Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ XIX

Walka emancypacyjna

Jeżeli walka społeczna prowadzoną być może tylko przez wykonywanie prawodawstwa, jakże ją prowadzą te klasy i koła społeczne, niemające udziału ani uczestnictwa we władzy prawodawczej? Czy klasy te skazane są na wieczną bierność w tej walce? Bynajmniej. I te klasy walkę społeczną podejmują i to nie bez skutku, Charakter, sposób, dążności i cele tej walki klas pozbawionych praw politycznych przeciwko klasom panującym oznacza najlepiej wyraz: walka emancypacyjna.

Jakim sposobem jednak prowadzić można walkę społeczną, nie posiadając udziału ani uczestnictwa w władzy prawodawczej, oraz w panowaniu, to wymaga bliższego wyjaśnienia. Istnieje wprawdzie frazes utarty, który zawiera odpowiedź na pytanie powyższe i na pozór zagadkę tę rozwiązuje, mianowicie frazes: „po ich stronie jest potęga idei." Ale właśnie ten frazes wymaga wyjaśnienia, aby nie podejrzewano go o bezmyślność i aby głęboka zawarta w nim prawda wyszła na jaw. Co to są te „idee" i skąd czerpią siłę swoją?

Widzieliśmy, jak panujące klasy nie zadowalały się nigdy faktem panowania swego i przewagi społecznej. Potrzeba ustalenia trwałej organizacji panowania zmusiła ich do zamienienia władzy swej faktycznej na prawną. Starali się oni władzę oprzeć nie na fakcie ale na prawie. Rzecz nie była trudną do przeprowadzenia. Rzekli: „stań się prawo" i stało się prawo. Z czasem jednak rzecz stała się mniej prostą i niewinną. Miała ona bowiem stronę odwrotną, nieodłączną od każdego prawa: obowiązek. Prawo bowiem nie może nigdy być samowolą. Choćby ono sięgało bardzo daleko, musi ono gdzieś, na jakimś punkcie mieć granicę, a na tej granicy zaczyna się obowiązek uprawnionego, a tym samem prawo przeciwnej strony.

Tą przeciwną stroną byli poddani i opanowani.

Tym sposobem ustanowione prawo panujących stworzyło zarazem prawo opanowanych, przynajmniej w zarodzie, z którego prawo to z czasem rozwinąć się musiało. Do rozwoju tego przyczyniło się nie mało jeszcze co innego, co również z prawa panujących wynikło: idee prawne. Duch ludzki z naturalnego popędu lubi zgłębiać otaczające go zjawiska, śledzić ich przyczyny, badać ich istotę, w zmiennych kształtach i formach wynajdywać wieczną ich zasadę:—ideę. Gdy raz powstało prawo, choćby tylko przez panujących na korzyść własną ustanowione, już tym samem duch ludzki miał podnietę do zastanawiania się nad tym prawem jako zjawiskiem społecznym, do badania wiecznej jego treści, istoty, idei.

Prawo zatem pierwotne, ustanowione tylko dla uświęcenia faktu przemocy, stworzyło najprzód obowiązek prawny i prawo nieuprawnionych, a następnie ideę prawną. Były to dwa nieuniknione następstwa prawa nadanego przez panujących. Chcąc to ostatnie utrzymać, trzeba się było poddać koniecznie jego konsekwencjom. Te zaś konsekwencje, te nieuniknione następstwa prawa, były zawsze silną bronią klas poddanych i bezsilnych. Tę broń przeciwko sobie samym ukuli bezwiednie i mimowolnie panujący, chcąc niegdyś prawem, może nawet „boskim", uświęcić swe panowanie. Tak to zawsze odbywa się proces naturalny rozwoju społecznego: egoizm klas panujących toruje opanowanym drogę do władzy.

