Ludwik Gumplowicz

ROZDZIAŁ I

Język

Zdarzą się to często na polu umiejętności, że dwie hipotezy z pobliskich dziedzin nawzajem się wspierają, że dwa zagadnienia, rozwiązane hipotetycznie, służą wzajem do stanowczego ich rozwiązania. Taki stosunek zachodzi między kwestia różnoplemienności rodu ludzkiego i kwestia jedno—czy wieloźródłowości języków.

Stwierdźmy najprzód podobny rozwój umiejętności w obu dziedzinach. Zgodnie z panującym dawniej przekonaniem o jednoplemienności rodu ludzkiego, na polu językoznawstwa panowało przekonanie o jednoźródłowości języków. Ogólnie mniemano, że wszystkie języki istniejące pochodzą od jednego, którym mówił niegdyś lud pierwotny, rodzic wszystkich innych. Przez długie wieki w Europie (kiedy jeszcze aryjskość nie była w modzie) uważano wybrany lud Izraela za ów pierwotny, a język hebrajski za pierwsze źródło wszystkich języków.

Dopiero rozszerzony zakres wiadomości lingwistycznych i etnograficznych, postępy dziejoznawstwa i odkrycie innych części świata zadały cios śmiertelny dawnym zapatrywaniom i przekonaniom.

Wieloźródłowość języków na polu językoznawstwa dzisiaj daleko powszechniej jest przyjęta aniżeli różnoplemienność rodu ludzkiego na polu antropologii. Ale jak niechętnie tylko i z oporem porzucono dawne mniemanie o jednoźródłowości, tak dzisiaj jeszcze panuje dążność ograniczenia liczby pierwotnych języków (i pierwotnych „ras" ludzkich) do najmniejszej liczby.

Porzucono jeden pierwotny język, ale chciano jeszcze utrzymać szczupłą liczbę pierwotnych języków. W tym celu badacze zestawiają zawsze pewną liczbę języków, wykazujących w budowie i w słowach pewne wspólne rysy, jako pochodzące od siebie, albo płynące ze wspólnego źródła—zupełnie tak samo, jak antropologowie różne szczepy ludzkie, ponieważ wykazywały pewne wspólne znamiona (dwunożność, mowę itd.) wywodził od jednej pary pierwotnej. Tym sposobem języki takie, jak niemiecki, litewski, słowiańskie, celtyckie, włoski, grecki, irański i indyjskie wywodzone bywają w różnych stopniach pokrewieństwa od jakiegoś pierwotnego języka „indo-germańskiego" 1).

Zapatrywanie to wydaje mi się mylne. Będę się starał wykazać, że im bardziej wstecz się cofamy ku początkom rodu ludzkiego, tym większa istnieje liczba samodzielnych i samorodnych języków i że przypuścić musimy, iż niegdyś niezliczona ilość samorodnych hord ludzkich posługiwała się nieskończoną ilością samorodnych języków.

a) Powstanie mowy.

kwestia powyższa jednak może być rozstrzygniętą tylko po rozwiązaniu kwestii powstania mowy w ogóle, co do której zdania do dziś jeszcze bardzo się rozchodzą.

Na początku naszego stulecia Herder uważał jeszcze za potrzebne zbijać zdanie słynnego statystyka Süssmilcha, że mowa jest bezpośrednim utworem Boga. Dziś takiej teorii nikt poważnie nie bierze. Można oczywiście wszystkie zjawiska naturalne w pewnym znaczeniu nazwać boskimi, ale nikt już nie myśli przy tym o bezpośrednim działaniu osobistego Boga w sposób przez biblią przedstawiony. Po Herderze nastąpił zwrot do rozsądnego formułowania tej kwestii, znanej już filozofom greckim: physei czy thesei tj. samorodnie, czy z umowy ludzkiej, z namysłu ludzkiego? W gruncie rzeczy było to takie samo pytanie, jakie sobie równocześnie stawiano na polu umiejętności politycznej i które Rousseau i publicyści francuscy odnośnie do powstania państwa rozstrzygnęli na korzyść umowy i wolnej woli ludzkiej (contrat social).

Dzisiaj umiejętność nad „umową społeczną" przeszła do porządku dziennego i powinna by bez wahania w tym samym duchu rozstrzygnąć kwestia powstania języka. „To co poprzedza zrodzenie się pierwiastku, jest dziełem przyrody" — powiada Maks Müller2), a zdanie to dzisiaj jest ogólnie przyjęte. Niestety jednak takie wyrażenia „z natury," albo „dzieło przyrody" nie tłumaczą nam jasno rzeczywistego zjawiska. Skoro przyjmiemy z Müllerem i większą częścią dzisiejszych lingwistów i filozofów „samorodność" mowy (tak samo jak państwa), pozostanie jeszcze do rozwiązania trudniejsza część zadania, mianowicie odpowiedź na pytanie: jak w rzeczywistości to pierwsze powstanie mowy się odbywa?

Chociaż wszakże tę część zadania nazywamy trudniejszą, niepojętym wydaje nam się, jak tylu filozofów i lingwistów mogło ją nazwać nierozwiązalną, jak mogło uważać ten naturalny akt powstania mowy za „tajemnicę stworzenia," której rozum ludzki nigdy nie przeniknie.

I tak np. Bopp nie dotyka tej „tajemnicy powstania pierwiastków, czyli przyczyny nazw pierwotnych pojęć;" nie chce on badać: dla czego pierwiastek i znaczy iść, a nie stad, albo: dla czego zgłoska sthe albo ste znaczy stać, a nie iść3). Steinthal „śmiałka, który by chciał wytłumaczyć znaczenie przywiązane z natury do każdej głoski, zapytałby słowami Joba: czyś był przy tym, kiedy z piersi niemego przedtem człowieka wyrwała się pierwsza głoska, a czyś go zrozumiał?.,." I Steinthal zatem radzi zostawić tę kwestia po za dyskusja. „Badajmy tymczasem— powiada on—pierwiastki bez wyprzedzania możliwych rezultatów; po kilku generacjach pokaże się, jak daleko doszliśmy" 4).

Schleicher również niema nadziei, abyśmy kiedykolwiek odkryli „przyczynę brzmienia pierwiastku, przyczynę, dlaczego jedne grupy ludzkie dla oznaczenia pojęcia pewnego obrali jedne, inne—inną głoskę." To też umiejętność języka, według Schleichera— niema obowiązku udzielenia odpowiedzi na pytanie: „jak powstała mowa?" „Umiejętność ma przed sobą gotowy swój przedmiot; najdawniejszą, najpierwotniejszą jego formę potrafi ona wykazać na zasadzie badań dzisiejszych języków; ale w jaki sposób człowiek doszedł do owej formy języka — to nie należy do językoznawstwa... Kwesty a zatem powstania mowy powinna być z niego wykluczoną zupełnie, podobnie jak powstanie pierwiastków chemicznych z chemii. Czy w ogóle kwestia ta powstania da się kiedyś rozstrzygnąć, to inne pytanie, na które nie mamy potrzeby dać odpowiedzi." Tyle Schleicher5).

Francuz Caro nie inaczej sądzi. „Doświadczenie—powiada on— nie podaje nam żadnego środka rozwiązania zagadki powstania mowy; nie dostarcza ono nam pod tym względem żadnego faktu, który byśmy mogli stwierdzić przez spostrzeżenie lub doświadczenie"6).

Max-Müller powiada, że kwestia powstania języka leży po za obrębem pojęcia naszego 7).

Lazarus Geiger mówi o „ważnej, największej tajemnicy ducha tyczącej się kwestii: „jak powstały głoski mające znaczenie?" 8)

Pomimo tych desperackich sądów powag, kwestia ta nie wydaje mi się nierozwiązalną. Trzeba tylko, chcąc dojść do zadowalającego wyniku, rozłożyć ją najprzód na części składowe, osobno je rozważyć, aby przez niewłaściwe ich pomieszanie nie zwichnąć z góry całego kierunku zagadnienia i tym samym utrudnić lub nawet uniemożliwić jego rozwiązanie.

Sprawa bowiem samorodnego powstania języka składa się z kilku części, których rozróżnienie jest koniecznym. Najprzód bowiem rozważyć trzeba, co dało powód do powstania języka, a więc zastanowić się nad pytaniem: co spowodowało człowieka do użycia pierwszych głosek językowych, albo inaczej to wyrażając: z jakich naturalnych przyczyn powstały pierwsze głoski?

Drugą część stanowi pytanie, co uzdolniło człowieka do wydania pierwszych głosek? W jakiej naturalnej właściwości jego leżała możliwość wytworzenia języka i dalszego rozwinięcia tegoż? Następuje pytanie: jak przy tym akcie narodzin języka zachowywał się człowiek, czynnie czy biernie, czy działał przy tym świadomie czy nieświadomie?

