Herbert Spencer

Dysolucja

Pierwsze zasady-rozdział XXIII

§ 177. Kiedy w rozdziale XII oglądaliśmy ów kołowrót zmian, jakie przebywa wszelkie istnienie w pochodzie swym od stanu niepostrzegalności do postrzegalności i w kierunku odwrotnym, kiedyśmy wyróżnili jako ewolucję i dysolucję, owe dwie przeciwne sobie redystrybucje materii i ruchu — wówczas też, w słowach ogólnych, oznaczonymi zostały: tak natura każdej z tych spraw, jak też warunki ich trwania. Nieco później rozpatrzyliśmy szczegółowo zjawiska ewolucji, śledząc je aż do owego stanu równowagi, który jest kresem ich wszystkich. Dla uzupełnienia przeto naszego wykładu, musimy obecnie rozważyć, nieco obszerniej, niż przedtem, dodatkowe (drugorzędne) objawy dysolucji; nie żebyśmy mieli zatrzymywać się nad nią zbyt długo — gdyż nie posiada ona owych ciekawych i różnorodnych cech ewolucji, ale — że potrzeba tu dodać cośkolwiek nad to, co powiedziano dotychczas.

Wykazano już, że żadna z tych dwu spraw przeciwnych nie odbywa się nigdy bez jakiegoś udziału drugiej i że zmiana, objawiająca się w kierunku jednej z nich jest, właściwie wypadkową starcia się ich obu. Dane skupienie, w rozwoju swym (ewolucja), biorąc ogólnie, ponosi stratę ruchu i integruje się, lecz jednocześnie w ten albo inny sposób pochłania też ruch jakiś i w odpowiedniej mierze dezintegruje się; kiedy zaś zmiany integracyjne utracą przewagę, wtenczas pobieranie (pochłanianie) ruchu, jakkolwiek ustawicznie krępowane jego rozpraszaniem się, stale dąży do wytworzenia przeobrażeń przeciwnych (tj. dezintegracji) i niekiedy wytwarza je. Gdy ewolucja dokona swej drogi, — gdy całe skupienie owładnie już nadmiarem swego ruchu i zazwyczaj pocznie otrzymywać go tyleż od otoczenia, ile samo traci zazwyczaj — kiedy ewolucja dosięgnie owej równowagi, będącej kresem jej przemian, wówczas skupienie, podlega wszystkim działaniom (wpływom) otoczenia, które mogą powiększyć ilość zawartego w nim ruchu i które z biegiem czasu, bądź powoli, bądź nagle, dadzą na pewno jego częściom taki nadmiar ruchu, jaki spowoduje dezintegrację. Odpowiednio do tego, czy równowaga skupienia jest bardzo nietrwała, lub też bardzo trwałą— dysolucja jego może nastąpić szybko, albo też odwlekać się na czas nieograniczony — może się odbyć w ciągu dni kilku, albo też oddalić się o miliony lat. Ponieważ jednak skupienie takie wystawionym jest na wpływy nie tylko swego bezpośredniego otoczenia, ale i wszędzie będącego w ruchu wszechświata, przeto musi w końcu nastąpić okres taki, kiedy skupienie to bądź samo, bądź w towarzystwie skupień innych — podlegnie rozproszeniu.

Gdy wiemy już jaka jest przyczyna dysolucji, musimy zobaczyć teraz, w jaki sposób odbywa się ten proces w skupieniach rozmaitego porządku. Ponieważ przebieg zmian jest tu wprost przeciwny temu, jaki wykreśliliśmy dotąd (dla ewolucji), możemy więc z całą słusznością przykłady ich rozpatrywać również w kierunku odwrotnym, tj. poczynając od najbardziej złożonych i kończąc na najprostszych.

§ 178. Uważając ewolucję danego społeczeństwa, jako wzrost liczby osobników zintegrowanych w pewne spoiste ciało, a zarazem jako wzrost masy i odmian części składowych owego ciała oraz czynności tychże części, w końcu jako wzmożenie się stopnia skojarzeń pomiędzy owymi masami a ich czynnościami, spostrzeżemy, że dysolucja społeczna, zgodnie z prawem ogólnym, przedstawia się pod względem materialnym, jako dezintegracja, pod względem zaś dynamicznym, jako zmniejszenie się (osłabnięcie) ruchów całości i spotęgowanie ruchów części, i że dalej jeszcze zgadza się ona z prawem ogólnym, gdyż przedstawia wynik nadmiaru ruchu, w ten lub inny sposób otrzymanego przez skupienie z zewnątrz.

Oczywiste jest, że dysolucja społeczna, objawiająca się np. po napadzie obcego jakiegoś narodu, a zdarzająca się — według świadectwa dziejów — zwłaszcza wtedy, gdy się zakończyła ewolucja (rozwój) danego społeczeństwa i rozpoczął się jego upadek, iż dysolucja taka w jej postaci najogólniejszej, jest wtargnięciem jakiegoś nowego ruchu zewnętrznego; kiedy zaś, jak to się zdarza czasem, społeczeństwo podbite ulegnie rozproszeniu, wówczas dysolucja jego jest dosłownie ustawaniem owych zjednoczonych ruchów, jakie objawiały się tak w wojennych jak przemysłowych narządach społecznego ustroju i że ruchy owe rozpadają się na jednostkowe czyli nieskojarzone — tj. że ruch jednostek zastępuje ruchy mas.

