Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ IX

Czynniki rozwoju

Przyczyną najistotniejszą, sprężyną główną, powołującą do życia pierwotny ustrój społeczny, pierwszą organizacją państwową,była jak widzieliśmy potrzeba ekonomiczna. To też odpowiednio do tej przyczyny powstania państwa, istota tegoż przedstawiła się nam jako organizacją gospodarcza, zaprowadzona przez zdobywców w celu polepszenia swego bytu materialnego. Pierwsza przyczyna działa jednak dalej; główna sprężyna nie traci swej siły w powstałym ustroju społecznym; natura ludzka utrzymuje ją w ciągłym ruchu, albo raczej ona utrzymuje w ciągłym ruchu człowieka, nadając zawsze i wszędzie ten sam kierunek działalności jego. Po utworzeniu więc państwa, pchana tą samą sprężyną działalność ludzka dąży dalej w tym samym kierunku i sprowadza z nieodzowną koniecznością co raz dalszy rozwój ustroju państwowego.

Gdybyśmy chcieli sprawdzić zdanie, że wszelkie przeobrażenia i przemiany społeczne zawsze i wszędzie dadzą się wytłumaczyć z przyczyn ekonomicznych, z działania tej jednej, głównej sprężyny wszelkich czynności ludzkich; dość by było jakiekolwiek zdarzenie polityczne, jakiekolwiek przeobrażenie społeczne, zbadać gruntownie, bacząc na pierwsze jego przyczyny. Z pewnością na dnie tego zdarzenia czy przeobrażenia znajdziemy zawsze przyczyny ekonomiczne. Inaczej też być nie może, bo w pierwszym rzędzie powodują człowiekiem zawsze potrzeby materialne, choć sam przed sobą prawdę tę nie zawsze wyznaje, choć często mniema, a jeszcze częściej to głosi, że czynności jego i dążenia pochodzą z „motywów wyższych" że ma na celu „idee wyższe". Na dnie idealnych dążeń leży zawsze kwestia żołądka, świadomie lub nieświadomie, a jeżeli nie jest to kwestia suchego chleba, to jest kwestia befsztyków i pasztetów. Zresztą nie trzeba zapominać, że na pewnym wyższym stopniu dobrobytu zachwycanie się dziełami sztuki jest tak samo konieczną ingrediencją życia jak na niskim stopniu dobrobytu spożywanie tłuszczu do chleba lub okrasy do ziemniaków. To też nic dziwnego, że magnat lub pan milionowy z taką samą „abnegacją" walczy o utrzymanie swego wpływu oraz stanowiska swego społecznego, umożliwiającego mu wszelkie rozkosze tego świata, do których przywykł, jak robotnik, który z niebezpieczeństwem życia urządza zmowy w celu uzyskania podwyższenia płacy dziennej o kilka groszy. Jeden i drugi działają pod naciskiem tej samej sprężyny; jeden i drugi działają tak, bo działać tak muszą; niema w działaniu ich ani zasługi ani winy. Słowa i hasła, przy tym z ust ich wychodzące, mogą brzmieć jak najrozmaiciej: magnat może przy tym wołać, że walczy za religią, za naród, za ojczyznę, w obronie świętych tradycyj itd., robotnik — że walczy za ludzkość, w obronie równości, braterstwa, wolności itd. Te hasła i frazesy nie zmieniają rzeczy; są one wywołane okolicznościami; najczęściej, głoszone w najlepszej wierze, nie zmieniają istoty tych dążeń i walk. Chodzi wszędzie o utrzymanie się, o zapewnienie sobie jak najlepszego dobrobytu. Do tego zaś dążyć i o to walczyć zmusza ludzi natura sama; gdyby ta sprężyna raz działać przestała, ustałby wszelki rozwój społeczny — nastałaby stagnacja i rozkład.

