Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ VIII

Bliższe określenie pojęcia, zadań, objętości i ważności socjologii.

Rozumie się samo przez się, że wyliczone powyżej prawa ogólne nie są pojęciami a priori. Są to raczej wyrazy ogólne wyników badań i spostrzeżeń w trzech dziedzinach zjawisk; są to rezultaty badań indukcyjnych, które tu, ze względu na jaśniejszy wykład teorii, stawiamy przed tymi wywodami, których one są rezultatem. Jest to wprawdzie odwrócenie natu­ralnego porządku rzeczy; czynię to jednak w tym celu, aby przy następnych wywodach łatwiej było stwierdzić panowanie tych praw. Te prawa ogólne rządzą więc rozwojem zjawisk we wszystkich trzech znanych nam dziedzinach; w każdej zaś przy­bierają one formy odpowiednio do odrębnej natury zjawisk po­szczególnej dziedziny.

Można by tu wyrazem zapożyczonym od psychologii mó­wić o „energii właściwej" (specifische Energie) tych praw ogólnych. Wiadomo, że w psychologii wyrazem tym oznaczają ową własność zmysłów naszych oddziaływania na zewnętrzne wrażenia według specjalnej natury ustroju swego. A więc huk sil­ny, który głuszy nasz zmysł słuchu, wywołuje w oczach zjawisko widzenia, łyśnięcie albo zaćmienie. Podobnie owe ogólne prawa naturalne w każdej szczególnej dziedzinie zjawisk objawiają się w formie odpowiedniej naturze tej dziedziny. Tak np. celowość jest ogólnym prawem panującym we wszystkich dzie­dzinach zjawisk. Ale w życiu rośliny objawia się ona przez układ łodygi i liści, przez sposób rozgałęzienia i przez cały sze­reg znanych botanikowi prawideł wzrostu, które wszystkie są wypływem ogólnego prawa celowości na specjalnym polu życia organicznego. To samo prawo objawi się nam na polu społecznym w tej formie, że np. horda wyruszająca na nieprzyjaciela obierze sobie dowódcę, wiedząc, że dowództwo jednego jest naj­lepszym środkiem w celu osiągnięcia pomyślnego skutku wypra­wy. Tak samo i liczne inne ustroje społeczne są specjalnym na polu społecznym wyrazem ogólnego prawa celowości. Ta zaś okoliczność, że każde ogólne prawo w poszczególnych dzie­dzinach zjawisk przeobraża się w szczegółową formę odpowie­dnią naturze tej dziedziny, pozwala socjologii mówić w skróce­niu o prawach społecznych, które są tylko zastosowaniem praw ogólnych do natury poszczególnych dziedzin zjawisk. Ilość zaś takich praw społecznych będzie daleko większą aniżeli ilość praw ogólnych, albowiem każde prawo ogólne, przystosowując się do rozlicznych stosunków zjawisk społecznych, niejako roz­dziela i rozszczepia się w liczne prawa szczegółowe.

Zadaniem więc socjologii będzie nie tylko wykazanie dzia­łania owych praw ogólnych na polu społecznym, ale i badanie i wykazywanie tych praw wyłącznie społecznych, które wyni­kają z zastosowania owych praw ogólnych do szczególnej natury zjawisk społecznych.

Poznanie tych ostatnich praw czysto społecznych ma więc być zadaniem i celem socjologii. W tym celu określimy naj­przód bliżej istotę zjawisk, z badania których prawa te poznać mamy, a więc istotę zjawisk społecznych; odgraniczymy dokładniej dziedzinę ich od dziedzin innych zjawisk i oznaczymy ważniejsze grupy, na jakie ogół tych zjawisk społecznych podzielić nam wypadnie. Przy tym dotkniemy tych różnych umiejętności, które dotychczas zajmowały się pojedynczymi grupami zjawisk, a które w ogóle noszą nazwę umiejętności społecznych.