Nie może też być wątpliwości, że wtedy, gdy zaraza jakaś lub głód albo też rewolucja wstrząśnie daną społecznością niezwykle silnie, wywołując zamęt, czyli początek dysolucji — że wtedy wynikiem tego będzie również zmniejszenie się (osłabnięcie) ruchów zintegrowanych i wzmożenie zdezintegrowanych. W miarę postępów zamieszania— czynności państwowe, skojarzone uprzednio pod jednym rządem przestają być takimi; ukazują się działania przeciwne: powstania albo bunty. Jednocześnie też sprawy przemysłu i handlu, skoordynowane uprzednio w całym ciele państwa, ulegają rozprzężeniu, tak że pozostają tylko miejscowe a więc nieznaczne transakcje wymiany. Na koniec, z każdą nową zmianą dezorganizacyjną zmniejsza się liczba zjednoczonych działań, za pomocą których ludzie zaspakajają swe potrzeby, a natomiast muszą oni zaspakajać je, w miarę możności, drogą działań osobistych. Japonia może być tu dobrym przykładem tego, jaką drogą postępują owe dezintegracje w społeczeństwach, które się rozwinęły do granic swojego typu i dosięgły już stanu równowagi ruchomej. Skończony ustrój, w jaki zorganizowała się była jej ludność, utrzymywał się w stanie prawie jednakim — dopóty, dopóki zabezpieczonym był przed wpływem świeżych sił zewnętrznych. Z chwilą jednak, gdy ustrój ów zetknął się z cywilizacją europejską, bądź za sprawą zbrojnego najazdu, bądź pod działaniem stosunków handlowych, bądź też pod wpływem nowych pojęć, zaczął on rozpadać się na sztuki. Odbywa się tam obecnie dysolucja państwowa. Być może z czasem państwo to zreorganizuje się, ale, cokolwiek bądź, zmiana, dotąd tam wytworzona przez wpływ zewnętrzny, jest zmianą w kierunku dysolucji, zmianą ruchów zintegrowanych na zdezintegrowane.

Natura postępów dysolucji pozostaje też rdzennie jednaką nawet tam, gdzie pewne społeczeństwo, dosiągłszy w rozwoju swym najwyższej postaci, na jaką pozwalają składowe jego pierwiastki, poczyna chwiać się i padać. Po części za sprawą emigracji zmniejszać się tam zaczyna w takich razach liczba jego członków, gdyż społeczeństwo o ustalonej budowie, którego rozwój już się zakończył, niechybnie należeć musi do takich, które nie ulegną i nie zmienią się pod naciskiem przeludnienia; dopóki bowiem będą one jeszcze ulegać i zmieniać się, dopóty nie przestają się rozwijać. Stąd to wytwarzający się ciągle nadmiar ludności, nie będąc utrzymywanym w miejscu przez organizację, przystosowującą się do jej wzrostu, będzie się ciągle rozpraszał; wpływy innych społeczeństw na obywateli powodować będą ich wychodźstwo, a w ten sposób powstanie wzmożenie się nieskojarzonych ruchów jednostek, zamiast spotęgowania ruchów skojarzonych. Stopniowo, w miarę coraz większego sztywnięcia społeczności, w miarę tego, jak stawać się ona będzie coraz mniej zdolna do przybierania postaci, niezbędnej do skutecznej walki z rozrastającemu się i bardziej podatnymi (plastycznymi) społeczeństwami, w miarę tego liczba obywateli, mogących wyżyć w tych niepodatnych karbach zacznie się stanowczo zmniejszać. Stąd też społeczeństwo takie pocznie marnieć — tak wskutek ciągłego wychodźstwa, jak też pod wpływem zmniejszającego się przyrostu ludności, idącego w ślad za niedostatecznym odżywianiem się. Zauważmy też, że i ów dalszy rozkład, czyli dysolucja, wynikająca stąd, że liczba zejść poczyna przewyższać liczbę ludzi pozostających przy życiu i zdolnych wychować potomstwo, że i ów dalszy rozkład jest również pewnym osłabnięciem ogólnej sumy ruchów zjednoczonych i wzrostem ilości ruchów niezjednoczonych. To samo też zobaczymy teraz, zwracając się do dysolucji osobniczej.

Tak więc, jeśli zważymy tylko, że skupienia społeczne różnią tyle od innych, gdyż składają się z jednostek skojarzonych luźnie i nie bezpośrednio, sposobami tak rozmaitymi i za sprawą sił tak dalece złożonych, jeśli zważymy to wszystko, to znajdziemy, iż sprawa dysolucji tych skupień zgadza się z prawem ogólnym tak wyraźnie, jak tylko się można było spodziewać.

§179. Kiedy od tych skupień nadorganicznych przejdziemy do organicznych, wówczas zasada nasza, iż dysolucja jest pewną dezintegracją materii, wypływającą z nadmiaru ruchu otrzymywanego z zewnątrz, zasada ta da się łatwiej wykazać. Przypatrzmy się pierwej samemu przeobrażeniu, później zaś, jego przyczynie.

Śmierć, czyli owo ostateczne zrównoważenie, poprzedzające dysolucję jest położeniem kresu wszystkim widocznym zintegrowanym ruchom, jakie powstawały w ciągu ewolucji. Naprzód ustaje przenoszenie się ciała z miejsca na miejsce; dalej ustępuje zdolność poruszania członkami; jeszcze później zatrzymują się czynności oddychania, na ostatek zaś serce, a z nim i krążące po ciele płyny, przestają się poruszać. To znaczy, iż kończy się tutaj przeobrażanie się ruchu drobinowego w ruch mas; każdy zaś z tych ostatnich, w miarę ustawania, przeobraża się w ruchy drobinowe. Cóż się dzieje dalej? Nie możemy powiedzieć, iż następuje dalsze przeobrażanie się ruchów wyczuwalnych w niewyczuwalne, gdyż ruchy wyczuwalne tu nie istnieją. Niemniej jednak sprawa rozkładu każe przypuszczać potęgowanie się ruchów niewyczuwalnych, tych bowiem natężenie jest daleko większe w ciałach lotnych, wywiązujących się przy rozkładzie, niż w stałociekłych materiach, z których gazy powstają. Każda ze złożonych jednostek chemicznych, składających się na ciało organizmu, przedstawia pewien ruch rytmiczny, w którym uczestniczą łącznie jej jednostki składowe. Kiedy rozkład porozrywa owe drobiny złożone i kiedy składniki ich przybiorą postać lotną, wówczas, obok spotęgowania ruchu pod wpływem rozpraszania następuje nadto rozpadnięcie się owych ruchów, jakimi obdarzone było skupienie, na ruchy jego składowych drobin. Tak więc, w dysolucji widzimy naprzód kres owego przeobrażania się ruchów jednostek w ruchy skupień, co stanowiło dynamiczną stronę ewolucji; nadto mamy tu, jakkolwiek w znaczeniu bardziej subtelnym, przeobrażanie się ruchu skupień w ruch jednostek. Jednakże dotąd nie wykazaliśmy jeszcze, że dysolucja organiczna odpowiada w zupełności określeniu dysolucji w ogóle, jako polegającej na pochłanianiu ruchu i towarzyszącej mu dezintegracji materii. Dezintegracja materii jest tutaj wprawdzie dość widoczną, ale nie dość widocznym jest chłoniecie ruchu. Co prawda, o tym, że ruch został pochłoniętym, można miarkować z tego faktu, iż cząsteczki, zintegrowane uprzednio w masę stałą, zajmującą niewielką przestrzeń, rozpierzchły się w większej części i zajmują obecnie znaczny obszar; ruch bowiem, jakiego domyślać się każe to przemieszczenie cząsteczek, musiał przecie być skądkolwiek otrzymanym. Ale źródło jego nie jest tu widoczne. Chwila poszukiwań wykaże nam jego pochodzenie.

