Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ III

Wieloplemienny początek ludzkości

Usuńmy na bok zwykłe wyobrażenie jednoplemiennego po­chodzenia ludzkości, jako złudzenie wpojone w umysł nasz po części przez powierzchowne doświadczenia codziennego życia, a po części przez wiekową biblijną tradycję, i rozważmy, czy silniejsze argumenty nie przemawiają za wieloplemiennym początkiem ludzkości.

Jeżeli z niezliczonych zjawisk natury, powtarzających się zawsze i wszędzie, wolno wyprowadzić wniosek o stałej jakiejś tendencji i nazwać przenośnie „polityką natury" zamiar jakiś, tendencji tej odpowiadający i podsunięty, to na każdym kroku przekonać się możemy, że ta „polityka natury" w dziedzinie życia organicznego wywołuje zawsze i wszędzie nierównie większą liczbę zarodów, z których daleko mniejsza część rozwija się w ustroje samoistne, z tych zaś znowu najmniejsza część dochodzi do dojrzałości i normalnego rozwoju żywotnego. Niezliczone zarodki, mniej daleko istot, jeszcze mniej owoców (czy też dojrzałych ustrojów)—oto wieczna tendencja natury, którą sprawdzać możemy codziennie w dziedzinie życia roślin i zwierząt, Z miliardów młodych ostryg, które rok rocznie się wylegają, największa część ginie wśród nieprzyjaznych okoliczności zewnętrznych. Ryby i nietoperze tyle wydają na świat jaj, że istoty z jaj tych wylęgłe mogłyby w krótkim czasie pokryć wysoką warstwą kulę ziemską. W ogóle spostrzegamy, że im mniejsza jest siła odporna zwierząt, im na większe niebezpieczeństwa życie ich jest narażone, tym większą ilość tych istot przyroda na świat wysyła, tak jak gdyby naprzód obliczała nie­chybne straty i zniszczenia, którym tylko mała liczba zawsze ujść może.

Wobec tak niezaprzeczonej polityki natury czyż można so­bie wyobrazić, aby ród ludzki pochodził od jednej albo nawet od kilku pierwszych par, które bezbronne i bezsilne stanęły niegdyś do zapasów z otaczającymi je bez liku niebezpieczeństwami, zagrażającymi zewsząd rodowi ludzkiemu jeszcze w późniejszych daleko czasach? Czy jedna lub kilka takich par byłyby uszły wrogim siłom, otaczającym zewsząd życie ludzkie, choćby tylko dzikim zwierzętom? Zaiste! dosyć jest poruszyć tę myśl, aby okazać całą jej niedorzeczność.

Nie dziw też, że tak trudno zawsze było pogodzić faktyczny stan rzeczy z powyższym wyobrażeniem. Na pierwszym miejscu stoi tu różnorodność ras ludzkich, a następnie istnienie ludzi najrozmaitszych ras w częściach ziemi dawniej nieznanych i dopiero w nowym czasie odkrytych. To też od dawna już my­śliciele, nie dający się krępować przesądami ani tradycjami, nie wątpili o różnorodnym pochodzeniu ludzkości.

Kiedy w przeszłym wieku jeszcze toczył się spór, w jaki sposób potomstwo Adama i Ewy mogło się było dostać do Ameryki, Wolter słusznie wyrzekł, że istnienie ludzi w Ame­ryce nie dziwi go więcej niż istnienie tam much. I Goethe, którego dar wieszczy w rzeczach przyrodniczych podziwia­my, w te słowa odezwał się raz do Ekermana: „Mu­szę się sprzeciwić zdaniu, że przyroda w wytworach swych postępuje ekonomicznie; przeciwnie, natura wszędzie okazuje się rozrzutną, i rozważając jej postępowanie, raczej przyjąć na­leży, że stworzyła nie jedną mizerną parę pierwszych ludzi, ale wydała ludzi tuzinami i setkami. Kiedy ziemia doszła do tego stopnia rozwoju, że mogła się stać siedzibą rodu ludzkiego, natenczas wszechmoc Boga do życia powołała istoty ludzkie,"

