Herbert Spencer

ROZDZIAŁ I

UWAGI WSTĘPNE

§ 434. Myślenie i czucie nie mogą być całkowicie od siebie oddzielone, wszelkie wzruszenie przedstawia też mniej lub więcej wyraźną osnowę wyobrażeń, wszelka zaś grupa wyobrażeń mniej albo więcej przeniknięta jest jakimś wzruszeniem (emocją). Istnieją, wszakże wielkie różnice co do stopnia zespalania się ich w obu owych postaciach (myślenia i czucia). Miewamy pewne czucia, będące dość niewyraźnymi dla braku określoności intelektualnej, inne zaś, którym się nadaje kształty jasne przez kojarzenie z niemi pewnych koncepcyj, Niekiedy myśli nasze rozprzęgają się pod wpływem przebiegającej przez nie namiętności; czasem znów trudno wykryć w nich jakikolwiek ślad upodobania lub odrazy. Nadto oczywistym jest, że w każdym wypadku poszczególnym może się zmieniać ilościowy stosunek tych składników stanu duchowego. Obok takich samych wyobrażeń (idei) spostrzegamy związane z niemi wzruszenia większe albo mniejsze; pospolicie też znaną jest prawda, że poprawność naszego sądu zależy, jeżeli nie od nieobecności wzruszeń, to przynajmniej od owej ich równowagi, uniemożliwiającej nadmiar któregokolwiek bądź jednego.

Stosuje się to szczególniej do spraw, dotyczących życia ludzkiego. Dwojakim sposobem zapatrywać się można na działania ludzi tak osobiste, jak i społeczne. Możemy je rozważać jako grupy zjawisk, podpadających rozbiorowi, i wówczas poznawać prawa ich zależności; albo też, uważając je za przyczynę przyjemności lub przykrości, możemy kojarzyć z niemi naszą pochwałę lub naganę. Roztrząsając rozumowo zagadnienia, dotyczące postępowania ludzkiego, możemy zawsze zapatrywać się na to postępowanie, jako na wynik pewnych sił; albo też, roztrząsając zagadnienia owe ze stanowiska moralności i uznając skutki postępowania w jednym wypadku za dobre, w innym za złe, możemy do świadomości naszej dopuszczać uczucia już podziwu, już oburzenia. Oczywistym jest, że wielka musi być różnica w naszych wywodach — odpowiednio do tego, czy, jak w wypadku jednym, badamy dzieła ludzkie jako czyny istot nam obcych, których poznanie jedynie nas obchodzi, czy też, jak w drugim wypadku, spoglądamy na postępki te jako na dzieła istot, podobnych do nas, z których życiem związane jest nasze, a których zachowanie się budzi w nas bezpośrednio i przez oddźwięk sympatyczny czucia miłości lub nienawiści.

W pracy przygotowawczej, Wstęp do Socjologii {The Study of Sociology), opisałem rozmaite przykłady spaczenia sądów ludzkich za sprawą wzruszeń. Przytoczono tam wypadki, wskazujące, jak obawa oraz nadzieja zdradzają się w fałszywych ocenach; jak niecierpliwość popycha do potępień niesłusznych; jak w jednym wypadku antypatia, w innym zaś sympatia podkopuje wierzenia.

Liczne przykłady świadczą tam na korzyść tej prawdy, że brak wychowania lub brak patriotyzmu paczą przekonania ludzi. na koniec zaznaczono tam, że bardziej szczególne postacie nałogów, nałogi klasowe, polityczne, teologiczne — dają początek uprzedzeniom na korzyść takiego lub innego poglądu na sprawy publiczne.

Tutaj pozwolę sobie położyć nacisk na ten mój wywód, że w badaniach naszych socjologicznych, szczególnie zaś w takich, jakie rozpoczynamy obecnie, musimy, o ile możności, wykluczać wszelkie wzruszenie, jakie budzić w nas mogą badane fakty, oraz obstawać li tylko przy samem ich tłumaczeniu Istnieje kilka grup zjawisk, przy roztrząsaniu których łatwo może w nas zjawić się bądź pogarda, bądź niesmak, bądź też oburzenie, ale uczucia te należy powściągać.

§ 435. Zamiast pomijania przesądów ludzi pierwotnych, jako rzeczy nic nieznaczącej, albo też zamiast spoglądania na nie jako na szkodliwe jedynie, powinniśmy zbadać, jakim był ich udział w ewolucji społecznej. Kiedy zaś tego zajdzie potrzeba, musimy z całą gotowością uznać ich pożyteczność. Widzieliśmy już, że wierzenie, popychające dzikiego do grzebania rzeczy wartościowych wraz z ciałami zmarłych, oraz do składania żywności na grobie, ma swój początek przyrodzony; że zjednywanie roślin i zwierząt oraz „kult patyków i kamieni” nie są niepotrzebnymi niedorzecznościami, na koniec, że ofiary z niewolników składane bywają na pogrzebach w myśl pewnej idei, która wydaje się całkiem słuszną inteligencji niewykształconej. Obecnie rozważyć musimy, jak teoria upiorów oddziaływała pod względem politycznym, jeśli zaś znajdziemy powód do wnioskowania, iż była ona niezbędnym sprzymierzeńcem politycznego postępu, to powinniśmy być gotowi na przyjęcie takiego wniosku.