To też tak samo jak na najniższym stopniu rozwoju konieczność zaspokojenia potrzeb materialnych zmusiła jednych do ujarzmienia i poddania sobie drugich, natura zaś sama przez różnorodność pierwotnych gromad ludzkich ułatwiła ludziom użycie w tym celu gwałtu i przemocy: tak samo też w dalszym rozwoju państwowym ta różnorodność albo, wyraźniej mówiąc, różnokrewność grup społecznych odgrywa ważną rolę ułatwiającą i umożliwiającą rozwój. Ta różnokrewność bowiem grup społecznych ułatwia bezwzględne zaspokojenie własnych potrzeb jednej grupy kosztem drugiej; umożliwia zwłaszcza najczęściej w początkach rozwoju "nieludzkie" postępowanie jednych grup z drugimi, będące jednak koniecznym warunkiem rozwoju w czasach pierwotnych. Nie jedno dzieło cywilizacyjne nie mogłoby wcale przyjść do skutku bez takiego „nieludzkiego" postępowania jednych grup społecznych z drugimi: bez tej zaś różnokrewności, tępiącej wszelkie ludzkie uczucia jednych względem drugich, nigdy by ludzie z ludźmi w tak barbarzyński sposób obchodzić się nie mogli, jak to zawsze bywało i — być musiało! Uprzytomnijmy sobie, ile krwawego potu ludzkiego płynąć musiało w czasach nieznających maszyn i przyrządów technicznych, przy budowaniu dróg, wodociągów, przy dźwiganiu wielkich gmachów w starożytności, świątyń, piramid i tym podobnych dzieł sztuki i cywilizacji! Tylko zimne jak głaz serca jednych grup ludzkich w stosunku do grup różnokrewnych mogły się zdobyć na okrucieństwa niezbędne przy dokonaniu tych dzieł! Albo jakiejż nieludzkiej pracy wymagała w starożytności tak prosta rzecz jak żegluga morska, która jednak była jednym z warunków oświaty, cywilizacji i rozwoju społecznego! Jeszcze na początku 17 wieku naszej ery kapitan okrętowy Pantero Pantera w dziele „l'Armata navale" (1614) tak się wyraża o służbie wioślarzy na galerach: „Za wysoką płacę można dostać żołnierzy i majtków, ale nie sposób jest wolnych ludzi namówić, aby się podjęli służby wioślarzy, aby się dali skuć w kajdany, aby znosili bastonady oraz wszystkie cierpienia i męczarnie nieuniknione w tej służbie"; Wykazuje zaś jasno Pantera, że bez tak ostrej nieludzkiej dyscypliny nie sposób manewrować galerami szybko i dokładnie. Radzi on zatem do tej służby niewolniczej używać zbrodniarzy zamiast skazywać ich na śmierć. A więc jeszcze w 17 wieku naszej ery służba wioślarska była tak ciężką, że nie można było użyć do niej ludzi wolnych.

