Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ II

Religia

Najważniejszym po języku zjawiskiem umysłowo-społecznym jest religia. Nie tylko co do powstania i rozwoju swego religia ma wiele podobieństwa z językiem, ale w ustroju społecznym spełnia ona pod wielu względami podobne zadanie czy funkcję. Na to podobieństwo między religią a językiem pierwszy zwrócił uwagę Max-Müller; on to spostrzegłszy, że historią religii przedstawia nam, tak samo jak i historią języka, rozwój prawidłowy, pierwszy powziął myśl samodzielnej umiejętności religii. Jeżeli Schleicher nazwał język „istotną właściwością znamionującą człowieka," można by to samo powiedzieć o religii.

Ale tak język jak i religia są jeszcze czymś więcej. Greiger położył zanadto wielki nacisk na ścisły związek między językiem a myśleniem; my wolimy w ślad za innymi filozofami i językoznawcami uznać mowę za konieczne następstwo myśli ludzkiej i tak samo zapatrujemy się na religią.

Tak pierwsza jak i druga nie tyle są atrybucjami, właściwościami człowieka, jak raczej koniecznymi funkcjami ustroju jego. Müller źródło powstania religii, podobnie jak źródło powstania języka, widzi w specjalnej „zdolności" a więc jak tam przyjmuje „zdolność do mówienia," tak tu „zdolność do wierzenia".

„Podobnie jak istnieje w człowieku, pisze on, zdolność mówienia niezależna od wszystkich form historycznych, jakie przybierały języki ludzkie; tak samo spoczywa w nim zdolność do wierzenia, niezależna od wszystkich religii historycznych. Mówiąc, że religia odróżnia człowieka od zwierzęcia rozumiemy przez to nie tylko religią chrześcijańską i żydowską, nie mamy na myśli żadnej religii szczególnej, ale tylko pewną zdolność umysłu, zdolność, która niezależnie od rozumu, a nawet na przekór jemu, daje człowiekowi możność dociekania nieskończoności pod różnymi nazwami, pod rozmaitą formą" 1).

Müllerowskata„ zdolność " atoli zdaj e nam się równie słabym wyrazem przyczyny powstania religii jak Schleicherowsk a „atrybucja" czy właściwość. Bo zdolność nie zawiera jeszcze w sobie pojęcia konieczności wykonywania jej, zostawia zatem wolne pole zapatrywaniu, jakoby to „podniesienie się do nieskończoności," było „zasługą" człowieka, odróżniającą go od zwierząt.

Tymczasem, jeżeli trzeźwo się na rzecz zapatrujemy, to ani wiara wraz ze wszystkim, co z nią się łączy, a więc tak zwane „poczucie bóstwa" „dociekanie nieskończoności" nie jest zasługą człowieka: tylko po prostu funkcją konieczną jego fizyczno-psychicznego organizmu.

Religia bowiem nie jest niczym innym jak sumą wyobrażeń, które w umyśle człowieka tworzą się o wszystkich tych rzeczach, których zmysłami ani pojąć, ani zrozumieć nie potrafi, do których poznania jednak w głębi duszy niepohamowany czuje popęd. Skutkiem zaś tych wyobrażeń jest, że człowiek do nich pod wielu względami stosuje życie i postępowanie swoje, że z nimi się liczy na każdym kroku i gwoli tym wyobrażeniom urządza różne ceremoniały, jak np. ofiary, modlitwy itp. Nie jest zatem religia sztucznym wynalazkiem człowieka ale konieczną funkcją ograniczonego umysłu jego, pędzonego niepohamowaną żądzą poznania świata nadzmysłowego.

Jeżeli więc, jak widzieliśmy, mowa powstała wskutek niepohamowanej potrzeby człowieka porozumiewania się z bliźnim, to religia zawdzięcza powstanie swe równie niepohamowanej potrzebie człowieka porozumienia się z sobą samym t. j. wyjaśnienia sobie rzeczy, a właściwie tych tajemniczych przyczyn zjawisk, których rozumem dociec nie może, a jeśli już nie wyjaśnienia, to przynajmniej odpowiedzenia sobie na różne nasuwające mu się pytania co do owych przyczyn za pomocą pewnych przypuszczeń i wyobrażeń, które choćby tylko chwilowo zaniepokojony umysł jego zaspakajają.