Znajomość nędz wszelakich, będących w ciągu niezliczonych wieków następstwem wrogich zatargów pomiędzy społecznościami, nie powinna powstrzymywać nas od uznania niezmiernie ważnej roli, jaką zatargi owe odgrywały w dziejach cywilizacji. Czując z konieczności odrazę do ludożerstwa, które za dni dawnych okazywało się na całym świecie jako następstwo wojen, wzdrygając się niekiedy na myśl o owym mordowaniu więźniów, jakie dziesiątki razy następowało po bitwach plemion dzikich, czytając z przerażeniem o piramidach z czaszek oraz o stosach bielejących kości ludów, wymordowanych przez barbarzyńskich najeźdźców, nienawidząc z całą słusznością ducha wojowniczego, który nawet dzisiaj, wśród nas samych, popycha do niskich łotrostw oraz grubiańskich napadów, nie powinniśmy pozwalać naszym uczuciom, aby zakrywały przed nami dowody tego, iż zatargi międzyspołeczne sprzyjały rozwojowi społecznej budowy.

Co większa, odraza do rządów pewnego rodzaju nie powinna przeszkadzać nam w dostrzeganiu tego, iż są one odpowiednimi w pewnych okolicznościach. Jakkolwiek, odrzucając pospolite wyobrażenie sławy, oraz nie łącząc się z żołnierzami i żakami szkolnymi w stosowaniu epitetu „wielki” do zwycięskich despotów, mamy obrzydzenie dla despotyzmu — jakkolwiek ofiary despotów z ich własnych oraz z obcych ludów w pogoni za władztwem wszechświatowym uważamy za olbrzymie zbrodnie, to jednak musimy uznać również korzyści, jakie niekiedy bywają następstwem dokonywanej przez nich konsolidacji. Ani rzezie poddanych, nakazywane przez cesarzów rzymskich, ani mordowanie krewnych, pospolite w pośród władców wschodu, ani ubożenie całych narodów przez chciwość tyrana, nie powinny buntować nas do takiego stopnia; iżby miały nam nie pozwolić na właściwą ocenę korzyści, jakie w pewnych warunkach wypływały z nieograniczoności władzy jednostki najwyższej. Dalej, wspomnienie narzędzi tortur, oraz ofiar, układanych stosami, nie powinny zakrywać przed umysłem naszym dowodów tego, że korna podległość słabych względem silniejszych, w jakikolwiek sposób wymuszana, w wypadkach i w miejscowościach niektórych bywała niezbędną.

Tak samo też ma się rzecz z innym pokrewnym zjawiskiem — posiadania człowieka przez człowieka. Należy powstrzymać się z bezwzględnym potępieniem niewolnictwa nawet wówczas, gdy uznamy podanie, powtórzone przez Herodota, że nad wzniesieniem wielkiej piramidy setki tysięcy niewolników pracowały przez lat dwadzieścia, lub nawet, gdy się przekonamy o prawdzie tego, że z pomiędzy chłopów pańszczyźnianych, spędzanych do budowania Petersburga, trzysta tysięcy zginęło. Jakkolwiek wiemy, że niezapamiętane przez nikogo cierpienia mężczyzn i kobiet, trzymanych w niewolnictwie, przekraczają wszelką wyobraźnię, to jednak musimy być gotowi na przyjęcie dowodów, mogących świadczyć na korzyść owych urządzeń.

Słowem, wiarogodne tłumaczenie urządzeń społecznych każe domyślać się umysłu prawie beznamiętnego. Jakkolwiek nie można i nie należy wykluczać uczucia wtedy, gdy spoglądamy na nie z innej strony, to jednak potrzeba je wykluczyć wówczas, gdy przyglądamy się im jako zjawiskom przyrodzonym, których przyczyny i skutki mamy wyrozumieć.

§ 436. Do zachowania takiej postawy duchowej dopomoże nam wzgląd na tę prawdę, że w postępkach ludzkich rzecz bezwzględnie zła może być względnym złem.

Jakkolwiek oklepanym już stało się twierdzenie, że instytucje, sprzyjające pomyślności jednej rasy (plemienia), nie odpowiadają wymaganiom innej, to jednak uznanie tej prawdy nie jest jeszcze bynajmniej zadowalającym Ludzie, którzy utracili wiarę w „konstytucje papierowe”, niemniej wszakże bronią takiego postępowania w odniesieniu do ras niższych, jakie domyślać się każe przeświadczenia, że cywilizowane formy społeczne można z pożytkiem narzucać ludom niecywilizowanym, oraz że ludy owe doznają dobroczynnych skutków mniej więcej takich urządzeń domowych, przemysłowych lub politycznych, jakie dobroczynnymi są dla nas. Ale uznanie prawdy, że dany typ społeczeństwa określa się przyrodą jego jednostek, uznanie to zmusza nas do wywodu, że ustrój wewnętrznie właściwy plemionom najniższym, może jednak być właśnie najlepszym w warunkach życia pierwotnego.

