Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ XXI

Państwo i narodowość

Rozpatrywaliśmy dotychczas żywioły i ustroje społeczne, a przede wszystkim państwo; zajmowały nas stosunki wzajemne tych żywiołów i państwo, jako ustrój społeczny, jako całość w stosunkach swych do innych państw. Pozostaje nam jeszcze rozważyć znaczenie i wyniki procesu wśródpaństwowego. Z jakich szczegółowych zajść proces ten się składa, jaki charakter mają walki żywiołów państwowych między sobą, jakie ich dążenia, o tym już wspomnieliśmy. Wiemy już także, że ogólnym wynikiem tego całego rozwoju ustroju państwowego jest kultura ludzka czyli cywilizacja. Te na różnych punktach ziemi naszej, wśród odpowiednich sprzyjających warunków wszczynające się procesy społeczne i rozwoje państwowe mają wszędzie i zawsze za rezultat jakąś kulturę, która obejmuje pewne terytorium i ludności tego terytorium na czas jakiś nadaje wspólne piętno moralne. Tym piętnem jest narodowość. Pojęcie narodowości do pojęcia kultury ma się jak pojęcie ściślejsze do szerszego. Kultura jest ogólnym wynikiem wszelkiego rozwoju państwowego, na który składają się koniecznie i nieodzownie najróżnorodniejsze żywioły etniczne. Jest ona zjawiskiem umysłowo-społecznym. Istotą jej bowiem jest pewna suma zapatrywań, nabytych przez doświadczenie, i pewien porządek życia, do zapatrywań tych zastosowany (choć w historycznym rozwoju porządek życia poprzedza utworzenie się zapatrywań). Ten porządek życia i te zapatrywania obejmują w sobie wszelkie objawy duchowo-społeczne, jako to: język, wiarę, obyczaj, prawo, sztukę, umiejętności itd. Gdy zaś wszelka kultura jest zarazem wynikiem właściwości i odrębności szczepów i plemion, jako też po części warunków zewnętrznych, wśród których się rozwija, wynika stąd, że wśród nieskończonej rozmaitości tych warunków zewnętrznych i żywiołów kultury, cywilizacje ludzkie na różnych punktach ziemi i w różnych czasach przedstawiają największą rozmaitość. Każdą taką kulturę odrębną, różniącą się od innych, nazywamy narodowością. Nie jest zatem narodowość nic innego jak kultura, właściwa pewnemu ogółowi ludności, który przez dłuższy czas (oczywista na wieki się liczący) żył pod wpływem tych samych warunków, przebywał wspólny rozwój państwowy, przez który i wśród którego wyrobił sobie pewną wspólność umysłową, a nawet aż do pewnych granic antropologiczną.

Takich różnych kultur i cywilizacji, czyli po prostu narodowości, znana nam historia przedstawia w różnych czasach wielką liczbę. Ponieważ żadna z tych cywilizacji czy narodowości nie opanowała nigdy całej ziemi, ale każda zajmowała tylko pewne ograniczone terytorium, słusznie zatem można by mówić o pojedynczych terytoriach narodowych. Wysoko rozwinięta cywilizacja narodowa czyli narodowość jest najszczytniejszym rezultatem rozwoju społecznego. Wiemy już, że w nowszym czasie osobna umiejętność, historia kultury, wzięła sobie za cel opisanie różnych, obok siebie istniejących i po sobie następujących cywilizacji narodowych. Zadaniem zaś socjologii jest raczej poznanie istoty i czynników składowych każdej cywilizacji narodowej, jako takiej, wykazanie jakim sposobem, jakimi drogami, wśród jakich warunków cywilizacje takie powstają i rozwijają się, w jakim do innych cywilizacji zostają stosunku i czy w kolej nem ich po sobie następstwie objawia się jakieś prawo przyczynowości, czy jakiś rozwój postępowy lub nie.

Istota cywilizacji nie polega na wyłącznym wykształceniu jednego kierunku duchowego, ale na stosunkowym wykształceniu wszystkich dziedzin umysłowych i społecznych. Nie masz np. cywilizacji bez wykształcenia prawa, bez byle jakiego rozwoju literatury, sztuki itd. Wprawdzie według okoliczności i stosunków, według różnych zdolności, mniej lub więcej sprzyjających warunków, jeden lud jedne, drugi inną gałąź cywilizacji bardziej wykształca, jeden w jednej, drugi w innej dziedzinie umysłowo-społecznej się odznacza, każda jednak cywilizacja obejmuje całość wszystkich objawów życia umysłowo-społecznego.

