Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ V

Fakty historyczne, przemawiające za wieloplemiennością

Takie zdania uczonych i badaczy, jak powyżej przytoczone, świadczą tylko o umiejętnych przekonaniach i wpłynąć też mogą na przekonanie nasze; z tym wszystkim opierają się one tylko na domysłach, i dopóki faktami historycznymi nie są poparte, nie mogą też być uważane za nic więcej jak tylko za domysły, hipotezy. Rzeczą umiejętności ścisłej jest, ile możności, domysły te stwierdzić faktami i dowodami zaczerpniętymi z historii. Rozważmy więc, czy są takie fakty, które by można przytoczyć na poparcie powyższych domysłów. Takim faktem, zdaje się, jest przede wszystkim następujący: Wszędzie w początkach znanej nam historii napotykamy wielką ilość szczepów ludzkich, które uważają się za zupełnie sobie obce co do krwi i pochodzenia. Ta mnogość szczepów w ciągu historii znika, po części wskutek amalgamacji, po części wskutek "wymierania" szczepów. Podobnież w nowo odkrytych częściach świata widzimy niezliczone szczepy, gromady i hordy, które nawzajem nienawidzą się śmiertelnie, wiodąc ze sobą krwawe walki i zapasy na śmierć i życie. Przy tym wielka ilość tych szczepów już za naszych czasów po części wymarła, po części w oczach naszych wymiera. - Inne znów zlewają się z sobą, po części nawet pod wpływem kultury europejskiej, przy czym z różnorodnych dawniejszych żywiołów powstaje szczep jednolity. Na pierwotną mnogość szczepów u jednolitych później narodów historycznych wskazują prawie wszędzie także podania genealogiczne tych narodów, które zawsze początki swoje wywodzą od pewnej liczby braci, jako protoplastów pierwotnych szczepów. Takie podania, jak słowiańskie o Lechu, Czechu i Rusie, jak żydowskie o dwunastu braciach synach Jakuba, znajdujemy prawie u wszystkich narodów 1).

Powstanie tych podań ma jedyne źródło swe w podobieństwie umysłowego usposobienia ludzi wszelkich ras, mocą którego podobne zjawiska wywołują podobne refleksy umysłowe w podaniach i baśniach. Wszędzie zatem, gdzie większa ilość pierwotnie obcych sobie szczepów zlała się z biegiem czasu w jednolitą masę i przyjęła mniej więcej jeden język (choć pierwotne różnice utrzymały się w narzeczach), świadomość zaś różnic szczepowych nie zupełnie się zatarła; wszędzie tam fakt ten wywołał w umyśle ludzkim wyobrażenie, że te szczepy jednego narodu pochodzą od kilku braci jednego ojca. Podania te są jednakowym oddziaływaniem (refleksem) ducha ludzkiego, odpowiadającym na wrażenie faktu amalgamacji narodowej różnorodnych żywiołów. Skąd zaś pochodzi, że wytłumaczenie to faktu historycznego następuje zawsze w tej samej formie i to nie trudno zrozumieć; bo jest to forma myślenia i wyobrażenia, jaką umysłowi ludzkiemu wpaja powszednia obserwacja rozchodzącego się w różności indywidualne potomstwa jednostek. Jeszcze inna okoliczność przyczyniła się do powstania tych podań. Człowiek z doświadczenia codziennego wie, że członkowie rodziny mają między sobą dużo podobieństwa. Gdziekolwiek więc w większej ilości gromad ludzkich spostrzega pewne podobieństwo, natychmiast nasuwa mu się wyobrażenie, że podobieństwa te są następstwem wspólnego pochodzenia. Jest to więc nawyknienie myśli i pojęć, konieczna prawie forma myśli, właściwa umysłowi ludzkiemu, która wszędzie i zawsze wobec podobnych zjawisk wywoływała podobne podania. Ta właściwość umysłu ludzkiego wywołała domysł, że podobieństwo między małpami a człowiekiem ma źródło swe we wspólnym pochodzeniu, ba, nawet główna myśl teorii Darwina poniekąd jest tylko wyrazem tej koniecznej formy myślenia naszego. Te domysły i wnioski jednak polegają na mylnym rozumowaniu, na braku logiki. Albowiem z tego faktu, że wspólne pochodzenie jest źródłem pewnych podobieństw, w żaden sposób nie można jeszcze wyprowadzać wniosku odwrotnego, że zawsze i wszędzie gdzie napotykamy pewne podobieństwa, możemy je uważać za dowód wspólnego pochodzenia. Ten odwrotny wniosek nie jest logiczny. Bardzo dobrze bowiem pomyśleć sobie można, że wprawdzie wspólne pochodzenie zostawia w potomstwie ślady, których wyrazem są pewne podobieństwa, że jednak niemniej podobne typy mogły powstać niezależnie od siebie, na podstawie ogólnych wszędzie jednako działających praw natury. Zachodzące zatem podobieństwa niekoniecznie muszą być skutkiem wspólnego pochodzenia, ale mogą być skutkiem podobnych pierwotnych warunków powstania i tych samych, wszędzie według tych samych praw działających, sił natury. Nawet to nas bynajmniej dziwić nie powinno, jeżeli widzimy, że natura, która w najrozmaitszych swych utworach przestrzega, że tak powiem, pewnej maniery, wskutek czego najrozmaitsze istoty żyjące mają typ podobny, że natura ta przez istoty żyjące ciągnąc dalej działanie swoje, w potomstwach ich znowu trzyma się ciągłości podobieństw typowych; ale z tych podobieństw typowych drugiego rzędu nie wynika bynajmniej niemożliwość podobieństw typowych pierwszego rzędu. Jeżeli więc nie chcemy wpaść w rozumowanie nielogiczne, jeżeli trzeźwo na rzeczy się zapatrujemy, to podania owe narodowo-genealogiczne powinny być dla nas tylko jednym dowodem więcej na to, że nastąpiło zlanie się w jedną całość pierwotnej mnogości różnorodnych szczepów, która to amalgamacja już tak daleko postąpiła, że wymysł wspólnego protoplasty stał się niejako potrzebą moralną 2), albo też odpowiada interesowi pewnej części narodu np. klasy panującej. Pierwotną mnogość szczepów różnorodnych stwierdza dalej historia narodów historycznych. Dzieje tych narodów tak w starożytności, jako też i w wiekach średnich i nowożytnych przedstawiają nam rozwój od mnogości różnorodnych żywiołów do coraz większej jednolitości narodowej; tak się rzecz miała w Grecji i w państwie rzymskim; tak w Niemczech, w Hiszpanii, Francji, Anglii itd. Rozwój ten zatarł już ślady licznych szczepów, o których odrębności tylko ze świadectw historycznych słabe dziś mamy wyobrażenie. Któż np. wątpi, że franków Karola Wielkiego od sasów Wittekinda dzieliła głęboka przepaść szczepowa nie tylko religijna, że te dwa szczepy walczyły z sobą na zabój, tchnąć ku sobie tą głęboką nienawiścią, jaką tylko napawa świadomość zupełnej różnorodności krwi i duszy? Dziś Frankowie i Sasi są już tylko Niemcami, którzy są przekonani, że pochodzą od wspólnego rodzica Teutona. Tak było wszędzie i zawsze; ten sam rozwój społeczny wszędzie te same budził i wykształcał wyobrażenia i zapatrywania.