Cóż dziwnego, że w starożytności i w wiekach średnich, bez przymusowej służby niewolników i poddanych, gospodarstwo społeczne obejść się nie mogło: nie byłoby zaś nigdy i nigdzie przyszło do niewolnictwa i nieuniknionych krzywd, które panujące klasy wyrządzać musiały niewolnikom gwoli rozwoju społecznego, gdyby różnokrewność grup społecznych nie była przytępiła wszelkich ludzkich uczuć jednych względem drugich. Tak więc natura sama od samego początku istnienia rodu ludzkiego użyła dwóch na pozór nieznacznych środków jako silnych dźwigni całego rozwoju kultury i cywilizacji: niepohamowanego popędu do zaspokojenia potrzeb materialnych i różnokrewności gromad ludzkich, umożliwiającej i ułatwiającej bezwzględny wyzysk jednych przez drugich dla nieświadomych im najwyższych celów rozwoju. Tych zaś środków używa natura (mówiąc obrazowo) nie tylko na początku rozwoju — ale zawsze i wszędzie bez końca, podtrzymując tym sposobem bezustannie i nieskończenie proces społeczny. Te sprężyny działają dziś tak samo jak przed wiekami; albowiem, po zaspokojeniu najnaglejszych potrzeb materialnych, budzą się coraz „wyższe;" siła zaś popędu zaspokojenia tych wyższych potrzeb, nawet „idealnych" jest zawsze ta sama; na najwyższych jeszcze stopniach kultury, na których potrzeby materialne mniejszości już dostatecznie są zaspokojone, żądza zaspokojenia „najidealniejszych" potrzeb jest równie gwałtowną i niepohamowaną, jak nią niegdyś była żądza zaspokojenia potrzeb najbardziej materialnych. Z drugiej strony, na miejsce zacierającej się coraz więcej pierwotnej różnorodności etnicznej, występują różnorodności społeczne i różnokrewność, sztucznie w ustrojach społecznych utrzymywana. Ta ostatnia, dzieląc pojedyncze grupy społeczne na odrębne różnokrewne obozy, spełnia dzisiaj jeszcze to samo zadanie, jakie pierwotnie spełniała różnorodność etniczna, to jest ułatwia wyzysk bezwzględny jednych grup przez drugie i umożliwia tym sposobem na wyższym daleko stopniu rozwoju przymusowy podział pracy gospodarczej, który dziś nie mniej jest warunkiem rozwoju społecznego jak w czasach pierwotnych. I dziś więc niepohamowana żądza zaspokojenia potrzeb bywa podniecaną i podsycaną przez różnorodność i różnokrewność grup społecznych, bez względu na to, czy te ostatnie objawiają się w różności postaci i cery, jak w Ameryce między białymi a murzynami, czy w różności pokarmu, obyczaju, narodowości, religii, mienia, stanowiska społecznego, zawodu lub zatrudnienia. Zawsze różnorodność grup podnieca do wyzysku i podtrzymuje między grupami walkę społeczną nie tyle o byt jak o panowanie. Są to więc zawsze te same czynniki i sprężyny, podtrzymujące rozwój społeczny, choć oczywista na różnych stopniach rozboju, w różnych czasach i miejscach przyoblekają się coraz to w inne formy, w inne szaty.

Co w pierwotnych czasach rozwoju było potrzebą utrzymania życia, to później występuje jako potrzeba zaspokojenia ambicji, żądzy chwały i sławy, obrony interesów dynastycznych, narodowych lub tym podobnych interesów idealnych; a walka między antropologicznie różnorodnymi szczepami i gromadami przekształca się w walkę między stanami i klasami społecznymi, lub stronnictwami politycznymi.

Przedstawić cały ten rozwój społeczny dokładnie i wiernie jest rzeczą trudną dla tego, że wszelki rozwój naturalny odbywa się bez przerw, bez skoków, tylko powoli i stopniowo. W skutek tego rozwój społeczny przedstawia tak nieskończony szereg przemian powolnych, ledwie dostrzegalnych, taką nieskończoną ilość drobnych odcieni, że wszelkie usiłowania socjologii, ażeby przedstawić wiernie ten rozwój, są daremne; w najlepszym razie potrafi ona tylko niektórymi typowymi przykładami, powyrywanymi z długiego szeregu rozwoju, wskazać kierunek tegoż i objaśnić sposób, w jaki przeobrażenia te następują.

Uczyniwszy to zastrzeżenie, zwróćmy się do stanu rzeczy stworzonego przez pierwotną organizacją państwową i śledźmy dalszy jej rozwój.

Wiemy już, że tylko w najpierwotniejszych dzikich hordach ludzkich panuje równość, to jest stan taki, że nikt nie jest obowiązany pracować dla drugiego. Tutaj tylko odbywa się zaspokojenie potrzeb materialnych bez służby, bez rozkazu i bez poddaństwa, bez panowania i bez zawisłości. Nie ma tu panów ani poddanych; równa nędza jest losem wszystkich. „Kiedy podróżny Rink pytał Nikobarczyków, który między nimi jest naczelnikiem, odpowiedzieli ze zdziwieniem, jak może przypuszczać, żeby jeden mógł mieć władzę nad wieloma”

Takich przykładów jest wiele. U Haidaków w Ameryce

„zdaje się panować zupełna równość". W szczepach zamieszkałych w Kalifornii „każdy jest udzielnym panem" 1).