Tak pojęta religia przedstawia nam się, jak to już powiedzieliśmy, jako następstwo myślenia ludzkiego; bo gdyby człowiek nie był ustrojem myślącym, wtedy nie niepokoiłoby go to, co leży po za zmysłami jego, nie drażniłoby to wszystko ciekawości jego, nie robiłoby na nim żadnego wrażenia. Wszelkie bowiem wyobrażenia religijne są tylko urny słowem odbiciem wrażeń wywieranych na umysł ludzki przez wszystko to, co według mniemania człowieka leży po za granicami pojęć jego, jednym słowem — wrażeń świata nieznanego i niepojętego.

Takie pojmowanie istoty religii bynajmniej nie jest nowym. O ile nam wiadomo, pierwszy filozof angielski, Hume w swojej „naturalnej historii religii" przedstawia religią jako konieczny wypływ usposobienia umysłowego człowieka i powstanie jej tłumaczy przez współdziałanie uczuć i wyobrażeń. Filozofia niemiecka, zacząwszy od Kanta, tę samą myśl w różnych formach wypowiadała. Kant w szczególności wywodzi powstanie religii z wrodzonego umysłowi ludzkiemu popędu wydostania się po za granice skończoności i wniknięcia w nieskończoność.

Najprostszy i najjaśniejszy wyraz jednak myśli tej dał Guizot w następujących słowach: „W naturze ludzkiej i w losach ludzkich tyle jest tajemnic, których rozwiązanie leży po za obrębem tego świata, łączy się z porządkiem rzeczy, dla nas niewidzialnym i niepojętym, a jednak bezustannie dręczy umysł nasz, pragnący usilnie przejrzeć te tajemnice. Otóż artykuły wiary i dogmaty, które rozwiązanie to zawierają, a przynajmniej zawierać mają, oto pierwszy przedmiot, pierwsze źródło religii" 2).

Zdaje mi się, że między tym zapatrywaniem Guizota a rezultatami głębokich i sprytnych badań naukowych na tym polu Juliusza Lipperta, niema zasadniczej różnicy 3).

Można się zupełnie zgodzić na zdanie Lipperta, że religie mają źródło swe w „kulcie dusz" (Seelencult), to jest w czci, oddawanej duszom zmarłych; nawet przyznać trzeba, że Lippert fakt ten znakomicie udowodnił. Niemniej jednak istnieją po pierwsze także inne momenty umysłowe, które wpływały na rozwój i wykształcenie się religii, i które jakkolwiek tylko drugorzędnie i w późniejszej fazie rozwoju wpływ swój wywarły, jednak, jako czynniki rozwoju obok „kultu dusz", miały samodzielne swoje znaczenie; po wtóre zaś sam ten „kult dusz" tkwi, jak to i z przedstawienia Lipperta wynika, w zaniepokojeniu umysłu ludzkiego przez tajemniczy jakiś, niewytłumaczony zrazu fakt (śmierć), tak że nowa teoria Lipperta bardzo dobrze da się podporządkować pod zapatrywanie powyższe, które już Guizot trafnie wyłuszczył. Uwagą tą zresztą bynajmniej nie chcemy zmniejszyć zasługi Lipperta, który pierwszy wykazał faktyczny przebieg rzeczy, na podstawie ścisłych badań naukowych.

W każdym zaś razie, czy pójdziemy za zdaniem Guizota, opierającego religię na szerszej podstawie, czy za zdaniem Lipperta, wywodzącego ją z jednego tylko objawu umysłowego człowieka, istota religii zostaje w gruncie ta sama. Według jednego i drugiego zdania, religia jest, podobnie jak mowa, naturalnym odbiciem umysłowym pewnych wrażeń, odebranych ze świata zewnętrznego, odbiciem, odbywającym się z koniecznością przyrodzoną, wskutek ustroju umysłowego człowieka.