Ostatnim nareszcie pytaniem będzie: w jakim stosunku pozostawała pierwotna zgłoska do pojęcia przez nią oznaczonego? Czy zgłoska ta musiała być taką, jaką się stała, lub też czy mogła była być inną? Czy między pojęciem a oznaczającą je głoską lub zgłoską zachodził stosunek konieczności? Te cztery pytania, z których się składa kwestia powstania języka, rozważymy teraz każde z osobna.

b) Naturalne powody powstania języka.

Na pytanie: co spowodowało powstanie języka, rozmaicie odpowiadano; odpowiedzi te przedstawiają postępowy rozwój wiedzy. Najdawniejsze zdanie, podzielane jeszcze po części przez Herder a, jest, że język powstał przez mimowolne i bezwiedne wyrażenie uczucia bólu lub silniejszego afektu; opiera ono się na analogii dostrzeganej u zwierząt. „Już jako zwierzę człowiek posiada mowę. Wszystkie bolesne i gwałtowne uczucia, wszystkie silniejsze namiętności duszy jego objawiają się bezpośrednio przez tony, przez dzikie, nieartykułowane głosy. Zwierzę cierpiące, tak samo jak bohaterski Filoktet, kiedy mu rany dokuczają, jęczy boleśnie, choćby w najsamotniejszym znajdowało się miejscu — bez widoku, bez śladu, bez nadziei jakiejś pomocy od bliźniej istoty" 9).

Przeciwko temu zdaniu słusznie podniesiono zarzut, że zwierzęcy jęk boleści i wyraz uczucia nie może być wcale uważany za początek mowy, bo w takim razie i zwierzęta byłyby do niej raz doszły. Nadto, bliższe rozważania wykazują zasadniczą różnicę między wybuchem gwałtownego uczucia a rozsądnym wyrazem myśli, pojęcia. Są to dwa zjawiska, które nie mają między sobą prawie nic wspólnego. Nawet Herder odróżnia „tony naturalne, które nie są głównymi podstawami mowy ludzkiej," a „wynalezioną później mową metafizyczną.”

Ta ostatnia, według niego, „córa rozsądku i społeczeństwa" jest „odmianą może czwartorzędną pierwotnej mowy ludzkiego rodu." Wyraźnie jednak Herder kładzie nacisk na to, że z owego „jęku boleści" nie można w zupełności wyjaśnić powstania mowy ludzkiej, która jest czymś zupełnie rożnym." „Wszystkie zwierzęta aż do niemych ryb wygłaszają swe uczucia, niemniej jednak żadne, nawet najdoskonalsze, nie posiada mowy ludzkiej".

Tę zasadniczą różnicę między zwierzęcym wyrazem uczuć a mową ludzką podnosi Schleicher w trafny sposób: „Bezpośredni wyraz uczucia, jako też pragnień i żądań, nie objawia się za pomocą mowy, ale za pomocą głosów naturalnych, jako to: krzyku, śmiechu i za pomocą migów, wykrzykników itd. Ale te bezpośrednie wyrazy uczuć i pragnień nie są słowami, nie są żywiołami mowy".

Drugie, pokrewne powyższemu, zdanie o powstaniu mowy upatruje jej źródło w popędzie ludzkim wygłaszania wrażeń wewnętrznych za pomocą tonów i głosek. Owo wygłaszanie nie służy żadnemu interesowi, żadnemu zamiarowi, ale następuje po prostu z potrzeby wyrażenia myśli. Zdanie to opiera się na znanym doświadczeniu, że i dzisiejszy człowiek często „głośno myśli", to jest często uczuwa potrzebę pozbycia się wewnętrznego nawału myśli za pomocą głośnego mówienia. Teoria ta uważa człowieka za zwierzę mówiące, tak samo, jak ptak jest zwierzęciem śpiewającym; mowę zaś za „głosowe odbicie (refleks) odebranych z zewnątrz wrażeń".

Tej teorii odpowiada znane określenie, że „mowa jest głośnym myśleniem", które Schleicher nazywa zupełnie trafnym. „Mowa — powiada on — jest głosowym wyrazem myśli, jest objawiającym się za pomocą głosu procesem myślenia. Nie wyraża zatem ona ani uczuć, ani pragnień, ale tylko myśli; nie jest wyrazem ani czucia, ani chcenia, tylko myślenia".

Teoria ta ma wiele za sobą, przede wszystkim przemawia za nią codzienne doświadczenie. Każdy z nas zna nastroje duszy, które i samotnego zmuszają do głośnego wypowiadania myśli, co często dzieje się bezwiednie. Obie zaś powyższe teorie mają to wspólnego, że przy powstaniu mowy zarówno wykluczają wszelką świadomą działalność ludzką; przypuszczają one tylko działanie natury, wobec której człowiek zachowuje się zupełnie biernie.

Trzecia teoria przypuszcza już świadome współdziałanie człowieka przy powstaniu mowy, a jakkolwiek jeszcze zostaje przy zasadzie physei („samorodnie"), to jednak nie wyklucza pewnego świadomego udziału człowieka w akcie twórczym mowy; ten udział bowiem nie wyłącza bynajmniej samorodności, co nie tylko przy powstaniu mowy, ale i w innych dziedzinach widzieć możemy. Można jednak rozróżnić dwa odcienie tej trzeciej teorii; jedni bowiem widzą w „skłonności do mówienia", w popędzie „komunikowania się" powód powstania mowy (podobnie jak popęd społeczny ma być powodem utworzenia państwa!); inni zaś są zdania, że potrzeba wzajemnego porozumienia się z koniecznością prowadzić musiała do utworzenia głosek znaczących i mowy. To ostatnie zdanie przyjmujemy w zupełności.

c) Naturalne uzdolnienie do stworzenia mowy.

Wobec zdolności człowieka do tworzenia zgłoskowej mowy, zdolności, która, oczywiście polega na normalnej organizacji jego narządów mownych, pytanie, co go skłoniło do stworzenia zgłoskowej mowy,—nie miałoby sensu, gdyby fałszywe przypuszczenie nie uprawniło na pozór tego pytania. Jest to przypuszczenie, jakoby pojedyncze głoski i słowa mowy ludzkiej (a w szczególności owego mniemanego języka pierwotnego) miały jakiś konieczny związek z pojęciami, przez nie wyraźnymi, jakoby brzmienie odpowiadało ich znaczeniu.

Ponieważ zaś ludzie dzisiejsi nie poczuwają się do takiej zdolności wynajdywania odpowiednich pojęciom brzmień i w istocie jej nie posiadają, zatem kwestia, skąd pierwotni ludzie taką zdolność mieli, zdawała się nader ważną i ciekawą. Podczas więc, kiedy jedni przyjmowali jakiś predestynowany związek konieczny między słowami a ich znaczeniem, i ludziom pierwotnym przypisywali zaginiony dziś instynkt naturalny wynajdywania tych brzmień odpowiednich; drudzy całą tę mniemaną zdolność pierwotnych ludzi tłumaczyli po prostu przez naśladownictwo głosów natury (Herder). Ci zaś, którzy się przekonali, że samym „naśladownictwem głosów natury" nie można wytłumaczyć całego zapasu słów, nawet najpierwotniejszego i najuboższego języka, zrobili małe salto mortale, przypisując po prostu pierwotnemu człowiekowi „siłę twórczą językową", którą człowiek cywilizowany utracił. Jest to twierdzenie, które łatwiej wypowiedzieć niż udowodnić; metoda wygodna, ale bynajmniej nie umiejętna. A jednak tego ostatniego zdania za Heysem broni w najnowszym czasie tak znakomity lingwista, jak Max Müller. Przyznaje on pierwotnemu człowiekowi zdolność instynktową nadawania pojęciom właściwych im nazw— zdolność, która znikła, skoro nie była już potrzebną — zupełnie tak samo, jak pewne narządy organiczne, według Darwina (zawsze ten nieszczęsny Darwin!) znikły, skoro dawne funkcje ustały (narządy szczątkowe).

Jakkolwiek w nieco łagodniejszej formie Wundt objawia podobne zdanie. Przyznaje on pierwotnemu człowiekowi zdolność reflektowania, t. j. odgłosowywania przyjętych przez zmysły wrażeń. Słowa pojedyncze nie były niczym innym, jak bezwiednym oddziaływaniem człowieka pierwotnego w formie głosowej na wrażenia świata zewnętrznego. Tę „żywość zmysłową pierwotnego człowieka, która niegdyś stworzyła mowę, dzisiaj już straciliśmy" — powiada Wundt. Wspomnieliśmy już, że ta cała kwestia zdolności pierwotnego człowieka do tworzenia mowy polega na mylnym przypuszczeniu. Przystępując teraz do wykazania mylności tego przypuszczenia, wykażemy zaraz bezpodstawność wiary w jakieś wyjątkowe czasowe uzdolnienie językowe pierwotnego człowieka, a tym samym odpowiemy na dwa pytania powyższe, tyczące się stosunku pierwotnego człowieka do powstania mowy i stosunku brzmienia słów do ich znaczenia.