Trudno dzisiaj na kuli ziemskiej o szczep lub lud, który by nie był wynikiem takiej wiekowej amalgamacji. Jako ciekawy przykład niech nam posłuży szczep Boerów południowo-afrykańskich, których pewnie skłonni byśmy byli uważać za plemię czyste, niezmieszane jeszcze z obcymi żywiołami. Oto co o nich pisze sławny etnograf Fritsch z własnego doświadczenia: "Któż są ci Boerowie, których gazety nasze zwykle nazywają holenderskimi Boerami, popełniając przez to podwójny błąd... Jakkolwiek język tego ludu do dziś dnia jest holenderski, to jednak co do pochodzenia można by ich równym prawem nazwać francuskimi lub niemieckimi Boerami. Nazwy ich rodzinne świadczą o tym dostatecznie; takie np. nazwy jak: Voesse (Fouché), Fillie (Villiers), Wiwje (Viviers), Jouberth di Toit, de Pollisier, Duplessis, Maré itd. należą do rodzin francuskich hugonotów, którzy około roku 1687 przybyli tam jako koloniści. Ciekawym przy tym jest zjawiskiem częste przekształcanie nazw francuskich na holenderskie. Inne nazwy jak np. Krüger, Brandt, Schumann, Krause, Schreiber, Hartmann itp. są oczywiście niemieckimi i datują się od bardzo dawnego czasu. Holenderskich nazw jest również bardzo dużo, a najczęstsze są: Retief, Ugs, Potgieter, Boota, Bloem, van Runen itd. Angielskie nazwy są rzadsze. W walce o byt, którą wiodły tu z sobą najrozmaitsze narodowości europejskie, odniosły tryumf ostateczny narodowości niemiecka i holenderska, jako najbardziej do otaczającej ją tu natury zastosowane, tak, że flegma holenderska i wytrwałość niemiecka stały się rysami charakterystycznymi Boerów; żywość i lekkość francuska zupełnie tu zaginęła. Sami nazywają się oni zaś z dumą "Afrykanami" ("afrikander"), a holendrów z Europy nazywają tak samo "cudzoziemcami" (nitländer) jak Anglików. Do tej nazwy Afrykanów mają oni także o tyle zupełne prawo, o ile zmieszali się z krajowcami tamtejszymi, tak, że krew i cera afrykańska między nimi dosyć się zagęściły. Właśnie południowa Afryka od najdawniejszych czasów kolonizacji europejskiej była najdogodniejszym polem doświadczeń dla praktycznego wykazania tej prawdy, że także najbardziej od siebie oddalone i najróżnorodniejsze rasy ludzkie mogą się skutecznie z sobą pomieszać, i można powiedzieć, że w południowej Afryce wszystkie warstwy społeczeństwa na wyścigi ubiegały się o to, aby w sposób najjaskrawszy wyświecić ten fakt tak ważny dla antropologii" 3).