Z tej istoty religii wyprowadzić można ważny wniosek, odnoszący się do pierwotnej jej historii. Oczywiście bowiem, że religia powstać musiała zawsze i wszędzie, gdzie tylko ludzie żyli; z naszego więc stanowiska wieloplemienności rodu ludzkiego pierwotna mnogość i rozmaitość religijnych wierzeń tłumaczy się tak samo, jak pierwotna mnogość języków, jako konieczne następstwo wieloplemienności rodu ludzkiego.

Nie może atoli ulegać kwestii, że z tej pierwotnej mnogości wierzeń religijnych, tak samo, jak to dzisiaj jeszcze sio dzieje z zabobonami i wiarami ludów dzikich, wielka liczba wiar wraz z swoimi wiernymi i ich językami w ciągu wieków bez śladu zaginęła; ale niemniej za rzecz pewną przyjąć można, że wiele innych znowu z tych wiar, przez rozprzestrzenienie się ich zwolenników i ciągłe mieszanie się plemion ludzkich, zmieszało się z innymi wiarami; w ten sposób łatwo się tłumaczy wielobóstwo (politeizm) i mitologia narodów historycznych, nadzwyczajnie zawikłana i zawierająca w sobie najróżnorodniejsze żywioły. U wszystkich bowiem ludów napotykamy wielką skłonność przyjmowania obcych bogów i wcielania ich pod jakąkolwiek formą (najczęściej z zachowaniem pewnego porządku hierarchicznego) do własnego systemu religijnego. Tak np., jak wiadomo, Rzymianie chętnie we własnym systemie religijnym dawali gościnę najrozmaitszym bóstwom narodów wschodnich, przez siebie podbitych. Z drugiej strony żadna religia zwycięska, która sobie lud jakiś podbiła, nie zdołała nigdy wytępić do szczętu dawnej wiary, jak to dobrze wiadomo np. o chrześcijaństwie, które, pro forma, na pozór, od wieków zapanowało u ludów europejskich, a które do dziś dnia jeszcze z wyobraźni tych ludów nie zdołało wyrugować różnych dawnych wierzeń i zabobonów pogańskich.

Te ostatnie bowiem daleko wy trwalsze są od języków; z jednej strony łatwiej przyjmują się u obcych, z drugiej strony nie tak łatwo znikają po przyjęciu nowej religii. Co te wiary różne jedynie tracą, to jest dawne swoje językowe piętna, dawne nazwy bóstw lub uroczystości, tak, że w późniejszych wielkich religiach narodowych i mitologicznych, trudno bardzo rozpoznać różne, zawarte w nich żywioły napływowe, które by mogły dać poznać pochodzenie etniczne części składowych narodu, wyznającego nową religią, lub pierwotne źródła tejże. Że zaś takie różnorodne żywioły mieściły się w każdej z wielkich historycznych religij starożytności, najlepszym tego dowodem ta okoliczność, że religie te zawsze miały różne bóstwa, czczone tylko w pewnych miejscach i przez pewne części narodu (jak np. rody w Rzymie, szczepy w Grecji). Tak samo też znajdujemy w Egipcie w różnych częściach kraju różne bóstwa (Ra, Ptah, Ammon itd ), które zupełnie są do siebie podobne i przedstawiają tylko równorzędne bóstwa różnych szczepów i ludności.

Bardzo też jest prawdopodobne, że powtarzające się w mitologii greckiej i północnej podania o zmianach panowania różnych dynastyj bogów wskazują na następujące po sobie zmiany różnych panujących religii, które to zmiany znów były w związku z panowaniem szczepów, wyznających różne odnośne religie. Panowanie bowiem jakiegoś bóstwa, rodziny, czy dynastii boskiej, zależnym zawsze było od panowania szczepu, czczącego to bóstwo, a podania o pozbawieniu rządów boga jakiegoś mieszczą w sobie bez wątpienia wspomnienie historyczne i świadectwo upadku władzy politycznej szczepu, bóstwu temu cześć oddającego.