Przedstawiając rzecz naszą inaczej, powiedzieć można, iż nie powinniśmy naszego rozwiniętego kodeksu postępowania, uwzględniającego głównie stosunki osobiste, stawiać na miejscu nierozwiniętego jeszcze kodeksu postępowania, który dotyczy głównie stosunków publicznych. Dziś, kiedy życie upływa nam pospolicie na pokojowym obcowaniu z współobywatelami, nasze wyobrażenia etyczne dotyczą głównie stosunków pomiędzy jednostkami, ale w okresach dawniejszych, kiedy życie zbiegało głównie na zatargach ze społecznościami przyległymi, istniejące wówczas wyobrażenia etyczne wyłącznie prawie dotyczyły działań międzyspołecznych: o czynach ludzi sądzono podług bezpośredniego ich związku z pomyślnością plemienia. Skoro zaś zachowanie społeczeństwa poprzedza sprawę zachowania jednostek, jako jeden z warunków ich istnienia, tedy w rozważaniu zjawisk społecznych musimy dobre i złe rozumieć raczej w ich znaczeniu dawniejszym, nie zaś późniejszym; w ten więc sposób musimy zapatrywać się jako na rzecz względnie dobrą — na wszystko to, co sprzyja ostawaniu się społeczności, a to bez względu nawet na możliwą wielkość cierpień, ponoszonych przez jednostki.

§ 437. Zanim należycie wytłumaczymy sobie ewolucję polityczną (państwową), potrzeba tu znacznie rozszerzyć inną jeszcze z pomiędzy naszych koncepcji codziennych. Wyrazom „cywilizowany” i „dziki” potrzeba będzie nadać znaczenie znacznie odmienne od tego, jakie się im pospolicie nadaje. Bliższe poznanie sprawy zmusza nas do głębokich zastrzeżeń w sprawie owego dalekiego przeciwieństwa, jakie się zaznacza zazwyczaj na całkowitą korzyść ludzi, tworzących wielkie narody, oraz na niekorzyść tych, którzy stanowią grupy proste. Wśród ludów nieokrzesanych znaleźć można charaktery, dorównywające charakterom najlepszych jednostek z pomiędzy ludzi kulturalnych. Obok małej wiedzy i zaczątkowej jedynie sztuki, spostrzegamy tam nieraz cnoty, mogące wśród nas samych zawstydzić tych, co posiadają najwyższe wykształcenie i ogładę.

Pozostałe przy życiu szczątki pewnych pierwotnych plemion Hinduskich odznaczają się przyrodą, w której rzetelność zdaje się być cechą organiczną. Pod tym względem przewyższają oni o wiele nie tylko sąsiednich hindusów, wyżej rozwiniętych umysłowo i posiadających kulturę względnie wyższą, ale celują też przed europejczykami. O niektórych z tych ludów górskich zauważono, iż twierdzenia ich przyjmować można zawsze z zupełną ufnością, czego nie można chyba powiedzieć o przemysłowcach, posługujących się fałszywymi etykietkami, oraz o dyplomatach, świadomie w błąd wprowadzających. Z pomiędzy plemion, odznaczających się tym rysem, wyróżnić można Santalów, o których Hunter powiada: „była to gromadka ludzi najbardziej rzetelnych, jakich kiedykolwiek spotkałem”, albo jeszcze Sowrahów, o których czytamy u Shortt'a: „przyjemnym rysem w ich charakterze jest zupełna rzetelność; nie umieją oni kłamać”. Todowie, pomimo swych stosunków płciowych pierwotnego a niskiego typu, występują w opisach jako ludzie, uważający „fałsz za jeden z najgorszych występków”. Jakkolwiek Matz powiada, iż praktykują oni udawanie względem europejczyków, to jednak uznaje, iż jest to skutek obcowania ich z europejczykami; sąd zaś taki zgadza się z wyrokiem pewnego prywatnego sługi Indyjskiego, dotyczącym innych plemion górskich, które początkowo odróżniały się swa. rzetelnością, lecz w obcowaniu z białymi traciły coraz bardziej tę cechę. Kłamstwo jest tak dalece rzadkim wśród owych plemion pierwotnych, gdy ich nie znieprawiają cywilizowani, że z pomiędzy mieszkańców Bengalu, Hunter wyszczególnia Tipperahów, jako „jedyne plemię górskie, wśród którego spotykamy się z tym występkiem. „