Przez zjawisko społeczne rozumiemy więc stosunek między ludźmi i grupami ludzkimi, który powstaje przez współdziałanie grup i zbiorowości ludzkich. Te grupy stanowią w stworzonych przez siebie stosunkach (czyli ustrojach społecznych) żywioły czy pierwiastki społeczne. Jako najpierwotniejsze takie żywioły społeczne uważać musimy owe pierwiastkowe hordy i gromady ludzkie, które jak to widzieliśmy, w nieznany nam sposób przed milionami lat zaludniły wszędzie kulę ziemską. Co miało miej­sce przed owym czasem nie należy do socjologii a może i do żadnej umiejętności.

Nad owym niezbadanym i nieznanym prapoczątkiem łamać sobie głowy nie warto, bo jak słusznie uważa Bastian, jest to orzech zbyt twardy dla umiejętności a nadto pusty. Wszystkie późniejsze i dalsze kombinacje i komplikacje tych najpierwo­tniejszych żywiołów społecznych, ich połączenia, związki i więk­sze zbiorowości, jako to szczepy, gminy, ludy, państwa, narody— oto są zjawiska społeczne, których skład, ustrój i rozwój są przedmiotem badań socjologii. Ale oprócz tych zjawisk czysto społecznych, powstających z powyższych złączeń i kombinacji żywiołów społecznych, istnieje jeszcze inny szereg zjawisk, któ­re powstają przez wpływ żywiołów społecznych i zbiorowości społecznych na umysł jednostki. Nazywamy je zatem zjawiska­mi społeczno-duchowymi; takimi są: język, obyczaj, moralność, religia, prawo, a nawet poniekąd umiejętność i sztuka. Te zja­wiska społeczno - duchowe, będąc wytworami społeczeństwa i niejako zjawiskami społecznymi drugiego rzędu, stanowią dalszy przedmiot socjologia, która je bada ze swego stanowiska, jako wytwory społecznego życia i stara się poznać prawa ich rozwoju.

Wprawdzie wymienione zjawiska społeczno-duchowe stanowią przedmiot odrębnych umiejętności; to jednak nie może powstrzymać socjologii od poddania ich ze swej strony ponownemu gruntownemu zbadaniu, tym bardziej, że owe odrębne umiejętności języka, prawa, religii itd. badały je wyłącznie ze stanowiska indywidualistycznego, jako dzieła ducha i rozumu jednostki. Socjologia zaś badać będzie zjawiska te, jako płody życia społecznego, a więc wykaże społeczne ich źródło, społeczne powstanie, wzrost i rozwój. Po kolei zatem socjologia ze swego stanowiska zajmować się będzie tymi dotychczasowymi przedmiotami odrębnych umiejętności, a więc językiem, religią, prawem, moralnością a nawet sztuką. Wszystkie te zjawiska tak czysto społeczne, jako też społeczno-spsychiczne mają za podmiot ród ludzki.

Dlatego też tak bardzo nam zależało na sprostowaniu mylnego zapatrywania na ten główny podmiot zjawisk społecznych, albo­wiem najmniejszy błąd, najmniejsza omyłka, zachodząca w tym zapatrywaniu, odbić się musi w stokroć powiększonych błędach w ciągu dalszych wywodów socjologicznych. Najbardziej kardynalny z tych błędów sprostowaliśmy już, to jest owo zapatrywanie jakoby ród ludzki przedstawiał jednolite genealogiczne drzewo, a istniejące różnice ras i typów pochodziły - z różnicowania się licznych gałęzi rozchodzących się z jednego pnia. Ten błąd kardynalny w zapatrywaniu się na ród ludzki musiał oczywiście zepchnąć całą socjologię z właściwej drogi, albowiem w dal­szych wywodach straciła ona przez to niejeden punkt widzenia, który wynika z faktu wieloplemienności rodu ludzkiego, pomi­nąwszy już to, że z przeciwnego zapatrywania tj. z przyjęcia jednoplemienności rodu ludzkiego wynikały punkty widzenia zupełnie fałszywe, prowadzące do coraz większych błędów złudzeń.