Powyższą teorię uzasadnił w nowszym czasie wspomniany już przez nas Lippert w dziele „o religiach ludów europejskich", na które zatem kilkoma słowy tutaj wskazać musimy.

Pierwszą zasadniczą kwestia w całej tej materii jest wielobóstwo. Jeszcze Pfleiderer, który wydał uczone bardzo dzieło „o religiach", wywodzi „wielką ilość podrzędnych bóstw" u Rzymian z potrzeby „przywoływania pomocy i ochrony jakiejś istoty boskiej dla każdego stworzenia, dla każdej miejscowości, w każdym położeniu i w każdej czynności, która to potrzeba wynika z zabobonności umysłu i z abstrakcyjno-logicznego (?) kierunku rozumu". Inaczej przedstawia się rzecz ta u Lipperta. Z badań jego wynika, że ta „potrzeba" nie była tak rozerwaną i rozdrobnioną, ale daleko więcej zestrzeloną, jednolitszą i nie byłaby nigdy wydała takiej mnogości bóstw, która raczej powstała przez „zlanie się licznych szczepów i żywiołów społecznych w jedne całość".

Wszelka religia bowiem, według Lipperta, była pierwotnie „kultem dusz zmarłych" w obrębie pojedynczych grup, gromad, czy narodów. Dopiero, po zlaniu się pojedynczych tych grup i gromad w większe całości, poszczególne te kulty stały się wspólną religią tych większych ustrojów społecznych, tak, że zamiast pojedynczych, przez dawniejsze szczupłe grupy i gromady czczonych „duchów”, nowa całość społeczna czciła teraz wspólnie wszystkie te „duchy", między które fantazja ludowa porozdzielała następnie różne role i zadania. W ten sposób z pierwotnych licznych kultów pojedynczych duchów fantazja ludowa wytworzyła cale hierarchie duchów i bóstw, które następnie otoczyła poetyczną przędzą mitów. Na dowód tego służyć mogą następujące słowa H e r o d o t a, przytoczone przez Lipperta (II. 53): „Skąd zaś każdy z tych bogów pochodzi i czy zawsze tutaj byli czczeni i jaką każdy ma postać, o tym Hellenowie niedawno dopiero się dowiedzieli. Dopiero bowiem Hezjod i Homer, którzy, jak sądzę, tylko o 400 lat są starsi ode mnie, stworzyli grekom całą tę rodzinę bogów, nadali bogom nazwy, rozdzielili między nich zaszczyty, zdolności i oznaczyli ich postacie".

Proces zaś sam przemiany bogów pojedynczych grup społecznych w bogów narodowych greckich, przedstawia Lippert jak następuje: „Z natury rzeczy wynikło, że duchy opiekuńcze szczepów pojedynczych, z rozwielmożnianiem się tychże, nabierały coraz większej powagi i znaczenia u ogółu. Rzadko gdzie (?) drobne samodzielne szczepy tak się wskroś poprzeplatały, jak w Grecyi; wypływają one wszędzie i znikają znowu, a znane nam grupy, większe od tamtych drobnych, zostają mniej więcej w takim stosunku, jak niemieccy Sasowie i Frankowie do drobnych szczepów germańskich, wspomnianych przez Tacyta. Po przed tymi szczepami znikają w pomroce owi bajeczni Pelazgowie, jak w Niemczech Herminonowie i Ingewonowie. Jeżeli jednak zważymy, jak w wyobraźni ludowej te duchy opiekuńcze same prowadzą wojny, zwyciężają w bitwach i ujarzmiają ludy: to rozwój polityczny i narodowy nie może się odbyć bez zlania się także w jedne całość rozproszonych rozmaitych wyobrażeń religijnych. Przystępują do tego jeszcze zwycięskie postępy wiar, które nie orężem, ale powagą swoją i znaczeniem kapłaństwa, mianowicie sławnych wyroczni, stają się niezbędnymi dla bezradnej ludzkości".