„Hordy Eskimosów, Australezyków, Buszmanów i Fuegów nie znają nawet tych różnic społecznych, które powstają przez stałe piastowanie dowództwa wojennego. Członkowie hord nie podlegają żadnej kontroli prócz tej, którą czasem wywiera silniejszy, doświadczeńszy, więcej posiadający. Nie masz u nich ani zarodu nierówności" 2).

Rzecz ta tłumaczy się po prostu tym, że podporządkowaniu i poddaństwu wśród uczestników jednej grupy sprzeciwia się uczucie równości, przynależności i pokrewieństwa. Jest to to samo uczucie równości, które w późniejszych daleko wiekach jeszcze znajdujemy między należącymi do klas panujących w Europie; to samo uczucie równości, które później nawet królowi, z koła szlachty wybranemu, zaprzeczało pierwszeństwa, mianując go tylko „primus inter pares"; uczucie którego ślad znajdujemy w przysłowiu politycznym „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie". Jest to równość gromady jednokrewnej.

Ten stan równości i równej wolności wszystkich w pierwotnej hordzie znika w chwili zetknięcia się jej z hordą obcą, co następuje albo przez wędrówkę i napotkanie obcej hordy albo przez najazd. Natomiast zaczyna się w ustroju społecznym powstałym przez zwycięstwo jednych nad drugimi „gospodarstwo społeczne" to jest zniewolenie jednych do pracowania dla drugich. Zapatrując się na rzecz ze stanowiska ekonomicznego, przeobrażenie to da się tak wyrazić, że gdy dotychczas praca jednostki miała tylko na celu wyżywienie jej samej, odtąd praca jednych musi wydać zwyżkę, mającą służyć do wyżywienia drugich wcale niepracujących, albo niepracujących na wyżywię-nie własne. Jest to jeden z najważniejszych zwrotów w historii pracy: odtąd praca jednych musi się stać wydajniejszą, bo musi utrzymać i pracującego i pana jego.

Gdyby panujący zadowolili się tym stanem rzeczy, gdyby osiągnięty ten wyższy szczebel dobrobytu uważali za ostateczny cel swych dążeń, a ustrój swój społeczny potrafili odosobnić i od wszelkiego wpływu zewnętrznego ochronić, tak mniej więcej jak to Likurg uczynić chciał ze Spartą, dalszy rozwój społeczny może by został zatamowanym. Ale plany Likurga nie mogą nigdy i nigdzie zostać urzeczywistnione; „zamkniętych państw" nie masz na świecie, choćby je panujący chińskimi murami otoczyli.

Przyczyny, niedopuszczające takiego zastoju, są wielorakie. Pierwszą jest ciągłe zwiększanie się potrzeb i to nie tylko klas panujących ale i opanowanych; zwiększony zaś zakres środków zaspakajania potrzeb zwiększa znów w prostym stosunku potrzeby: jest to prawo ogólne natury ludzkiej.

Następnie i najszczelniej zamknięte państwo staje się przedmiotem chciwości i wyzysku zagranicy, ludów obcych. Stąd wynika, że w miarę wzrostu i powiększania się sił zaczepnych państw sąsiednich, każde państwo zmuszonym jest powiększać ciągle własne siły odporne. Z tych przyczyn, zawsze i wszędzie jednako działających, każde państwo najwięcej nawet odosobnione i o zaczepnym postępowaniu względem innych nie myślące, mimo woli, porwanym zostaje w wir dziejów,—a zastój rozwoju staje się niemożliwym. Ten wir zaś powstaje z ciągłego wszechstronnego zwiększania się potrzeb, co pociąga za sobą pożądliwość zagranicy i chciwość wyzysku nawet najwięcej pokojowo usposobionego ustroju państwowego.