Jak przy każdym rozwoju naturalnym, tak i przy rozwoju cywilizacji trudno oznaczyć punkt pierwszego jej powstania trudno wskazać ścisłą granicę, przed którą mówić by można o zupełnym jej braku, a po za którą nagle powstaje. Bo nawet tam, gdzie mówimy o zupełnym jej braku, istnieją już pewne jej zarody, nieznaczne początki, które jednak przedstawiają już pierwiastkową kulturę. Tyle tylko powiedzieć można, że wszelka kultura za warunek konieczny ma zespołecznienie się większej liczby ludzi. Bez społeczeństwa nie masz kultury!

Ale jak z jednej strony społeczność jest warunkiem powstania kultury, tak z drugiej znów kultura wpływa uspołeczniająco na wszelkie zbiorowości ludzkie. Tak np. kultura, rozwijająca się w każdym ustroju państwowym, wpływa ujednostajniająco na różnorodne żywioły społeczne państwa i przetwarza z czasem różnorodne części składowe ludu w naród jednolity.

Wielu historyków poznało się dobrze na tym wyniku rozwoju państwowego, ale każdemu z nich zdawało się, że wynik ten jest właściwością rozwoju historycznego tego narodu, którym przypadkowo się zajmował; nikomu zaś nie przyszło na myśl, że ten proces asymilacyjny polega na prawie społecznym, rządzącym zawsze i wszędzie rozwojem państwowym. Tak np. Niebuhr w swojej „historii rzymskiej" podejmuje się wykazać „jak panowanie rzymskie stworzyło naród rzymski." Nie jest to bynajmniej właściwością historii rzymskiej; wszędzie i zawsze panowanie skupia w jedne całość różnorodne żywioły i z czasem stwarza z nich naród. Znakomity pisarz francuski, Gobineau, przeczuł dobrze ogólność tego prawa, i rozwój ten państwowy od chwili założenia państwa przez podbój przedstawia, jak następuje: „Niektóre gromady ludzkie, wyposażone większą energią i żywszą wyobraźnią, nie poprzestają na samych wyprawach łupieskich; zdobywają szersze terytoria i ujarzmiają ich mieszkańców. Tym sposobem powstaje prawdziwy naród. Często wtedy dwie te obce sobie rasy żyją obok siebie bez mieszania się. Pomimo to jednak z czasem jedni stali się niezbędnymi dla drugich; wytwarza się powoli wspólność interesów; wzajemne niechęci, datujące się od chwili podboju, przytępiają się; niższa klasa dąży do wydźwignięcia się, a panowie mają często powody nie tylko do tolerowania tych dążności, a nawet czasem do ich wspierania; zaczynają się wreszcie sporadyczne kojarzenia małżeńskie, a z postępem mieszania się krwi, ludzie różnego pochodzenia przestają uważać się za różnoszczepowych i zlewają się w jednolitą całość." Ranke uważa taką asymilacją różnorodnych żywiołów w jedne całość narodową nie jako polegającą na ogólnym prawie, ale jako częste zjawisko. Powiada on, że „nie koniecznie jednorodnymi są narody. Tak potężne narodowości jak angielska, francuska i włoska nie są ani owocem kraju, ani rasy jednej, ale raczej rezultatem wielkich zdarzeń dziejowych." Wielki historyk niemiecki podziela w tym punkcie ciasne zapatrywanie wszystkich historyków.

Dla czegóż by bowiem przypuścić, że pod względem powitania i rozwoju takie narodowości jak asyryjska, babilońska, perska, egipska, chińska, a nawet grecka, rzymska, niemiecka itd. miałyby się różnić od francuskiej, angielskiej i włoskiej?

Wszędzie i zawsze organizacja panowania i rozwój prawidłowy państwa doprowadzały najróżnorodniejsze żywioły społeczne państwa do wspólnej kultury. Zachodzi tylko pytanie, czy między tymi dwoma faktami: państwem i kulturą—istnieje związek przyczynowy? Gdyby bowiem między państwem a kulturą nie było takiego związku, nie można by mówić o rozwoju państwa, z koniecznością naturalną wytwarzającym kulturę i cywilizacja. Tylko wtedy, jeżeli między faktem istnienia państwa a rozwojem cywilizacji i kultury zdołamy wykazać związek ściśle przyczynowy, będziemy mieli prawo mówić o całym tym rozwoju państwowo-cywilizacyjnym, jako o procesie naturalnym, który podlega niezmiennym prawom natury