Prócz tego, przemiana pierwotnych bogów rodowych i szczepowych na ludowych i narodowych, odbyła się także w ten sposób, że z pierwotnego nazwiska rodzajowego stało się nazwisko osobowe; że zatem często bogowie rodowi i szczepowi, którzy nie mieli nazw osobowych, ale tylko rodzajowe (z dodatkiem nazwy szczepu czy rodu odnośnego) przez przemianę tego ostatniego na osobowe, stali się jedynymi bogami narodowymi, Lippert wykazuje, jak grecki Zeus takiej tylko przemianie zawdzięcza pierwszorzędne swe stanowisko w mitologii greckiej. Uwagi godnym przy tym jest następujący ustęp Lipperta; „Liczne ślady w kulcie i tradycji dowodzą, że niegdyś w niezliczonych szczepach boga rodowego czy szczepowego nazywano po prostu Zeusem. Świadczą o fakcie tym między innymi liczne podania o pochodzeniu rodów bohaterskich i królewskich od „Zeusów" i mity o „młodości Zeusa".

Tak samo rozwój mitologii rzymskiej odbywa się na podstawie „zlania się w jedne państwową całość różnych współrzędnych sobie szczepów" i tylko na tej podstawie może być zrozumiany. Ten bowiem różnorodny skład rzeczypospolitej rzymskiej wytworzył rozmaitość równorzędnych kultów, będącą koniecznym następstwem „gromadzenia w jednym mieście różnorodnych żywiołów etnicznych." Me powtarzam tutaj z Lipperta szczegółów, przytoczonych na poparcie tego zdania; podnoszę tylko następujące jego słowa: „W najdawniejszym Rzymie, po obwarowaniu Kapitolu, w skład którego wchodziły różne szczepy osiadłe na pojedynczych wzgórzach, na których potem zabudowało się miasto, czczono cztery bóstwa rodowe: Janusa, Jowisza, Marsa i Kwiryna. Ogólna nazwa wszystkich tych bogów była patres, Janus i Jowisz nazywają się także reges — z czego niewątpliwie wynika ich pierwotny charakter szczepowy." Takie bóstwa szczepowe, zajmujące pierwotnie współrzędne stanowisko, ujęte z czasem zostały w system hierarchiczny, odpowiadający zupełnie politycznemu stosunkowi tych szczepów względem siebie, tak, że bóstwo szczepu panującego zostało bóstwem panującym itd. albo też mitologia ludowa pojedynczym tym bóstwem przydzielała poszczególne role. „Dopiero ze wzrostem państwa i przyjęciem w skład jego coraz nowych żywiołów ludowych, występują z zacisza domowego na widownię publiczną coraz nowe kulty i przybywa coraz więeej bogów, aż nareszcie Kapitol się zapełnia... Ale cała ta historia rozwoju religii jest właściwie historia upadku pierwotnych religij ludzkości." Nadzwyczaj ciekawe następnie są wywody Lipperta pokazujące, jak płytka uczoność późniejszych wieków zupełnie błędnie przypisywała systemy mitologiczne tym ludom, które przez zaprowadzenie chrześcijaństwa zostały wstrzymane w naturalnym rozwoju swych religij i wskutek tego nie doszły wcale do żadnej hierarchii bogów i systemów mitologicznych. Odnosi się to mianowicie do Słowian i Germanów. Ludy te na bardzo wczesnym stopniu rozwoju zaskoczone zostały przez chrześcijaństwo i nie miały czasu dokonać zjednoczenia i usystematyzowania niezliczonej ilości swoich bóstw szczepowych w jedne i jednolitą mitologią narodową. A jednak! tak silny jest popęd umysłu ludzkiego do wywodzenia rozmaitości z jedności i do ujmowania wszystkiego w ograniczony ściśle system, że uczoność chrześcijańska w związku z płytką zarozumiałością narodów europejskich, chcących mieć także swoje mitologie podobnie jak grecy i rzymianie, pracowały nad sfabrykowaniem jednolitej germańskiej i słowiańskiej mitologii, która nigdy nie istniała." Poszczególe o Słowianach dawnych pisze Lippert jak następuje: „Słowiańskie szczepy aż do przyjęcia chrześcijaństwa nie miały nawet czasu do wzajemnego poznania się i do wzajemnego przyjęcia bogów swych. Nie było też wskutek tego żadnej sposobności ani powodu połączenia bogów tych w jednolite mitologie i stworzenia dla nich genealogii wspólnych. Ale uczeni naszych czasów sądzili, że należy te braki przeszłości powetować i stworzyli po niewczasie mitologią, dla poparcia której nie zawahali się nawet przed fałszowaniem dokumentów. Głównym rysem ich metody było odkryte gdziekolwiek nazwy bogów słowiańskich uważać za wspólną własność wszystkich Słowian; następnie w najobojętniejszych i najdrobniejszych szczegółach wyszukiwać analogii z mitologią rzymską i grecką, ile możności jakiś pierwiastek tajemniczego dźwięku wytropić w sanskrycie, trzech wielkich bogów z całej gromady wyciągnąć, jednego jako „ojca bogów" na czele postawić, a innych, zaopatrzonych w różne urzędy, dać mu za świtę." Badania Lipperta i rezultaty, do których doszedł, są dla nas o tyle ważnymi, o ile w zwierciadle rozwoju religii pokazują i potwierdzają to, cośmy powyżej starali się wykazać o rozwoju ludzkości samej.

