Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ VI

Wieloplemienność wobec darwinizmu

Ile razy w dawniejszych czasach w Europie, badacze i myśliciele zrobili jakieś spostrzeżenie, które się nie zgadzało z nau­kami kościoła, to ogłaszając nowe spostrzeżenie, starali się zawsze wykazać, że ono w gruncie rzeczy nie jest sprzeczne z owymi naukami. Podobne usiłowania dzisiaj jeszcze napoty­kamy tam, gdzie ludzie nauki liczyć się muszą z silnym prądem religijnym. Nawet Darwin jeszcze wykazywał prawowiernym anglikom, że teoria jego transformizmu nie sprzeciwia się poda­niom biblijnym. Nastały dziś inne czasy. Nasi darwiniści i haeckeliści nie robią sobie wiele skrupułów z wygłaszania teorii swych, choć niezgodnych z biblią i katechizmem. Natomiast dzisiaj darwinizm zajął po części miejsce dogmatów biblijnych i biada temu, który choć pozornie sprzeciwia się darwinizmowi. Z góry wołają: „anathema sit!" Podobnie więc jak dawniej trzeba było się zastrzegać przeciw niezgodności z biblią: dziś trze­ba się zastrzec przeciw niezgodności z Darwinem.

Czyniąc to, nie przyznaję wprawdzie nieomylności dogma­tycznej darwinizmowi, ale uznając wysokie znaczenie tej teorii, jednej z najbystrzejszych i najgłębszych, jakie myśl ludzka kiedykolwiek wydała; uznając dalej, że teoria ta ze wszystkich dotąd znanych jest najlepiej uzasadniona tak, że wszelka inna teoria, tycząca się powstania rodu ludzkiego, powinna się wystrze­gać sprzeczności- z darwinizmem,—bo sprzeczność taka słusznie by przeciwko niej budziła z góry uprzedzenia;—chętnie zabieram się do wykazania, że wieloplemienność rodu ludzkiego nie sprze­ciwia się teorii Darwina, tym bardziej, że silnie przekonany jestem, iż wieloplemienność leży zupełnie w duchu tej teorii, której powierzchowne tylko pojmowanie mogło dać powód do nieporozumień. Darwinizm tak bardzo był zajęty wytłumaczeniem przemienności (transformizmu) za pomocą przystosowywania i dziedziczenia, że nie znalazł wcale sposobności zajęcia się szczegółowego kwestią wieloplemienności. Leży to jednak, jak powiadam, w duchu tej teorii, że wykazywany przez nią proces powolnych przemian od najprostszych form do najdosko­nalszych w dzisiejszym świecie w żaden sposób nie może być pojęty jako taki, który miałby się odbywać tylko w jednej linii genealogicznej: takie pojmowanie darwinizmu byłoby chyba ośmieszaniem go. Trzeba by w takim razie przypuścić, że w chwili pierwszego powstania pierwotnej komórki, tylko jedna taka ko­mórka się wytworzyła, z której przez następne miliony wieków w ciągłych przemianach zawsze tylko powstawała tak szczupła liczba potomstwa, że z niej wreszcie powstała tylko jedna lub kilka pokrewnych par pierwszych ludzi. Takie śmieszne wyo­brażenie sprzeciwia się wprost duchowi teorii Darwina. To też Darwin sam zastrzega się kilkakrotnie przeciwko podo­bnemu przypuszczeniu i powtarza, że twierdzenia jego tyczą się „pierwotnych form", nie wdaje się zaś w kwestię, [jak] wiele ta­kich pierwotnych form było. Miał zaś Darwin zupełną słusz­ność nie wdawać się w tę kwestię, bo by sobie był niepotrze­bnie pomnożył liczbę przeciwników i powiększył trudności przyjęcia się teorii. Wszak szło mu przede wszystkim o uprawdopodobnienie procesu przemiany gatunków; wszystkie dowody i argumenty jego skierowane są na ten jeden punkt; cały materiał wiedzy przyrodniczej, wszystkie doświadczenia praktyczne, wszystko to przywiedzione