Przypuszczenie pewnego stosunku między brzmieniem słów i znaczeniem ich polega na złudzeniu. Takiego stosunku w rzeczywistości niema wcale. Wyobrażenie zaś o nim powstaje w nas przez długie przyzwyczajenie się do łączenia pewnego znaczenia z pewnym brzmieniem. W naszym to umyśle odbywa się ten proces — że tak powiemy — asymilacyjny, który pojęcie rzeczy wiąże z pewnym brzmieniem, tak że nam się zdaje, iż pojęcie to żadnym innym brzmieniem nie mogłoby być tak oddanym, jak tylko tym, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Ciągłe używanie pewnego brzmienia do oznaczenia pewnego pojęcia budzi w nas złudzenie, jakoby to brzmienie i to pojęcie były dla siebie przeznaczone, tak że w końcu dziwimy się „instynktowi" pierwotnego człowieka, który to przeznaczenie odczuł i odkrył.

A jednak umiejętność długo bałamuciła się tym przypuszczeniem i wskutek tego zajmowała się pytaniem: czy nadanie niby predestynowanego brzmienia każdemu pojęciu było aktem konieczności naturalnej lub też wolnego wyboru człowieka, obdarzonego zdolnością odgadywania owego związku między znaczeniem i brzmieniem. Jest to niemałą zasługą Geigera, że wyprowadził językoznawstwo z tego koła błędnego, że uwolnił umiejętność od tej wiecznie gniotącej zmory, a uczynił on to jednym słowem: przypadek. „Spotkanie się brzmienia ze znaczeniem,—powiada on—jest rzeczą przypadku; tak samo mogłoby to samo znaczenie spotkać się z innym brzmieniem, albo dowolne brzmienie z tym samym pojęciem." Zdaniem naszym, myśl ta Geigera stanowi ważny zwrot w rozwoju umiejętności języka 10). Ale myśl tę wypowiedział on tylko mimochodem, a może nawet nie odgadując całej jej doniosłości. W każdym razie uwagi godnym jest, że Geiger naprowadzony został na myśl tę przez metodę badania, która, przeszłość odgaduje za pomocą teraźniejszości. Widząc, jaką rolę stanowczą dzisiaj jeszcze w rozwoju języka odgrywa często przypadek, Geiger słusznie wywnioskował, że tak samo zapewne rzecz miała się w przeszłości. Już przed nim wielu językoznawców zauważyło, że pomimo wielkiej prawidłowości, która panuje w rozwoju języka, a szczególnie w rozwoju znaczenia pojedynczych słów i używania ich, często czysty przypadek daje początek całemu szeregowi rozwojów prawidłowych. Gruntowny rozbiór wielkiej liczby takich zjawisk lingwistycznych podał Geigerowi myśl, że taki „przypadkowy rozwój" mógł także być pierwszym początkiem całego rozwoju mowy.

Stwierdziwszy pewną liczbę takich prawidłowych rozwojów słów i znaczeń, które wyszły z kombinacji przypadkowych, powiada on: „nic nas nie uprawnia do przypuszczenia, że gdzieś, na jakimś punkcie rozwoju języka, to prawo rozwoju po piór wszy raz występuje, wyłaniając się z przeciwnego mu prawa to jest, że gdzieś niegdyś w pierwotnej jakiejś fazie rozwoju języka, pojęcia wcielały się w słowa nie przypadkowo, ale na zasadzie jakiegoś koniecznego stosunku; nawet trudno pojąć, aby kiedykolwiek tak być mogło. Tylko od pojęcia istoty przypadkowego rozwoju zależy zrozumienie całej historii mowy ludzkiej, a od wyśledzenia rozwoju tego od najdawniejszych jego początków, o ile to jest możliwe, zależy ostateczne rozwiązanie kwestii o powstaniu języka" 11).

Przeszedłszy „etymologią od jej początku aż do jej celu ostatecznego," Geiger dochodzi do punktu, gdzie, jak powiada, „badanie jej ustaje, nie dopiąwszy celu swego." Bo etymologia ta „za punkt wyjścia wzięła przypuszczenie, że brzmienie i znaczenie od samego początku zostawały z sobą jw koniecznym związku tak, że pewne brzmienia nigdy nie mogły odpowiadać pewnym znaczeniom. Przypuszczenie to okazało się mylnym; mniemana konieczność stosunku tam, gdzie dochodzimy do ostatnich pierwiastków języka, okazuje się czystym przypadkiem..." Rozwijając dalej myśl tę, Geiger wykazuje, że języki różnią się od siebie tylko w tym, w czym „przypadek wolne ma pole," t. j. „w pierwszym sprowadzeniu brzmienia z jakimś pojęciem;" podczas gdy w innych punktach—jak np. w zakresie środków głosowych, w prawach rozwoju zgłoskowego, w pojęciach i pokrewieństwie pojęć, języki ludzkie są do siebie bardzo podobne.

W późniejszym dziele o „Początku mowy" Geiger tę prowadzi dalej teoria przypadkowości.

„W większym dziele moim,—pisze on — starałem się wykazać, że nie sposób jest wynaleźć jakikolwiek związek między pierwiastkiem a pojęciem; dla niektórych pojęć znajdujemy liczne pierwiastki i—na odwrót—nie jeden pierwiastek służy do oznaczenia licznych pojęć. Zjawisko wieloznaczności jednego pierwiastku i jednoznaczności różnych pierwiastków jest tak rozpowszechnione, że o stałym związku jednego pojęcia z jednym pierwiastkiem mowy być nie może. Przypuszczenie zaś, że rzecz ta niegdyś inaczej się miała, nie ma żadnej podstawy, i jest zupełnie dowolnym" 12).

Przytoczywszy następnie szereg faktów, teorią jego popierających, kończy Geiger: „Na zasadzie tych faktów sądzę, że prawo do twierdzenia, iż prawidło, spostrzeżone w ciągu rozwoju języka, mocą którego pewne pojęcia przywiązane są do pewnych brzmień, na początku rozwoju znika, i że tam przeciwnie każde brzmienie oznaczać może każde pojęcie, i że dalej osobne znaczenie, którego w ciągu rozwoju każde brzmienie nabiera, jest zawsze wynikiem pierwotnego przypadku.

Pierwiastki wyrażają zawsze wielką ilość pojęć i w najróżniej szych formach głosowych wyrażają zawsze te same pojęcia. W obrębie tej wielości poszczególne znaczenia rozdzielają się na te różne formy głosowe, nie według żadnego prawidła naturalnego, ani według umowy, ale tylko według bezwiednego przypadkowego przyzwyczajenia.

Lecz jakżeż ma się rzecz na samym początku, zanim ta repartycja znaczeń następuje? Skądże pochodzi, że taka wielka liczba pojęć ujęta została jednym brzmieniem i to kilkakrotnie w podobny sposób?

Geiger krytykuje różne odpowiedzi, z których żadna go nie zadowala, w czym zupełnie się z nim zgadzam. Ale jakąż odpowiedź na pytania te daje on sam? Niestety, nie taką, jakiej oczekiwaliśmy od tego, który tylekroć wskazywał na przypadek? jako najpotężniejszy czynnik w rozwoju języka. Geiger nie wyprowadził ostatecznej konsekwencji z własnego pomysłu; nie zastosował teorii swej do pierwszego spotkania się brzmienia z pojęciem, i wskutek tego nie zdołał nam też wytłumaczyć najprawdopodobniejszego procesu przy pierwszym powstaniu mowy. Co więcej, niektóre uwagi i dłuższe wywody jego nad charakterem, liczbą i znaczeniem pierwszych pierwiastków mowy pokazują jasno, że pomysł „przypadkowości," jakkolwiek powstał u niego z rozważnego badania historycznego i dzisiejszego rozwoju języków, przy czym nawet błysnęła mu myśl, że ten „przypadek" mógł także odegrać ważną rolę przy powstaniu mowy, że powiadam, pomysł przypadkowości zajął go tylko pobieżnie i nie rozświecił mu kwestii pierwszego powstania mowy.

Geiger zaniechał zastosowania teorii przypadkowości do pierwszego spotkania się pojęcia z brzmieniem. Tę lukę w wywodach jego zamierzam tu wypełnić.

d) Powstanie pierwiastków mowy.