Otóż związek taki niewątpliwie istnieje i wykazać go nie trudno. Najważniejszą bowiem różnicę między największą częścią zwierząt a ludźmi jest ta, że tamte nie umieją posługiwać się innymi zwierzętami dla własnego pożytku, a człowiek doskonale potrafi; innymi słowami, zwierzęta z bardzo małymi wyjątkami nie umieją panować. To też dopóki pierwotna gromada ludzka, składająca się z jednostek równych sobie, nie podlegających sobie nawzajem, prowadzi żywot „wolny" to jest taki, w którym zawisłość jednych od drugich jest nieznana, a każda jednostka starać się musi sama dla siebie o zaspokojenie wszystkich swoich potrzeb, nie mogąc przy tym liczyć na przymusowe usługi ze strony innych: dopóty o kulturze, w ścisłym znaczeniu tego słowa, mowy być nie może. Bo wszelka kultura polega na podziale pracy, mocą którego jedni niższym, drudzy wyższym zawodom się oddają, a niektórym nawet pozostaje tylko najlżejsza praca zarządu i rozkazywania. Istota zaś takiego podziału pracy polega znów na tym, że jedni pracująca drugich. Bo tylko taki podział pracy tym, dla których inni wykonywają trudne i mozolne roboty, umożliwia oddanie się wyższym zawodom, umożliwia swobodny rozwój umysłowy, pielęgnowanie spraw wyższych po nad codzienne zaspakajanie pierwszych potrzeb życia.

Gdyby wszyscy ludzie, podobnie jak zwierzęta, skazani byli na to, aby każdy sam własnymi siłami zaopatrywał zawsze siebie samego: pozostaliby oni wiecznie na tak niskim stopniu rozwoju jak zwierzęta. Tylko ta okoliczność, że między ludźmi wyrabia się podział pracy, mocą którego jedni dla drugich pracują, umożliwia rozwój kultury i cywilizacji i dźwiga powoli wszystkich uczestników tego podziału pracy na coraz wyższy stopień cywilizacji.

Wiemy to już jednak, że nikt nigdy dobrowolnie ujarzmić się nie daje; że nikt nigdy nie bierze dobrowolnie na siebie ciężaru i trudu prac niskich, aby ^bliźniemu" zostawić wygody „wyższego" życia i umożliwić próżniactwo. Gdyby zatem ten pierwszy krok na drodze cywilizacji i kultury, ten nierówny podział pracy, zawisł od ofiarności ludzkiej, albo od jakiegoś wymarzonego przez Comte'a „altruizmu," nigdy by do tego pierwszego kroku nie przyszło. Od człowieka pierwotnego oczekiwać nie można takiej ofiarności dla nieznanych mu wyższych celów, a tern mniej proroczego zmysłu i wyrozumiałości dla przyszłego dobra ogółu. Baczny tylko na bezpośredni pożytek, dbały tylko o bezpośrednie zaspokojenie potrzeb życia, człowiek pierwotny nie posiadałby nigdy tyle zaparcia siebie, aby drugiemu pozwolił być panem, a sam przyjął stanowisko sługi i niewolnika. Gdyby to od wyrozumiałości i woli ludzkiej zależało, dzisiaj jeszcze bylibyśmy na równym stopniu kultury z Patagończykami południowej Ameryki.

Szczęściem, proces naturalny społeczny czy historyczny nie zależy od woli jednostek; natura jak w wielu innych punktach tak i w tym z wielką przezornością, jeżeli tak się wyrazić wolno, chwyciła się środków najskuteczniej do celu prowadzących. W duszę ludzką wszczepiła ona głęboko nieprzeparte niepowściągnięte popędy, które tak samo podtrzymują i forytują proces społeczny, jak różne siły fizyczne bezustannie utrzymują w otaczającej nas naturze procesy planetarne, chemiczne, roślinne i zwierzęce.

Gdy raz ziemia zaludniona została niezliczoną ilością różnokrewnych gromad: samozachowawczość tychże gromad z jednej, a niemiłosierna nienawiść ku sobie różnokrewnych gromad dały początek wielkiemu procesowi społecznemu, pchnęły go jakby na nieskończoną pochyłą płaszczyznę dziejów. Kwestie: kto dla którego ma pracować, kto drugiemu ma oddawać usługi, kto tworzyć ma podnóże, aby inni na nie wstąpiwszy, łatwiej na wyższe szczeble kultury się wdrapali — kwestie te nie oczekiwały rozstrzygnięcia ani od wolnej woli jednostek, ani od wspólnej dobrowolnej umowy. W walce rasowej o panowanie silniejsze gromady rozstrzygały kwestie te na swoje korzyść.