Mnóstwo takich przykładów, przedstawiających nam dowodnie zlewanie się różnorodnych żywiołów etnicznych w jednolitą narodowość, można by przytoczyć z historii i z życia dzisiejszych narodów. Jeżeli zaś widzimy, że taki rozwój społeczny odbywa się wszędzie i zawsze w czasach historycznych i w teraźniejszości, to śmiało mówić możemy o prawie naturalnym takiego rozwoju. Jeżeli zaś takie prawo naturalne stwierdzamy wszędzie w czasach, o których mamy wiarogodne świadectwa, to jasną jest rzeczą, że przypuścić musimy, iż prawo to działało także w czasach, o których świadectw nie mamy, to jest w czasach przedhistorycznych. Bo jakżeby można sądzić że prawo naturalne, którego działanie widzimy zawsze i wszędzie, gdzie tylko oko i wiedza nasza sięga, miałoby nie działać lub inaczej działać w czasach, o których przypadkowo tylko nie posiadamy świadectw? Czyż zdrowa logika nie każe nam przypuszczać, że prawo to działało także wtedy i tam, dokąd gdzie nie sięgają spostrzeżenia nasze? Jeżeli zaś dla owych czasów przedhistorycznych przypuścić musimy działanie tego samego prawa powolnego zlewania się różnorodnych żywiołów etnicznych, to owe pierwsze narody, które napotykamy u wstępu znanych nam dziejów, winniśmy konsekwentnie uważać już jako zlewki pierwotniejszych jeszcze różnorodnych żywiołów. Następnie zaś, jeżeli tym szlakiem wytkniętym nam przez logikę posuwamy się coraz dalej wstecz do początków rodu ludzkiego, dojdziemy nie do żadnej pierwszej pary, ale konsekwentnie do niezliczonej ilości pierwszych gromad ludzkich, które raz w nieznany nam, sposób, tajemnicą "stworzenia" czy pierwszego "powstania" okryty, zapełniły kulę ziemską.

Przez przyjęcie wieloplemiennego początku rodu ludzkiego doszliśmy w rozumowaniach socjologicznych do jednego z takich pierwszych faktów, który ponieważ udowodnionym być nie może, zachować musi na zawsze charakter hipotezy. Ta pierwotna niezliczona ilość gromad ludzkich w socjologii, służyć nam musi tak samo za punkt wyjścia jak geologom służy pierwotna mgławica. Taka pierwsza i jedyna hipoteza w każdej umiejętności jest niezbędną, bo umysł ludzki nigdy nie przeniknie początku rzeczy. Każda zaś z takich hipotez wtedy jest umiejętną, jeżeli służy do najprostszego wyjaśnienia i wytłumaczenia pewnego szeregu zjawisk i z prawami naturalnymi, rządzącymi tymi zjawiskami, nie staje w sprzeczności. Otóż jak to zobaczymy, nasza hipoteza wieloplemiennego początku rodu ludzkiego, spełnia doskonale to umiejętne zadanie; wyjaśni ona nam cały następny rozwój społeczny i z prawami rozwojem tym rządzącymi pozostanie zawsze w zgodzie. Tego zaś w żaden sposób powiedzieć nie można o hipotezie jednej pierwotnej pary; bo ta ostatnia nie tylko nie wyjaśnia rozwoju ludzkości ani faktycznego jej stanu, ale staje w najjaskrawszej sprzeczności ze wszystkimi znanymi faktami i prawami społecznymi.


1) Ułamki dziejów babilońskich Berozusa, święte księgi Hindusów, Persów, podania Seytów, Greków itd. zawierają podobne genealogie narodowe. Porówn. Lasaalx; Philosophie der Geschiehte str. 87. Tacyt podaje w "Germanii" podobną genealogią ludów germańskich.

2) Gdzie tej potrzeby moralnej jeszcze nie ma jak np. u szczepów tak zwanych Indyjskich Ameryki północnej, tam pojedyncze szczepy wywodzą się od różnych zwierząt, których nazwy noszą. Mitologia tych dzikich szczepów w porównaniu z mitologią europejską ma zaletę większej szczerości i konsekwencji; zabijając się nawzajem jak dzikie zwierzęta, nie czynią tego przynajmniej jako potomkowie jednej pary, Adama i Ewy, ale jako potomkowie wilków, niedźwiedzi, hien; szakali itd.

3) Verhandlungen der Gesellschaft für Erdkunde, Berlin, Tom VIII, 1881, str. 82, 83.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009