Zdanie, jakoby powstanie pierwszych pierwiastków mowy musiało pozostać dla nas wieczną tajemnicą, ponieważ aktu tego nigdy bezpośrednio badać nie możemy, jest mylne, powiedziałbym—bezmyślnym. Najważniejszy bowiem i nietknięty przedmiot spostrzeżeń w tej sprawie zawsze jest do naszej dyspozycji, mianowicie: człowiek. Trzeba się tylko raz pozbyć uprzedzenia, jakoby człowiek dzisiejszy, cywilizowany,—pod względem swej natury, swych zdolności i umysłowych właściwości był innym, aniżeli pierwotny,

Prawda, że człowiek dzisiejszy zna różne odkrycia, których nie znał pierwotny; poczynił różne wynalazki, o których się pierwotnemu ani śniło: ale istota jego umysłowa, natura jego, zdolności i skłonności pozostały te same, i w najpierwotniejszych [czasach były takie same, jak dziś. Wiele oszczędzilibyśmy sobie błędów i złudzeń, gdybyśmy byli trzymali się zawsze zasady, że człowiek zawsze był człowiekiem i to od chwili pierwszego wystąpienia swego na ziemi. Nie był on nigdy istotą doskonalszą, jak niektórzy twierdzą (także Max-Müller), ale też nigdy nie był niższym zwierzęciem, aniżeli dzisiaj; nie był nigdy obdarzony wyższym umysłem, ale też nigdy nie był bez rozumu, jak to Geiger przypuszcza. Zarówno jedne jak i drugie z tych twierdzeń i przypuszczeń nie mają żadnej realnej podstawy.

Słusznie Geiger gani Müllera (a tym samym licznych poprzedników jego, to samo zdanie objawiających), że człowiekowi pierwotnemu przyznaje jakieś szczególne zdolności, facultates oceultae, których u dzisiejszego nie spostrzegamy; ale równym prawem zarzucić możemy i Geigerowi (i licznym poprzednikom i zwolennikom tego zdania, a zatem także darwinistom i haeckelistom), że człowiekowi pierwotnemu odmawia tego, co człowieka czyni człowiekiem, co w nim uznajemy jako istotę odróżniającą go od zwierząt, to jest taki stopień rozsądku, który w celach samozachowawczych znagla go do porozumiewania się z istotami sobie podobnymi za pomocą mowy. Takim znamy człowieka, a nie widzimy nigdzie umiejętnego powodu., aby go innym sobie przedstawić, nawet w czasach najpierwotniejszych. Jeżeli zaś człowieka weźmiemy pod uwagę jako człowieka, wtedy cały proces pierwszego powstania mowy przedstawi nam się w sposób tak jasny i prosty, że tylko dziwić się będziemy musieli, iż rzecz ta mogła być traktowaną jako zagadnienie nierozwiązalne, okryte wieczną tajemnicą.

Wyobraźmy sobie bowiem tylko stan i położenie jednostek pierwotnej hordy. Wrodzony popęd zachowawczy (który przecież nie jest hipotezą!) zmusza ich do wzajemnego porozumienia się: nie posiadają one jeszcze mowy, ale tylko ludzkie narządy mowne, wskutek czego wydają głosy, dźwięki nieartykułowane, Nie są to naśladownictwa głosów natury, takimi bowiem tylko najmniejsza liczba przedmiotów i pojęć dałaby się oznaczyć; nie tkwi też w tych dźwiękach żadne podobieństwo między głosem a przedmiotem, jak to niektórzy filozofowie nowożytni wymądrzeć by chcieli—np. Herder, który w słowie „błysk" widzi podobieństwo do błysku („Blitz"); nic z tego wszystkiego, Ale są to po prostu dowolne, niezrozumiałe dźwięki, które z razu żadnego znaczenia nie mają, nic nie zawierają, lecz wydane są jedynie w skutek popędu i potrzeby porozumienia się, instynktownie, jakby na próbę. Oczywista, że te pierwsze próby porozumiewania się nieświetnie musiały wypaść; porozumiewanie się nie było łatwe; znaki i migi musiały przyjść w pomoc pierwszym wydanym dźwiękom. Zagadnięty w ten sposób trudne też miał zadanie zrozumienia, czego chce zagadujący go. Przypuśćmy, że ten ostatni chce, aby mu pierwszy podał gałąź z drzewa. Wydaje on głosy bez wyboru, jakie mu w tej chwili „ślina do ust przyniesie." Narząd jego mowny wydaje całą skalę tonów, na jakie go tylko stać, pod naciskiem chęci wyjawienia myśli chwilowej, woła dajmy na to: na, ta, ba, wa, ra itd. Zagadnięty tym sposobem, odgadując pół myśli wołającego z jego migów i znaków, chwyta—dajmy na to—za kamień, chcąc mu go podać, lecz po odpierającej minie wołającego miarkuje, że myśli jego nie odgadnął; podaje mu, dajmy na to, po kolei inne przedmioty, które ma pod ręką; powtarza się ta sama scena nieporozumienia, póki przy jednym z licznych, powtarzanych ciągle tonów, odgaduje życzenie wołającego i podaje mu żądaną gałąź. Cóż z tego wyniknie? Wołający spamięta sobie głoskę, przy której wydaniu zawołany podał mu żądaną gałąź, dajmy na to głoskę la; zagadnięty zaś wie teraz, co towarzysz przez głoskę tę la rozumie, czego sobie życzy, wołając la. Odtąd w obcowaniu tych dwóch jednostek głoska la oznaczać będzie gałąź: w mowie ich powstał pierwiastek la.

Jeżeli przy najbliższym spotkaniu nie będą pamiętali tego dźwięku, będą musieli jeszcze raz przebyć trud pierwszego porozumienia się. Chcąc sobie trudu tego oszczędzić, zapamiętają sobie tę głoskę i będą się nią odtąd zawsze posługiwali do oznaczenia tego jednego przedmiotu.

Jeżeli to wzajemne porozumiewanie się co do jednego przedmiotu, odbędzie się kilkakroć za pomocą tego samego dźwięku, wtedy przedmiot, czy pojęcie, brzmieniem tym oznaczone, z wielkiej ilości możliwych dźwięków w ogóle i niezależnie od wielkiej ilości dźwięków w szczególe, dla oznaczenia jego różne-mi czasy użytych, zyskuje stałe oznaczenie, które tylko jemu wyłącznie służy. Pojęcie zyskało swą postać w mowie, otrzymało swą nazwę, wyraz. Jeżeli to nazywanie pojęcia pewnym wyrazem trwa przez liczne generacje, wtedy w duchu naszym pojęcie tak się zlewa z dźwiękiem słowa, które je oznacza, że zdaje nam się, iż między tym dźwiękiem a tym pojęciem istnieje jakieś pokrewieństwo, panuje jakiś związek konieczny, a skutkiem tego jest, że „filozofowie" i językoznawcy podziwiają genialność pierwotnego człowieka, który dla każdego przedmiotu i pojęcia potrafił wynaleźć najodpowiedniejszy wyraz!

Może nam ktoś zarzuci, że nakreślony tu sposób powstania mowy jest również tylko hipotezą, fantazją, nie mającą żadnej podstawy w rzeczywistości. Tak nie jest. Niezmienna wiecznie natura ludzka, której rozważne badanie stanowi podstawę powyższej teorii, podaje nam aż nadto punktów oparcia i dowodów, że pierwsze powstanie mowy nie mogło się odbyć inaczej.

Przypatrzmyż się tylko dziecku, nieumiejącemu jeszcze mówić; pragnąc jakiegoś przedmiotu, będzie ono dopóty wydawało najrozmaitsze tony i dźwięki, na jakie je tylko stać, dopóki otaczający go odgadną myśl i chęć jego. Jeżeli to odgadnięcie raz nastąpi, wtedy otoczenie wiedzieć będzie, że dziecko pewnym wołaniem oznacza pewien przedmiot i zastosują się do tego. Tym sposobem każde dziecko tworzy sobie osobną mowę, do której miłość matek i otoczenia często się stosuje, przyjmując ją dla wzajemnego porozumiewania się z dzieckiem. Jakżeż często widzimy to w życiu codziennym!

Z czasem oczywiście dziecko, podrastając, musi się zastosować do otoczenia swego i używać tych głosek i słów, które powszechnie są używane.

Me inaczej ma się rzecz z głuchoniemym. Chcąc go zrozumieć, zauważamy niezrozumiałe jego i nieartykułowane dźwięki, którymi myśli swoje objawia, tak, że kiedy je później powtarza, znaczenie ich jest nam wiadomym. Ale i głuchoniemy łatwo spostrzega, przez jaki dźwięk lub głos udało mu się zwrócić uwagę nasze na pewien przedmiot i tego samego dźwięku czy głosu użyje, chcąc jeszcze raz uwagę nasze skierować na ten sam przedmiot, a więc trzymać się będzie raz utworzonego swojego wyrazu na oznaczenie tego samego przedmiotu.