Drugim błędem, popełnianym często przy badaniach socjologicznych a wynikającym po części z poprzedniej było, że sobie wyobrażano tę całą i jednolitą ludzkość, albo też pojedyn­cze narody jakoby ożywione stałą dążnością rozwojową mniej więcej tak, jak sobie przedstawiamy organizmy obdarzone siłą żywotną, mocą której się rozwijają. W tym pojmowaniu mówiono po prostu o przejściach z życia myśliwskiego do pasterskiego, z pasterskiego do rolniczego, następnie do wojowniczego i tak dalej aż do życia przemysłowego nowszych czasów, i przed­stawiano sobie, że jedna i ta sama grupa społeczna, czy to szczep, czy naród, idąc za popędem owej wewnętrznej, ożywiającej ją niby siły żywotnej, przebywa po kolei te różne stopnie rozwój cywilizacji. Przeoczono przy tym zupełnie fakt, że grupom spo­łecznym, tak samo jak wszystkim istotom i ciałom fizycznym, wrodzoną jest bezwładność, mocą której tak długo pozostają w stanie spoczynku, dopóki jakaś inna siłą, bezwładność tę prze­ważająca, w ruch ich nie wprawi.

Uwzględniając tę bezwładność społeczną, będziemy musieli trzymać się zasady, że każda grupa społeczna tak długo pozo­staje w danym stanie, dopóki przeważająca okoliczność naturalnaalbo inna jakaś grupa społeczna ze stanu spoczynku nie wprawi jej w stan ruchu. Taki zaś wpływ jednej grupy społecznej na drugą nazwiemy wpływem społecznym.

Każdą zmianę więc stanu społecznego musimy się zawsze starać wyjaśnić przy pomocy jakiegoś wpływu społecznego; albowiem bez takiego wpływu żadna zmiana społeczna nie następuje. Wynika stąd dla metody badań socjologicznych ta ważna zasada, że przy każdej spostrzeżonej zmianie społecznej zawsze pytać się trzeba, wskutek jakiego wpływu społecznego tj. wskutek jakiego wpływu na dane społeczeństwo ze strony innej jakiejś grupy społecznej zmiana ta nastąpiła, Następnie wynika z tej samej zasady, że szybki i wielki rozwój społeczeństwa t. j. szereg następujących po sobie przemian stanu społecznego tylko tam jest możliwy, gdzie liczne i różnorodne żywioły społeczne wywierają na siebie ciągle wpływy wzajemne, a więc w państwie i w większym systemie państw.

Wywodami tymi wyjaśniliśmy sobie zarazem pojęcie pro­cesu społecznego, który odbywa się wszędzie tam, gdzie dwie lub więcej grup społecznych wchodzi z sobą w styczność, wstę­puje w zakres wzajemnego oddziaływania. Jak długo jednolita, jednorodna grupa społeczna pozostawiona jest sobie samej, nie dosięgnięta ani wpływem innej grupy, ani na inną wpływu wy­wierać nie mogąc, tak długo pozostaje ona w stanie spoczynku, w raz danym stanie społecznym. Stąd pochodzi, że w dalekich niedostępnych zakątkach świata napotykamy dzisiaj jeszcze hordy, pozostające w najpierwotniejszym stanie społecznym, w takim samym, w jaki może pozostawali przodkowie ich przed milionami lat. Mamy w takim razie najpierwotniejsze zjawisko społeczne, najpierwotniejszą hordę; nie widzimy tu jednak jeszcze żadnego procesu, żadnego rozwoju społecznego. Dopiero z chwilą, gdzie jedna grupa społeczna zaczyna doznawać wpływu drugiej grupy, albo wpływ taki sama wywierać: z tą chwilą zaczyna się nieod­zownie owa gra sił naturalnych, warunkujących proces społecz­ny. Mianowicie, z chwilą zderzenia się dwóch obcych grup społecznych obudzą się dążność do wyzysku obcej grupy w własnych celach, która wszędzie i zawsze daje pierwszy popęd procesowi społecznemu. Ta dążność wyzysku obcej grupy jest tak wrodzoną, naturalną i niepohamowaną dążnością każdego żywiołu społecznego, że zderzenie się czy spotkanie dwóch grup bez obudzenia się tej dążności, a zatem bez porusze­nia i rozpoczęcia się procesu społecznego, jest rzeczą niemożliwą. Jak zetknięcie się dwóch przeciwnych prądów elektrycznych nieodzownie wywołuje iskrę elektryczną, tak zetknięcie się dwóch obcych grup społecznych budzi drzemiącą żądzę wyzysku — i tym samem wprawia w ruch proces społeczny.