Bardzo wielu też znakomitych przyrodników w naszych czasach oświadczyło się stanowczo za wieloplemiennym pocho­dzeniem ludzkości. Dość tu wspomnieć pierwszorzędne nazwi­ska takie: jak Cuvier, Buffon, Lacepede, Burdach. Słynny naturalista Karol Vogt tak wyraża się o tej kwestii: „Zapewne nikomu nie przyszłoby było na myśl wątpić o różnoplemienności rodu ludzkiego, gdyby nie usiłowano koniecznie udowodnić jednoplemienności; gdyby wbrew jasnym faktom nie chciano ocalić baśni, która dla tego wydaje nam się tak świętą, ponieważ się sprzeciwia wszelkiej pozytywnej umiejętności. Skądkolwiek tylko, choćby z najdawniejszej starożytności, doszła nas jakaś wiadomość o wędrówkach ludzi, przekonać się z tej wiadomości możemy, że gdziekolwiek ludzie przybyli do krain zupełnie nieznanych, zastali tam zawsze ludzi obcych, którym się tak dziwili jak obcej faunie i florze... Wyspy większe, jako też wszelkie klimaty i lądy od stref najgorętszych do najmroźniejszych, okazały się zawsze zamieszkałymi w chwili, kiedy żeglarze lub zdobywcy tam przybyli." Przypomina dalej Vogt, że, nawet mity religijne, które tak często w dziwacznej formie opisują stworzenie pierwszych ludzi, zawsze tylko tyczą się stworzenia protoplasty własnego plemienia uważanego za uprzywilejowane, że nawet te mity zdradzają zapatrywanie, iż świat w innych częściach już był zaludniony." „Jedynym faktem, który nam może posłużyć za punkt wyjścia, jest pierwotne rozproszenie ludzi na kuli ziemskiej i pierwotna różnorodność po całej ziemi rozproszonego rodu ludzkiego. Niechaj się teoretycy gubią, ile chcą w spekulacjach nad początkiem ludzkości i nad różnością ras ludzkich; niechaj dowolnie kleją dowody i wy­prowadzają wnioski na korzyść pierwotnej jedności rodu ludz­kiego: pozostanie zawsze rzeczą pewną, że żaden fakt ani histo­ryczny, ani geologiczny nie dowodzi nam wymarzonej tej jed­ności. Jak daleko w przeszłość sięga oko nasze, wszędzie na­trafiamy na różne rasy ludzkie rozproszone po całej kuli ziem­skiej. Ale nie tylko różnorodność ras, lecz także niezmienność ich w przebiegu czasu jest zupełnie udowodnioną. Wykazaliśmy już, że niezmienność ta da się udowodnić nie tylko w czasach hi­storycznych, ale wstecz aż do czasów siedzib palowych. Z pom­ników egipskich da się udowodnić, że już pod 12-tą dynastią, około r. 2300 przed Chr. sprowadzano murzynów do Egiptu; że podobne do dzisiejszych wyprawy w celu rabunku niewolników" murzyńskich odbywały się od owego czasu pod różnymi dynastiami, jak to mianowicie okazują pochody tryumfalne od Tot-mesa IV-go, około r. 1700 przed Chr. i Ramzesa III- go około ro­ku 1300 przed Chr. Widać tam długie szeregi jeńców Murzynów, których rysy i cera dziwnie wiernie są oddane, widać egipskich kancelistów, którzy rejestrują niewolników Murzynów, ich żony i dzieci; ostatnie tak wiernie są odmalowane, że nawet właściwy im puch, kędziorkami sterczący na główkach, nie jest pominięty. Co więcej, widać tam nawet charaktery­styczne typy szczepów, dziś jeszcze na południu od Egiptu miesz­kających, które malarz egipski przez umieszczenie przy nich lotosu wyraźnie oznaczył jako szczepy południowe. Ale nie tylko murzyni, lecz zarówno Nubijczycy, Berberowie, jako też starożytni Egipcjanie przedstawieni są z tymi właściwościami,. które dzisiaj jeszcze ich charakteryzują." Zacytowawszy w dal­szym ciągu zdanie antropologów: Broca, Mortona i Jomarda o tożsamości typu dzisiejszego fellaha i Egipcjanina za czasów faraonów, Vogt tak dalej pisze: „Tę samą niezmien­ność typu widzimy także w innych rasach, z którymi Egipcjanie mieli styczność. Poznajemy na tych wizerunkach Żydów tak dobrze jak i Tatarów i Scytów, z którymi Ramzes III wojnę prowadził. Podobnież na pomnikach asyryjskich i indyjskich widzimy wizerunki typów rasowych, które dzisiaj tam napo­tykamy, tak że i co do tych plemion trwałość typów rasowych nie może podlegać żadnej wątpliwości". Obok tej trwałości „ras naturalnych" rodu ludzkiego, Vogt przyznaje im pewną „giętkość", mocą której aż do pewnego stopnia mogą się mody­fikować pod wpływem warunków zewnętrznych. Ale zmiany te nie przekraczają pewnego bardzo ograniczonego maksimum, które nie zawiera bynajmniej istotnych cech rasowych. Jest przeto błędem, gdy opierając się rzekomo na teorii Darwina z niektórych przykładów mało znaczących modyfikacji z powodu przesiedlenia szczepu jakiegoś w obce otoczenie wnioskujemy o możliwości zatarcia z biegiem czasu wszelkich cech rasowych, albo nawet przejścia jednej rasy w drugą. .

„Wszystkie podobne przykłady mniejszego znaczenia, gdzie zmiany nie dotykają bynajmniej cech istotnych, w żaden sposób nie mogłyby wytłumaczyć faktycznej różności, zachodzącej między rasami i szczepami ludzkimi. „Opierając się na faktach, kończy Vogt, musimy przyjąć pierwotną różność ras ludzkich" 1). Nadmienimy jeszcze, że Vogt w dalszym siągu wykazuje, iż przypuszczenie różnoplemienności rodu ludz­kiego nie tylko nie sprzeciwia się teorii Darwina, ale owszem konsekwentnie z niej wynika.