Oczywiście że Lippert, nie mając w szczególności zwróconej uwagi na ten ostatni punkt, nie kładzie nań należytego nacisku i często utartych używając wyrażeń, wydaje się zwolennikiem zapatrywania o pierwotnej jedności i późniejszym dopiero różnicowaniu rodu ludzkiego — zapatrywania, które wprost byłoby sprzecznym z wykazanym przez niego samego rozwojem religii. Temu utartemu zapatrywaniu ulega on też, przedstawiając wzmagający się rozwój religii jako kult „rodzin" „rodów" „szczepów" a następnie dopiero jako kult osad, gmin i państw.

Takie przedstawienie polega zupełnie jeszcze na fałszywym wyobrażeniu, jakoby ludzkość początek swój wzięła w jakiejś pierwotnej „familii," która później rozrosła się w rody, szczepy, gminy i państwa — a więc na wyobrażeniu którego zresztą mylność i bezpodstawność Lippert sam wykazuje po części w swojej „historii familii." Jakąż to zresztą rodzinę mielibyśmy uważać za pierwszą kolebkę religii w owych czasach pierwotnych, w których jak to Lippert sam w innym miejscu twierdzi, ojcostwo, jako instytucja społeczna znaną nie była a nawet jeszcze o „prawie matek" nie słyszano? Jasną więc jest rzeczą, że pierwszą kolebką społeczną religii nie była żadna „familia," ale raczej pierwotna horda czy gromada, i że wszelki dalszy rozwój religii nastąpił nie wskutek zwiększania i rozmnażania się rodzin i następującego różnicowania, ale wprost przeciwnie przez powolne zlewanie się różnorodnych hord i gromad w coraz większe ustroje społeczne.

Pozostaje nam jeszcze do rozważenia kwestia, która z dwóch form religii t. j. jedynobóstwa i wielobóstwa, wcześniejszą, a która późniejszą. Zdania filozofów w tej kwestii w ścisłym stoją związku z zapatrywaniem się ich na rozwój moralny ludzkości w ogóle; ci którzy w rozwoju tym widzą bezustanny, nieprzerwany postęp, kładą wielobóstwo na początek rozwoju ludzkości i przedstawiają rozwój moralny, prowadzący do jedynobóstwa, jako nierozłączny z ogólnym postępem; ci zaś, którzy wierzą w „stan natury" i w „wiek złoty" ludzkości, od którego ona coraz to więcej się wyradza i ku upadkowi moralnemu się chyli, uważają jedynobóstwo jako formę pierwotną, a widzą w wielobóstwie „odstąpienie od prawdziwego Boga." Ani jedno, ani drugie zdanie bezwzględnie prawdziwero nie jest; każde zawiera jednak nieco prawdy.