jest u Darwina tylko na udowod­nienie-działania tych dwóch sił przystosowywania i dziedziczenia, sprowadzających i tłumaczących przemianę gatunków. Że proces ten wiekowych przemian odbywał się w licznych liniach genealogicznych, rozwijających się obok siebie i równocześnie w najdalszych krańcach ziemi, temu Darwin nigdzie się nie sprzeciwia, tak samo jak to zapatrywanie nie sprzeciwia się darwinizmowi. Toteż uczniowie Darwina oświadczają się bez wahania za wieloplemiennością i przeciwko jednoplemienności rodu ludzkiego; co więcej ta wieloplemienność zdaje się tak naturalną, że całą tę kwestię uwalają za zbyteczną, „Pyta­nie często rozbierane — powiada Oskar Schmidt — czy ród ludzki pochodzi od jednej czy od licznych par, teraz właściwie sensu niema. Albowiem ten szczep ludzki, który powstał z form zwierzęcych i który z czasem doszedł do wytworzenia mowy, odłączył się powoli od zwierzęcych swych protoplastów, wybór zaś płciowy, który z czasem doprowadził do wytworzenia mowy i rozwoju rozumu, musiał się odbywać w większych gromadach" 1). Również Büchner, najgorliwszy krzewiciel i popularyzator teorii Darwina, całą tę „niesmaczną" kwestię traktuje w podobny sposób: „Jeżeli bowiem raz przypuszczamy możliwość przemiany typu małpiego w ludzki wszystko jedno, czy to się odbyło powoli, czy nagle — to nie zmie­nia teorii, czy ta przemiana odbyła się raz, czy kilkakroć, czy na jednym, czy na wielu miejscach i czy dzisiejsze różnice ras po­chodzą od powolnych przemian pierwotnie jednolitego typu, czy od pierwotnych różnic pochodzenia od odmiennych jednostek owego typu małpiego"2). Tylko Haeckel nie zapatruje się tak lekceważąco na to pytanie jak inni uczniowie Darwina i darwinizmem swym przesadza samego mistrza. Jakkolwiek bowiem i Haeckel odrzuca pochodzenie rodu ludzkiego od je­dnej pary, to jednak zadaje sobie niepotrzebną pracę udowodnie­nia, że ród ludzki z jednego miejsca pochodzi, że powstał w „Lemurii"— jest to hipoteza, która, moim zdaniem, jeszcze bardziej sprzeciwia się teorii Darwina niż pochodzenie od jednej pary. Haeckel zatem wyznaje wprawdzie wieloplemienność w ściślejszym znaczeniu (pochodzenie od wielu par pierwotnych) ale obstaje za jednoplemiennością w znaczeniu dalszym tj. za po­chodzeniem z jednej wspólnej kolebki geograficznej. Wywód, którym stara się wyjaśnić ze stanowiska teorii Darwina „oma­wianą tak często kwestię jedno —lub wieloplemiennego pocho­dzenia rodu ludzkiego, gatunków i ras ludzkich" brzmi jak na­stępuje: „Jak wiadomo w kwestii tej od dawna walczą z sobą dwa obozy: monofileci i polifileci. Monofileci (albo monogeniści) oświadczają się za jednoplemiennym początkiem i pokrewień­stwem gatunków ludzkich; polifileci (albo poligeniści) zaś są zda­nia, że różne gatunki czy rasy ludzkie różnorodnego są pochodzenia. Poprzednie badania genealogiczne usuwają prawdopo­dobnie wszelką wątpliwość, iż w obszernym znaczeniu pogląd monofiletyczny jedynie może być słusznym. Bo jeżeli przypuścimy nawet, że ludomałpy wielokrotnie przekształcały się w ludzi, to w każdym razie te same ludomałpy znowu będą z sobą złączone w jednościowym swym drzewie rodowym; cała rzecz przeto bę­dzie się rozchodziła o bliższy lub dalszy stopień właściwego po­krewieństwa. W ścisłym znaczeniu będzie miał natomiast pogląd polifiletyczny o tyle słuszność, o ile rozmaite pierwotne języki rozwinęły się niezależnie jedne od drugich.