Tak więc, ta sama przyczyna, która ustrój państwowy do życia powołała, tj. dążenie do polepszenia bytu materialnego, pcha każdy ustrój społeczny do coraz dalszych przedsięwzięć, do powiększenia swego terytorium, do ujarzmienia obcych szczepów i państw, słowem, do powiększenia swej potęgi. W gruncie rzeczy, dążenie to ożywia nie tylko cały ustrój państwowy ale każdą cząstkę jego społeczną; ta tylko zachodzi różnica, że wewnątrz ustroju państwowego dążenie to objawia się jako walka pokojowa, prowadzona w formach prawnych: kiedy na zewnątrz występuje ono w formie „mężobójczej". W konieczności zaś naturalnej owego dążenia tkwi zarazem konieczność naturalna tak walk społecznych jak i wojen międzypaństwowych. Nieubłagane prawo naturalne rodzi jedne i drugie i przebiegiem ich rządzi.

Ale jakkolwiek nieuniknionymi są wojny międzypaństwowe, nie mogą one trwać bezustannie, nie mogą być stanem normalnym społeczeństwa. Temu sprzeciwia się już nie społeczne ale po prostu prawo fizyczne, ciężkim jarzmem przygniatające człowieka. Wojna wyczerpuje siły tak fizyczne, jak umysłowe: niszczy długiem trwaniem środki zaspokojenia potrzeb materialnych stron obu: zwycięzcy i zwyciężonego; zbyt długie zatem jej trwanie udaremniłoby wysiłki zwycięzcy. I pokój i spokój zatem, tak samo jak od czasu do czasu wznawiające się wojny są potrzebą ogólną. Wszakże ta potrzeba spokoju i pokoju, niegdyś umożliwiła założenie państwa; inaczej bowiem zwycięzcy zmuszeni by byli wytępić do szczętu słabszych, a powstanie ustroju państwowego byłoby niemożliwym. Ale pokój nie ma wartości bez używania owoców podjętej wojny; wojna zaś podjętą została w celu zaspokojenia zwiększonych potrzeb; pokój więc przez zwycięzcę zawartym zostaje w nadziei, że spełni cel wojny. Co przez wojnę się zdobyło, to pokój ma zabezpieczyć i utrwalić. Ponieważ jednak tylko jedna strona z wojny wychodzi zwycięsko, pokój tylko jednej stronie przynosi korzyści; druga zaś strona musi przyjąć na siebie ciężary, ograniczyć się w zaspokojeniu swych potrzeb, zniżyć poziom swego dobrobytu. Utrzymać ten stan nierówny podczas pokoju — oto troska i staranie zwycięzcy. Nie da się to osiągnąć bez pewnego wysilenia. Trzeba w tym celu chwycić się całego szeregu środków, trzeba odpowiednich urządzeń. Podejmuje się tego klasa panująca i posiadająca, klasa zaś opanowana i nieposiadająca poddaje się z rezygnacją prawu silniejszego. Nie pozostaje jej nic innego jak strzec szczupłego zakresu praw, nadanych jej przez zwycięzcę; w obrębie tych praw stara się ona, ile możności, nowe zebrać siły, stanowisko swoje wzmocnić i przygotować się do oporu i obrony swego bytu społecznego.

Tym sposobem pokój jest ciągłą ukrytą walką o ustanowioną przez zwycięzcę granicę praw politycznych. Poddani, przyjąwszy raz z ręki zwycięzcy choć najszczuplejszy zakres praw, bronią zacięcie przeciw naruszaniu go przez panujących; sami zaś bezustannie, to skrycie, to jawnie, uderzają przeciw zaporom, które panujący w interesie swego panowania przeciwko nim ustanowili. Zapory te mogą być rozmaite; niektóre z nich jednak pojawiają się wszędzie i zawsze u najrozmaitszych ludów takimi są zakazy małżeństw wzajemnych, niezdolność do urzędów i dostojeństw, zakaz nabywania własności ziemskiej. Utrzymanie tych zapór przeciwko poddanym jest conditio sine qua non utrzymania się przy panowaniu. Przeciwko tym zaporom skierowaną jest walka społeczna, pokojowa, poddanych. Taktyka ich zawsze jest ta sama. Najprzód starają się oni zapory te miejscami przełamać; kiedy to się udaje, uderzają z większym jeszcze impetem na wszystkie zapory i znoszą je.