W temperaturze niższej od punktu marznięcia wody, rozkład materii organicznej nie odbywa się wcale, co znaczy, że zintegrowane ruchy wysoce z integrowanych drobiu nie rozpadaj ą się wówczas na zdezintegrowane ruchy ich składników. Ciała martwe (trupy) utrzymywane w takiej temperaturze przez czas nieokreślony wolne są od rozkładu: świadczą o tym zamrożone trupy mamutów, dawno wygasłych zwierząt słoniowatych, znajdywane w pokładach lodu u ujścia rzek syberyjskich; mięso tych zwierząt jest tak świeże, pomimo pozostawania na miejscu przez lat tysiące, iż, w razie dłuższego doń dostępu, może stanowić pokarm wilków. Jakim też jest znaczenie takich wyjątkowych przykładów konserwacji? Ciało podległe temperaturze poniżej zera, jest ciałem, otrzymującym bardzo mało ciepła, tak przez promieniowanie, jak i drogą przewodnictwa; otrzymywać zaś małą ilość ciepła jest to otrzymywać małą ilość ruchu drobinowego. To znaczy, iż w otoczeniu, nie udzielającym mu ruchu drobinowego o pewnym natężeniu, ciało organiczne rozkładowi nie podlega. Na poparcie tego możemy wspomnieć tu o zależności szybszej lub wolniejszej dysolucji od towarzyszących jej zmian temperatury. Wszyscy wiedza, iż podczas chłodów materie organiczne, używane w naszych gospodarstwach, „trzymają się", jak powiadamy, dłużej, niż podczas upałów. Również pewnym, jakkolwiek mniej znanym jest fakt, że w klimacie zwrotnikowym rozkład posuwa się o wiele prędzej, niż w umiarkowanym. Tak więc, stosownie do tego, jak wielkim jest ruch drobinowy materii otaczającej, organizm martwy otrzymuje mniej lub więcej znaczny zasób ruchu, mającego zastąpić ruch, zużytkowywany ciągle na rozpraszanie cząsteczek gazów, na jakie rozkłada się (dezintegruje) ciało. Dalszych dowodów dostarcza nam jeszcze szybszy rozkład materii organicznej pod wpływem sztucznie podniesionej temperatury; przykładem, tego może być to, co się dzieje w kuchni. Zwęglone powierzchnie części silniej ogrzanych wskazują nam, że pochłonięty przez nie ruch drobinowy posłużył do rozproszenia w postaci lotnej wszystkich pierwiastków oprócz węgla.

Tak więc, natura i przyczyna dysolucji uwydatnia się jasno w tych skupieniach, które, z równą jasnością, uwydatniały nam naturę i przyczynę ewolucji. Ponieważ każde z tych skupień (organicznych) składa się z owej szczególnej materii, której wielka ilość ruchu konstytucjonalnego nadaje wielką plastyczność i zdolność da przybierania, w rozwoju swym, postaci wysoce złożonej (§ 103) przeto widzimy, iż po ustaniu ewolucji, nawet bardzo umiarkowany zasób ruchu drobinowego, dodany do tego ruchu, jaki już tkwił w owej szczególnej materii, wystarcza do wywołania dysolucji. Jakkolwiek wraz ze śmiercią osiąga się stałą równowagę części czujących t j. narządów, z jakich składa się ciało, to jednak, ponieważ jednostki nieczujące tj. drobiny, z których składają się owe narządy, pozostają w równowadze niestałej, przeto mały naddatek siły zewnętrznej wystarcza do jej obalenia, a stąd też dezintegracja podąża z taką szybkością.

§ 180. Większa część skupień nieorganicznych, przybrawszy postać stałą, w jakiej stosunkowo mała ilość ruchu bywa zatrzymywana, długo pozostaje bez żadnych zmian wybitnych. Każde z tych skupień, przechodząc ze stanu dezintegracji do stanu zintegrowanego, wytraca tyle właśnie ruchu, ile potrzeba byłoby do nadania mu ponownie jego formy zdezintegrowanej; to też może upłynąć olbrzymi przeciąg czasu, zanim w otoczeniu zajdą jakieś zmiany, dość wid kie, aby mogły udzielić mu niezbędnej (do dezintegracji) ilości rudni. Naprzód przyjrzymy się tutaj tym wyjątkowym skupieniom nieorganicznym, które zatrzymują w sobie wiele ruchu, a tym samem łatwo podlegają dysolucji.

Do takich należą płyny i łatwo ulatniające się ciała stałe, które się rozpraszają w warunkach zwykłych, jak np. parująca woda, węglan amonu, znikający wskutek rozpraszania się drobin. We wszystkich tych wypadkach pochłanianym jest ruch, i zawsze szybkość dysolucji znajduje się tu w stosunku prostym do ilości ciepła czyli ruchu, otrzymywanego przez masę skupioną, z otoczenia. Dalej, mamy wypadki, w których drobiny pewnego wysoce zintegrowanego czyli stałego skupienia rozpraszają się pomiędzy drobinami skupienia mniej zintegrowanego tj. płynu; jako przykład mogą służyć rozczyny wodne. Jednym z dowodów tego, że owej dezintegracji materii towarzyszy tu pochłanianie ruchu, jest fakt, że ciało rozpuszczalne, rozpuszcza się tym prędzej, im gorętszą jest woda; (przypuszczamy zawsze, iż w danym, wypadku powinowactwo chemiczne w grę nie wchodzi). Innym znów, a jeszcze bardziej przekonywającym dowodem jest to, że gdy pogrążymy kryształy o danej temperaturze w wodzie mającej takąż temperaturę, wówczas sprawie dysolucji towarzyszy spadek temperatury, niekiedy bardzo znaczny. Pomijając wypadki, w których pomiędzy rozpuszczalnymi solami a wodą, zachodzą pewne reakcje chemiczne, możemy uznać za prawo powszechne, iż ruch, który rozprasza cząsteczki danej soli po wodzie, utrzymuje się kosztem drobinowego ruchu samejże wody.