Przebieg tego procesu uwarunkowany jest naturą rodzaju „człowiek" i właściwymi żywiołom społecznym dążnościami, któ­re można uważać jako „siły" żywiołom społecznym „wrodzone"; a ponieważ żywioły te własności rodzajowe mają wspólne, zatem proces ten społeczny wszędzie i zawsze odbywa się w sposób ten sam co do istoty i treści. Niemniej jednak proces ten, wskutek nieskończonej róźnogatunkowości rodzaju „człowiek", a więc wskutek wielkiej rozmaitości hord, szczepów i gromad ludzkich, następnie wskutek najróżniejszych między nimi kombinacji i komplikacji i wynikających stąd najróżniejszych ustrojów społecznych, nareszcie wskutek najrozmaitszych wpływów cza­sów i miejscowości przedstawia nieskończoną rozmaitość prze­biegów i rozwojów w różnych czasach i miejscach.

W najrozmaitszych tych objawach rozwoju społeczne go, szukać działania praw wiecznie tych samych; tę wielką roz­maitość wyjaśniać z działania najprostszych sił, niezliczoną ilość procesów społecznych sprowadzać pod jeden mianownik — oto wielkie a niezbyt łatwe zadanie socjologii.—Wszystkim zaś pra­wom społecznym, tak samo jak i ogólnym, wspólną jest jedna właściwość, mianowicie, że wyjaśniają one nam tylko rozwój rzeczy nie zaś ich początek. Ważną jest rzeczą nie tylko dla socjologii, ale w ogóle dla każdej umiejętności pamiętać zawsze o tej niedostateczności wszelkich, przez umiejętność wynajdywa­nych praw; stanowi to bowiem niebezpieczną dla umiejętności własność ducha ludzkiego, że zawsze i wszędzie dąży da pozna­nia początku, podczas kiedy wszelkie możliwe środki umiejętne, wszelkie odkrycia, najlepsze metody, w najlepszym razie pro­wadzą tylko do poznania rozwoju; tajemnica zaś początku rzeczy

zawsze pozostanie po za obrębem umiejętności. To też socjologia zadowolić się musi badaniem rozwoju społecznego od da­nego dla niej początku tj. od owej chwili istnienia na ziemi niezliczonej ilości pierwotnych hord ludzkich. Jakim sposobem ten dla nas pierwotny stan rzeczy powstał, to nie należy przed forum socjologii.

Ograniczając z góry zadanie socjologii do badania praw rozwoju i rezygnując raz na zawsze z rozwiązania zagadki po­wstania, pozwolę sobie, wskazać fakt, że największe od­krycia umiejętne odnosiły się zawsze do poznania praw rozwoju nie zaś do pierwszego powstania rzeczy. Odkrycie Kopernika tyczy się tylko praw obiegu planet, pozostawia zaś nietkniętą kwestię powstania czy stworzenia; odkrycie Harvey'a krąże­nia krwi odnosi się tylko do procesu odbywającego się zawsze i wszędzie w żywych organizmach zwierzęcych, bez względu na pierwszy początek tych organizmów, a pewnie nie uwłaczam sławie największego przyrodnika naszego stulecia, jeżeli twier­dzę, że wykryte przez niego prawa rozwoju organizmów, miano­wicie prawo przystosowywania się i dziedziczności, wyboru płciowego i walki o byt wtedy jeszcze policzone mu będą za nie­śmiertelną zasługę, kiedy jego teoria „powstania człowieka" da­wno już będzie zapomnianą.