Że proceder ten polega na wiecznym prawie natury, tak samo się to da udowodnić z całego przebiegu znanych nam dziejów i z żywej teraźniejszości, jak chemik z doświadczenia codziennego lub z eksperymentu umyślnego udowodnić może, że i przed milionami wieków pod wpływem promieni słońca woda i wilgoć ziemi parować musiały.

Z taką samą pewnością, jak chemik o tym parowaniu wody i wilgoci przed milionami wieków, mówić możemy i my o tym, jak popęd zachowawczy i egoizm zmuszał jedne gromady ludzkie, aby gwałtem i przemocą poddały inne swojemu panowaniu i narzucając im przymusowy podział pracy, użyły ich do swoich celów: jest to bowiem zjawisko, które, jak pamięć historii sięga, zawsze i wszędzie się powtarzało i dzisiaj jeszcze się powtarza— tak, że nie sposób zjawisku temu odmówić charakteru nieodzownej konieczności naturalnej.

W gruncie bowiem rzeczy panowanie nie jest niczym innym jak przymusowym narzuceniem takiego podziału pracy, przy którym poddanym przypadają mozolniejsze i cięższe roboty, panującym zaś przyjemniejsze i lżejsze, często tylko rozkazywanie i zarządzanie. Ale jak bez podziału pracy niemożliwa jest kultura i cywilizacja, tak bez panowania niemożliwy jest odpowiedni podział pracy, bo, jak wiemy, nikt dobrowolnie nie wziąłby na siebie ciężaru i przykrości prac mozolnych i niskich.

I otóż stoimy na punkcie, z którego rozpatrując rozpoczęcie się procesu społecznego, chcąc pojmować naturę teleologicznie, to jest jako celowo działającą potęgę, możemy podziwiać „mądrość" jej w wyborze najskuteczniejszych i najodpowiedniejszych środków, prowadzących najlepiej i najpewniej do powziętych z góry zamiarów.

Jeżeli bowiem dzisiaj nawet, wśród tak rozwiniętej naszej cywilizacji, do przeprowadzenia niezbędnego podziału pracy społecznej potrzebną jest pewna nieczułość i ostra dyscyplina; jeżeli my dzisiaj zmuszeni jeszcze jesteśmy najwstrętniejsze a nawet wprost zabójcze roboty kazać wykonywać ludziom, bliźnim naszym; o ileż więcej musiało to mieć miejsce w czasach pierwotnej kultury, w których człowiek bezbronny i nieopatrzony w żadne narzędzia i przyrządy, bez środków opanowywania i oswajania zwierząt, a zatem bez ich pomocy, walczyć musiał na każdym kroku z rozhukanymi żywiołami, z dziką i nieokiełznaną jeszcze naturą!

Jakiejż nieczułości, jakiegoż okrucieństwa trzeba było wtedy do wykonania ludzkimi siłami niejednego dzieła, które dzisiaj dokonywa się za pomocą sztucznych aparatów i maszyn. Gdyby wtedy ludzie byli czuli po ludzku, gdyby wtedy w każdej istocie ludzkiej byli widzieli „bliźniego" i „brata", niejedno dzieło, którego dokonanie było nieodzowną podwaliną dalszego rozwoju kultury, nigdy by nie mogło być dokonane!

Ten skrupuł więc, który uczucie ludzkie przeciwstawiałoby wszelkiemu rozwojowi kultury, natura mądrze i przezornie ominęła. Wyposażyła ona wprawdzie i człowieka pierwotnego uczuciem ludzkim, ale tylko względem członków własnej gromady. To uczucie jednokrewności czy pobratymstwa jest również jednym z takich odwiecznych faktów, czy praw naturalnych, z którymi się zawsze i wszędzie w najrozmaitszych formach spotykamy, gdzie tylko ludzkie społeczeństwa istnieją. Ale obok tego uczucia jednokrewności, głęboko zawsze w duszy ludzkiej tkwiła nienawiść przeciwko obcym, wstręt przeciwko obcej krwi, najzupełniej sza nieczułość na cierpienia i męczarnie obcej różnokrewnej gromady. I otóż te tylko uczucia nienawiści i wstrętu przeciwko obcym umożliwiły pierwszy rozwój kultury przez przymusowy podział pracy, przy czym na obcych bez litości wkładano roboty, bez których kultura i cywilizacja obejść się nie mogą (np. takie jak regulacje wodne w Egipcie i w Babilonie).