Z nowszych przyrodników niemieckich oświadczają się dalej za wieloplemiennością: Burmeister w „Dziejach stwo­rzenia" 2), Rossmassler 3) i wielu innych. Sławny zaś etnograf niemiecki Fritsch, który zwiedzał i badał ludy południowej Afryki, tak przemówił o tej kwestii na zgromadzeniu Towarzystwa geograficznego w Berlinie:

„Jak się okazuje z poprzedniego poglądu pozostają więc jako najdawniejsze jądra dzisiejszych lądów stałych południowo-zachodnia i północno-zachodnia Azja, rozdzielone od siebie pasmem Himalajskim, środkowa i południowa Afryka i zachód pół­nocnej Ameryki. Z drugiej strony na rozmaitych punktach łady zakryte dziś oceanem mogły sterczeć po nad wodą i służyć ludziom za siedzibę. Musimy, w myśl teorii Darwina, przypuścić, że w miarę jak miejsca takie stawały się zdolnymi do wyżywienia i utrzymania ludzi, to niższe organizmy zbliżały się tam do najwyższego wykształcenia, do form ludzkich. Przy tym, rzecz oczywista, byłoby niedorzecznym wyobrazić sobie, że te warunki, życiu ludzkiemu korzystne, zjawiły się tylko na jednym miejscu; że tylko jedna forma miejscowa stała się protoplastą rodu ludzkiego; albo że nawet tylko jedna para doszła do tego stopnia i zdziwionemu światu przedstawiła się jako pierwsza para ludzi. Proszę sobie tylko wyobrazić taki proces doskonalenia się w poszczególnych jego fazach, jak przez naj­rozmaitsze koleje przez przeciąg lat tysięcy, jednostki pradzia­dów człowieka pod wpływem sił przystosowywania się i dziedziczenia dążyły do odległego celu; jak może całe pokolenia, wśród niekorzystnych warunków ulegały zniszczeniu, to znów przez atawizm wyradzały się, aż tu nagle po jednej strome z chaosu tego wypływa jakiś mężczyzna, z drugiej zaś w sam raz dla niego wychodzi na świat kobieta, i jak ci obój e naturalnie zaraz się znajdują i — kochają, aby tym sposobem zalety osiągnięte w długim procesie wydoskonalenia przez pasmo związków kazirodczych na szwank narazić. Ale i przypuszczenie, jakoby większa ilość jednostek rozwinęła się była z jednego szczepu, nie zdaje mi się ugruntowanym, bo w takim razie, cofając się wstecz, natrafilibyśmy na tego pierwszego Adama;, gdybyśmy zaś dla ominięcia tego, przypuścić chcieli, że potomstwo jego zmieszało się z potomkami jakiegoś innego mniej jeszcze rozwiniętego szczepu — wtedy i tak już nie mogłoby być mowy o jednolitości rodu ludzkiego. Z tych więc powodów, ani w myśl tak zwanej teorii descendencji, ani też uwzględniając rzeczywisty rozwój ludzkości, jednoplemienne pochodzenie rodu ludzkiego nie ma podstawy. Przyjąć raczej należy, że poprzednicy rodu naszego należeli do formy zwierzęcej, która sama już była rozpowszechnioną po całej powierzchni ziemi, w którym to wypadku sama już między sobą rozchodziła się stosownie do miejsca i zewnętrznych warunków w najrozmait­sze rasy". W ten sposób tłumaczy Fritsch pierwotną różność ras ludzkich.


Nie od razu umiejętność nawróciła się do tego zapatrywa­nia na pochodzenie i istotę ras ludzkich. Długą i mozolną prze­była ona drogę, zanim doszła do tego rezultatu; długich trzeba było zapasów, zanim mylne wyobrażenia i złudzenia usunięte zostały. Warto zaś przypatrzeć się rozwojowi teorii o rasach ludzkich, bo pokazuje on, jakiego rodzaju złudzenia i przesądy przez długi czas stały na przeszkodzie poznaniu prawdy.

W dawniejszych czasach w Europie pod wpływem tradycji biblijnej i nauki kościoła, bardzo nieśmiało tylko odzywać się mogły głosy utrzymujące pierwotną różność ras ludzkich. Kiedy jednak rozszerzony zakres wiadomości etnograficznych i antropologicznych zmusił uczonych do umiejętnego podziału ludzkości na odrębne gałęzie, czyniono to bez dotykania kwestyj po­chodzenia, klasyfikując ludzkość według istniejących i w oczy bijących różnic fizycznych. I tak: Cuvier dzielił ludzkość na trzy rasy: mongolską, murzyńską i kaukaską; Blumenbach na pięć ras, odpowiednio do pięciu części ziemi, biorąc za zasa­dę różność cery: czarną—etiopską, czerwoną—amerykańską, żół­tą—mongolską, śniadą—malajską i białą—kaukaską. Nie zadowoliwszy się zaś samą różnicą cery, szukał Blumenbach w tych pięciu rasach także różnic czaszki i zdawało mu się, że znalazł pięć takich typów odrębnych. Powiadam, zdawało mu się, bo nowożytna kraniologia wykazała złudzenia Blumenbacha.