Podobnie też w sprawie uczciwości niektóre z owych ludów, uważanych za niższe, dają naukę tym, które zaliczamy do wyższych. O wzmiankowanych przed chwilą Todach, jakkolwiek ciemnymi i upośledzonymi są oni pod niektórymi względami, Harkness powiada: „nigdy nie widziałem ludu cywilizowanego lub nieucywilizowanego, który by się odznaczał bardziej religijnym poszanowaniem praw meum i tuum”. Mari'owie ( Gondowie ) „wspólnie z wieloma innymi plemionami dzikich odznaczają się szczególnie cechą rzetelności i uczciwości”. Pośród Khondów „wyparcie się długu jest pogwałceniem tej oto zasady, uważanym za wysoce grzeszne: niech człowiek, powiadają oni, odda wszystko, co ma, swym wierzycielom”. Santal woli „nie mieć do czynienia z obcymi; lecz kiedy ci sami rozpoczną z nim sprawę ( handlową ), postępuje on z nimi równie rzetelnie, jak byłby to uczynił ze swoimi”: „od razu wymienia cenę prawdziwą”. Lepchowie „są zadziwiająco uczciwi, złodziejstwo jest u nich prawie nieznanym”. Bodowie zaś i Dhimalowie są uczciwi i rzetelni w czynach i słowach. Pułkownik Dixon rozwodzi się nad wiernością, rzetelnością i uczciwością tubylców Karnackich, którzy okazują „niezmiernie i prawie wzruszające poświęcenie, gdy się odwołamy do ich honoru”. na koniec Hunter twierdzi o Chakmach, że „zbrodnia jest rzadkością wśród tego ludu pierwotnego... złodziejstwo jest prawie nieznanym”.

Tak samo też ma się rzecz z ogólnymi cnotami tych oraz wielu innych plemion niecywilizowanych. Santal „posiada szczęśliwe usposobienie”, jest „towarzyski aż do zapomnienia się”; jakkolwiek zaś „obie płcie bardzo poszukują swego towarzystwa”, to jednak kobiety są tam „niezmiernie skromne”. Bodowie i Dhimalowie są „pełni przymiotów przyjacielskich”. „Hożego, uprzejmego i cierpliwego” Lepchę, dr. Hooker opisuje jako najbardziej „pociągającego towarzysza”, zaś dr. Campbell daje „przykład bardzo silnego poczucia obowiązku w tym dzikim”. W podobny też sposób, na podstawie opowiadań o pewnych społecznościach Malajo-polinezyjskich oraz Papuaskich, można przytoczyć przykłady wielu rysów, jakie kojarzymy zazwyczaj li tylko z taką przyrodą ludzką, która jest już wytworem długotrwałego wpływu życia cywilizowanego oraz nauk jakiejś wyższej religii. jednym z najpóźniejszych w tej mierze świadectw są słowa signora D'Albertis'a, który opisuje pewne zwiedzone przez siebie ludy Nowej Gwinei ( w pobliżu wyspy Yule ), jako odznaczające się surową uczciwością, „bardzo przyjacielskie”, „dobre i pokojowe”, gdzie po ukończeniu zatargów pomiędzy wioskami wszyscy „są ze sobą tak przyjaźni jak przedtem, nie żywiąc żadnej urazy”, lecz o których wile. W. G. Kawes, komentując doniesienie signora D'Albertis'a wobec Zarządu Kolonialnego, powiada, że życzliwość ich względem białych zanika pod wpływem złego z nimi obchodzenia się tych przybyszów: jest to historia zwykła.

Przeciwnie, w rozmaitych częściach świata ludzie rozmaitych typów składają dowody, że społeczeństwa, względnie posunięte w organizacji i kulturze, mogą jednak nieludzkimi być w wyobrażeniach, swych, uczuciach i zwyczajach. Fidżijanie, których dr. Pickering zalicza do najbardziej inteligentnych pośród ludów niepiśmiennych, należą również do najokrutniejszych. Głęboka i mściwa złośliwość silnie cechuje charakter Fidżijanina. Kłamstwo, oszustwo, kradzież i morderstwo nie są wśród nich występkiem, ale zaszczytem; dzieciobójstwo dosięga rozmiarów olbrzymich; duszenie chorych jest rzeczą zwykłą; niekiedy zaś krają oni żywą jeszcze ofiarę ludzką, którą zjeść mają. Pomimo to wszakże posiadają „zawiły i skrzętnie kierowany system państwowy”, dobrze zorganizowane siły wojenne, kunsztowne fortyfikacje, rozwinięte rolnictwo z kolejno idącymi po sobie zasiewami i nawodnieniem, ze znacznym podziałem pracy, z odrębnymi urządzeniami rozdzielczymi oraz z zaczątkiem pieniędzy, tudzież z przemysłem, który pozwala im budować łodzie, unoszące po 300 ludzi. Weźmy znowu społeczność afrykańską, Dahomejczyków. Znajdujemy tam wykończony system klas, których liczba dochodzi do sześciu; złożone instytucje rządowe z parzystą zawsze liczbą urzędników; wojsko, dzielące się na bataliony, mające swe rewije i manewry; więzienia, policję i prawa przeciwko zbytkom, rolnictwo, posługujące się nawozem i pielęgnujące mnóstwo rodzajów roślin, warowne grody, mosty, oraz drogi z rogatkami, a jednak obok tych objawów względnie wysokiego społecznego rozwoju spostrzegamy tam coś, co można nazwać zorganizowaną zbrodniczością. Prowadzi się tu wojny dla zdobycia czaszek ku przyozdobieniu królewskiego pałacu; gdy król umiera, zabija się setki poddanych, wielką zaś ich liczbę morduje się rokrocznie dla przesłania wieści do świata pozagrobowego. Opisywani jako okrutni i krwiożerczy, łgarze i oszuści, ludzie owi „pozbawieni są sympatii albo wdzięczności nawet względem własnych rodzin”, tak, że „nie masz bodaj pozorów przywiązania pomiędzy mężem a żoną, albo rodzicami i dziećmi”.