Nie mogę zamknąć tego rozdziału bez zwrócenia jeszcze uwagi na wielką ważność i doniosłość znajomości praw społecz­nych dla dziejopisarstwa i polityki. Kilkakrotnie już znakomici myśliciele uzasadniali zdanie, że dziejopisarstwo tylko jako przedstawienie działania praw naturalnych zasługuje na miano umiejętności; że zaś samo opisywanie wojen i walk, czynów bo­haterskich lub przepychu dworów i t. p. nie jest umiejętnością. W obozie historyków zdanie to napotyka na silną opozycją. A jednak moglibyśmy na licznych przykładach z dzieł najznakomitszych historyków wykazać, ze -nieznajomość praw spo­łecznych ujmę czyni umiejętnej wartości ich prac. Najpospo­litszym błędem, napotykanym u historyków, zwłaszcza u takich, którzy piszą dzieje jednego narodu, jest ten, że uważają oni zjawiska społeczne, stanowiące treść historii, jako indywidualne cechy tego jednego narodu, którego dziejami się zajmują — podczas kiedy znajomość praw społecznych przekonałaby ich, że zjawiska te są objawami powszechnego prawa społecznego.

Niedawno temu jeszcze we wszystkich historiach Niemiec można było czytać, że rozdrobnienie Niemiec na wielką ilość państewek jest wynikiem silnego popędu indywidualistycznego, wrodzonego szczepowi niemieckiemu. Pokazało się jednak w latach 1866 i 1870, że ten „wrodzony popęd indywidualistyczny" ulotnił się gdzieś i znikł wobec polityki księcia Bismarka, i że Niemcy potrafią bardzo dobrze być państwem jednolitym. Gdyby historycy i historiozofowie nie byli tak jednostronnymi i gdy­by znali prawa społeczne, rządzące rozwojem społeczeństw, wie­dzieliby, że zawsze i wszędzie w dziejach powtarzają się po ko­lei periody rozdrobnień politycznych i skupień w wielkie całości i że te periodyczne zwroty są koniecznym wynikiem ogólnego prawa naturalnego, które i na polu społecznym się objawia i nie byliby tyle rozprawiali o „indywidualistycznym duchu” niemiec­kiego narodu, który nie znosi jedności politycznej.

Albo cóż na to powiedzieć, jeżeli tak znakomity historyk jak Curtius pisze o grekach: „Chęć zysku, która tak głęboko zakorzenioną jest w naturze Greków, zawczasu pobudzała ich do wielostronnej czynności".

Czy rzeczywiście ta chęć zysku leży tylko w naturze Gre­ków? Jakżeż się np. pod tym względem ma ze „Semitami", o których Curtius mówi, że Grecy żywili ku nim „narodową niechęć"? Czy może w naturze Semitów „chęć zysku" mniej była zakorzenioną i czy może mniej ich pobudzała do rozmaitej czynności? Albo czy może Hiszpanie do Ameryki, Anglicy i Holendrzy do Indii wschodnich, Portugalczycy do Afryki puszczali się dla czego innego, jak dla zysku? Czy może dla piękności natury? Cóż innego pobudzało wszystkie te narody do ich „wielostronnej czynności", jeżeli nie „chęć zysku"? Czyż ta chęć zysku i wynikająca z niej wielostronna czynność nie jest powszechnym zjawiskiem społecznym, polegającym na prawie społecznym? I czyż to nie jest wadą umiejętności, jeżeli zamiast wyjaśnienia takich powszechnych zjawisk przy pomocy praw ogólnych, wyprowadza się je z „natury i charakteru" jednego narodu, którym właśnie się zajmuje i u którego właśnie rys ten ogólnoludzki poznała? Albo przytoczmy jeszcze jeden przykład z Gurtiusa: „Według zapatrywania Greków, którzy mieli potrzebę umysłową przypisywać każde wielkie dzieło jakiemuś pierwszemu twórcy, bez uwzględnienia tego, co przedtem było lub co później dopiero powstało, cała organizacja polityczna Sparty uważaną była za dzieło Likurga". Pytam się, czy takie zapatrywanie było tylko właściwością Greków? Czyż nie cierpi na tym prawda historyczna i umiejętność, jeżeli się pomija fakt, że takie przypisywanie organizacyj politycznych i prawodawstw powstałych w długim ciągu wieków jednemu prawodawcy albo założycielowi państwa jest ogólnym zjawiskiem społeczno-psychicznym, które napotykamy u wszystkich ludów? O ileż postą­pi dziejopisarstwo, jako umiejętność, jeżeli historycy raz pozna­ją, że co im się wiecznie wydaje jako właściwość i charakter jednego narodu, którego dzieje piszą, jest tylko objawem ogól­nych praw społecznych lub społeczno-psychicznych!

