikarzy śledczych, wszystko to jednak jest tylko przykrywką, bo tak naprawdę to pani dr Małgorzata Pawlisz jest przywódczynią działającej od 20 lat sekty założonej przez niejakiego pana Danilewicza, piastującego w niej godność "kundaliniego", który m.in. posługiwał się "hipnozą". Religia sekty jest dość uproszczona; drogą do osiągnięcia szczęścia na ziemi są pieniądze. Jeśli wierzyć dziennikarzom śledczym, sekta jest już bliska szczęścia, bo "jej przywódcy" zgromadzili już ponoć "pokaźny majątek". W każdym razie do pieniędzy mają przedziwny tropizm, bo np. w tylko 2003 roku na przeprowadzenie dialogu między cywilizacjami udało im się ponoć wyciągnąć z Ministerstwa Gospodarki - bagatela - 80 tys. zł. Za takie pieniądze mógłbym podjąć się dialogu nawet z cywilizacjami pozaziemskimi, zwłaszcza mając u boku takich tęgich znawców dialogu w ogóle, a międzycywilizacyjnego w szczególności, jak doradca Leszka Millera do spraw obcych cywilizacji Tadeusz Iwiński, no i Janusz Onyszkiewicz. Rzuca to pewne światło na praktykowaną w sekcie specyficzną obrzędowość. Oto adepci muszą ciągle przepisywać hasła o nieomylności swoich nauczycieli. Teraz już lepiej wiemy, skąd na początku lat 90. brały się opinie, że wobec planu Balcerowicza "nie ma alternatywy", a Unia Wolności jest "partią ludzi rozumnych". Najwyraźniej do sekty musi należeć większość dziennikarzy "Gazety Wyborczej", bo już 16 rok nic tylko przepisują te hasła i przepisują.

Rewelacje dziennikarzy śledczych spotkały się oczywiście z natychmiastowym odporem. Pani Pawlisz z oburzeniem odrzuciła "fałszywe insynuacje". I słuszna jej racja, bo "insynuacje" do tego jeszcze "fałszywe", to już stanowczo za wiele. Czyż nie wystarczą insynuacje prawdziwe? Z kolei Janusz Onyszkiewicz "stanowczo" sprzeciwił się "manipulacji" gazety i TVN. Żeby nie było najmniejszej wątpliwości, że to wszystko nieprawda, również Józef Oleksy pospieszył z deklaracją, że pani Małgorzaty Pawlisz "nie zna", no a skoro "nie zna", to i "nie pamięta", czy kiedyś się z nią spotkał. Te wyznania "Rzepa" drukuje na tle fotografii Józefa Oleksego z panią Pawlisz. Ale skoro wolno pani prezydentowej "nie znać" ani lobbysty Marka Dochnala, ani "biznesmena" Aleksandra Żagla, to czemu Józef Oleksy musiałby znać panią Pawlisz? Przecież jesteśmy państwem prawa, gdzie równość wobec prawa przysługuje przecież nie tylko gejom.

Rewelacje dziennikarzy śledczych są oczywiście niezwykle interesujące już choćby przez swoje podobieństwo do intrygi z "Kariery Nikodema Dyzmy". Małgorzata Pawlisz jako pani Stella z Zakonu Gwiazdy Trzypromienej, Janusz Onyszkiewicz jako Wielki Trzynasty (?!) i tak dalej, i tak dalej. Z pewnością oficerowie razwiedki z nudów ("nudów każdemu durniowi będziesz rad") czytywali Dołęgę-Mostowicza, więc kiedy przyszedł prikaz z rajkoma ("priszoł prikaz z rajkoma: rasstrielat` wsiech pa domach..."), żeby zintesyfikować kurację przeczyszczającą, postanowili trochę się rozerwać wprowadzeniem wątków ezoterycznych i demonicznych. Tymczasem pani Pawlisz i jej "sekta" jest najprawdopodobniej jednym z ramion finansowej ośmiornicy powołanej do istnienia u progu transformacji ustrojowej przez razwiedkę ("przywołał brata brat i bratu brat powiedział: by zaprowadzić ład, w finansach będziesz siedział"). Wynajęła sobie ona prof. Balcerowicza w charakterze karbowego i przy pomocy agentów w środowiskach opiniotwórczych sprawia, że ugina się przed nim każde kolano: niebieskie, ziemskie i piekielne, również pani red. Moniki Olejnik, która w konfrontacji z Leszkiem Balcerowiczem robi się cicha i pokornego serca. Nic dziwnego; tu chodzi o pieniądze, które - zgodnie z doktryną sekty pani Pawlisz - są przecież drogą osiągnięcia szczęścia na ziemi.

Ale "sekta" pani Pawlisz to zapewne tylko takie igraszki szczęśliwie przewerbowanych oficerów razwiedki, najwyraźniej nawet nieco znudzonych kuracją przeczyszczającą. Ciekawszą operacją jest likwidowanie mitu wallenrodyczno-patriotycznego, który generał Jaruzelski pracowicie pucował sobie co najmniej od 1970 roku. Tymczasem red. Sekielski z TVN wpadł kiedyś przypadkowo do Instytutu Pamięci Narodowej i jak po sznurku natrafił na zapomniany papier, na którym pisało, że Wojciech Jaruzelski to nie żaden Wallenrod, tylko tajny współpracownik Informacji Wojskowej ps. Wolski, którego naczalstwo już w 1946 r. typuje na "rezydenta", najpierw pewnie w jakimści garnizonie, ale z czasem - w całym Priwislińskim Kraju. Wszystko stało się przypadkowo, bo czy red. Sekielskiemu ktoś kazał szukać kwitów na generała? Któż ośmieliłby się kazać, skoro jeszcze na początku transformacji ustrojowej Adam Michnik kazał "odpieprzyć się od generała" i innych człowieków honoru? Nikt niczego nikomu nie kazał. To, co widzimy, to pełny spontan, który profesjonalizmowi razwiedki przynosi zaszczyt. I co teraz powie Historia, kiedy nie ma już Wallenroda, tylko polacziszka jeszcze i teraz merdający ogonem przed Putinem? Kto teraz wystawi certyfikat moralności Lechowi Wałęsie? Może ojciec Hejmo?

ORYGINAŁ:
ncz!

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009