Dwa fakty mogą nam służyć do rozwiązania tej kwesty i. Pierwszym jest: niezaprzeczony popęd umysłu ludzkiego do uproszczenia tłumaczeń zjawisk nadzmysłowych, oraz łatwo pojąć się dająca dążność umysłu ludzkiego do sprowadzenia otaczających go tajemnic i zagadek do jak najmniejszej liczby. Jest to ta sama dążność, która bezustannie objawia się także w umiejętności i w filozofii, owa dążność, która w umiejętności przyrodniczej stworzyła znaną „siłę żywotną" a w filozofii wywołała badania nad „rzeczą samą w sobie" (sławne „Ding an sich"), która nareszcie w dalszej konsekwencji prowadzi do monizmu.

Drugim faktem, który jak widzieliśmy i Lippert uznaje, jest powstanie wielobóstwa wskutek zlania się różnorodnych żywiołów społecznych.

Z dwóch tych faktów wynika, że wprawdzie, zgodnie z dążnością umysłu ludzkiego do jak największego uproszczenia tłumaczeń zjawisk nadzmysłowych, w pierwotnych hordach czczono tylko pojedyncze duchy, pojedyncze bóstwa; że jednak ta sama dążność i tam znowu na wierzch się wybija, gdzie wskutek zlania się różnorodnych żywiołów społecznych i ich religij, na sztucznej niejako drodze powstało wielobóstwo.

Tym sposobem i w dziedzinie wyobrażeń religijnych nie mamy przed sobą stałego kierunku rozwoju, ani stale postępującego ani wstecz się. cofającego, ale tak samo jak w innych dziedzinach zjawisk, wieczne krążenie od monoteizmu do politeizmu i znowu na powrót do monoteizmu itd.

Ale oczywiście, że biorąc rzecz historycznie, to znaczy, uważając za początek ten sian rzeczy i te czasy, o których mamy pierwsze wiadomości historyczne, wszędzie na początku (pozornym) widzimy wielobóstwo; bo w rzeczywistości jest to chwila daleko posuniętego rozwoju społecznego, o którego początkach* nie mamy świadectw historycznych. Stąd pochodzi, że wielu historyków i filozofów, jak np. Hu me, z pozorną słusznością twierdzi, że rozwój religii rozpoczyna się od wielobóstwa. Następnie zaś widzimy w historii wszędzie występującą dążność do uproszczenia przyczyn, dążność, którą zrazu reprezentują pojedyncze umysły wyższe jak np. Konfucjusz, Budda, Mojżesz, Sokrates itd. i która u nich objawia się wygłoszeniem jedynobóstwa.

Pozornie to ostatnie zawsze zwycięża, gdyż przemawia więcej do przekonania myślącej mniejszości każdego społeczeństwa. U ogółu zaś, u masy ludu wszelki monoteizm wnet zamienia się znowu w politeizm, a właściwie tenże u mas ludu jest tak zakorzeniony, że nigdy zupełnie wykorzenionym nie zostaje przez monoteizm. Najczystszy zaś filozoficzny monoteizm w formie monizmu nigdy może u mas ludu się nie przyjmie i pozostanie zawsze tylko religią wyborowej mniejszości ludzi myślących.


1) Religia jako przedmiot umiejętności porównawczej. Wykłady Maxa-Müllera przetłumaczył Adolf Dygasiński. Kraków 1873,, str. 18.

2) Cours d'histofre moderne lect. 5. Mniej trafnym zdaje nam się objaśnienie Hellwalda (Culturgeschichte), według którego religia jest wypływem popędu tworzenia ideałów.

3) Porównaj: „Der Seelencult". Berlin, 188^, „Die Religionen der europaischen CultHrvólker", 1881 i „Geschichte des Priesterthuras", Berlin, 1883.

dr Kamil M. Kaczmarek 04 08 2011