Tym sposobem natura sama przez pierwotną różnorodność żywiołów etnicznych i panującą między nimi śmiertelną nienawiść, umożliwiła i ułatwiła organizację panowania jednych nad drugimi, co było warunkiem koniecznym zbawiennego podziału pracy, która znowu stanowi węzeł przyczynowy między organizacją panowania, a więc między państwem a kulturą i cywilizacja.

Jeżeli zaś bliżej przypatrzymy się temu przymusowemu podziałowi pracy, to przedstawia się on nam wprawdzie jako „wyzysk" jednych przez drugich, a mianowicie jako wyzysk poddanych przez panujących, jednak nie bez pewnego wywzajemniania się tych ostatnich względem pierwszych. Wzajemną zaś usługą, oddawaną przez panujących poddanym, jest utrzymywanie porządku państwowego, który koniec końców i pozornie wyzyskanym przynosi pewne korzyści, czyniąc ich uczestnikami licznych dobrodziejstw, spływających z rozwiniętej cywilizacji na ogół społeczeństwa.

Obok przymusowego podziału pracy, wytwarza się w rozwoju państwowym inny jeszcze podział pracy, przeprowadzony bez przymusu fizycznego. Jest to podział, mocą którego klasa średnia przez wymiany i handel zniewala inne klasy do świadczenia jej usług i oddawania jej płodów surowych, żywności itd. Tak samo zaś, jak powyższy przymusowy podział pracy przedstawia się jako wyzysk opanowanych przez panujących, podobnie i ten bez przymusu zaprowadzony podział pracy jest poniekąd także wyzyskiem klas niższych i wyższych przez średnie, chociaż i w tym wypadku na pozór wyzyskani sowite odbierają usługi wzajemne, bo stają się za pośrednictwem stanu średniego uczestnikami postępu kultury i cywilizacji. Powszechnie bowiem uznaną jest rzeczą, że handel i przemysł wszędzie i zawsze torują drogę kulturze.

Tym więc sposobem wyzysk ekonomiczny jest ogniwem, łączącym podział pracy z kulturą; gra on ważną rolę w rozwoju społecznym państwa, stanowiąc najsilniejszy bodziec zaprowadzenia przymusowego czy dobrowolnego podziału pracy, bez którego, jak wiemy, kultura jest niemożliwą.

Uwydatniliśmy dotąd związek ściśle przyczynowy, istniejący między różnorodnością żywiołów społecznych, nieprzyjaznym ich ku sobie usposobieniem, wyzyskiem politycznym i ekonomicznym, podziałem pracy przymusowym i dobrowolnym, organizacją panowania podział ten utrzymującą i wspierającą, a nareszcie kulturą i cywilizacja. Ale przedstawiony tu łańcuch czynników i wpływów, wiodący do kultury i cywilizacji, pokazuje nam tylko nagi mechanizm rozwoju państwowego, nie uwzględnia zaś wcale tych czynników moralnych, które z postępem rozwoju państwowego zbliżają ku sobie umysłowo różnorodne żywioły społeczne państwa i czynią, że te nie tylko mechanicznie ale także moralnie w jedne całość się zlewają, o tych więc czynnikach i działaniu ich krótko nam tu wspomnieć należy.

Zwróćmy się w tym celu ku pojedynczym żywiołom społecznym państwa i rozważmy podstawy owego uczucia współkrewności i solidarności, które łączy z sobą ściśle członków pojedynczych społeczeństw.

Poznaliśmy już wyżej to uczucie, jako najsilniejszą spójnię,, łączącą członków pierwotnej hordy. Gruntuje się ono tam po prostu na fakcie przynależności do jednej hordy. W tym pierwotnym stanie nie różni się ono zapewne w niczym od uczucia czy poczucia, które łączy z sobą słonie jednej trzody, lub inne zwierzęta, gromadnie żyjące. Na tym najniższym stopniu uczucie to jest uczuciem równości i podobieństwa jednostek jednej grupy w przeciwstawieniu do innych grup.