Takich przykładów, dowodzących ciasnego widnokręgu hi­storyków i nieznajomości praw społecznych rządzących dzieja­mi, można by bez liku przytoczyć z dzieł najlepszych dziejopisa­rzy wszystkich czasów. Wolimy natomiast wykazać, w czym leży przyczyna tych błędów i ciasnych zapatrywań.

Dziejopisarstwo dotychczasowe ogranicza się na opisywa­niu wypadków historycznych, przy czym uwydatnia charaktery osób działających, kreśli zmiany rządu, czyny mężów stanu, opo­wiada losy państw, przebieg wojen itd. Takie opisywanie zdarzeń i czynów może uchodzić za dzieło sztuki, może być ro­dzajem epopei, ale nie ma bynajmniej cech umiejętności. I sztuka bowiem zajmuje się przedstawieniami z natury lub życia ludzkiego w celu poruszenia umysłów, wywołania podziwu lub zachwytu i sprawienia tym sposobem przyjemności ludziom. Nic innego nie dostarcza nam zwykłe dziejopisarstwo, które opowia­daniem zdarzeń zabawia, rozrywa nas i odpowiednio do stanowiska naszego osobistego nastraja. Przy tym dziejopisowie, według różnicy stanowiska swego narodowego, społecznego lub religij­nego, jeden i ten sam czyn to pod niebiosa podnoszą, to znów potępiają; tego samego człowieka jedni chwalą, drudzy ganią; je­dno i to samo zdarzenie jedni nazywają dobrodziejstwem, drudzy nieszczęściem. Słowem, wszelka dotychczasowa historia była zawsze przedstawianiem faktów i zdarzeń ze stanowiska subiektywnego. I to miałaby być umiejętność? Wszak na raz stwier­dzone prawdy umiejętne musi być zgoda między wszystkimi ludźmi zdrowo myślącymi wszystkich narodów i stronnictw.

Kiedyż nastąpi zgoda między historykami w sądzie, dajmy na to o Napoleonie I-ym, o Bismarku, o Gladstonie, o amerykań­skiej wojnie secesyjnej, o wyprawie tonkińskiej itp. zdarze­niach? Nie! opisy takich zdarzeń i charakterystyki osób to raczej sztuka niż umiejętność. Bo ta ostatnia zawsze i wszędzie ma tylko do czynienia z naturą i prawami naturalnymi albo z życiem społecznym, jako objawem naturalnym, i prawami naturalnymi, życiem tym rządzącymi. Przedstawianie zaś pojedynczych, in­dywidualnych wypadków, jak i kreślenie charakterów życia i czynów jednostek jest rzeczą sztuki, która zawsze przedstawia indywidualizm, jakkolwiek z życia wzięty - i typowy, podczas kiedy umiejętność ma na celu wykazywanie praw i prawidłowo­ści, a więc pojęć ogólnych, a nie kształtów indywidualnych.

Odmawiając dziejopisarstwu opisowemu charakteru umieję­tności, nie mamy na myśli uwłaczać mu, ani obniżać jego zna­czenia; dziejopisarstwo bowiem, jako sztuka, może bardzo wznio­słe zająć stanowisko. Kreśląc przykłady cnoty i męstwa, pod­nosi ono i uszlachetnia umysły; stawia późnym pokoleniom za wzór szlachetne czyny przodków itd. Ale stanowisko umie­jętności wobec dziejów jest zupełnie inne. Umiejętność mniej skorą jest niż dziejopisarstwo do przyznawania zasługi wielkim ludziom, do chwalenia jednych, potępiania drugich. Wie ona, że wielkie czyny nie są zasługą, że wielkie zbrodnie niekoniecznie są winą jednostki. Nie jej rzeczą też jest chwalić lub ganić; jej rzeczą jest zrozumieć, wytłumaczyć, wyjaśnić.

Jakkolwiek dziejopisarstwo opisowe zawsze ma i mieć bę­dzie uprawnienie, jednak prawdy socjologiczne muszą kiedyś zmienić charakter dziejopisarstwa umiejętnego.