Masy osadowe, nagromadzone w warstwy, ściśnięte później przez wiele tysięcy stóp gruby pokład warstw zwierzchnich, i przyprowadzone z biegiem czasu do stanu stałego, mogą przez miliony lat pozostawać bez żadnej zmiany; ale w ciągu następnych milionów lat podlegną one niechybnie wpływowi działań dezintegrujących. Podniósłszy się wraz z innymi podobnymi masami do znaczenia lądów, obnażone i wystawione na wpływy deszczu, mrozu i niszczącego działania lodowców, tracą one stopniowo spoistość części, które się rozprzęgają i rozpraszają się daleko. Albo też, jak to się zdarza znowu w innych wypadkach, kiedy morze zacznie się wdzierać i przedostawać do nich, podminowane rafy, tworzące się z nich wtedy, spadają od czasu do czasu, druzgocząc się na kawałki wszelkich rozmiarów; fala unosi precz bryłki pomniejsze, zaś w chwilach burzy obala i trąca głazy, jedne o drugie, zamieniając je na kamienie i żwir, a w końcu na piasek i muł. Nawet wówczas, gdy część zdezintegrowanej warstwy skupi się w postaci większe ławicy, która później stanie się masą zbitą, nawet wówczas, sprawa dysolucji, chociaż powstrzymywana może przez jakiś olbrzymi okres geologiczny, rozpocznie się w końcu na nowo. Przykład brzegów poucza nas, że nawet konglomeraty wcześniej lub później ulegają, podobnym procesom. Spojone ze sobą masy różnorodnych składników konglomeratu, leżąc w zatoce, bywają druzgotane i rozsadzane, pod wpływem uderzeń i tarcia, tj. pod działaniem udzielonego im z zewnątrz ruchu mechanicznego.

Jeśli dezintegracja w inny odbywa się sposób, wywołuje ją również udzielony z zewnątrz ruch drobinowy. Warstwa jakaś skonsolidowana, znajdująca się np. w obrębie opadania (gruntu), zbliżając się coraz bardziej do okolicy zajętej przez materię roztopiona, dojść może do tego, iż cząsteczki jej przejdą w stan plastyczny pod wpływem ciepła, albo też w końcu roztopią się w płyn. Jakimikolwiek zaś będą przeobrażenia jej późniejsze, sprawa ta jest pochłanianiem ruchu i dezintegracją materii.

Tak więc, wszelkie skupienie nieorganiczne na ziemi, proste lub złożone, małe lub wielkie, przedstawiające się jako kryształ, lub łańcuch gór, w tym albo innym czasie podlega pewnym zmianom, stanowiącym przeciwieństwo tych, jakim podlegało podczas swej ewolucji. Nie znaczy to, iż zazwyczaj przechodzi ono całkowicie od stanu postrzegalności do niepostrzegalności, jak to czynią w większej części, jeśli nie w całości, skupienia organiczne; zawsze jednak dezintegracja jego i rozproszenie unosi je na pewną odległość w kierunku stanu niepostrzegalności, a istnieją powody do mniemania, iż ostateczne jego przybycie do owego stanu jest tylko odroczonym. W pewnej niezmiernie odległej epoce wszelkie takie skupienie nieorganiczne, wraz z ocalałymi szczątkami skupień organicznych będzie musiało sprowadzonym być do stanu rozpierzchnięcia się gazów i w ten sposób dokonać obrotu swych przemian.

§ 181. Co do ziemi, rozważanej jako całość, to po przejściu całkowitego szeregu swych przeobrażeń wstępujących musi ona, tak jak i wszystkie skupienia pomniejsze, być wystawioną na wpływy swego bezpośredniego otoczenia; w przebiegu zaś owych nieskończonych zmian, objawiających się w postępowym pochodzie wszechświata, którego wszystkie części są w ruchu, musi ona, w pewnej epoce, nie dającej się pochwycić żadnym wysiłkom wyobraźni, ulec jakimś siłom, dość wielkim, aby dokonać mogły całkowitej jej dezintegracji. Przypatrzmy się też siłom, dążącym do tego zdezintegrowania ziemi.

Profesor Helmholtz w szkicu swym „Wzajemne oddziaływanie sił przyrody" ustanawia cieplikowy równoważnik ruchu ziemi w przestrzeni, zgodnie z dokonanym na podstawie nowych danych, rachunkiem Mr. Joule'a. „Gdyby ziemia nasza" powiada on, „zatrzymała się nagle na swojej drodze wskutek jakiegoś wstrząśnienia, czego nie należy obawiać się w obecnym stanie naszego układu, to przy takim wstrząśnieniu wywiązałaby się ilość ciepła równa tej, jaka otrzymalibyśmy, spalając objętość węgla czternaście razy większą od ziemi. Czyniąc najbardziej niekorzystne przypuszczenie co do ciepłochłonności ziemi tj. przyjmując, iż równa się ona ciepłochłonności wody, znajdziemy, że masa ziemska ogrzałaby się wówczas do 11,200 stopni; zostałaby ona przeto całkiem roztopioną, w większej zaś swej części zamieniłaby się w parę. Gdyby zaś ziemia po takim zatrzymaniu się, spadła, jak to być by musiało, na słońce, to ilość ciepła, wywiązująca się przy takim zderzeniu, byłaby 400 razy większa. Otóż jakkolwiek rachunek ten zdaje się nie mieć żadnego dla naszych celów znaczenia, gdyż ziemia obecnie nie jest bliską zatrzymania się w biegu, a więc też nagłego spadnięcia na słońce, to jednak, jak zaznaczono wyżej (§ 171), istnieje pewna siła czynna, o której utrzymuje się, iż musi wreszcie sprowadzić ziemię na słońce. Siłą tą jest opór eterycznego środka. Z oporu tego daje się wywnioskować pewne opóźnianie się wszystkich ciał, poruszających się w układzie słonecznym, opóźnienie którego skutki, zdaniem pewnych astronomów, objawiają się nam nawet teraz w stosunkowej bliskości rozmiarów drogi planet starszych. Jeśli więc zwalnianie biegu odbywa się istotnie, to musi przyjść kiedyś czas, mniejsza o to kiedy, w którym zmniejszająca się stopniowo orbita ziemi skończy się na słońcu; jakkolwiek zaś ilość ruchu widomego, mającego się wówczas przeobrazić w ruch drobinowy, nie będzie tak wielka, jak to przypuszczają obliczenia Helmholtza, to jednak będzie, ona dość znaczną, aby substancję ziemi przyprowadzić do stanu lotnego.