Prócz przykładów powyższych, łatwo przedstawić sobie możemy doświadczenie, które by poparło teorię naszą. Przypuśćmy, że na wyspie odludnej, przez rozbicie okrętu spotka się kilku ludzi różnej narodowości: francuz, turek i chińczyk, z których każdy zna jedynie tylko swój własny język. Cóż się stanie? Oczywiście każdy z nich, chcąc się porozumieć z drugimi, mówić będzie po swojemu i dopomagać sobie znakami i migami. Porozumienie zrazu będzie niemożliwe. Ale niechaj nareszcie przypadkowo, przy jakimkolwiek wyrazie chińczyka, francuz myśl jego odgadnie, ten wyraz i jednemu i drugiemu następnie służyć będzie do oznaczenia tego przedmiotu, którego chińczyk nim oznaczyć pragnął a francuz odgadł. W ten sposób wśród tego mieszanego trój językowego towarzystwa, wyrobiłaby się z czasem wspólna mowa, a w niej pierwiastkami byłyby te wyrazy, przy których wymówieniu przypadkowo spotkały się myśl mówiącego i zrozumienie zagadniętego.

Widzimy więc, że sposób, „w jaki pewne dźwięki nabierają pewnego znaczenia", wcale nie jest tak tajemniczym, jak to filozofowie i lingwiści przedstawiają, a jeżeli Schleicher, zwątpiwszy o rozwiązaniu tej zagadki, woła: „praw powstania pierwiastków nigdy nie znajdziemy" 13)—odpowiadamy na to, że nadaremnie szukalibyśmy praw w sferze, w której ich nie ma, w której panuje przypadek, w której jedynym prawem jest to, że od przypadkowego spotkania się dźwięku z myślą zależy powstanie pierwiastku, przy czym dla dalszego prawidłowego rozwoju językowego obojętnym jest, który dźwięk z którą myślą się skojarzył, a więc w sferze, w której umysł ludzki i żądza wiedzy poprzestać muszą na przekonaniu, że jedynym prawem jest przypadek. I niewątpliwie też, nie tylko Schleicher, ale i inni językoznawcy poprzestaliby na tym przekonaniu, gdyby ich nie bałamuciło mylne przypuszczenie, że między dźwiękiem i znaczeniem panuje jakiś stosunek, z góry określony, że zatem złączenie się dźwięku z myślą polega na jakimś prawie — przypuszczenie, które Schleichera nawet do równie mylnego przywiodło wniosku, że pierwotnie istniała „pewna liczba pierwiastków znaczących".

W tym leży błąd cały. Dźwięki mowy same przez się nie mają żadnego znaczenia. Nabierają one takiego dopiero od chwili, kiedy myśl dwóch jednostek zestrzeli się w nich, jak w ognisku; od chwili, kiedy jeden pojmuje drugiego, pragnącego objawić myśl swoje obojętnymi, nic nieznaczącymi dźwiękami, ten dźwięk, któremu się udało sprowadzić porozumienie, nabiera znaczenia, staje się „wyrazem".

e) Dalsze uzasadnienie teorii przypadkowości.

Z przedstawionego powyżej sposobu powstania mowy wypływa kilka następstw, będących w ścisłym związku z niektórymi znanymi faktami jej rozwoju, tłumaczących nam te fakty, przez co znowu na odwrót przyjęta przez nas teorią nabiera większego prawdopodobieństwa. przede wszystkim jasną jest rzeczą, że przy takim sposobie powstania języka, jak powyżej wskazany, oznaczenie przedmiotu czy pojęcia jest zawsze wynikiem wzajemnego usiłowania porozumienia się przynajmniej dwóch jednostek w danej chwili; i że wytworzony tym sposobem znak głosowy przedmiotu lub pojęcia między tymi najmniej dwiema jednostkami w danej chwili jest zarazem skutkiem wzajemnych usiłowań tych dwóch osobników. Stąd wypada, że już między tymi samymi osobnikami w innej chwili (nie możemy bowiem przypuścić w nich zawsze i wszędzie nieomylnej i niechybnej pamięci), dla oznaczenia tego samego przedmiotu lub pojęcia, powstanie częstokroć inne oznaczenie, którego usta-lenie się w mowie między tymi osobnikami znowu tylko zależeć będzie od obustronnej ich pamięci. A cóż dopiero, jeżeli nastąpi zmiana choćby tylko jednej strony, szukającej porozumienia! Wtedy oczywiście ta cała praca, do porozumienia się wzajemnego dążąca, zaczyna się na nowo, a ostateczne porozumienie następuje za pomocą innej jakiejś kombinacji głosowej, t. j. inne jednostki wynajdą dla tego samego przedmiotu czy pojęcia inne oznaczenie. Tą drogą w jednej pierwotnej hordzie ludzkiej, przez ciągłe i liczne, nawzajem krzyżujące się usiłowania porozumiewania się powstają dla każdego przedmiotu i pojęcia liczne i różne oznaczenia 14).

Ta okoliczność uczyniłaby język pierwotnej hordy wielce niezręcznym do wzajemnego porozumiewania się, gdyby ograniczenie widnokręgu umysłowego i pierwotne ubóstwo pojęć nie było równoważyło wielkiej liczby wyrazów dla jednych i tych samych przedmiotów i pojęć. Tylko ciasny zakres pojęć i wyobrażeń pierwotnej hordy umożliwił jej porozumiewanie się wzajemne za pomocą języka, mającego na każdy przedmiot wielką liczbę oznaczeń; powszechnie zaś przez lingwistów uznany fakt, że rozwój języka polega głównie na tym, iż koło każdego pierwiastku skupia się coraz większy zakres pojęć i znaczeń, pochodzi stąd, że cały ten rozwój dąży do coraz większej zrozumiałości, a temu dążeniu odpowiada drugi, nie mniej ważny, jakkolwiek nie przez wszystkich jeszcze przyznany fakt, że w miarę rozwoju języka liczba pierwiastków zmniejsza się.

Nakreślony przez nas sposób powstania mowy, jako też wynikający z niego i z późniejszych faktów rozwojowych charakter każdego pierwotnego języka rzuca nam nowe światło na dwa dalsze zjawiska społeczno-psychiczne, będące w związku z historia języka. Pierwotna bowiem wielka liczba wyrazów na jedne i te same przedmioty i pojęcia, oraz bogactwo pierwotnych form językowych, słowem, pierwotny polifonetyzm jest najlepszym dowodem, że powstanie języka odbyło się najprzód w obrębie liczniejszych gromad ludzkich. Dla nas fakt ten wynika z zestawienia przyjętego przez nas sposobu powstania języka z polifonetyzmem pierwotnych języków. Nie tą, ale inną drogą rozumowania doszli do tego samego przekonania nowsi lingwiści i filozofowie. Dawniejsze zdanie, którego jeszcze Herder broni, że „dziki, samotny mieszkaniec lasu musiałby sam dla siebie wynaleźć mowę, choćby nigdy nie mógł jej był użyć"—zdanie to polega na zupełnie fałszywym pojmowaniu powstania języka i natury jego, jako zjawiska społeczno-psychicznego. Herder przedstawia jeszcze sentymentalno-romantyczną fazę rozwoju językoznawstwa, gdy pisze o mowie w następujący sposób: „Mowa jest harmonią duszy człowieka z nim samym i tak konieczną harmonią, jak on sam jest koniecznością. Jeżeli inni nie pojmują, jak dusza ludzka wynalazła mowę, dla mnie niepojętym by było, jak dusza ludzka mogłaby była być, czym jest, bez wynalezienia sobie mowy, nawet bez narządów mownych i bez społeczeństwa". Otóż to jest romantyka lingwistyczna, która marzy o samotnym dzikim człowieku, błądzącym po lesie. Już Wilhelm Humboldt przeczuł dobrze, że język musi być dziełem zbiorowym, rezultatem wspólnych usiłowań większej gromady: „Ustrój języka—powiada on—jest wynikiem powszechnej potrzeby i usposobienia ogółu i jest dziełem całego narodu.... Język nie jest wynalazkiem jednostki, ale wypływem usposobienia całego narodu" 15). I Maks Müller kładzie nacisk na to, że rozwój języka jest wprawdzie „dziełem człowieka, ale nie w formie jego osobnikowęj i wolnej, tylko w zbiorowej i wzajemnie się porozumiewającej" 16). Ta sama mysi przebija z następujących słów Geigera: „albowiem nie w jednym człowieku, albo raczej nie w każdej jednostce, natura tworzy język, ale raz tylko w całym rodzaju"; na innym miejscu zaś Geiger nazywa język również „dziełem zbiorowym ludów".

Drugiem zjawiskiem, występującym dla nas w jaśniejszym świetle przez zestawienie przyjętej przez nas wieloplemienności rodu ludzkiego z mnogością znanych języków pierwotnych, jest, że tak powiem, wieloplemienność języków. Nowsi lingwiści przyjęli ją, przekonawszy się o niemożliwości wywodu wszystkich znanych języków z jednego źródła. Z naszego stanowiska ten poligenizm językowy jest prostą konsekwencją wieloplemienności rodu ludzkiego; każda bowiem z pierwotnych gromad i hord ludzkich musiała osobno i samodzielnie dojść do wytworzenia mowy dla swojego użytku. Ta konkluzja, wynikająca z naszego zapatrywania na rozwój rodu ludzkiego, zgodną jest z rezultatami najnowszych badań lingwistycznych, stwierdzającymi pierwotną mnogość samorodnie powstałych języków, która to ostatnia okoliczność w zestawieniu z przyjętym przez nas sposobem powstania mowy, stanowi znowu potwierdzenie naszej hipotezy o różnoplemienności rodu ludzkiego.