„Jeżeli zatem uważamy powstanie członkowanej mowy jako właściwą i główną cechę człowieka, jeżeli zechcemy rozróżniać gatunki ludzkie według głównych ich języków, w ta­kim razie możemy twierdzić, że rozmaite gatunki ludzkie po­wstały niezależnie jedne od drugich a to w ten sposób, iż rozmaite gałęzie bezpośrednio z małp rozwiniętych małpolu­dów samodzielnie wyrobiły swą mowę pierwotną. W każdym razie będą one bliżej lub dalej ściśle z sobą złączone i dadzą się ostatecznie wyprowadzić z jednego pnia wspólnego. Ściśle się trzymając tego ostatniego twierdzenia i będąc przy tym przekonani na podstawie wielu innych dowodów, że rozmaite gatunki niemówiących łudzi pochodzą od jednej wspólnej for­my małpoluda, nie myślimy jednak bynajmniej przez to twier­dzić, że wszyscy ludzie pochodzą od jednej pary. Zdanie to, przyjęte przez nasze nowożytną indogermańską cywilizacją z mytu semickiego mojżeszowej historii stworzenia, nie może się w żadnym razie utrzymać. Cała ta okrzyczana wałka o to, czy rodzaj ludzki pochodzi od jednej, czy też od wielu par, polega na zupełnie fałszywym postawieniu kwestii. Jest ona tak samo nierozsądną jak pytanie, czy wszystkie psy używane do polowania lub wszystkie konie używane do wyścigów po­chodzą od jednej pary. Moglibyśmy z taką samą słusznością zapytać, czy wszyscy Niemcy, czy wszyscy Anglicy pochodzą od jednej pary i t. p. Pierwsza para ludzi lub pierwszy człowiek tak samo nigdy nie istniał, jak nigdy nie było pierwszej pary lub też pierwszego Anglika, Niemca, konia wyścigowego lub psa do polowania. Zawsze nowy gatunek powstaje z istniejącego już gatunku w ten sposób, że przebieg przekształcenia rozdziela się na cały szereg licznych następujących po sobie osobników. Przypuśćmy, że mamy przed sobą wszystkie najrozmaitsze pary ludomałp i małpoludów, należących do prawdziwych przodków ludzkich; czyż możliwym by było, bez nadzwyczajnej dowolności, nadać jednej parze tych małpoludów nazwę pierwszej pary? Również nie możemy żadnego z dwunastu gatunków ludz­kich wyprowadzić z jednej pierwszej pary". Wywód ten Haeckla jest niejasny i wymuszony; przyczyna tego zaś jest bardzo prosta. Czuje to Haeckel dobrze, że przypuszczeniem pochodzenia ludzi od jednej pary sprzeniewierzyłby się nie tylko darwinizmowi, ale wszelkiej rozumnej umiejętności przyrodni­czej. O tym więc ani mowy być nie może. Z drugiej strony nie chce on odciąć sobie odwrotu do ulubionej swojej mrzonki ułożenia drzewa rodowodowego ludzkości i odkrycia miejsca powstania pierwszych ludzi, swej sławnej Lemurii. Stąd połowiczność jego wywodów, rozróżnianie między monogenizmem w szerszym i ściślejszym znaczeniu tego słowa. Myli się jednak Haeckel. Tak samo jak pochodzenie od jednej pary sprzeciwia się nie tylko darwinizmowi, ale wszelkiej umiejętności przyrodni­czej, zarówno sprzeciwia im się także jedna miejscowość jako wspólna ojczyzna rodu ludzkiego.