Oczywista, że idee prawne nigdy by nie mogły odegrać roli, jako czynniki rozwoju społecznego, gdyby były tylko czystymi mrzonkami, czczymi abstrakcjami; jako takie nie mogłyby one nigdy opanować umysłów ludzkich i przyczynić się do przewrotów społecznych. takimi mrzonkami i abstrakcjami nie są, ponieważ wiekowe panowanie prawa wywiera stanowczy wpływ na umysłowe usposobienie ludzi i podbija niejako ich umysły, staje się żywiołem myślenia, niezbędną, konieczną formą sądzenia i rozumowania. Na tym polega rzeczywista potęga idei prawnych. Umysł człowieka bowiem przez ciągłe panowanie prawa, wykonywanie form prawnych, wychowanie wśród porządku prawnego, przesiąka wyobrażeniami prawne-mi tak dalece, że idea prawna staje mu się wrodzoną i jako taka nad nim panuje. Jest to nabytek cywilizacji nadzwyczaj cenny; szkoda tylko, że w stosunkach międzynarodowych do dziś dnia panowanie to prawa nie mogło się ustalić. W stosunkach zaś wewnątrzpaństwowych idee prawne nabyły pewnego znaczenia i stały się bronią używaną przez tych, którzy żadnej innej siły ni władzy społecznej nie posiadają. Sposób zaś, w jaki ci bezwładni i wydziedziczeni za pomocą samych idei osiągają pewną władzę w państwie nie jest tak prosty. Bo oczywista, same odwołanie się do tych idei prawnych nie jest dostatecznym, aby mogło zwalić obwarowane pozycje władców, jak to uczynić miały trąby pod murami Jerycha; a następnie klasy opanowane i wydziedziczone najmniej są zdolne do zręcznego używania takiej broni, jaką są idee. Trzeba raczej jeszcze pewnych korowodów, zanim klasy te nabędą zdolności używania niezwykłej i nowej broni, a korowody te pokażą nam na jednym jeszcze przykładzie, jak egoizm klas pojedynczych stoi w służbie prawidłowego rozwoju społecznego.

Pierwszy raz bowiem owe idee prawne występują w walce społecznej klas panujących między sobą o większy lub mniejszy zakres wzajemnego uprawnienia; tutaj po raz pierwszy wykluwają się te idee prawa i sprawiedliwości; tutaj po raz pierwszy walczące stronnictwa do tych idei się odwołują.

W ślad za szlachtą niższą i wyższą i duchowieństwem, które po parlamentach spierają się o wzajemne swe prawa i przywileje, następuje zamożny stan średni, burżuazja i podnosi sztandar idei prawa. W imię tej idei domaga się ona równości i wolności, a pozuje przy ten. na obrończynię ludu całego, nie żądając w rzekomo żadnych przywilejów dla siebie, tylko równego prawa dla wszystkich. Ta poza mieszczaństwa zjednywa jej pomoc i poparcie całych mas ludu, co na klasy najwyższe panujące rzuca postrach. Mieszczaństwo zwycięża i ogłasza nowe zasady prawne, które niby mają inaugurować nowy porządek publiczny. W istocie rzeczy, mieszczaństwo jak każde koło społeczne, myślało tylko o swojej korzyści i o wyzysku wszystkich innych kół; ale ogłosiwszy raz szumne zasady i idee prawne o „przyrodzonych prawach człowieka", o równości i wolności, o najwyższej rozstrzygającej woli ogółu itd., mieszczaństwo wpadło w taką samą sieć, w jaką uwikłały się niegdyś klasy panujące przez ogłoszenie swojego prawa panowania, przez uzasadnienie prawne faktycznej swej władzy. Cokolwiek bowiem robi teraz zwycięskie mieszczaństwo, robi to w imię prawa i w formach prawnych; rządząc państwem, nadaje sobie pozór, jakoby czyniło to z woli ogółu, w interesie ogółu, z upoważnienia ogółu.

Tym sposobem wikła się ono coraz więcej w sidła logiki prawniczej, z których tak łatwo uwolnić się już nie potrafi.

Dla mas ludu, dla klas najniższych ów chociażby tylko pozorny udział w sprawach publicznych, uczestnictwo bodaj tylko w farsie wyborów było wielce pożytecznym; przy tym nie jedne ulgę kosztem najwyższych klas osiągnęła najniższa za inicjatywą stanu średniego. Wszystko to przyczyniło się do rozruszanie i ożywienia nieco mas ludu.