System jego nie mógł się utrzymać. Antropologowie bowiem wynajdywali coraz więcej odmian i nie mogli dopatrzeć żadnej jednolitości w obrębie tych pojedynczych ras Blumenbacha. Toteż zaczęto coraz więcej i coraz dalej dzielić, coraz nowe przyjmować zasady. Najprzód Francuzi Lacépede i Duméril dodali do poprzednich pięciu ras szóstą: hiperborejską; podczas kiedy inni natomiast przyjęli australijską i papuaską. Ale w miarę dalszych badań przybywało coraz więcej odrębnych, coraz więcej zasadniczych znamion w obrębie tych, niby to jednolitych, ras. A więc Bory przyjmuje już 15, Desmoulins — 16; aż wreszcie słynny antropolog niemiecki Waitz, autor znakomitego dzieła „Antropologie der Naturvölker" oświadczył, że niepodobna dzielić ludzkości na rasy, bo „za dużo by ich wypadło;" że chcąc klasyfikować według stałych cech, trzeba by albo wrócić do dawnego (niedostatecznego) podziała Cuviera na trzy rasy, tj. mongołów, murzynów i kaukazczyków, albo też przyjąć „kilkaset ras." Do tej ostatniej konsekwencji, prawowierny trochę i bojaźliwy uczony nie­miecki posunąć się nie chciał. Szczęściem Ameryka nie znała skrupułów europejskich i prawdę naukową kładła wyżej, niż wszelkie niby „etyczne" względy. Antropologowie amerykań­scy: Nott, Gliddon i Morton, przyjmują odpowiednio do faktów oczywistych nadzwyczaj wielką, dotychczas nie dają­cą się oznaczyć liczbę ras ludzkich, przechowujących się stale i nie przechodzących jedne w drugie.

Teorię tę przyjęli: europejczyk Agassiz, który długo bawił w Ameryce; w Niemczech zaś Karol Vogt i wielu in­nych stali się jej wyznawcami i krzewicielami.

Co więcej jednak, postępujące ciągle w Europie badania antropologiczne w najrozmaitszych kierunkach, a więc i bada­nia czaszek pod najrozmaitszymi względami, włosów, oraz obli­czania statystyczne stosunku barwy włosów i oczu itp. stwierdzają coraz wyraźniej i dobitniej teorię amerykańską wielości ras a zarazem dziedzicznie utrzymującej się trwałości ich znamion, bez względu na narodowość, bez względu na przy­należność do grup etnograficznych, politycznych lub społecz­nych. Ostatecznie antropologowie europejscy, głównie zaś kraniologowie, doszli dziś do rezultatu, że, niema tak odosobnionego w świecie zakątka, gdzie by nie można skonstatować przynajmniej kilku ras odrębnych, stale się utrzymujących obok siebie, w łonie jednej i tej samej gminy wiejskiej, nie mówiąc już o szczepach i narodach. Badania te na wielką skalę podejmuje w ostatnich latach słynny kraniolog niemiecki Kollman, profesor uniwersytetu w Bazylei. W „Pamiętniku szwajcarskiego towarzystwa przyrodników" z maja 1881 r ogłosił on „Statystyczne badania nad barwą oczów, włosów i skóry młodzieży szkolnej w Szwajcaryi." Rezultatem tych badań jest, że w Szwajcaryi dotąd najmniej trzy różne rasy żyją obok siebie w zmieszaniu. Do podobnego wniosku doszedł, jak to poniżej zobaczymy, Virchow, tak, że Kollmann słusznie powiada, iż „takie samo zjawisko powtarza się w Niemczech, w Europie środkowej i zachodniej. W ustrojach narodowych występują tam te same rasy w nowych zawsze kombinacjach. Warstwami wsunęły się one do Europy jedne na drugie jak często, tego dziś orzec nie można. Z tej pstrej mieszaniny dadzą się dzisiaj tylko rozpoznać „rasy" (za pomocą danych kraniologicznych), ale trwałość ich jest tak wielka, a z drugiej stro­ny to, co Kollmann nazywa penetracją, odbyło się na tak wielką skalę, że w jednej i tej samej rodzinie możemy spotkać i spotykamy niewątpliwych przedstawicieli ras odrębnych.