Dysolucja ziemi i, zdarzająca się od czasu do czasu, dysolucja wszelkiej innej planety nie jest wszakże, dysolucją układu słonecznego. Rozważane w swym całokształcie, wszystkie zmiany, objawiające się w układzie słonecznym, są tylko przypadłościami,towarzyszącymi integracji całej materii, stanowiącej ten układ: integracja miejscowa każdej z jego planet jest przy tym tylko epizodem, kończącym się o wiele wcześniej, niż integracja ogółu (całości). Ale każda z owych mas drugorzędnych, dokonawszy swej ewolucji i dosięgnąwszy stanu równowagi swych części, później trwa jeszcze w takim stanie pośmiertnym, dopóki, za sprawa postępującej wciąż integracji ogólnej nie zostanie sprowadzoną ku masie środkowej. Nadto, chociaż każde takie zjednoczenie się, masy drugorzędnej ze środkową, jako wywołujące przeobrażenie się ruchu widomego w drobinowy, spowoduje częściowe rozpuszczanie się masy nowopowstałej i zwiększa zasób ruchu, mającego się rozproszyć w postaci światła i ciepła, to jednak okoliczność ta tylko odracza (nie zaś umarza) termin zupełnego zintegrowania się całej masy, oraz wypromieniowania w przestrzeń całego nadmiaru jej ruchu utajonego,

[Jakkolwiek rozdział ten jest nowym, to jednak paragraf niniejszy i następny takimi nie są. W wydaniu pierwszym. były one włączone do końcowego paragrafu rozdziału poprzedzającego. Treść jego, pozostając w istocie swej jednaką w niektórych miejscach została skrócona, w innych zaś, wzmocniona przez dodanie rzeczy nowych.]

§ 182. Tutaj zbliżamy się właśnie do zagadnienia podjętego już w końcu uprzedniego rozdziału, do pytania, czy ewolucja, wzięta jako całość, podąża tak samo jak ewolucja szczegółowa, do stanu zupełnego spokoju? Czy ów stan unieruchomienia, zwany śmiercią, a kończący ewolucję ciał organicznych, jest typem śmierci powszechnej, jaką zakończyć się musi wszelka ewolucja w ogólności? W końcu, czy mamy tedy spodziewać się, jako ostatecznego wyniku rzeczy, jakiejś bezgranicznej przestrzeni, w której tu i ówdzie tkwić będą wygasłe słońca, skazane na istnienie wiekuiste bez żadnej zmiany?

Na pytanie tak dalece spekulacyjne, tylko spekulacyjnej trzeba spodziewać się odpowiedzi. Odpowiedź, na jaką się tu można odważyć, musi być uważana nie za odpowiedź pozytywną, lecz raczej za pewne odwołanie się do wniosku, że tutaj wynik przybliżony musi być ostatecznym. Jeżeli, posuwając do ostatecznych granic zasadę, iż ewolucja musi zakończyć się zupełna równowagą czyli spokojem, czytelnik, dla jakichś na pozór słusznych powodów, przyjdzie do wniosku, że owa śmierć powszechna trwać będzie przez czas nieograniczonej, to z równą słusznością można będzie wykazać, że posuwając rozumowanie owo jeszcze dalej, ujrzymy się w prawie przypuszczania jakiegoś powszechnego życia, następującego po owej śmierci. Zobaczmy jaką też podstawę wskazać będzie można dla takich wywodów.

Wykazano już, że wszelkie zrównoważenie, o ile śledzić je możemy, jest względne. Rozpraszanie się ruchu danego ciała przez udzielanie go (ruchu) materii otaczającej — stałej, płynnej, lotnej lub eterycznej, nadaje w końcu owemu ciału położenie stałe w stosunku do materii, pochłaniającej jego ruch. Ale wszystkie jego ruchy inne trwają w dalszym ciągu. Dalej, ten ruch, którego zniknięcie spowodowało względną równowagę, nie jest straconym, lecz tylko przeniesionym. Nie zależnie od tego czy przeobraził się on bezpośrednio w ruch niewyczuwalny, jak to się dzieje np. w wypadku słońca, czy też, jak wypadku odbywających się dokoła nas ruchów, wyczuwalnych, przeobraża się bezpośrednio w mniejsze ruchy wyczuwalne, te zaś, w jeszcze mniejsze, aż na koniec staną się niewyczuwalnymi. W każdym z tych wypadków wynik ostateczny jest taki, że ilekroć ruch mas zniknie, tylekroć ukazuje się na nowo w postaci ruchu drobinowego uchodzącego w przestrzeń. Tak wiec, pytania, jakie rozważyć tu mamy, są następujące: czy po dokonaniu się wszystkich zrównoważeń względnych, kładących kres ewolucji, pozostanie jeszcze niedokonanym jakiekolwiek zrównoważenie? Czy istnieją jakieś inne ruchy mas, które ewentualnie przeobrażonymi być muszą w ruch drobinowy? Na koniec, jeżeli takie inne ruchy istnieją, to co wyniknąć musi wtedy, gdy zrodzony z ich przeobrażenia ruch drobinowy doda się do ruchu już istniejącego?