Wszystkie te względy, które przemawiają przeciwko monofiletyzmowi w ścisłym czy w ściślejszym znaczeniu, prze­mawiają równie przeciw monofiletyzmowi Haeckla „w obszernym znaczeniu". Bo jeżeli z jednej strony nonsensem jest przypuścić, że owe niskie i najniższe ustroje i formy zwierzę­ce, o których mamy wyobrazić sobie, że z nich w ciągu milionów wieków wytworzyli się ludzie, istniały kiedyś tylko w po­jedynczych egzemplarzach, podczas kiedy dzisiaj organizmy i formy te widzimy wszędzie tylko w ogromnych masach: 3) to nie mniejszym zaiste nonsensem jest wyobrażać sobie, że owe pierwotne najniższe organizmy, z których według teorii Dar­wina rozwinęły się późniejsze formy zwierzęce, istniały tylko na jednym punkcie ziemi! Jeżeli darwinizm wszędzie dąży do uproszczenia wyjaśnień, do wytłumaczenia zjawisk w naj­prostszy sposób, do przyjęcia najprostszych przyczyn, to z tego nie wynika, że ilości czy to pierwszych par czy to miejsc powsta­nia zredukować należy do liczby pojedynczej! Taka redukcja, za­miast uprościć wytłumaczenie, raczej utrudniłaby takowe. Pro­sty sposób tłumaczenia zjawiska powstawania organizmów nie może się czepiać jednej ich kolebki; tą kolebką była kula ziem­ska, gdziekolwiek i kiedykolwiek wytwarzały się na niej dogod­ne warunki rozwoju organizmów; a któż może być tak naiwnym, aby mniemał, że na całej kuli ziemskiej warunki takie znalazły się tylko w „Lemurii" Haeckla; w sąsiedztwie biblijnego raju! Jeżeli uzasadnioną jest hipoteza, że te pierwotne organizmy wy­nikły z procesu przyrodniczego, który odbywał się w głębi oceanu naszej półkuli, to dlaczegóż by ten sam proces nie miał się odbywać kiedyś i w głębi oceanu, półkuli przeciwległej. Oczywi­sta, że raz przyjąwszy tę mnogość, trzeba przypuścić, że owe różne miejscowości licznym pierwotnym organizmom i całej ich descendencji, już w samom początkowym powstaniu, odrębne nadały piętna: takiemu przypuszczenia zaś rzeczywistość ży­wa w świecie zwierzęcym i ludzkim bynajmniej się nie sprzeciwia. Tak więc widzimy, że właściwy darwinizm wcale się nie sprzeciwia naszej hipotezie, tylko haeckelizm w tej kwestii jest chwiejny i niejasny.