Niemniej ważną stać się musi socjologia dla polityki, któ­rej dzisiaj nie liczą wcale do umiejętności, która jednak oparta na socjologii, stać się może najważniejszą umiejętnością.

Czymże dzisiaj jest polityka? Dążeniem do władzy. Każde państwo, każde stronnictwo, każda koteria dąży do wpływu i władzy wszelkimi środkami, jakimi rozporządza. Środki te mogą być materialne i teoretyczne. Najczęściej polityka używa środków materialnych, przyozdabiając je teoriami. Gdzież jest miara prawdy i prawdziwości tych teorii? Nie masz jej! Tylko skuteczność obranych środków i głoszonych teorii stanowi o ich prawdziwości i dobroci. Ale tę skuteczność w polityce najczęściej zapewnia większa siła; ta więc zawsze jest najlepszą i najprawdziwszą polityką, przynajmniej jak rzeczy dzisiaj stoją.

Zupełnie inny zwrot może nadać socjologia polityce, jako teorii umiejętnej, nie jako praktyce. Socjologia bowiem z badania procesu dziejowego dochodzi do poznania praw społecznych, a więc także praw rozwoju życia politycznego. Jeżeli te prawa są prawdziwe, to muszą one urzeczywistniać się także w teraźniejszości i w przyszłości; muszą one rządzić teraźniejszym i przyszłym rozwojem społeczeństwa, tak samo jak rządziły nim w przeszłości. Tym samym zaś na miejsce czczych kombinacji co do przyszłego rozwoju społeczeństwa wstępuje trzeźwe, na socjologicznych danych opierające się obliczenie i przewidywanie przyszłości. Te ostatnie słowa wywołają zapewne niedowierzające powątpiewanie. Podobne obietnice zbyt często już okazały się płonnymi, że nie dziw, iż dzisiaj każdego, który je odnawia, spotyka szyderczy uśmiech i zarzut lekkomyślność albo nawet szarlatanerii. Wszak już Comte mówił o „polityce pozytywnej", która „zamiast sądzić i polepszać", raczej stworzyć ma „system pomysłów umiejętnych, jakiego nigdy nie przewidział, ani nie przeczuł żaden filozof", a jednak wieleż fałszywych i mylnych proroctw zawartych jest w dziele Comte`a? Jakimże nieudolnym i nieprzewidujący m politykiem okazał się ten wielki filozof! Buckle? Pomimo pretensyj swoich do zupełnej znajomości „praw historyki", zaprorokował on nam ustanie wojen w Europie, nastanie wiecznego pokoju — i jakież się spełniło jego proroctwo? Od czasu śmierci jego co kilka lat pra­wie mieliśmy wojnę w Europie.

Na zarzuty i powątpiewania te odpowiadam krótko. Comte i Buckle i kilku innych myślicieli słusznie przypuszczali mo­żliwość socjologii, jako umiejętności, i słusznie twierdzili, że ist­nieją prawa rozwoju społecznego. Ale nie przestąpili oni progu socjologii, nie odkryli właściwych podstaw tej umiejętności, nie doszli do poznania jej praw. Co więcej, nie odkryli oni nawet jedynego punktu wyjścia, z którego prowadzi droga do poznania tych praw. Tym punktem wyjścia jest wieloplemienność; drogą zaś prowadzącą do poznania praw jest badanie i rozważanie stosun­ków naturalnych, zachodzących między różnorodnymi grupami społecznemu Tej drogi zamierzam się trzymać w niniejszej pracy.