Na pytanie pierwsze odpowiedź brzmi tak: istnieją ruchy, których nie uszczuplają wszystkie rozważone przez nas postacie względnych zrównoważeń: są nimi mianowicie ruchy postępowe (przenoszenia się) owych ogromnych mas, zwanych gwiazdami, tych słońc odległych, otoczonych prawdopodobnie, tak jak i nasze, grupami planet. Mniemanie, że gwiazdy są nieruchome, od dawna zostało już opuszczonym; spostrzeżenie wykazało, że wiele z nich posiada swój własny ruch wyczuwalny. Co więcej, przekonano się drogą wymiarów, że w stosunku do gwiazd najbliższych nas, nasza własna gwiazda porusza się z szybkością około pół miliona mil dziennie; jeżeli zaś, jak to się nie uważa za nieprawdopodobne, nasza gwiazda podąża nadto w jednym kierunku z gwiazdami sąsiednimi, to szybkość jej bezwzględna może być i jest najprawdopodobniej niezmierzenie większą. Otóż żadna zmiana taka, jak te, co się odbywaj ą wewnątrz układu słonecznego, gdyby nawet zakres jej ogarnął integrację całej jego materii w jedną masę i rozproszenie się w przestrzeń wszystkich ruchów względnych tejże masy w postaci jednego ruchu niewyczuwalnego, żadna taka zmiana nie może oddziałać na owe ruchy gwiazdowe. Stąd też okazuje się, iż nie mamy innego wyboru, jak tylko wywnioskować, że ruchy owe musiałyby być zrównoważonemu chyba tylko przez jakieś procesy późniejsze.

Tutaj bezpośrednio nasuwa się nam pytanie: jakie prawo potwierdza owe ruchy gwiazd? Na pytanie to astronomia odpowiada: prawo ciążenia. Dowiodły tego ruchy gwiazd podwójnych. Obliczono okresy gwiazdowe wielu z nich w przypuszczeniu, że ich obroty zależą od tej samej siły, która rządzi obrotami planet i księżyców; jakoż później dokonywanie się tych obrotów w przeciągu okresów przepowiedzianych potwierdziło te przypuszczenia. Jeśli więc owe ciała odległe są, środkami ciążenia, jeżeli wywnioskujemy stąd, jak to śmiało możemy uczynić, że wszystkie inne gwiazdy są środkami ciążenia, Na koniec jeśli wyciągniemy jeszcze nieunikniony wniosek, że siła ciążenia, oddziaływająca tak widocznie na gwiazdy zbliżone do siebie wzajem, oddziaływa również na gwiazdy odległe, to musimy zawyrokować, że wszystkie ogniwa naszego układu gwiazdowego ciąża (grawitują) tak pojedynczo, jak też i zbiorowo.

Jeżeli jednak te szeroko rozpierzchłe masy ruchome ciążą ku sobie wzajem, to cóż stąd musi wyniknąć? Zdaje się, iż jedna tylko może być tutaj odpowiedź dorzeczna. Nie mogą one zachować swego porządku obecnego, nieregularność układu w naszym systemacie gwiazdowym jest bowiem taką, iż uniemożliwia wszelką, nawet czasową równowagę ruchomą. Jeżeli gwiazdy są środkami pewnej siły przyciągającej, która się zmienia w stosunku odwrotnym do kwadratów z odległości, to niepodobna uniknąć wywodu, iż budowa naszej Drogi Mlecznej zmianom podlega, i podlegać musi.

Tak więc w braku innych, dających się obronić przypuszczeń, zostaliśmy przyprowadzeni do twierdzeń następujących: 1. że gwiazdy znajdują się w ruchu; 2. że poruszają się one zgodnie z prawem ciążenia; 3. że w rozkładzie ich obecnym nie mogą się one poruszać zgodnie z tym prawem, nie ulegając przemieszczeniu. Jeżeli zaś teraz zapytamy siebie jaką jest natura owego przemieszczenia, to ujrzymy się zmuszonymi do wniosku, iż polega ono na stopniowym ześrodkowywaniu się (ciał niebieskich). Gwiazdy dziś rozproszone, muszą podlec skupieniom miejscowym; istniejące już obecnie skupienia (z wyjątkiem może skupień kulistych) muszą się się stać ściślejszymi; wreszcie skupienia muszą się wzajemnie pozlewać. W ogólnej i w szczegółowej budowie nieba znajdujemy wskazówki, świadczące, że w epokach ubiegłych integracja istotnie robiła postępy; wybitnym zaś przykładem tego, jak daleko posunęła się już ona gdzieniegdzie, są mgławice Magellana: są to dwa ściśle zbliżone aglomeraty, już nie tylko gwiazd pojedynczych, ale i gwiazd, i skupień tak foremnych jak nieforemnych, i mgławic i rozpierzchłej mgły gwiezdnej. Że aglomerat ten wytworzył się wskutek wzajemnego ciążenia różnych części, szeroko niegdyś rozproszonych, tego dowodem może być bezgwiezdność otaczającej go części nieba: zwłaszcza nubecula minor (mgławica mniejsza) umieszczoną jest, jak powiada Humboldt, „w pewnego rodzaju bezgwiezdnej pustyni."