Prócz wspomnianej już przyczyny, druga jeszcze tłumaczy nam to odstępstwo ucznia od zasad mistrza. Wielką i nie­śmiertelną zasługą D a r w i n a jest wykazanie, że dużo zmian i odmian w typach organizmów powstaje drogą przystosowywania i dziedziczenia, drogą doboru płciowego i walki o byt. Ale Darwin nigdzie nie twierdzi, jakoby wszystkie istniejące różnice gatunkowe koniecznie tylko tą dro­gą były powstały. Darwin bynajmniej nie wyklucza możli­wości powstania tych różnic inną także drogą i w skutek innych wpływów jak np. w skutek wpływów pierwotnie odrębnych wa­runków otaczającej natury na pierwotne ustroje. W tym pun­kcie uczniowie Darwina znowu przesadzają mistrza bezwzględ­nością. Zachwyceni teorią jego, starają oni się znaczenie jej podnieść do wysokości, o której się mistrzowi nie śniło, wywal­czyć dla niej wyłączność i źle zrozumianą wszechdziałalność 4). Ponieważ dziedziczenie i przystosowywanie, ponieważ naturalny dobór płciowy i walka o byt, jak to wykazał Darwin, wielką grają rolę w odmianach gatunków, Haeckel przeto już żadnej innej prócz tego nie chce przypuścić przyczyny różnic gatunko­wych i porywa się, od czego Darwin był dalekim, do nakreślenia jednego drzewa rodowego dla całego państwa zwierzęcego i całej ludzkości, któremu to drzewu każe wyrastać z jednego miejsca, jako jedynie uprzywilejowanego na całej kuli ziemskiej. Z wy­kazanej przez Darwina możliwości odmiany gatunków i po­wstania drugorzędnych różnic pomiędzy niemi wyprowadza Haeckel nieuzasadniony zupełnie a przesadny wniosek o nie­możliwości pierwotnych pierwszorzędnych różnic gatunkowych i dochodzi tym sposobem do ustanowienia „monofiletyzmu w szerszym znaczeniu," który bynajmniej nie jest zawarty w teorii Darwina, zupełnie jej jest obcym i grzeszy przeciwko jej duchowi. Tym samem zaś haeckelizm wybiega daleko po za cel Darwina i nie dochodzi tam, dokąd chciał Darwin dojść a więc nie rozwiązuje wcale zadania, które sobie postawił ba­dacz angielski.

Zadanie to polega na tym, aby na miejsce cudów postawić naturalne i proste wyjaśnienie rzeczy. W tym celu jednak wystarcza zupełnie wykazanie możliwości pochodzenia świata zwierzęcego i ras ludzkich od prostych form ustrojów pierwo­tnych, przez co zarazem tłumaczy się w sposób prosty i natu­ralny wielka część różnic gatunkowych pojedynczych typów, a więc także i ras ludzkich, jako skutek pierwotnych różnic tych ustrojów, będących następstwem różnego położenia geo­graficznego pierwszych ich siedzib, podczas kiedy inna część różnic pochodzi od wykazanych przez Darwina wpływów przystosowywania, dziedziczenia, doboru płciowego i walki o byt. Ale wykluczając zupełnie pierwszy szereg przyczyn, co trzymając się uporczywie tylko tego drugiego szeregu, wnosi Haeckel do teorii descendencji nowy żywioł cudowności i nienaturalności. Dlatego pewnie niesłusznie Haeckel utrzy­muje, że „monofiletyzm" („w szerszym znaczeniu") jest „prawdziwszą" hipotezą i że „ród ludzki jedną tylko na ziemi ma pierwszą kolebkę"; takie przypuszczenia bowiem znaczą tyle, co odrzucenie zupełne najprostszego i najnaturalniejszego tłumaczenia licznych różnic rasowych, które w inny sposób albo wcale się nie dadzą wytłumaczyć albo tylko bardzo trudno i sztucznie. Odrzucenie zaś prostych i naturalnych sposobów tłumaczenia zjawisk nielogicznym jest w obrębie teorii, której głównym celem jest usunięcie cudowności i nienaturalności w wyjaśnianiu zjawisk. Takie lekkomyślne odrzucenie prostego i naturalnego tłumaczenia tom mniej da się usprawiedliwić, o ile sama teoria Darwina jeszcze daleką jest od jasnego udowodnienia przyczyn wszystkich różnic gatunkowych.

Nie mogę tutaj wdawać się w materię, której rozświecenie nie należy do przedwstępnych kwestii socjologii, ale na poparcie zdania mojego przytoczę tylko słowa Huxleya, któ­ry wskazuje na istniejące jeszcze wielkie luki w teorii Darwina, luki, które moim zdaniem, nigdy wypełnione nie bę­dą. Pomimo to wszystko, powiada Huxley, musimy hipotezę

Darwina tak długo uważać za prowizoryczną, dopóki w łańcu­chu dowodów brakuje jednego ogniwa; tego ogniwa zaś tak dłu­go brakować będzie, dopóki zwierzęta i rośliny pochodzące przez sztuczny chów od wspólnego pnia skutecznie mogą się z sobą krzyżować (co nie ma miejsca między naturalnymi gatunkami zwierząt). Tak długo bowiem dowodu na to nie ma, że rezulta­ty sztucznego chowu mogą być postawione na równi z natu­ralnymi gatunkami" 5).