Wobec tej ważności i tego znaczenia faktu pierwotnej mnogości języków musimy się przy nim jeszcze nieco zatrzymać i wykazać, że rezultaty najnowszych badań lingwistycznych w istocie nie pozwalają wątpić nie tylko o tej pierwotnej mnogości języków, ale o samodzielnym powstaniu każdego z nich.

Wspomnieliśmy powyżej, jakimi drogami postępowało językoznawstwo; jak najprzód wierzono w hebrajszczyznę, jako pierwsze i jedyne źródło wszystkich języków; jak następnie odkrycie Ameryki pomieszało szyki prawowiernych lingwistów; jak w końcu niezliczona ilość języków amerykańskich, między którymi a semickimi i indogermańskimi nie dały się wynaleźć żadne pokrewieństwa, zmusiła do przyjęcia pierwotnej mnogości języków.

Ale zamiast z tego ostatniego faktu wyprowadzić wniosek najprostszy i najjaśniej z niego wynikający o pierwotnej mnogości plemion ludzkich, wśród których ta mnogość pierwotnych języków w sposób najnaturalniejszy powstała, jeszcze nawet Max Müller obawia się wnioskiem takim zgrzeszyć przeciwko tradycji biblijnej i zastrzega się, że teoria o pierwotnej mnogości języków nie przesądza bynajmniej kwestii o jedno—lub wieloplemienności rodu ludzkiego 17). A jednak jasną jest rzeczą, że te dwa fakty w ścisłym przyczynowym z sobą pozostają związku, albowiem pierwotna mnogość języków jest tylko koniecznym następstwem pierwotnej mnogości plemion ludzkich! Tej ostatniej Max Müller, może ze względu na znaną prawo-wierność angielskiej swej publiki przypuścić nie chce; stara się zatem pogodzić tezę o mnogości pierwotnych języków z biblijną tradycją o jednoplemienności rodu ludzkiego. Odwołuje się w tym celu do „powag teologicznych'', które odnośnie do języków amerykańskich objawiły zdanie, że „mogły łatwo w późniejszym czasie powstać nowe języki" i popiera zdanie to różnymi argumentami. Jeden z argumentów, użytych przez Müllera przy tej sposobności, nie jest bez podstawy, t. j. że umiejętności języka nie trzeba mieszać z etnologią, albo innymi słowy, że różności językowe nie muszą kwadrować z różnościami plemiennymi, że obopólne klasyfikacje tych dwóch umiejętności nie muszą do siebie przypadać i że są wzajemnie od siebie niezawisłe. Argument ten, powiadamy, ma podstawę; jeżeli zaś nie ma prowadzić do nieporozumień, winien być gruntownie rozważony i rozebrany. Prawdą jest, że różność języka nie koniecznie zejść się musi dzisiaj z różnością szczepu i na odwrót, albowiem, jak to słusznie Müller podnosi i liczne doświadczenia uczą, „szczepy mogą zmienić język swój, a historią wiele pokazuje nam przykładów, że szczep jeden przyjął język drugiego". Ale z tego faktu bynajmniej nie wynika to, co Müller gwoli biblii chciałby w nas wmówić, że pomimo mnogości pierwotnych języków, jednoplemienność biblijna może być przyjętą. W żaden sposób! Przypuszczenie takie byłoby grubym błędem: byłoby grzechem przeciwko zdrowej logice. Nonsensem bowiem byłoby przypuścić, że gdziekolwiek i kiedykolwiek ludzie bez potrzeby utworzyli sobie nowy język. Czyż można sobie pomyśleć coś boleśniejszego dla ludzi, jak brak środka porozumiewania się z bliźnimi — i mieliż by ludzie kiedykolwiek dowolnie pozbyć się języka ojczystego, aby ni stąd ni zowąd utworzyć sobie nowy?

I na cóż by się mieli kiedykolwiek podjąć tak mozolnej pracy utworzenia nowego języka, posiadając już wyrobiony? Gdyby wszystkie dzisiejsze języki pochodziły z jednego źródła, dajmy na to, z hebrajskiego, o którym to źródle prawdopodobnie myślały owe Müllerowskie „powagi teologiczne" — nie byłoby dzisiaj żadnego języka, który by nie mieścił w sobie śladów hebrajszczyzny. A jednak rzecz nie tak się ma! Owszem, niewątpliwe i powszechnie uznane dzisiaj istnienie licznych, z gruntu różnych między sobą języków, niemających z sobą nic wspólnego ani pokrewnego, jest najsilniejszym i niezbitym dowodem wieloplemienności rodu ludzkiego. Bo tylko pierwotne i różnorodne gromady ludzkie, które z sobą nie miały zrazu żadnych styczności, mogły i musiały, niezależnie od siebie i tylko idąc za niepohamowanym popędem potrzeb swych i natury swej, wytworzyć każda u siebie osobny język, od wszystkich innych zupełnie różny. Istnienie zatem takich z gruntu różnych języków, które w żaden sposób nie dadzą się wywieść ze wspólnego źródła, jest najlepszym dowodem pierwotnego istnienia mnogości różnorodnych gromad ludzkich. Zdrowa logika nie pozwala inaczej wnioskować!

Znana natomiast okoliczność, że różność języka nie ma koniecznego związku z różnością pochodzenia—i na odwrót—że wspólność języka nie koniecznie idzie w parze ze wspólnością pochodzenia, okoliczność ta, którą Müller wynicować chce na korzyść tradycji biblijnej, tłumaczy się po prostu tym, że w ciągu rozwoju historycznego nie powstały wprawdzie nowe języki pierwotne, ale różne szczepy ludzkie pod naciskiem stosunków przyjęły języki innych szczepów, z którymi wspólnie żyły, puszczając własne swe ojczyste mowy w zapomnienie. Jest to zjawisko w historii bardzo częste i mówić o niem jeszcze nam wypadnie.

Tu musimy nadto rozważyć nieco bliżej zbyt ważny fakt pierwotnej mnogości różnorodnych języków i zdania znakomitych lingwistów w tym przedmiocie.

Fakt ten już przez to samo dziś jest powszechnie uznany, że lingwiści znane języki dzielą na rodziny i grupy, między którymi panuje taka różność pod każdym względem, że o pokrewieństwie jakimkolwiek lub wspólności między nimi mowy być nie może.

„Jeżeli wspólność języka, powiada słusznie Joly, nie zawsze ma wartość etnologiczną, nie wypływa z tego jednak, żeby nie miał wartości etnologicznej fakt niemożliwości wyprowadzenia wszystkich języków z jednego źródła. Owszem ta niemożliwość zdaje się niewątpliwie wskazywać na mnogość pierwotnych kolebek języków. Nikt np. nie myśli o tym, aby wyprowadzać język chiński z hebrajskiego albo sanskrytu. Języki te nie mają z sobą żadnej wspólności pochodzenia. Nie istniał zatem nigdy jeden pierwotny język; było takich wiele, stworzonych równocześnie przez ludzi w różnych miejscach; wszędzie bowiem wymagała tego ta sama natura ludzka i popęd porozumienia się z bliźnimi."

Zdanie to podzielają dzisiaj najznakomitsi lingwiści i można je oznaczyć jako panujące i zwycięskie.

Chodzi teraz tylko o wyjaśnienie związku między uznaną pierwotną mnogością języków a jedno — lub wieloplemiennością rodu ludzkiego. Językoznawcy bowiem zachowują się co do tego punktu podobnie jak Müller z wielką rezerwą. Aby się niepotrzebnie nie wdawać w polemikę etnologiczną, powtarzają oni tylko wiecznie, że różnorodność języków niema nic do czynienia z jedno—lub wieloplemiennością rodu ludzkiego.

Wspomnieliśmy już, że twierdzenie to tylko w jednym kierunku jest prawdziwe, mianowicie w kierunku naprzód postępującego rozwoju historycznego, nie zaś w kierunku odwrotnym, idącym wstecz ku początkom rodu ludzkiego. Czują to dobrze lingwiści, którzy wahają się wyprowadzić jedynie możliwy wniosek z uznanej dziś powszechnie pierwotnej mnogości języków i krętymi frazesami maskują to wahanie się.