Jaką też musi być granica takich ześrodkowań? Kiedy dwie gwiazdy przyciągają się wzajem tak dalece, iż ciążenie to przeważa wszystkie inne przyciągania, wówczas prawie na pewno sprawa ta kończy się wytworzeniem gwiazdy podwójnej, gdyż ruchy zrodzone pod wpływem innych przyciągań, przeszkadzają obu gwiazdom składowym podążać po liniach prostych ku ich wspólnemu środkowi ciężkości. Dalej, pomiędzy skupieniami małymi, posiadającymi również pewien ruch nie zależny wzajemne pociąganie może doprowadzić nie do zupełnego zjednoczenia, lecz do wytworzenia skupień podwójnych. Jednakże, w miarę przedłużania się tej sprawy i powiększania się skupień, muszą one podążać ku sobie bardziej bezpośrednio, tworząc w ten sposób skupienia o wzrastającej ścisłości. Podczas więc kiedy, we wcześniejszych okresach ześrodkowywania, niezmiernie wiele przemawia przeciwko możności bezpośredniego zetknięcia się tych mas, wzajemnie ku sobie ciążących, to, w miarę wzrastania koncentracji, zderzenie takie, dość oczywiście, stać się musi prawdopodobnym, a w końcu niechybnym. Wywód ten nie jest pozbawionym poparcia pewnej wysokiej powagi; Sir John Herschel, mówiąc o owych licznych i rozmaicie zgrupowanych skupieniach gwiazd, jakie odkrywa teleskop, a nadto przytaczając z widocznym uznaniem, zdanie swego ojca, że najbardziej rozpierzchłym z nich i nieforemnymi są „skupienia kuliste, znajdujące się w mniej dojrzałym okresie ześrodkowania", robi następnie uwagę, że pośród danego skupienia ciał stałych jakiejkolwiek objętości, podległych działaniu impulsów niezależnych i częściowo sprzecznych, ruchy, wzajemnie sobie przeciwne muszą spowodować zderzenia, zniesienie szybkości i spadnięcie lub znaczne zbliżenie się ciał ku środkowi przeważającego ciążenia; gdy tymczasem ruchy zgodne, albo ruchy ciał pozostających na uboczu po takich zderzeniach muszą ostatecznie dać początek jakiemuś krążeniu o charakterze stałym. Otóż tego, co się nadmienia tu o owych skupieniach mniejszych nie można nie uznawać też w odniesieniu do większych; w ten zaś sposób, opisana powyżej sprawa ześrodkowywania zdaje się na pewno prowadzić do coraz większej integracji mas.

Obecnie rozważyć nam wypada skutki towarzyszącej owemu procesowi utraty szybkości. Znikający ruch wyczuwalny nie może być unicestwionym, lecz tylko przeobrażonym w ruch niewyczuwalny. Jakiż więc będzie skutek tego ostatniego ruchu? Widzieliśmy już, że gdyby ziemia została w biegu swym powstrzymaną, następstwem tego byłoby rozproszenie się jej materii. Skoro zaś tak mały stosunkowo moment siły, jak ten, jaki by uzyskała ziemia, spadłszy na słońce, mógłby być równoważnikiem pewnego ruchu drobinowego, wystarczającego do obrócenia ziemi w gaz niezmiernie rzadki, to jakiż musiałby być ruch drobinowy, wywiązujący się z dwóch wzajem powstrzymanych momentów dwóch gwiazd, które dążyły ku wspólnemu środkowi ciążenia przez odległości niemierzalnie większe? Zdaje się, iż niema tu innego wyboru, nad wniosek, że byłby on dość wielki iżby nadać materii obu gwiazd subtelność niepochwytną prawie, subtelność taką, jaką. przypisujemy materii mgławic. Skoro zaś takim byłby skutek bezpośredni, to, pytanie, coby się stało dalej? Sir John Herschel, w przytoczonym wyżej ustępie, opisując starcia, jakie muszą wynikać w ześrodkowującej się grupie gwiazd, dodaje, że te gwiazdy, co pozostają na uboczu po takich starciach, muszą ostatecznie dać początek jakiemuś krążeniu o charakterze stałym. Zagadnienie to wszakże traktuje się tu, jak zagadnienie czystej mechaniki, przypuszcza się bowiem, że wzajem powstrzymane masy trwać będą jako masy — przypuszczenie, przeciwko któremu nie przemawiało nic w czasie, kiedy sir John Herschel pisał ów ustęp, gdyż współzależność sił nie była wówczas uznawaną. Ale zadanie przedstawi się inaczej, gdy zmuszeni będziemy, jak to jest obecnie, wywnioskować, że gwiazdy, poruszające się z wielką szybkością, nabytą w ciągu ześrodkowywania, przy starciu obrócą się w gaz; to też wywód odmienny od poprzedzającego zdaje się być tu nieuniknionym. Owa bowiem materia rozpierzchła, zrodzona z takich starć, musi utworzyć pewien środek oporny, zajmujący środkową okolicę skupienia, przez którą przechodzić muszą od czasu do czasu jego ogniwa, zakreślając swe drogi — oporny środek, który nie mogą one przechodzić, nie tracąc nic na swej szybkości. Każde nowe zderzenie, potęgując ów oporny środek i powiększając utratę szybkości, musi przyczyniać się do zapobiegania równowadze, jaka inaczej, byłaby się ustaliła, a w ten sposób musi współdziałać w wywoływaniu coraz częstszych zderzeń. Na koniec, wytworzona w ten sposób materia mgławicowa, ogarniając sobą teraz całe skupienie, musi, przez ciągłe uszczuplanie wahań poruszających się mas, spowodować coraz żywiej działającą integracje ich i coraz energiczniej oddziaływającą dezintegrację, aż do czasu gdy wszystkie zostaną rozproszone. Czy sprawa ta dokonuje się niezależnie w różnych częściach naszego układu gwiazdowego; czy też odbywa się ona tylko przez integrację całej materii tegoż układu; czy wreszcie, jak to nie zdaje się być nieprawdopodobnym, integracje i dezintegracje miejscowe podążają swoim torem, a jednocześnie odbywa się integracja ogólna, są to pytania, których tu roztrząsać nie potrzebujemy. W każdym z tych wypadków nastręcza się wniosek, że integracja trwać musi dopóty, dopóki nie będą osiągnięte warunki, sprowadzające dezintegrację i że wówczas następować musi pewne rozproszenie, niweczące robotę uprzedniego ześrodkowywania. Takim, istotnie, jest wniosek, narzucający się nam, jako wywód z zasady stateczności siły. Jeżeli gwiazdy, ześrodkowujące się w kierunku pewnego wspólnego środka ciężkości, dosięgają go niekiedy, to wówczas ilości nabytego przez nie ruchu muszą, wystarczyć do odepchnięcia ich na nowo w te okolice odległe, z których przybyły. Skoro zaś, na mocy samych warunków danego wypadku, nie mogą, one powrócić tam w postaci mas skupionych, tedy powrócić muszą jako masy rozpierzchłe. Ponieważ działanie i przeciwdziałanie są równe sobie i przeciwne, przeto moment wywołujący rozproszenie musi równać się momentowi nabytemu w ciągu skupiania się; oddziałując zaś na tę samą ilość materii musi on, niezależnie od jej postaci, spowodować równoważne rozproszenie jej w przestrzeni. Wyszczególnić tu wszakże wypada jeden warunek, zasadniczo ważny dla dokładnego osiągnięcia tego wyniku; jest nim mianowicie to, że ilość ruchu drobinowego, wypromieniowanego przez każdą gwiazdę w ciągu tworzenia się jej z materii rozpierzchłej, powinna albo wcale nie rozpraszać się poza obręb naszego układu gwiazdowego, albo też, że powinna ona wynagradzaną być przez taką samą ilość ruchu drobinowego, promieniującego z innych części przestrzeni na nasz układ. Innymi słowy, w rozumowaniu naszym, rozpoczynamy od owego zasobu ruchu drobinowego, jakiego domyślać się każe istnienie naszego układu gwiazdowego w postaci mgławicowej. W takim razie, z zasady stateczności siły wynika, że jeśli materia podlega przemieszczeniom (redystrybucjom), stanowiącym ewolucję, to ilość ruchu drobinowego, wydatkowanego w ciągu integracji każdej masy, plus ilość takiegoż ruchu wydanego w ciągu integracji mas wszystkich, musi wystarczyć do przywrócenia jej znowu takiej samej postaci mgławicowej.