Daleko zaś gruntowniej i logicznym rozumowaniem do prze­konania naszego trafiając, wykazuje słabe strony i luki teorii Darwina sławny przyrodnik Agassiz, a jakkolwiek opozycyjnego przeciw darwinizmowi wywołała gwałtowne repliki, nikt jednak nie zbił zarzutów podniesionych przez Agassiza. Jeżeli darwinizm stara się wykazać nieprzerwany łańcuch rozwoju od moner i protozoów aż do człowieka, Agassiz najjaśniej i najgruntowniej wykazuje, że w rozwoju tym nie ma ciągłość i że w państwie zwierząt istnieją działy zbudowane według zu­pełnie różnych typów. „Istnieje, powiada Agassiz, różnica w pierwotnym planie, w idei samej, a różnica ta idealna przebi­ja się w fizycznym zjawisku typów. Powiadają, że człowiek jest szczytem rozwoju, najwyższym szczeblem długiej podnoszą­cej się drabiny. Niewątpliwym tylko zdaje się być, że jest on> najwyższą z istot żyjących, ale może on tylko uchodzić za szczyt i najwyższy szczebel jednego szeregu stworzeń t. j. kręgowców. Żaden bezkręgowiec ani w pierwotnym planie, ani w widocznym rozwoju planu tego, niema najmniejszego pokrewieństwa ani podobieństwa z człowiekiem, podczas kiedy kręgowce najrozmait­szego typu co do znamion anatomicznych wykazują takie po­krewieństwo. Jak więc zwierzęta nie są zbudowane według jednego planu, tak samo też nie znajdujemy ich na jednym miej­scu i nigdy nie były one też ograniczone na jedno centrum. Są one rozproszone po całej kuli ziemskiej, przez morza i lądy; ale jakkolwiek daleko rozłączone są terytorialnie, łączy pojedyncze