Tę same teorię potwierdziły badania kraniologiczne, przed­się wzięte przez Kolmanna nad 200 czaszkami, wydobytymi z grobów przedhistorycznych Szwajcarii. Ciekawe są jego uwa­gi wstępne: „Bardzo rozpowszechnione jest mniemanie, że naród, noszący piętno jednolitości, składa się z potomków jednej rasy. Przy tym czynimy zwykle to wyraźne lub milczące przy­puszczenie, że klimat, żywność, słowem, wpływy zewnętrzne, wreszcie także pewne wyobrażenia psychiczne nadały tej ilo­ści ludzi jednakie piętno. Przyjmujemy nawet, że i z różnorodnych ras ludzkich, pod wpływem tych czynników mogłaby z czasem powstać jednolita rasa w znaczeniu zoologicznym — potrzeba na to tylko dostatecznego przeciągu czasu. Nie darmo nauka Darwina rozeszła się po świecie. Zapytajmy jed­nak kraniologii, co ona o tym sądzi? Wszak tu idzie o zna­miona antropologiczne, o piętna fizyczne, o cechy czaszek i kości. Otóż nie można zaprzeczyć, że między pewnymi grupami szczepowymi istnieją pewne różnice cielesne. Między Francuzami, Niemcami, Rosjanami i Anglikami zachodzi rzeczywiście różnica cielesna i każdemu zdaje się, że ją zna. Trudność leży tylko w namacalnym jej określeniu. Jak tylko jednak zabieramy się do porównywania osobników tych różnych narodów pod względem kraniologicznym i anatomicznym, da­wna pewność nagle znika. Odrębne piętna rasowe, które wy-dawały się tak jasne i wybitne, dopóki w abstrakcyjnym wyo­brażeniu przeciwstawialiśmy jeden naród drugiemu, bledną. A jednak postać Anglika, blondyna; o podłużnej twarzy i wyso­kiej szyi odbija tak jaskrawo od niskiego o ciemnych włosach Francuza! Co więcej, te odrębne piętna schodzą do coraz mniejszych zbiorowisk i grup społecznych. W Szwajcarii każdemu się zdaje że najpewniej odróżnić może berneńezyka od bazylejczyka lub obywatela Zurychu, a ludzie wiarogodni zapewniają że nawet chłopów z pojedynczych wsi po pewnych cechach roz­poznać umieją. Tymczasem kraniologia znajduje wprawdzie odmiany wyraźne, niewątpliwe piętna, które by mogły dostate­cznie wytłumaczyć różnice narodowe; ale cóż, kiedy piętna te pokazują, że również w jednej i tej samej rodzinie natrafiamy na największe kontrasty rasowe. Nie powstały one przez dobór lub przystosowywanie w myśl teorii Darwina, ale są skut­kiem penetracji różnych ras w jedne i te same terytoria, a na­stępnie—zmieszania się ich. Antropologia i archeologia od dawna już udowodniły, że w czasach popotopowych przybyło do Eu­ropy kilka odmian ludzkich, które obok siebie żyły i tutaj się utrzymały. Tak np. o Szwajcaryi dawno już badacze H i s s i Riitimeyer wykazali cztery różne odmiany wśród dawnej i świeższej ludności; H o Id e r znajduje w Wirtembergii trzy różne odmiany, które uważa za osobne gatunki.

„Ja sam—pisze dalej Kollman — wyśledziłem penetrację kilku odmian w powiatach na południu od Dunaju, podobnież w Brytanii, Skandynawii, w Inflantach i w Estonii, Ten wynik naukowy, oparty na zbadaniu 4000 czaszek, pozostanie niezachwianym; tylko w podrzędnych kwestiach mogą jeszcze być spory. Co zaś do penetracji jako takiej, to nie podlega już wątpliwości, że Europa zajętą została przez różne odmiany ludzkie. Przedstawiciele ich przedarli się do najskrytszych zakątków i dolin alpejskich, znajdujemy ich wszędzie...

„Gdyby obok płodnego mieszania się równocześnie trwałość cech rasowych nie była tak wielką, to dawno już w Europie musiałaby się była wyrobić jedna rasa mieszańców. Kraniologia jednak dostarcza niezbitych dowodów, że dzieje się przeciwnie, dowody te zaś zmuszają nieuprzedzonego badacza do następujących wniosków:

„l-o. Każda europejska grupa etniczna (tj. każdy naród czy lud) składa się z potomków kilku ras ludzkich.

2-o. Penetracja ta we wszystkich ucywilizowanych pań­stwach europejskich już tak daleko się posunęła, że w każdej wiosce, choćby najdalej od głównych szlaków leżącej, spokojnie obok siebie żyją przedstawiciele różnych odmian ludzkich.

3-o. Stosunek liczebny tych odmian do siebie w rozmai­tych krajach jest rozmaity i tylko ta różnica stosunku tłumaczy, że każdy powiat tak samo jak każdy naród ma pewną fizjognomią właściwą..."

Zastanawiając się następnie nad różnymi przedhistorycznymi wykopaliskami, Kollmann zaznacza, że tuż obok siebie w grobach przedhistorycznych znajdują się czaszki różnorasowe.

„To dowodzi— powiada on— że w stosunkowo bardzo da­wnym czasie, wskutek penetracji ludy nie mogły się już szczy­cić jednorodnym pochodzeniem. Wtedy już, jak dzisiaj, oso­bniki różnego pochodzenia żyły spokojnie obok siebie (tj. we wspólności narodowej) i w owym dawnym czasie już narodowość bynajmniej nie odpowiadała tożsamości pochodzenia, podobnie jak dzisiaj" 4).

W późniejszej rozprawie: Ueber den Werth pithekoider Formen an dem Gesichtsschädel des Menschen 5) tenże uczony formułuje zapatrywanie swoje na kwestią rasową w następują­cy sposób:

„Antropologia anatomiczna ponosi szkodę przez przymierze z etnologią, a zwłaszcza przez wyobrażenie czysto etnologiczne, że jak ludy tak samo i rasy ludzkie są wytworem kilkuwiekowego rozwoju; że klimat, żywność i czas wpływają na utworzenie ludów a zarazem i ras. Ale pojęcia te: lud i rasa—nie pokrywa­ją się wzajemnie. Co może być prawdą o ludach, nie stosuje się do ras ludzkich, które inaczej powstały, inaczej żyły i rozwijały się... Etnologia i antropologia nie mają bynajmniej wspólnego przedmiotu, ta ostatnia bowiem bada człowieka i jego różne odmiany (rasy); pierwsza zaś bada ludy i szczepy, a więc zjawiska przyrodnicze zupełnie od siebie różne".