Nadto, Świat Nowy w czasie odkrycia go dostarczył też podobnego dowodu. Meksykańczycy, posiadający wielkie miasta o 120000 domów, mieli również bogów ludożerczych, których bałwany karmiono świeżym, dymiącym się jeszcze mięsem ludzkim, jakie wkładano im do ust, przy czym przedsiębrano od czasu do czasu wojny umyślnie w celu dostarczenia ofiar tym bogom; tak więc, obok sztuki budowania rozległych i trwałych świątyń, odbywało się w samym tylko Meksyku oraz miastach przyległych co roku mordowanie 2500 ludzi, w całym zaś kraju zabijano ich daleko większą liczbę. Podobnie też w ludnych państwach Ameryki środkowej, o tyle już ucywilizowanych, iż miały rozwinięty własny swój system liczbowy, regularny kalendarz, książki, mapy i t. d., składano obfite ofiary z jeńców, niewolników, dzieci, których serca, bijące jeszcze, wyrywano, składając na ołtarzach, lub które w innych wypadkach żywcem obdzierano ze skóry, tą zaś kapłani posługiwali się później jako strojem tanecznym.

Nie potrzebujemy też szukać w krajach odległych lub wśród obcych plemion dowodu na to, że niekoniecznie istnieć ma jakaś spójnia pomiędzy społecznymi typami, zaliczanymi do cywilizowanych, oraz uczuciami wyższymi, jakie zazwyczaj kojarzymy z cywilizacją Najbardziej krwiożercze z plemion dzikich nie przewyższają okrucieństwem swym owego pastwienia się nad jeńcami, jakie odsłaniają nam rzeźby asyryjskie, zaś Ramzes II, który się rozkoszował tym, że go po całym Egipcie przedstawiano na ścianach świątyń jako trzymającego za włosy z tuzin jeńców i ścinającego im wszystkim głowy jednym cięciem, wymordował w ciągu swych podbojów więcej istot ludzkich, niż 1000 razem wziętych wodzów plemion dzikich. Męczarnie, jakie czerwonoskórzy Indianie zadają swym wrogom, nie większe są od tych, jakie zadawano niegdyś złoczyńcom przez krzyżowanie ich albo też ludziom, podejrzanym o rokosz, przez zaszywanie ich w brzuchach zabitych zwierząt, albo odszczepieńcom przez smarowanie materiałami, palnymi i podpalanie. Damarczycy, opisywani jako ludzie bez serca, z powodu, iż śmieli się, widząc, jak kogoś z pośród nich mordował zwierz dziki, nie są gorsi od Rzymian, którzy znajdowali przyjemność w przyglądaniu się masowym morderstwom na swych arenach. Jeżeli liczba ludzi, zabitych przez hordy Atylli, nie dorównywała liczbie tych, jakich wojska rzymskie pomordowały w czasie podboju Selucyi albo liczbie żydów, zamordowanych pod Hadrianem, to stało się to po prostu dzięki brakowi sposobności. Okrucieństwa Nerona, Graliena oraz innych dorównywają, okrucieństwom Czyngis-chana i Timura; kiedy zaś czytamy o Karakalli, że po wymordowaniu 20000 przyjaciół jego zamordowanego brata, żołnierze jego zmusili senat do umieszczenia go w liczbie bogów, to przekonywamy się, że w narodzie rzymskim istniało toż okrucieństwo nie mniejsze od tego, które każe ubóstwiać najbardziej krwiożerczych wodzów wśród plemion najdzikszych. Chrystianizm również nie na wiele przydał się tutaj. W całej Europie średniowiecznej zatargi polityczne oraz religijne odszczepieństwa sprowadzały na głowę ludzi męczarnie kunsztownie obmyślane, dorównywające lub przewyższające nawet okrucieństwa najbardziej brutalnych barbarzyńców.