działy podobieństwo typowe, łączą je te same prawidła podo­bieństwa i różnice" 6). Aby wykazać trwałość typów, poddaje Agassiz rozpładnianie się zwierząt rozbiorowi szczegółowemu, z którego się pokazuje, że już jajo, z którego powstaje zwierzę, obdarzone jest „indywidualnością tj. charakterem typowym tak wybitnym, że nigdy, jak świat światem, jajo żadnego zwierzęcia nie wydało istoty niepodobnej w zasadniczej formie do rodziców". „Jakiekolwiek bądź więc stopnie rozwoju przechodzi jajo i jak bardzo ono przejściowo może być podobnym do formy dojrzałej jakiegoś niższego zwierzęcia, nigdy ono nie wydało nic innego, jak tę formę, od której pochodzi. Nie znamy ani jednego przy­kładu wyjątku od tego wiecznie jednakowego obiegu życia, któ­ry nas uczy, że skutkiem płodzenia jest następstwo istot zasa­dniczo jednakowych, choć rozpłodnienie odbywa się w najroz­maitszy sposób... Im więcej badamy te różne sposoby rozpładniania zwierząt, tym więcej przekonują nas fakty, że utrzy­manie idei, typu, trwałość pewnych rysów w świecie organi­cznym jest pierwotnym zamiarem (?), w każdym razie niewąt­pliwym i niezbędnym skutkiem całego tego procesu". Jakiekol­wiek niewytłumaczone zjawiska wydaje dziedziczność (np. ata­wizm), nigdy jednak Agassiz nie mógł dostrzec, żeby gatu­nek jakiś, pomimo „całej giętkości i zdolności przywłaszczania sobie nowych rysów albo odrzucania takowych", „zasadniczo się był odmienił". Dochodzi on więc do rezultatu, „że prawo dziedziczności w tym kierunku zdaje się działać, iż zatrzymuje wszystko, co w typie jest zasadniczym, a odmianę umożliwia tylko w tym, co nie należy do charakterystyki typowej ustroju". Pra­wo dziedziczności według Agassiza ma raczej przeznaczenie „utrzymać typ a nie odmienić go". Bezpośrednio zaś sprzeciwiają się teorii Darwina o powstaniu gatunków fakty, tyczące się krzyżowania gatunków zwierzęcych, jako też ras ludzkich. Agassiz powiada o tym: „W ścisłym związku z kwestią dzie­dziczności pozostaje kwestia krzyżowania gatunków. Widzieli­śmy, że potomstwo, spłodzone przez zwierzęta należące do blisko spokrewnionych rodzajów, może być podobne albo do ojca albo do matki. Może one odziedziczyć charakterystyczne rysy je­dnego z dwojga albo też łączyć w sobie rysy obojga rodziców. Ale kiedy się krzyżuje zwierzęta różnych gatunków np. konia z osłem, potomek zawsze będzie pośrednim typem: ani ko­niem, ani osłem, ale mułem. Słowem, potomek będzie zawsze pośrednim między ojcem a matką. U zwierząt następuje to za­wsze między tymi działami, które nazywamy rasami. Dzieci białych i Murzynów nie są ani białymi ani murzynami, ale—mu­latami. Dzieci murzynów i Indian nie są ani Murzynami ani Indianami ale półkrwią i mają właściwości obojga rodziców. To samo tyczy się skojarzeń białych z Australijczykami, białych z Chińczykami. Jest to fakt, przemawiający za odrębnym po­czątkiem ras ludzkich. Stąd wyprowadzono wniosek, że wypada rasy ludzkie tak samo od siebie odróżniać, jak się odróżnia- ga­tunki zwierząt. Nie zatrzymuję się przy tym punkcie, ale py­tam się tylko, jaki wpływ mają te fakty na utrzymanie lub od­mianę typu? Dajmy na to, że w następnym znów pokoleniu krzyżuje się, powiedzmy np.: mulatka z białym albo Mulat z Mu­rzynką i że takie kojarzenia następują po sobie przez kilka pokoleń. Wtedy mieszanina znika zupełnie, a potomstwo wraca do czyste­go typu. Tak samo ma się rzecz u zwierząt. Wszak może­my wychować mieszańców, ale jeżeli przez kilka pokoleń krzy­żujemy ich znów z dawnym gatunkiem, tracą one siłę reprodukcji nowej odmiany; potomstwo wraca do czystego typu. To zdaje mi się dostatecznym dowodem, że wszystkie prawa dziedziczenia i przenoszenia własności drogą dziedzictwa dążą ra­czej do utrzymania typu a nie do rozpraszania go". Przytoczy­wszy jeszcze szereg faktów na poparcie swej teorii, Agassiz powiada, ze „w dzisiejszym stanie wiadomości naszych o powsta­niu i rozwoju zwierząt nie ma żadnej podstawy do przypuszcze­nia, że zwierzęta stopniowo miałyby odmieniać typ swój i zamieniać się w nowe, od dawnych różne, gatunki". W końcu zwra­ca się do twierdzenia Darwina i Haeckla o pokrewieństwie rodu ludzkiego i zwierzęcego, które ci przyrodnicy wywodzą z niektórych analogii anatomicznych z wielką stanowczością, nie troszcząc się przy tym wiek o zasady logiki. I Agassiz gotów czasów, opierają się jedynie na znajomości budowy ciała nie zaś na żadnej wiadomości o pochodzeniu... O tym wspólnym pochodzeniu nie wiemy nic faktycznego i macamy tylko po ciemku, tworząc sobie obrazy fantastyczne. Prawda, że bardzo mało pojmujemy, na czym polega owa różnica gatunkowa; ale w żadnym razie ze stanowiska umiejętnego nie możemy przyczyny różnicy przypisywać okoliczności, o której nic nie wiemy i o któ­rej zajściu w ogóle nie mamy najmniejszego dowodu". W koń­cu zwraca się Agassiz przeciwko ostatniemu argumentowi Haeckla, którym jest „podobieństwo embrionalne". „Nie można zaprzeczyć, powiada on, że szereg przemian spostrzega­nych w jaju, ogólnie biorąc, odpowiada następstwu zwierząt w periodach geologicznych. Fazy embrionalne wyższych kręgo­wców przypominają nam dojrzałe formy niższych kręgowców w dawnych periodach geologicznych. Na tym fakcie się opie­rając, zwolennicy teorii transmutacyjnej twierdzą, że w długim przebiegu czasu nastąpił realny rozwój późniejszych form od dawniejszych. Ależ fazy embrionalne wyższych kręgowców przypominają nam niemniej dojrzałe formy dzisiaj żyjących niż­szych kręgowców; co więcej, podobne one są do tych współcze­snych niższych kręgowców daleko bardziej nawet, niż do owych form skamieniałych. A czyż z tej okoliczności, że dzisiejsza na­sza kura i pies na pewnym stopniu swego rozwoju embrionalnego podobne są do dojrzałej ryby, czyż z tej okoliczności wolno nam wyprowadzić wniosek, że tura i pies pochodzą od ryby? Wiemy dobrze, że to nie jest prawda, że to być nie może, a jednak konkluzja ta logiczna byłaby taką jak ta, na której się opierają zwolennicy teorii transmutacji. Fazy rozwoju embrionalnego każdego ssaka przypominają to następstwo przemian zwierząt: klasy kręgowców znaczą w istocie stopnie rozwoju ich typu. Za­rodek ssaka przechodzi przez stadium typu rybiego i płaziego, zanim dostaje charakter właściwy ssakom. Ale to jeszcze by­najmniej nie uprawnia nas do przyjęcia, że dzisiejszy czworonóg powstaje z ryby; nie twierdzimy podobnego nonsensu, bo żyjemy między czworonożnymi i rybami, i wiemy, że to jest niemożliwym. Ale te same podobieństwa gatunkowe, rozłączone przez długie periody geologiczne, zostawiają szerokie pole fantazji i hipotezom nie opartym na spostrzeżeniach".