Według Kollmana, szczepy i narody mogą najrozmaitszym ulec zmianom, nawet fizycznym, bez utraty swych cech rasowych. „Życie salonowe, powiada on, może osłabić kości i siłę mięśni, umniejszyć ręce i nogi, ale cechy rasowe, które osobnik nosi na sobie, jako dziedzictwo prastarego pochodzenia, zostają niezachwiane na swoim miejscu, pomimo cylindra i lakierków".

Teoria "penetracji" ras znajduje sprawdzenie nie tylko w Europie, którą przywykliśmy już nieco uważać za widownią rozlicznych emigracyj ludów z różnych stron; w rozprawie o pierwotnych mieszkańcach Ameryki (Die Autochtonen Americas)6), Kollmann wykazuje, że w Ameryce rzecz się ma zupełnie tak samo. I tam człowiek jest typem trwałym, który od czasu diluvium nie zmienił żadnej cechy rasowej i pod względem ściśle antropologicznym bynajmniej nie podpada pod znane skądinąd prawo ciągłej przemiany. „W Europie i Ameryce nie znajdujemy ani jednego ludu, ani jednego szczepu, ani jednej hordy, która by się składała z potomków jednej i tej samej rasy. I tam także w każdej jedności etnologicznej znajdujemy różnorodność antropologiczną, I tam też widzimy mieszaniny hord, szczepów, ludów, ale nie ras; typy socjalne i etnologiczne zacierają się tak, że powierzchowny obserwator sądzi, iż ma przed sobą rasę jednolitą. Jest to złudzenie; kraniolog i antropolog wykażą mu w każdej takiej, niby jednolitej grupie, żyjących spokojnie obok siebie przedstawicieli różnych ras, których cechy odrębne od wieków się nie zmieniły". Nie potrzebuję zwracać uwagi na ogromną doniosłość teorii Kollmanna, którą zresztą i inni nowożytni antropologowie i etnologowie, jak np. Fritsch, autor dzieła o ludach południowej Afryki i słynny antropolog francuski Broca do pewnego stopnia podzielają; chcę tylko wskazać jeszcze na silne poparcie, jakie ona znalazła niedawno w odkryciach Karola Passavanta, ucznia Kollmanna, podczas jego niedawnej podróży po zachodniej Afryce 7).

Passavant odrzuca wszelkie podziały ludów afrykań­skich, poczynione na zasadzie lingwistycznej. „Cóż bowiem, pisze on, znaczy wspólna mowa? Wspólna mowa oznacza lud, to jest jedność etniczną". „Czego zaś wymagamy po rasie? Jednakiego ciała tj. zgodnych cech anatomicznych!" Otóż Passavant obserwując w Afryce liczne ludy i szczepy, w żadnej jedności etnicznej nie widział nigdy zgodności cech rasowych. Owszem, tak samo, jak Kollmann w Europie, i uczeń jego w Afryce widział wszędzie tylko penetrację ras, nigdzie nie napotkał ludu czystej rasy. „Kraniologia, powiada on, może udowodnić liczbami, że jakkolwiek w Afryce istnieją trzy co najmniej rasy murzynów, są one rozproszone po całym kontynencie; na każdym terytorium znajdujemy przedstawicieli wszystkich ras tamtej­szych". Że dawniejsi podróżnicy i etnografowie tych różnic nie widzieli i wszystkich „murzynów" za jedne uważali rasę, to łatwo pojąc; jeżeli zważymy, że nawet fachowy anatom i kraniolog, jak Passavant, potrzebował dłuższego czasu, żeby nauczyć się odróżniać jednego Murzyna od drugiego. Z początku w ogóle odmian ich fizjognomii wcale dostrzec nie mógł. Oto, co sam o tym pisze:

„Gorée był pierwszym punktem, gdzieśmy przywitali się z lądem afrykańskim. Jest to posiadłość francuska, osławiona w ostatnim czasie przez panujące tam żółte febry. Mieszka tam dużo osadników białych. Murzyni należą do szczepów Sererów i Jolofów. Pierwszy raz uczyniłem tam spostrzeżenie, że początkującemu bardzo trudno rozróżnić fizjognomie Murzynów. Najprzód zdawało mi się, że wszyscy mają te same rysy; dopiero po dłuższym, kilkutygodniowym obserwowaniu doszedłem do tego, że mogłem sobie zdać sprawę z poszczególnych różnic ich oblicza".

Ta okoliczność tłumaczy fakt, że antropologowie, zaczą­wszy systematy swe od jednej rasy murzyńskiej, powoli rozpo­znawali coraz więcej. Już Hartmann w dziele swoim o lu­dach Afryki (1879) wypowiada przekonanie, że wyobrażenia o jedności rasowej Murzynów są fałszywe. „Śród Nigeryjczyków, pisze on, istnieją takie różnice szczepowe, że musimy zupełnie porzucić zwykłe mniemanie o typie murzyńskim, na który się składa włos wełnisty, nos zadarty, wargi grube i skóra czar­na. Niechaj sobie na szyldach kupieckich malowane będą po­dobne postaci — antropologia takich typów nie zna." Podo­bnie i Passavant ostrzega przed używaniem słów: „znany typ murzyński" jest to bowiem frazes bez znaczenia. „Bo jeżeli forma czaszki murzynów waha się między najskrajniejszą dolichocefalią (długą głową) i zaczynającą się hyperbrachycefalią (szeroką), jeżeli obok prognatyzmu znajdujemy ortognatyzm, jeżeli obok szerokiego, i płaskiego nosa widzimy ważki i wygięty, jeżeli kolor skóry od jasno-brunatnego do najczarniejszego przechodzi, a często pokazuje tony żółtawe i czer­wonawe, i jeżeli nadto jeszcze spotykamy podwójny gatunek włosów — to trzeba zrzec się pretensji ustanowienia ogól­nego typu murzyńskiego.