Tak np. Müller powiada że „trzeba by najprzód wykazać niemożliwość pochodzenia wszystkich języków od jednego pierwotnego, aby móc twierdzić, że pochodzą od większej liczby pierwotnych języków" i dodaje tryumfująco: „Takiej niemożliwości jeszcze nikt co do języków aryjskich i semickich nie udowodnił." Jest to w każdym razie dziwne żądanie, aby umiejętność wykazała niemożliwość przeciwieństwa jakiegoś uzasadnionego argumentami pozytywnymi przypuszczenia; gdyby od takich negatywnych dowodów chciano uczynić zawisłymi twierdzenia naukowe, żadne może z nich nie mogłoby nigdy być udowodnione.

Max-Müller sam zabawia nas tak często wywodami etymologicznymi, wykazując nam ciekawe losy pojedynczych dzisiaj nieznanych wyrazów, które lubi wywodzić z dawno nieżyjących już języków. Cóż by powiedział, gdybyśmy żadnemu z tych wywodów wiary dać nie chcieli, zanimby nam nie udowodnił niemożliwości, że ten lub ów przez niego traktowany wyraz, może pochodzi skądinąd a nie stąd, skąd on go wyprowadza?

Czyż nie dosyć, jeżeli gruntowna umiejętność języka, która najodleglejsze pokrewieństwa i wspólności między najróżniejszymi językami wyśledziła i sprawdziła, przy porównaniu innych języków, wydaje sąd: „tu niema żadnego pokrewieństwa, żadnej wspólności, tu niema żadnej analogii budowy, żadnego podobieństwa pierwiastków, ani śladu pochodzenia!" Czy to wszystko nie wystarcza do uzasadnienia twierdzenia naukowego o różności pochodzenia? I dlaczegóż właśnie w tym punkcie taka przesadna pedanteria, takie scholastyczne żądania? Dla tego, że się Müllerowi podoba wierzyć w jednoplemienność ludzkości" i że mu się zdaje, iż w „powstawaniu gatunków" Darwina znalazł uzasadnienie swej „wiary!"

Nie! pomimo wielkiego uszanowania, jakie mamy dla prac Müllera, musimy wyznać, że to jego uparte trzymanie się tradycji biblijnej o jednoplemienności rodu ludzkiego wydaje się nam jakby ustępstwem uczynionym prawowiernej pobożności publiki angielskiej, do której i Darwin bardzo ostrożnie przemawiał.

Schleicher inaczej pojął darwinizm i inaczej wyzyskał go dla umiejętności języka. Nie możemy pominąć tutaj klasycznej argumentacji tego uczonego o powstaniu języków, która mieści w sobie zarazem stanowczą odprawę wywodów przeciwnych, zamąconych najrozmaitszymi nieumiejętnymi skrupułami.

Oto słowa Schleicher a: „Ozy mowa powstała raz, czy kilkakrotnie tj. czy wszystkie języki pochodzą od jednego pierwotnego czy nie? Ponieważ mowa jest istotnym znamieniem człowieka, ponieważ człowiek staje się człowiekiem dopiero przez mowę, pytanie to, w gruncie rzeczy, wychodzi na to samo, co pytanie, czy wszyscy ludzie pochodzą od jednej pary czy od wielu? Filozofia natury nie będzie się wahała przyjąć tej ostatniej alternatywy, gdyż trudno sobie pomyśleć, aby istnienie tak poważnego ogniwa w łańcuchu ustrojów miało kiedykolwiek zależeć od przypadków, które zagrażają życiu jednostki lub kilku jednostek, i ponieważ jasną jest rzeczą, że, jeżeli człowiek mógł się rozwinąć na jednym punkcie ziemi, to mógł się też rozwinąć tak samo na innym jej punkcie. Stworzenie jednego człowieka lub jednej pary byłoby tak rażącą niepraktycznością, jakiej się nigdy nigdzie natura nie dopuszcza. Według wszelkiej analogii, (tu przychodzi darwinizm!) człowiek powstał z niższych form, a ludźmi stały się owe niższe formy wtedy dopiero, gdy dojrzały aż do wytworzenia mowy. W ustroju i budowie języków zaś nie masz nic takiego, coby zmuszało do przyjęcia wspólnego ich pochodzenia; owszem, różności tak w głoskach jako też przede wszystkim w stosunku głosek do znaczeń są tak wielkie, że rozważanie języków pewnie nikogo nie uczyni skłonnym do przyjęcia wspólnego ich i rodu ludzkiego początku. Pojedyncze dźwięki podobne w różnych językach nie mogą mieć znaczenia wobec głębokiej różnicy pierwiastków różnych języków, bo prawidłem prawie jest, że w rozmaitych językach jeden i ten sam przedmiot oznaczany bywa różnymi dźwiękami. Gdybyśmy nie byli przystąpili do badań językowych z wpojonym w nas od młodości uprzedzeniem o pochodzeniu rodu ludzkiego od jednej pary, żaden lingwista nigdy nie byłby wpadł na dziką myśl wywodzenia wszystkich istniejących ustrojów językowych od jednego pierwotnego. I jakiż to musiałby mieć charakter ów język pierwotny, z którego by pochodzić miały tak różnorodne języki jak chiński, semickie i język Indian z pokolenia Kree, fiński i namaguajski itd. Tym wspomnianym tu dla przykładu językom brak wszelkich śladów jakiegokolwiek wspólnego pochodzenia, które pewnie nie mogłoby ujść badaniom umiejętnym. Wprawdzie niestety, niektórzy lingwiści, jakby opętani złym duchem, nie pytając o żadne zasady metody umiejętnej, wszędzie widzą pokrewieństwa nawet między najróżnorodniejszymi językami. Ale kto bez uprzedzeń, spokojnym okiem spogląda na świat języków, ten nie dojdzie nigdy do przyjęcia owego olbrzymiego ustroju językowego, złożonego z języków najróżnorodniejszych, niepodobnych do siebie ani morfologicznie, ani co do materiału głoskowego, ten nie dopatrzy się historycznego pokrewieństwa języków, ani wspólnego pochodzenia wszystkich od jednego pierwotnego. Gdziekolwiek ludzie się rozwijali, tam rozwijały się też języki, zrazu tylko jako refleksy głosowe wrażeń odbieranych z zewnątrz, odbijające świat zewnętrzny w zwierciadle myśli; bo myśl i język są tak z sobą połączone jak treść i forma. Istoty, które nie myślą, nie są ludźmi; człowieczeństwo zaczyna się dopiero z chwilą wybuchu mowy; dopiero mowa stwarza człowieka. Głoski t. j. głosowe znaki, nadane pojęciom i wyobrażeniom, wszczepionym umysłowi przez świat zewnętrzny, u różnych ludzi były różne, albo przynajmniej tylko u ludzi jednorodnych, żyjących wśród tychże warunków były te same. Jeszcze na późniejszym stopniu rozwoju języka widzimy podobne zjawisko. Podobni do siebie ludzie, żyjąc wśród tych samych warunków, zmieniają język swój, folgując bezwiednie jakiemuś popędowi wewnętrznemu, w zupełnie ten sam sposób. Prawdopodobnym zatem jest, że jak później w całych narodach zmiany języka następują w sposób podobny, tak samo w czasach pierwotnych tworzenie najprostszych pierwiastków mowy w pewnej ilości ludzi blisko siebie żyjących, odbywało się w podobny sposób, niby na jedne modłę. Jak np. my Niemcy zamiast pierwotnego k mówimy dzisiaj h, a zamiast pierwotnego d mówiliśmy potem t a dzisiaj z bez najmniejszego na taką odmianę skierowanego zamiaru kogokolwiek z nas, który by odmianę tę propagował: tak samo ani myśleć o tym nie możemy, aby jednostka kiedykolwiek powzięła myśl nazwania przedmiotu jakiegoś tak lub owak i propozycję tę udzieliła otoczeniu swojemu. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie przypuszczeniu, że język powstał wśród grupy podobnych ludzi w sposób jednakowy; również przyjmujemy, że powstał u jednych ludzi pierwotnych w takiej, u innych w innej znów, u jeszcze innych znowu w innej formie, tak samo jak też i rozwój późniejszy tych języków u różnych ludów był różny. Nie jeden był zatem język pierwotny, ale istniało wiele takich języków" 18),

f) Rozwój języków i rodu ludzkiego.

Jeśli teraz zestawimy te dwa, w ścisłym związku przyczynowym z sobą zostające fakty wieloplemienności rodu ludzkiego i języków i zapytamy, jaki się w ciągu rozwoju historycznego wyrobił stosunek między rozmaitymi społeczeństwami ludzkimi a ogółem wszystkich języków: to na podstawie zdrowej logiki jedne tylko znaleźć możemy odpowiedź, a zobaczymy, że tę jedyną możliwą odpowiedź wszystkie znane fakty historyczne najzupełniej potwierdzają. Przypomnijmy sobie przede wszystkim wzmiankowaną już zasadę, że w całym rozwoju historycznym nie możemy przypuścić działania innych sił jak tych, których działanie widzimy w żywej teraźniejszości. Zastosujmy tę zasadę do powstania i rozwoju języków.