Jakkolwiek rażącym wydać się nam to może, należy jednak uznać za prawdę, że wzrost uczuć ludzkości nie odbywa się pari passu z cywilizacją; lecz że, przeciwnie, wcześniejsze stadia cywilizacji, zniewalają, do pewnej względnej nieludzkości. Z pośród plemion ludzi pierwotnych najbardziej brutalnym raczej, nie zaś najbardziej łagodnym udaje się dokonywać owych podbojów, których wynikiem jest najwcześniejsza konsolidacja społeczna; w ciągu zaś okresów późniejszych niekrępujące się niczym napaści z zewnątrz, oraz przymus okrutny wewnątrz społeczeństw towarzyszą zazwyczaj rozwojowi politycznemu. Ludźmi, z których potworzyły się społeczności najlepiej uorganizowane, byli początkowo, a i później jeszcze przez czas długi, nie inni, jak tylko silni i bardziej przebiegli dzicy; na koniec, nawet dzisiaj, uwalniając się od wpływów, które powierzchownie zmieniają ich postępowanie, przekonywają nas oni, iż nie o wiele są lepsi. Jeżeli z jednej strony spojrzymy na Weddahów Leśnych, opisywanych jako „przysłowiowo rzetelni i uczciwi”, „uprzejmi i czuli”, „posłuszni najlżejszemu wyrazowi życzenia i bardzo wdzięczni za względy lub pomoc”, a o których Pridham robi uwagę: „co za lekcję wdzięczności i delikatności mogliby dać nawet Weddahowie!”, jeżeli z drugiej strony przypatrzymy się naszym własnym aktom międzynarodowego zbójectwa, którym towarzyszyło wymordowanie tysięcy ludzi, nierobiących nam nic złego, a, nadto, wiarołomne zdradzanie ufności i zabijanie z krwią zimną jeńców — to musimy przypuścić, że pomiędzy typami ludzkości, zaliczanymi do niecywilizowanych oraz cywilizowanych, niekoniecznie mają istnieć różnice takie, jak się pospolicie przypuszcza. Jakikolwiek zachodzi stosunek pomiędzy przyrodą moralności oraz typem społecznym, stosunek ten nie jest takim, iżby kazał domyślać się, że człowiek społeczny pod wszelkimi względami wyższym jest emocjonalnie od człowieka niespołecznego (1).

§ 438. „W jaki sposób wywód ten da się pogodzić z pojęciem postępu?” — zapyta większość czytelników: „w jaki sposób można usprawiedliwić cywilizację , skoro, jak tego domyślać się tu wolno, niektóre z najwyższych przymiotów ludzkich objawiają się w stopniu większym wśród ludzi dzikich, rozproszonych parami po lasach, aniżeli wśród członków dużego dobrze zorganizowanego narodu, posiadającego przedziwnie rozwinięte sztuki, rozległą i głęboką wiedzę oraz liczne środki, zapewniające dobrobyt?” Najlepszą odpowiedź na to pytanie znajdziemy w pewnej analogii.

W całym świecie istot ożywionych walka o byt była niezbędnym środkiem rozwoju. Spostrzegamy, iż nie tylko w zapasach jednostek tego samego rodzaju pozostanie przy życiu najzdatniejszych od początku sprzyjało rozwojowi typów wyższych, ale widzimy nadto, że zarówno wzrost, jak i organizację zawdzięczać należy głównie nieustannej walce gatunków. Bez powszechnego ścierania się nie rozwijałyby się wcale władze czynne. Narządy postrzegania i miejscozmienności rozwinęły się powoli pod wpływem wzajemnego na siebie oddziaływania ściganych i ścigających. Lepiej rozwinięte kończyny i zmysły skuteczniej zaopatrywały w żywność wnętrzności, te zaś, doskonaląc przez to swą budowę, zapewniały obfitszy dowóz krwi utlenionej kończynom i narządom zmysłów; jednocześnie w każdym z owych okresów powoływanym bywał do życia coraz to wyższy układ nerwowy w celu koordynowania działań owych bardziej zawiłych narządów. Wśród zwierząt drapieżnych śmierć głodowa, zaś pośród zwierząt, stanowiących zdobycz tamtych, śmierć w szponach drapieżcy, usuwała osobniki i odmiany, zmienione w sposób najmniej przyjazny. Każdy postęp siły, szybkości, zwinności albo zmyślności w istotach jednej klasy spowodował niechybnie odpowiedni postęp w istotach klasy innej; to też bez owych nieskończonych wysiłków w celu pojmania lub umknięcia, gdzie utrata życia była karą za niepowodzenie, nie mogłaby się była doskonalić żadna z nich.