„Jak w Europie—mówi dalej Passavant — tak samo też w Afryce odbywały się wędrówki ludów i wyprawy wojenne: nierozważną więc byłoby rzeczą szukać tam szczepów niezmieszanych... Chociażby nawet wędrowne ludy były liczebnie niezbyt wielkie, to przecież po drodze wzrastały jak lawina, uzu­pełniając się resztkami pobitych nieprzyjaciół i zasilając się co­raz to nowymi awanturnikami, których w Afryce nigdy nie brak. Jeśli taki szczep wędrujący pokonany został przez sil­niejszego nieprzyjaciela, wtedy dostawał się do niewoli albo w inny stosunek zależności; w najlepszym razie zaś po dłuż­szej wędrówce osiadł gdzieś w jakimś żyznym kraju... Zacho­dzi tylko pytanie, czy przez krzyżowanie się ras wskutek ta­kich wędrówek i takiego pomieszania się ludności, powstała z czasem nowa rasa mieszkańców, w której różne właściwości i przymioty pierwotnych części składowych się wyrównały, albo czy też pewne cechy stale trwają, nie zmieniając się wcale." Passarant jest tego ostatniego zdania i uważa formę czaszki za stale dziedziczącą się cechę rasową, „Znamy mnóstwo przy­kładów—powiada on—przemawiających za tym, że typ rasy utrzymuje się stale albo też w późniejszej generacji znowu wy­stępuje". Po przytoczeniu licznych na to przykładów przypomina wreszcie, że „najstarsze czaszki ze znanych takie same wy­kazują różnice, jak czaszki istniejących dzisiaj ras i że między tymi najstarszymi czaszkami nie można wynaleźć większych różnic, aniżeli te, jakie i dzisiaj istnieją... Gdyby forma czaszek zmieniała się wskutek krzyżowania się, gdyby z mieszaniny dwóch ras powstała trzecia pośrednia, to wszystkie pierwotne odrębności i różnice w przeciągu czasu byłyby znikły i zamiast skrajnych form, mielibyśmy dzisiaj tylko już jedne formę twarzy jako też i czaszki; bo mieszanie się i krzyżowanie ras odbywało się zawsze, dowodzą tego czaszki najróżniejszego kształtu, które znajdujemy we wspólnych grobach". Wszyscy w takim razie musielibyśmy być do siebie podobni. Nie podlega więc kwestii, że typy czaszek są stałe i niezmienne. Wszystkie te twierdzenia popiera Passavant faktami, zaczerpniętymi w swych poszukiwaniach kraniologicznych w Afryce, które go przekonały, że „nie istnieje wcale typowa czaszka murzyńska, ale że jest tam wiele takich typów, a zatem wiele ras murzyńskich. Co zaś w szczególności tyczy się tych okolic, które Passavant sam zwiedził, to jest krajów nad rzeką Congo, wypowiada on takie zdanie o ludności tamtejszej: „Murzyni wszystkich ras zmieszali się w tych krajach, żadna nie jest tu liczniejszą od innych, a natomiast wszystkie są tu reprezentowane..." Rozpatrując następnie badania kraniologiczne innych antropologów nad czaszkami ludów afrykańskich jak: Kafrów, Hotentotów, Nigeryjczyków i ludów nad rzeką Congo, streszcza rezultat badań w następujących słowach: „Żaden z tych ludów nie składa się z jednej i tej samej rasy; nie inaczej zatem ma się rzecz w Afryce, jak w Europie; tam, podobnie jak i u nas, pojęcia: rasa i lud—nie odpowiadają sobie bynajmniej. Co do języka, wszystkie ludy afrykańskie mogą być pokrewne, to jest początki ich mowy mogą być wspólne, ale pod względem anatomicznym plemiona zamieszkujące Afry­kę składają się wszystkie z żywiołów różnorasowych".

Do podobnych rezultatów jak Kollman i Passavant doszedł słynny antropolog berliński Virchow. Pierwotnym celem badań Virchowa było wynalezienie właściwych typów znamionujących pojedyncze rasy. Kiedy się bowiem okazało, że wyobrażenie, jakoby pojedyncze historyczne narody posiadały odrębne typy, było mylnym, ponieważ w każdym narodzie znajdowano wielką liczbę i rozmaitość takich typów, chciano przynajmniej za pomocą metody zapożyczonej od statystyków, przez badanie i zestawienie wielkiej liczby typów jednego narodu, wynaleźć przeciętny typ narodowy. Ale i to usiłowanie okazało się płonne. „W cywilizowanych narodach europejskich różnice indywidualne tak ogromnie się mnożą, że wielu badaczom zdaje się w ogóle niepodobnym dojść do ustanowienia przeciętnego typu narodowego 8).