Tutaj, zaprawdę, rozumowanie nasze napotyka pewną zaporę, gdyż nie możemy wiedzieć, czy warunek powyższy jest, czy też nie jest spełnionym. Jeżeli eter, wypełniający przerwy naszego układu gwiazdowego, posiada jakąś granicę, gdziekolwiek poza obrębem gwiazd najbardziej kresowych, wówczas można wnioskować, że utrata ruchu przez promieniowanie już nie sięga poza tę granicę; skoro zaś tak, to pierwotny stopień rozproszenia materii może być osiągniętym ponownie. Albo też, przypuszczając, że środek eteryczny nie ma żadnej takiej granicy, ale stojąc na gruncie hipotezy nieograniczonej przestrzeni, zawierającej w przerwach układy gwiazdowe, naszemu podobne, można utrzymywać, że ilość ruchu drobinowego wypromieniowanego na okolicę, zajętą pracz nasz układ, równa się ilości, jaką tenże układ sam promieniuje; w takim zaś wypadku, ponieważ ilość jego ruchu pozostaje niezmniejszoną, może on przez czas nieograniczony podlegać kolejnym ześrodkowaniom i rozproszeniom. Jeżeli wszakże, z drugiej strony, w bezgranicznej, eterem wypełnionej przestrzeni nie istnieją wcale układy inne, podlegające zmianom podobnym, albo jeżeli układy takie znajdują się w pewnej jakiejś znaczniejszej niż potrzeba odległości, wówczas nieuniknionym wydaje się być wniosek, że ilość ruchu, tkwiącego w danym układzie, musi zmniejszać się przez promieniowanie i że w ten sposób materia naszego układu gwiazdowego, przy każdym swym późniejszym powrocie do stanu mgławicowości, będzie zajmowała przestrzeń coraz mniejszą, aż dopóki nie dosięgnie albo takiego stanu, kiedy ześrodkowywania się jej i rozpraszania będą stosunkowo małe, albo też stanu zupełnego skupienia i spoczynku. Ponieważ jednak nie mamy żadnego dowodu istnienia albo nieistnienia układów gwiazdowych w owej odległej przestrzeni, ponieważ nadto, mając nawet takie dowody, nie moglibyśmy wyciągnąć prawowitego wniosku z przesłanek, w których jeden składnik (nieograniczoność przestrzeni) nie daje się pojąć, przeto musimy na zawsze pozostać bez odpowiedzi na to pytanie transcendentalne.

Ale, ograniczając się do zagadnienia bliższego i niekoniecznie nierozwiązalnego, znajdujemy jeszcze powody mniemać, że po dokonaniu się owych rozmaitych zrównoważeń, kładących kres wszystkim przejrzanym przez nas postaciom ewolucji, musi odbywać się pewne zrównoważenie, o wiele szerszego porządku. Kiedy postępująca wszędzie w naszym układzie słonecznym integracja dosięgnie swego szczytu, pozostanie wówczas niezmierzenie większa integracja tegoż układu słonecznego z innymi takimiż układami. Musi wówczas ukazać się w postaci ruchu drobinowego to, co utraconym będzie w formie ruchu mas; nieuniknione zaś przeobrażanie się tego ruchu mas— w drobinowy nie może się odbywać, nie przyprowadzając tychże mas do stanu mgławicowego.

§ 183. Tak więc doprowadzeni jesteśmy do wniosku, że cały przebieg rzeczy, o ile objawia się w skupieniu świata widomego, podobnym jest do całkowitego przebiegu rzeczy, objawiającego się w skupieniach najmniejszych.

Ponieważ zarówno ilość ruchu jak i materii jest stałą, zdawałoby się przeto, że, kiedy spowodowane przez ruch rozmieszczenie materii dosięgnie granicy swej w jakimkolwiek kierunku, wówczas ruch, jako niezniszczalny, musi spowodować rozmieszczenie przeciwne. O ile się zdaje, powszechnie współistniejące siły przyciągania i odpychania, wywołujące, jak widzieliśmy, rytmiczność wszelkich zmian pomniejszych we wszechświecie, powodują również rytm w całokształcie jego zmian, sprowadzając już to niezmierzony okres, w którym przewaga odpychania wywołuje powszechne rozproszenie, już też okres przewagi przyciągania, rodzącej powszechne ześrodkowywanie się — kolejne okresy ewolucji i dysolucji. Na koniec, wszystko to nasuwa nam niejakie pojęcie przeszłości, w ciągu której odbywały się kolejno ewolucje, podobne do obecnej, i pojecie przyszłości, w której takie kolejne ewolucje odbywać się mogą: wiecznie te same w zasadzie, lecz zawsze inne w skutkach swoich konkretnych.

dr Kamil M. Kaczmarek 20 08 2010