Zauważmy teraz jednakże, iż jakkolwiek owa bezlitosna dyscyplina przyrody „o purpurowych szponach i zębach” była zasadniczym warunkiem postępu życia czującego, to jednak nie należy stąd wnioskować o konieczności trwania jej po wszystkie czasy i dla wszystkich istot. organizacja wyższa rozwinięta za sprawą i dla celów owego powszechnego ścierania się, niekoniecznie ma celom tym służyć zawsze. Wynikła stąd siła oraz inteligencja zużytkowanymi być mogą całkiem inaczej. Odziedziczona po przodkach budowa narządów pożyteczną być może nie tylko w widokach napadu lub obrony, ale i dla wielu innych celów rozmaitych; cele zaś owe mogą ostatecznie stać się jedynymi. Miryjady lat walki, które rozwinęły zdolności wszystkich niższych typów istot, typowi najwyższemu przekazały w spuściźnie zdolności, zużytkowywane dziś przezeń dla mnóstwa celów innych, oprócz zabijania i unikania śmierci. Kończyny jego, zęby i paznokcie nieznaczną już tylko rolę odgrywają w walkach; zaś jego umysł nie zawsze już zajętym bywa wynajdywaniem środków niszczenia istot innych lub osłaniania siebie przed ich napaścią.

Podobnie też ma się rzecz z ustrojami społecznymi Musimy uznać, że walka o byt pomiędzy społecznościami przyczyniła się do ich rozwoju. Ani wielokrotne konsolidowanie się grup małych w większe, ani organizacja takich grup złożonych i podwójnie złożonych, ani towarzyszący temu rozwój owych środków, dopomagających życiu wyższemu, a przynoszonych przez cywilizację , nie byłyby rzeczą możliwą bez starć międzyplemiennych i międzynarodowych. Współdziałanie ( kooperacja ) społeczna bierze początek w zjednoczonej obronie i napadzie; z rozpoczętego zaś w ten sposób współdziałania powstały wszystkie inne jego rodzaje. Jakkolwiek niepojętymi były okropności, zrządzane przez ową wrogość powszechną, która, począwszy się od zatargów hord małych przed dziesiątkami tysięcy lat, kończyła się niekiedy na bitwach narodów wielkich, to jednak musimy uznać, że bez niej świat byłby dotąd jeszcze zaludniony jedynie przez ludzi typów słabych, chroniących się w jaskiniach i posługujących się pożywieniem dzikiem.

Ale zauważmy teraz, że międzyspołeczna walka o byt, niezbędna w ciągu rozwijania się społeczeństw, niekoniecznie ma w przyszłości odgrywać taką samą. rolę, jaką odgrywała w przeszłości. Uznając całkowicie, iż wojnie obowiązani jesteśmy za wytworzenie wielkich społeczności, tudzież rozwinięcie ich budowy, mamy jednak prawo wnioskować, że zdobyte przez nas uzdolnienia, dające się zużytkować w działaniach innych, rozstaną się z działaniem swym początkowym. Zgadzając się na to, że bez owych wiekuistych krwawych zapasów nie mogłyby były powstać społeczeństwa cywilizowane, oraz, że nieodłącznym owych walk współobjawem musiało być przystosowanie się przyrody ludzkiej zarówno pod względem okrucieństwa jak inteligencji, możemy utrzymywać jednocześnie, że kiedy takie społeczeństwa już się wytworzyły, brutalność ich jednostek, jako nie niezbędnie już z powodu ustania samego procesu, zniknie w przyszłości. Skoro korzyści, osiągnięte w ciągu okresu łupieżczego, stały się już dziedzictwem trwałem, tedy złe jego skutki zmniejszać się będą i powoli wymierać.

Tak więc, spoglądając na budowę i działania społeczeństw ze stanowiska ewolucji, możemy zachowywać ów spokój, niezbędny do naukowego ich tłumaczenia, nie tracąc jednocześnie uczuć moralnego uznania lub nagany.

§ 439. Do tych uwag wstępnych, tyczących się postawy, jaką zachowywać ma badacz urządzeń politycznych, potrzeba dodać jeszcze kilka krótszych uwag o samym przedmiocie owych badań.

Gdyby wszystkie społeczeństwa były jednogatunkowe i różniły się tylko co do stadiów wzrostu oraz budowy, wówczas porównywanie ich odsłoniłoby przed nami jasno przebieg ewolucji; ale różnice ich typów - już wielkie, już znowu małe - zaciemniają wynik takich porównań.

Dalej, gdyby każde społeczeństwo wzrastało i rozwijało się bez interwencji czynników dodatkowych, wówczas wyjaśnienie sprawy byłoby stosunkowo łatwym; ale zawiłe sprawy rozwoju komplikują, się częstokroć ponownie pod wpływem zmian w szeregach czynników. Czasem objętość społecznego skupienia zwiększy się lub zmniejszy nagle przez utratę albo przyłączenie jakiegoś terytorium; czasem zmieni się przeciętny charakter jego jednostek wskutek domieszki rasy innej zdobywców lub niewolników, gdy tymczasem, jako dalsze następstwo tej sprawy, po nad dawnymi stosunkami społecznymi ukształtują się nowe. W wielu wypadkach kilkakrotne najścia jednych społeczeństw przez drugie, mieszanie się ludów i urządzeń, rozpadanie się i skupianie ponowne tak dalece zakłóca ciągłość spraw zwykłych, że aż utrudnia niezmiernie albo nawet uniemożliwia wyprowadzenie wniosków.