Wobec tych trudności Virchow przed kilkunastu laty wydał hasło naukowe: „wynaleźć typ pierwotny każdego narodu" („Urtypus"). Nie szczędził też sam uczony profesor berliński ani trudów, ani zachodów, aby taki pierwotny typ bodaj germańskiego ludu znaleźć. Usiłowania jego jednak były daremne. Zamiast do wynalezienia tego pierwotnego typu germańskiego doszedł Virchow raczej do przekonania, że wyobrażenie, jakoby istniał jakiś pierwotny typ germański, jak dotąd jest zupełnie dowolne. Nikt dotąd nie udowodnił że wszyscy Germanie mieli jednaką formę czaszek czyli, co na jedno wychodzi, że od samego początku stanowili jeden na­ród (!), którego najczystszym typem mieli być Frankowie lub Swewowie. „Jeżeli Germanie i Słowianie są poddziałami jedne­go praszczepu indogermańskiego, jeżeli słowiańska brachicefalia nie stoi na przeszkodzie, by zaliczyć Słowian do jednego wspól­nego plemienia z germańskimi dolichocefalami, w takim razie wynalezienie germanów mezocefalów i brachicefalów, których o pochodzenie od Słowian podejrzewać nie można, byłoby raczej okolicznością korzystną. Albowiem w takim razie wielka luka zapełnia się i łatwiej przypuścić pierwotną wspólność rodową, skoro się znalazło pojedyncze ogniwo przejściowe. Jeżeli niegdyś istniała na wschodzie wspólna siedziba narodu germańskiego, to zdaje mi się prawdopodobnym, że już stamtąd pochodzą te różnorodności, które napotykamy w późniejszych siedzibach germańskich..."

Widzimy jak ostrożnie i z jakimi zastrzeżeniami Virchów przypuszcza jedność antropologiczną szczepów germańskich, która w rzeczywistości nie istnieje. Domaga on się wreszcie dalszych w tym kierunku badań. „Może wtedy się pokaże —powiada on — że od dawien dawna w Niemczech mieszkały różnorodne szczepy, które od wschodu ku zachodowi się posuwały, rozsiedlając się tutaj coraz szerzej."

Fakt, którego antropolog Virchow się domyśla, że w Niemczech pierwotnie „mieszkały różnorodne szczepy," fakt ten okaże nam się w dalszym ciągu socjologii jako bardzo naturalny. Tylko że my tych różnorodnych szczepów nie będziemy nazywali „germańskimi", do czego nie mielibyśmy najmniejszej umiejętnej podstawy. Były to bowiem tak samo różnorodne szczepy jak i gdzie indziej — jak szczepy tak zwane „indyjskie" w Ameryce, które między sobą pierwotnie nie miały nic wspólnego, a których wspólność narodowa powstała dopiero w ciągu dziejów jako rezultat wspólnie zdobytej cywilizacji.

W każdym razie ważnym jest dla socjologii przyznanie antropologa, że „ten (germański) typ ogólny bynajmniej nie jest tak jednolitym, jak to dotąd przypuszczano"; zresztą sam Virchow przekonał się, że takiej jednolitości typu rasowego znaleźć niepodobna ani u szczepów najpierwotniejszych, których czaszki z przedhistorycznych wydobywa się grobów, ani u takich, które dziś jeszcze w głębi mało znanych i mało odwiedzanych wysp oceanu odcięte od reszty świata, zostają na stopniu pierwotnej dzikości. Przekonały o tym Virchowa badania czaszek starożytnych Fryzów i Weddasów zamieszkujących głębie Ceylonu. Już bowiem między czaszkami fryzów znalazł on różnorodne typy, różnorasowe czaszki, co go spowodowało do przypuszczenia, że „być już przed nimi musiały inne ludy, które zajmowały te siedziby przez nich podbite i których krew zmieszała się z krwią podbojców". Do takich samych wniosków doprowadziły badania kraniologiczne między dzisiejszymi Finami i Lapończykami, jako też starotrojańskich czaszek odgrzebanych w najnowszych czasach. 9).


1) Vorlesungeu über den Menschen, von Carl, Vogt. Giessen 1863.

2) Geschichte der Schöpfung, wyd. 5-te 1884 str. 564 i 568.

3) Anleitung zum Studium der Thierwelt. Lipsk 1856, w zakończeniu.

4) Porówn. Craniologische Gräberfunde in der Schweiz (Verhandlungen der Naturforschenden Gesellschaft in Basel, VIII część, 2-gi zeszyt).

5) Corresp. Blatt der deutsehen anthropolog. Gesellschaft, 1883,

6) W czasopiśmie Zeitschrift fttr Ethnologie, 1883;

7) Porównaj: Craniologische Untersttehnngen derNeger und vdlker, Karola Passavanta. Bazyłea, 1884.

8) Beiträge zur physischen Antropologie der Deutschen 1878.

9) Porówn. Virchow: Weddas und Alttrojanische Schädel in Gräbern etc.

dr Kamil M. Kaczmarek 28 09 2009