Uczucie to, jako takie, utrzymało się do dziś dnia w całej pierwotnej swej sile i prostocie. Łączy ono jednostki współkrewnych kół i grup, które tłumaczą sobie fakt podobieństwa i równości przez przypuszczenie wspólnego pochodzenia. Uczucie to posiada siłę naturalnego popędu, naturalnej sympatii i przewyższa wszystkie inne uczucia ludzkie wytrwałością i niespożytością. W ciągu jednak rozwoju społecznego wytwarza się częstokroć uczucie podobne wśród społeczeństw, będących zlewkiem różnorodnych żywiołów etnicznych, a zatem wytwarza się nie na gruncie współkrewności, ale na gruncie moralnej jedności, stworzonej przez liczne węzły moralne, będące rezultatami rozwoju społecznego.

Wiemy już, jakie to są te węzły moralne. Jest to język, wiara, obyczaj, prawo itd. Wszystkie one razem wydają jako rezultat uczucie, które pierwotnemu uczuciu jednokrewności bynajmniej nie ustępuje. Wspólność moralną, stworzoną przez te węzły moralne, nazywamy narodowością; to uczucie solidarności, na wspólnej narodowości oparte, nazywamy narodowym. Ma ono z uczuciem jednokrewności w pierwotnej hordzie i ten rys wspólny, że budzi wyobrażenie wspólnego pochodzenia tak, iż z czasem wszystkie jednostki jednego narodu uważają się, jako będące wspólnego pochodzenia. To wyobrażenie, z przebiegiem czasu, o tyle nabiera pewnej prawdy i podstawy, o ile obieg krwi w obrębie jednego narodu napotykając na mniej przeszkód, czyni członków tego narodu z czasem do siebie podobniejszymi i przyczynia się obok wspólności węzłów moralnych do odróżnienia ich od członków innych narodów.

Tym sposobem naród, przeszedłszy przez wiekowy wspólny rozwój państwowy, przedstawia nam pod względem wspólności typu moralnego pierwotną hordę, tylko znacznie spotęgowaną. Najbardziej zaś podobieństwo to występuje w stosunkach na zewnątrz, bo w tych naród każdy postępuje zupełnie tak samo jak pierwotna horda. Wyzysk obcych narodów jest celem jego dążeń; w środkach ku osiągnięciu celu tego żaden naród nie wiele przebiera; wojna, albo otwarta, albo skryta, jest normalnym stosunkiem narodów do siebie. Nawet najwyższy szczebel cywilizacji, osiągnięty przez narody wskutek rozwoju państwowego, nie zmienia bynajmniej charakteru stosunków międzynarodowych, w których panują: bezprawie, gwałty, podstępy, wzajemne okłamywanie i oszukiwanie się (dyplomacja!).

Rozwój jednak społeczny, który się rozpoczął od pierwszych podbojów hord pierwotnych, i przez organizacje państw doszedł do wytworzenia narodów i narodowości, — rozwój ten nie ustaje, bo nie zamierają siły naturalne, które go podtrzymywały. Tak więc, między narodami rozpoczyna się na nowo ta sama gra wzajemnych związków i połączeń, które pociągają za sobą wytworzenie się wspólnych węzłów moralnych, a te znów z czasem ugruntować mogą wspólność międzynarodową w obrębie jednego systemu państw. Jakkolwiek dotąd nie mamy żywego ani dokładnego przykładu, tak daleko posuniętego rozwoju społecznego, jednakże zaprzeczyć się nie da, że w obrębie systemu państw europejskich za pomocą częstych przymierzy, aliansów i traktatów, na których podstawie wyrabia się europejskie prawo międzynarodowe, przyjść kiedyś może do pewnej wspólności i solidarności europejczyków przeciwko ludom innych części świata. Pomysł ten nie powinien się wydawać zbyt ekscentrycznym lub nieprawdopodobnym, bo w licznych już wypadkach połączone państwa europejskie występowały w obronie interesów europejskich w innych częściach świata, a nadto pewne wspólne rysy kultury i cywilizacji europejskiej czynią to, że ludności innych części świata ani znają, ani widzą różnic narodowych między europejczykami, ale uważają wszystkich europejczyków za jedno plemię.

Łatwo więc być może, że rozwój społeczny według tych samych co dotychczas postępując praw, wytworzywszy narody i narodowości z różnorodnych żywiołów, w takiż sam sposób z różnorodnych narodów i państw utworzy kiedyś jednolite systemy państw, oparte na wytworzonej między nimi wspólności węzłów moralnych, kultury i cywilizacji.

dr Kamil M. Kaczmarek 02 08 2011