1) Oskar Schmidtt: Descendenzlehre und Darwinismus. Lipsk 1873 str. 385.

2) Büchner. Der Mensch und seine Stellung in der Natur. 2-gie wydanie str. 138.

3) Weźmy np, sławnego bathybiusa haecklowskiego. Oto co o nim donosi Oskar Schmidt: „Kilka tysięcy mil sześciennych dna mor­skiego zajmuje muł, jakby mydlany, składający się częścią 2 cząstek ciemnych nieorganicznych, częścią z ciałek na wpół wapiennych, wresz­cie, co główną jest rzeczą, z masy białkowatej, która żyje. Ta żyjąca masa, oto tak zwany bathybius.

4) Przeciwko przesadom Haeckela oświadcza się także znakomity przyrodnik Joly. Moim zdaniem, pisze on, nigdy nie istniał ów niemy małpolud, którego obraz kreśli nam Haeckel z taką stanowczością i dokładnością, jak gdyby go sam był znał, a którego rodowód zestawia przy pomocy zbyt śmiałych fantastycznych hipotez, wywodząc go od monery i protoplazmy a prowadząc następnie linią rodowodową potom­stwa jego aż do człowieka, posiadającego mowę i zostającego na stopniu Australczyka i papuasa (Der Mensch der Zeit der Metalle str. 385).

5) Huxley. Stanowisko człowieka, tłumaczenie niemieckie Carusa str.122.

6) Agassiz. Schöpfungsplan str. 11 i 12.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009