Jako siłę, której działaniu przypisać musimy powstanie języka, poznaliśmy nieprzezwyciężony popęd ludzi do wzajemnego porozumiewania się — ten sam popęd, który dzisiaj skłania krocie tysięcy ludzi do uczenia się języków obcych.

Cóż więc musiało nastąpić przy zetknięciu się, z jakichkolwiek powodów, dwóch lub więcej obcych sobie społeczeństw? Oczywista, że to, co zawsze i wszędzie i dzisiaj jeszcze przed naszymi oczami w takim razie następuje. Mówiący obcymi językami starają się porozumieć się z sobą, w skutek czego według stosunków i okoliczności, w miarę większej lub mniejszej liczby jednych i drugich—jedni przyjmują język drugich, albo z obu języków tworzy się mieszanina nowa.

Koniecznem następstwem więc ustrojów i państw tworzących się z różnorodnych żywiołów etnicznych jest, że jedne języki wymierają, kiedy inne mianowicie te, które z tej „walki o byt"—aby użyć wyrażenia Darwina—wychodzą zwycięsko, panowanie swe rozpościerają. Ten proces ciągnie się coraz dalej bez końca, a żywymi albo raczej martwymi świadkami poprzednich jego przejść, są języki martwe starożytności i tyle innych, które w różnych częściach świata istniały, a dziś zaginęły i znikły przy zetknięciu się dzikich ludów, którzy nimi dawniej mówili, z wyższą cywilizacja europejską i z językami europejskimi.

Tak rzecz się odbywa z koniecznością naturalną, i jak dziś się odbywa, tak odbywała się zawsze i w owych pierwotnych czasach, o których żadnych świadectw ani pomników nie mamy; bo zawsze te same działały siły, wydając te same rezultaty.

Zjawisko to zresztą znanym jest dobrze lingwistom, jakkolwiek tłumaczą oni je sobie w inny sposób. „W niezliczonych wiekach przedhistorycznych, pisze Schleicher, zaginęło oczywiście języków tysiące, kiedy inne rozpostarły się daleko po za pierwsze swoje granice, przy czym różnicowały się w najrozmaitsze dialekty." Co do tego różnicowania się języków w dialekty, musimy tu uczynić jeszcze następującą uwagę.

Ilekroć społeczeństwo jakieś przyjmuje język obcy, nadarzający się w skutek stosunków i okoliczności, albo narzucony mu przez konieczność, nigdy nowo-nabywający nie będą językiem tym mówili tak jak społeczeństwo, od dawna językiem tym mówiące. W ustach nowego społeczeństwa nowo-przyjęty język przyjmie jakiś odcień odrębny, zmiesza się ze szczątkami porzuconej dawnej jego mowy, zastosuje się do pewnych obcych form wymawiania, słowem — stanie się dialektem. Tworzenie się to dialektów ma prawdopodobnie głębsze źródło swoje w różnej organizacji narządów mownych, właściwej obcemu społeczeństwu, która może być albo przyrodzona, albo też wytworzona skutkiem nawyknienia do różnych form dawnego swego języka.

Na poparcie tego zdania możemy z żywej teraźniejszości niejeden przytoczyć przykład. Porównajmy tylko różne dialekty dzisiejszego języka niemieckiego. Jakżeż inaczej mówi po niemiecku Ślązak, który jest zniemczonym Słowianinem, w porównaniu z Westfalczykiem; jak inaczej znowu tym samym językiem mówi Tyrolczyk, będący potomkiem szczepów romańskich. Wszak faktem jest, że tenże sam język niemiecki tak różne przybiera formy dialektyczne w ustach różnorodnych szczepów, które go z ciągiem wieków przyjęły, że Niemiec z nad Odry lub Łaby z trudnością tylko porozumiewa się dziś z Niemcem, mieszkańcem dolin alpejskich.

Gdziekolwiek zatem znajdujemy znacznie między sobą różniące się dialekty jednego języka, tam z pewnością przyjąć możemy, że żywioły społeczne, językiem tym tak różnie mówiące, mówiły niegdyś innymi językami — i dopiero po zlaniu się w jeden ustrój państwowy, w skutek wiekowej wspólności życia społecznego i politycznego, przyjęły język, którym dziś przemawiają.

W zakończeniu tego rozdziału niech mi wolno będzie zwrócić uwagę na dziwną analogią rozwoju, którą natrafiamy w trzech różnych dziedzinach.

Wykazaliśmy wielkie prawdopodobieństwo, że ród ludzki, wziąwszy początek w bardzo wielkiej ilości różnorodnych gromad, w ten sposób się rozwijał, że słabsze gromady, po części wytępione przez silniejsze, bez śladu zaginęły, po części zlały się z silniejszymi; te zaś coraz więcej rosły w liczbę i potęgę i coraz więcej się rozpościerały. Tym sposobem równocześnie ze wzrastającą cywilizacją wielka część szczepów ludzkich, niemogąca dotrzymać placu w walce o byt, opuściła potokami krwi oblane pole walki, na którym obozy swe szeroko rozłożyły szczepy zwycięskie, rozpościerając panowanie swe coraz dalej. W ścisłym związku z tym rozwojem rodu ludzkiego zostaje rozwój języków, przedstawiający nam przeto zjawisko uderzające analogią do poprzedniego. Każda z pierwotnych gromad ludzkich wytworzyła sobie język swój odrębny, tak, że na początku istnieć musiała niezliczona ilość języków. Im więcej wzajemne stosunki najrozmaitszego charakteru łączą pierwotne te gromady w większe ustroje społeczne, tym większa liczba dawnych języków staje się zbyteczną i ginie, a mniejsza liczba języków rozszerza zakres panowania swego i coraz więcej się rozwija.

To samo wreszcie zjawisko rozwojowe, które nam przedstawia ród ludzki i rozwój języków, stwierdzają językoznawcy w obrębie każdego języka z osobna, odnośnie do liczby wyrazów i pojęć

Każdy język bowiem wstępuje niejako w życie, zaopatrzony w wielką liczbę wyrazów dla każdego pojęcia i przedmiotu; z rozwojem zaś języka, jak to już wiemy, zmniejsza się liczba wyrazów, natomiast wzrastająca liczba pojęć i myśli wyrażoną być musi starym zapasem wyrazów, tak, że każdy wyraz służy później do oznaczenia tym większej liczby pojęć.

Może nie jest zbyt śmiałem przypuszczenie, zeta potrójna analogia rozwoju zjawisk przyrodzonych wskazuje jakieś nieznane nam prawo i jest odblaskiem jakiejś stałej polityki przestrzeganej przez przyrodę. W każdym razie ważne jest stwierdzenie takich analogij — a spotkamy się z podobną wnet w dziedzinie religii—bo mogą one służyć za poparcie szerzącym się dzisiaj coraz więcej zapatrywaniom monistycznym, które polegają na przyjęciu „jednego prawa."


1) Porówn. Schleicher: „Die deutsche Sprache" str. 82.

2) Wykłady o umiejętności języka, tłóm. Dygasinskiego. Kraków, 1874. T. I, str. 864.

3) Bopp. Tergleichende Grammatik der indogermanischen Spra-chen. 1833 (w przedmowie).

4) Zeitschrift fur Vdlkerpsychologie und Sprachwissensebaft, rok 1878, str. 76.

5) August Schleicher: Die deutsche Sprache 1860.

6) Caro: Comptes rendus de 1'Academie des sciences morales, 1808.

7) Max-Müller; Lectures on the Science of Language, Londyn 1861, str. 330.

8) Ursprung und Entwickelung der Sprache. I, str. 191.

9) Herder Ursprung der Sprache, 1770.

10) Porównaj: Lazarus Geiger: Ursprung und Entwicklung der Sprache, 1868; Ursprung der Sprache 1869; Zur Entwicklungsgeschichte der Menschheit, 1871.

11) Ursprung der Sprache, 1869 str. 51,

12) Ursprung der Sprache, 1869, str. 51.

13) Schleicher, Zur vergleichenden Spraehengeschichte, 1848, str. 21.

14) Oryentalista francuski de Dumast powiada: „Im starszy i pier-wotniejszy język jakiś, bez różnicy, czy nim mówią dzicy, czy cywilizowani, tym 'bogatszy i piękniejszy on jest przez rozmaitość" (wyrazów, oznaczających jedno pojęcie). Również Herder zauważył, że im dawniejszy język, tym jest bogatszy w synonimy.

15) W. Humboldt „liber das vergleichende Spracbstudium". Berlin, 822. Gesammte Werke IIł, 248.

16) ; „.....is the work of man not in his individual and free, but in his collectiv and moderating eapaeity". Lectures, str. 376.

17) Lectures, Btr. 314.

18) Schleicher, deutsche Sprache utr. 38—40.

dr Kamil M. Kaczmarek 03 08 2011