Jako umiejętność o społeczeństwach ludzkich, tworzy socjologia podstawę wszystkich tych umiejętności, które mają za przedmiot pojedyncze działy życia społecznego, pojedyncze kie­runki czynności społecznych, pojedyncze objawy życia i działal­ności społeczeństw. Umiejętności te, które do socjologii zostają w stosunku podrzędności są: umiejętność o człowieku jako je­dnostce czyli antropologia; umiejętność opisująca różne istniejące szczepy i ludy co do ich wyglądu, życia, zwyczajów i obyczajów czyli etnografia; umiejętność o ustrojach społecznych, mających na celu utrzymywanie ładu i porządku prawnego między ludźmi to jest umiejętność polityczna czyli polityka w obszerniejszym znaczeniu tego słowa; umiejętność o gospodarstwie społecznym czyli ekonomia polityczna; umiejętności o objawach społeczno-psychicznych, jak językoznawstwo, umiejętność religii, prawoznawstwo itd. Że wszystkie te umiejętności, które właściwe źródło mają w umiejętności o społeczeństwie, powstały i rozwi­nęły się dawno przed socjologią, nie jest to zjawiskiem anormalnym; owszem leży to w naturze rzeczy i wynika z właściwości rozwoju ducha ludzkiego. Zupełnie tak samo na polu przyrodoznawstwa powstały i rozwinęły się naprzód botanika, zoologia i mineralogia; później dopiero powstały geologia, geognozja, pa­leontologia, na których to ostatnich gruntują się dzisiaj owe pierwsze; tak samo umiejętność lekarska dawniejszą jest aniżeli fizjologia, jakkolwiek ta ostatnia jest pierwszej podstawą.

Zjawiska te mają bardzo prostą przyczynę. Badamy naprzód te przedmioty, które napotykamy w przyrodzie fizycznej. Co do powstania i rozwoju ich, zrazu zaspakaja nas pierwsza lepsza hipoteza, najprostsze jakieś tłumaczenie. Weźmy np. prawo. Żyje się pod rządem ustaw, stanowiących prawo. Bada się więc z początku prawo to, co do znaczenia, porównuje się je z innymi prawami, bada się historię jego itd. Co do powsta­nia i rozwoju prawa zaspakaja z początku najprostsze tłumaczenie, że prawodawca napisał ustawę i tym samem stworzył prawo. Później dopiero głębsze filozoficzne badanie stawia sobie pytanie, skąd prawodawca czerpał, co go spowodowało do nadania takich a nie innych ustaw, i w tym kierunku badając, dochodzi się do wykrycia prawdziwego źródła prawa, które leży bądź w poczuciu prawnym społeczeństwa, bądź w stosunkach, potrzebach i interesach społecznych. Tak samo nareszcie ma się rzecz z umiejętnym rozważaniem religii, którą z początku wywodzi się po prostu z rozkazu Boga objawionego prorokowi i t. p., a dopiero bardzo późno poznaje się rzeczywisty proces społeczno-psychiczny, który jej daje początek. Tym sposobem zaś pojedyncze umiejętności na dalszym stopniu rozwoju stają w sprzeczności z hipotezami i zapatrywaniami, na których pierwotnie się opie­rały. Dalszym zaś następstwem rozwoju powyższych umieję­tności było, że wszystkie one spotkały się na wspólnym gruncie, z którego te różne utwory i zjawiska społeczno-psychiczne wy­rosły, na gruncie socjologii. Kiedy bowiem w każdej z tych różnych umiejętności przekonano się, że te zjawiska społeczno-psychiczne, jakby naturalną koniecznością wywołane, powstały u wszystkich ludów na pewnym stopniu rozwoju, a na różnych stopniach rozwoju istniały to w doskonalszym, to w mniej do­skonałym stanie, zaczęto porównywać i zjawiska te i różne sta­ny i formy ich u różnych ludów. Tak powstały naprzód bada­nia porównawcze prawa, religii, języka, sztuki itd., które zno­wu zawiodły do owego wspólnego pnia umiejętności, nazwanego naprzód historią kultury, etnografią, etnologią (Bastian), a który najtrafniej nosi nazwę socjologii.

Bo w istocie tylko socjologia, dając poznać istotę społe­czeństw ludzkich i rozwój ich, wskazuje rzeczywiste źródła wszystkich tych zjawisk społeczno-psychicznych, które stanowi­ły przedmiot odrębnych umiejętności. Socjologię więc uznać musimy za filozoficzną podstawę wszystkich umiejętności o rze­czach społeczno-psychicznych i jej to przypadnie zadanie wyka­zać związek ich między sobą i stosunek tak do siebie nawzajem,, jak i do głównego pnia umiejętnego, którego tylko są gałęziami?> to jest do socjologii samej.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009