Jakimiż środkami walka ta się prowadzi? Przy pierwotnym założeniu ustroju państwowego, z natury rzeczy wynikało, że i zwyciężonych i poddanych trzeba było przypuścić do pewnych funkcyj, a więc do pewnych, choćby najmniejszych praw, w interesie całości. Nie wszędzie zresztą traktowano helotów z okrucieństwem spartańskim; nie wszędzie zbyteczną nadwyżkę ludności poddanej tępiono i mordowano. W Sparcie oczywiście nie mogło być mowy o walce społecznej helotów przeciwko panom. Panowanie tych ostatnich wiecznym wszakże nie było. Uległo ono tylko innemu rozwojowi rzeczy. Gdzie więc poddanym, w interesie całości, udziela się choćby najmniejszych funkcji, punkt wyjścia do walki społecznej już jest danym. Każde najmniejsze uprawnienie zdolne jest w wykonaniu do rozszerzenia się; każda funkcja społeczna daje sposobność do wywierania wpływu i do zbierania pewnych zasobów materialnych. Od dwóch warunków jednak zawisła każda walka społeczna: od pewnego stopnia dobrobytu i oświaty. Do pierwszego dochodzą poddani niechybnie przez podnoszenie się dobrobytu całego ustroju. Jeżeli panujący się bogacą, nieuniknione jest choć nieznaczne podnoszenie się poziomu bytu materialnego poddanych. Zresztą pewien wyższy stopień dobrobytu tych ostatnich, koniecznie jest potrzebnym do swobodnego i niezakłóconego widokiem nędzy używania życia panujących. Osiągnięcie zaś choćby najskromniejszego dobrobytu budzi tylko, jak to już powiedzieliśmy, żądzę używania życia w coraz szerszym rozmiarze; l'appetit vient en mangeant; bo i w poddanych, jako istotach ludzkich odzywają się te same żądze i namiętności, które panujących niegdyś pchnęły do walki o panowanie. Jak pewien rozwój dobrobytu jest nieuniknionym u poddanych, podobnie i pewien stopień oświaty przenika niechybnie i do najniższej warstwy. Nie tylko bowiem zjawiska natury budzą w umyśle człowieka pewne rozumowania, ale i zjawiska społeczne płodzą myśli; klasa zaś poddanych, pod pewnym względem, w korzystniejszym jest położeniu co do budzenia się myśli niż klasa panujących. Ci ostatni bowiem najmniej myślą o sprawach społecznych, albo tylko powierzchownie, a to dla tego, że zadowolenie ze stanu aktualnego łatwo usypia ich umysły. Przeciwnie, poddani mają ciągłą podnietę umysłową do myślenia nad swym położeniem. A choć masa ich pod uciskiem niedołężnieje umysłowo, dość jest, jeżeli tu i owdzie czasem z natury silniejszy umysł poruszy kwestię „socjalną". Niezadowolenie ogółu jest materiałem palnym, któremu tylko trzeba iskierki myśli rewolucyjnej, aby wybuch nastąpił. Już Arystoteles to wiedział dobrze, że trochę dobrobytu i trochę oświaty wystarcza do poruszenia mas. Sposobność do wybuchu łatwo się zdarza. Jakaś klęska zewnętrzna państwa, jakieś zebranie się większej ilości ludzi poddanych przy lada jakiejś sposobności, jakieś zbiegowisko czy tumult przypadkowy: a umysły się rozpalają, strach ogarnia panujących, a pierwsze z ich strony ustępstwo jest początkiem przeobrażenia społecznego. Dalszy rozwój na zgromadzeniach i zebraniach jest nieunikniony. Działają tu czynniki zawsze te same, metoda zostaje zawsze ta sama i rezultat zawsze ten sam. Vae victis było niegdyś hasłem zdobywców; i na nich samych często sprawdza się to smutne hasło.

1)Przykłady te wzięte ze Spencera: Political institutions, str. 331 porown. tamże str. 320.

2) Spencer: socjology I. 490.

dr Kamil M. Kaczmarek 27 07 2011