Nadto, zmiany przeciętnego sposobu życia, jakie prowadzi społeczeństwo, już coraz bardziej wojownicze, już znowu coraz więcej przemysłowe, dają początek przeobrażeniom: zmieniona działalność rodzi zmiany w budowie. Odpowiednio też do tego potrzeba będzie odróżniać postępowe przeobrażenia, spowodowane dalszym rozwojem jednego typu społecznego od przeobrażeń, których przyczyną jest poczynający się rozwój typu innego. Zarysy organizacji, przystosowanej do sposobu działania, które już ustało albo zawieszonym było przez czas długi, poczynają się zacierać, krzyżując się natomiast z coraz wyraźniejszymi zarysami innej organizacji, przystosowanej do nowego sposobu działania, zastępującego tamten; jakoż w rozumowaniu naszym mogą ukazywać się błędy, wynikające z pogmatwania rysów jednej organizacji z cechami drugiej.

stąd wywnioskować możemy, że z zawiłej i pogmatwanej masy dowodów wyłonić się będą mogły z całą. jasnością, tylko prawdy szersze. Przewidując z góry, że można będzie ustanowić pozytywnie pewno wnioski ogólne, możemy też spodziewać się zarazem, że wnioski bardziej szczegółowe wyprowadzone będą tylko jako prawdopodobne.

Na szczęście wszakże, jak to zobaczymy niebawem, owe wnioski ogólne a pozytywne posiadają właśnie największą wartość kierowniczą.


(1) Do czego bywa zdolnym człowiek społeczny, należący nawet do rasy w rozwoju posuniętej, okazało się ponownie, kiedy już słowa powyższe oddane zostały do druku. Aby usprawiedliwić zburzenie dwóch miast afrykańskich w Batanga, powiedziano nam, że król ich, pragnąc ustanowić faktoruję handlową, a rozczarowany obietnicą podfaktorii, napadł na dwumasztowiec angielski, uprowadził stamtąd podszypra mr. Govier'a i, odmawiając później wypuszczenia go na wolność, „groził ścięciem jego głowy”; dziwny to, jeśli prawdziwy, sposób zakładania faktorii handlowej. Mr. Govier'owi udało się następnie uciec, przy czym w czasie niewoli swej nie doznawał on złego obejścia. Komodor Richards, stanąwszy ze statkiem „Boadicea” oraz dwoma łodziami działowymi pod miastem Kribby ( rezydencja króla Jack's ), zażądał od króla, aby przyszedł na pokład i wytłumaczył się; obiecywał mu przy tym wszelkie bezpieczeństwo i groził poważnymi skutkami w razie odmowy. Nie ufając obietnicy, król nie przyszedł. Nie upewniwszy się od tubylców, czy mieli jakikolwiek powód nastawania na życie mr. Govier'a, oprócz owego nieprawdopodobnego wielce a podawanego przez samych anglików, komodor Richards w kilka godzin po uprzedzeniu przystąpił do oczyszczania pobrzeża bombami, do palenia miasta, złożonego z 800 domów, do wycinania miejscowych zasiewów i niszczenia łodzi tubylców; na koniec nie zadowalając się spaleniem miasta „króla Jacka”, popłynął dalej ku południowi i spalił miasto króla Long-longa. O faktach tych ogłoszono w Timesie z dnia 10 września 1880 r. W odnośnym artykule ten organ angielskiej „szanowności” ubolewa nad tym, że „kara musiała wydawać się dziecinnemu umysłowi dzikich całkiem nieodpowiednią w stosunku do obrazy”; każe on przez to domyślać się, że dojrzałemu umysłowi ucywilizowanych nie wyda się ona nieodpowiednią. Dalej, ten naczelny dziennik angielski klas rządzących, które utrzymują, że w braku ustalonych dogmatów teologicznych nie byłoby żadnej różnicy pomiędzy złem a dobrem, robi uwagę, iż „gdyby nie padał tutaj mroczny cień z owej utraty życia” ( dwóch ludzi ze strony anglików ), „to cały epizod byłby trochę humorystyczny”. bez wątpienia, kiedy „dziecinny umysł dzikich” otrzymał „wesołą nowinę” od misjonarzy „religii miłości”, to jużci jest w tym humor, nieco może za kwaśny, gdy się im wykazuje praktykę owej religii przez palenie ich domów. Komentarzem do cnót chrześcijańskich, głoszonym przez pękające bomby, mógłby śmiało towarzyszyć uśmiech Mefistofelesa. Być może, iż król, nie chcąc zaufać pokładowi angielskiego statku, działał pod wpływem pospolitego wśród murzynów wierzenia, że diabeł jest biały.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009