Wprawdzie nieubłagany porządek państwowy, utrzymujący istniejące stosunki materialne w najwyższym stopniu dla ludu niekorzystne, utrudnia mu podjęcie walki społecznej. Aby podnieść sztandar idei, trzeba zawsze mieć choć trochę napełniony żołądek; z próżnym żołądkiem nikt idei nie wygłasza.

Zresztą pod rządami burżuazji, idee straciły nieco z dawnego uroku.

Z tym wszystkim nie można się ich wyprzeć; są one niezaprzeczoną powagą w życiu państwowym. Walka emancypacyjna stanu czwartego posługuje się nimi nie bez skutku. Jakkolwiek bądź, są one nieuniknioną konsekwencją owych zasad, wygłoszonych niegdyś przez klasy panujące, wyzyskanych później przez stan średni na swoje korzyść. Zresztą te „idee" mają dziwną moc fanatyzującą masy. Korzystają z tego śmiali przywódcy, menerowie, agitatorzy. Często się nie udaje — ale czasem się udaje. Za pomocą mas ludu obalają oni istniejący porządek i na korzyść ogółu ogłaszają znowu równość, wolność i braterstwo. Ze stanowiska socjologii taki zamach rewolucyjny przedstawia się jako usiłowanie zaprowadzenia wolności, równości i pobratymstwa pierwotnej hordy wśród ogółu, składającego się z najrozmaitszych różnorodnych żywiołów. Taki eksperyment udać się nie może. Rozbija się on o głęboką wewnętrzną sprzeczność. Społeczeństwo państwowe, powstałe z najróżnorodniejszych żywiołów, rozdzielone i rozłączone najbardziej przeciwnymi interesami, nie może stać się na powrót hordą jednokrewną, w której łonie panuje pierwotna anarchiczna wolność i równość. Zresztą jak pogodzić kulturę i cywilizacją z brakiem wszelkich potrzeb, nieznającym i niepotrzebującym podziału pracy, bo każda jednostka sama sobie do wszystkiego wystarcza? Słowem, forma społeczna, którą rewolucje narzucić chcą społeczeństwu, przeciwną jest treści tego społeczeństwa; ta treść nie znosi owej formy.

Kto by chciał formę tę odnowić, musiałby zniszczyć treść, która jest rezultatem wiekowego rozwoju cywilizacyjnego.

Dotychczas żadna rewolucja tego nie dokonała, bo prawidłowego rozwoju naturalnego społeczeństwa żaden wybuch rewolucyjny nie cofnie, jak żadna siła ludzka rzeki od ujścia nie zwróci na powrót do źródła.

Usiłowania zatem rewolucyjne rozbijają się o twardą rzeczywistość; społeczna różnorodność państwa nie może znieść formy jednolitej pierwotnej hordy. Następuje więc, co koniecznie nastąpić musi, zmiana formy, zastosowanie jej do rzeczywistej treści, odparcie owych fałszywych konsekwencji wyprowadzonych z „prawa" i „idei prawa," cofnięcie fałszywego zapędu wstecz aż do owego punktu, gdzie faktyczna władza znowu „swoje prawo" dyktuje ogółowi i w życiu publicznym występuje jako samorodny czynnik panowania nad społeczeństwem, ubezwładnionym bezskutecznymi usiłowaniami rewolucyjnymi. tym samem rozwój społeczny dokonał obiegu i wrócił do punktu wyjścia; od wolności i równości pierwotnej hordy przez gwałt, przemoc i nierówność do porządku prawnego, stąd znowu przez równość i wolność rewolucji do targającej się na wszelkie węzły społeczne anarchii, i z tego nieznośnego stanu na-powrót pod przemoc i panowanie reakcji i restauracji. Będzie to znowu tylko punktem wyjścia nowego rozwoju społecznego, nigdy ustać, nigdy spocząć nie mogącego, jak wegetacja roślinna, budząca się na wiosnę do co raz nowego krótkiego życia, jak pokolenia zwierzęce i ludzkie, rodzące się coraz do nowego rozwoju życiowego.

dr Kamil M. Kaczmarek 31 07 2011