Herbert Spencer

Zrównoważenie

Pierwsze zasady-rozdział XXII

§ 170. Do czego też dążą wszystkie owe zmiany? Czy odbywać się one będą wiecznie, czy też kiedykolwiek nastąpi ich koniec? Czy różnorodność rzeczy wzrastać będzie przez cała przyszłość, czy też musi istnieć taki stopień zróżniczkowania i integracji, którego materia i ruch przekroczyć nie mogą. Czy wszechświatowe to przeobrażenie może do nieskończoności posuwać się w tym samym kierunku ogólnym, czy też podąża ono do jakiegoś ostatecznego stanu, nie pozwalającego już przypuszczać dalszych zmian w tym rodzaju? Do tego właśnie ostatniego wniosku popychani jesteśmy nieodwołalnie.

Zarówno badając procesy konkretne, jak rozważając to zagadnienie w jego postaci abstrakcyjnej, dowiadujemy się, iż ewolucja posiada jakąś granicę nieprzekraczalną.

Redystrybucje materii, odbywające się dokoła nas, dosięgają zawsze swego końca przez rozproszenie się ruchu, który je wywołuje. Staczający się kamień, wraz z częścią właściwego momentu siły posuwa się ku przedmiotowi, w który uderza, ostatecznie zaś przechodzi w stan spoczynku; tak samo też zachowują się rozmaite uderzane przezeń przedmioty, Woda, spadając z obłoków, sącząc się następnie po powierzchni ziemi i gromadząc się w strumienia i rzeki, podąża do miejsca o niższym poziomie i zatrzymuje się wreszcie, dzięki oporowi innej wody, która dosięgła poziomu najniższego. W jeziorze lub morzu, w ten sposób utworzonych, wszelkie poruszenie, spowodowane wiatrem lub pogrożeniem w nich ciału stałego, szerzy się dokoła w postaci fal zmniejszających się w ich rozchodzenia się, i ostatecznie wymyka się naszemu spostrzeżeniu, udzielając się jako ruch atmosferze i materii, składającej brzegi. Impuls, nadany przez grajka strunie harfy, za pośrednictwem drgań przeobraża się w ruchy powietrza, te zaś, rozchodząc się na wszystkie strony i słabnąc w miarę odległości, rychło przestają być postrzegalnymi, a w końcu zamierają, wywołując tylko falowania cieplikowe, promieniujące w przestrzeń. Podobnie też w iskrze, wypadającej z ognia i w rozległych masach roztopionej lawy, wyrzucanej przez wulkan, widzimy, iż ruch drobinowy, znany nam jako ciepło, rozprasza się przez promieniowanie, tak iż, jakimkolwiek będzie jego natężenie, obniża się ono przynajmniej do tego samego stopnia, jaki posiada temperatura ciał otaczających. Jeśli zaś badane przez nas działania należą do rzędu elektrycznych albo chemicznych, to i wówczas znajdujemy jeszcze, iż wyczerpują się one, wywołując ruchy wyczuwalne lub niewyczuwalne, rozpraszające się, jak wyżej, dopóki nie nastąpi spokój. Najbliższe uzasadnienie sprawy, objawiającej się nam pod różnymi tymi postaciami, zawiera się w tym fakcie, podnoszonym już przez autora w rozdziale o pomnażaniu się skutków, że ruchy wiecznie się rozkładają na ruchy rozbieżne, te zaś na rozbieżne wtórne.

Staczający się kamień popycha inne kamienie, o które zawadzi w kierunku mniej lub więcej różnym od tego, w jakim sam podąża; tamte zaś tak samo działają na inne przedmioty, których dosięgną. Wprawiajmy w ruch wodę lub powietrze, a ruch ten szybko rozpłynie się w ruchach promienistych. Ciepło wywołane pod wpływem ciśnienia w jakimś kierunku, rozprasza się drogę falowań we wszystkich kierunkach; tak samo też zachowuje się światło i elektryczność, wywołane w sposób podobny. To znaczy, iż ruchy te podlegają wielokrotnym podziałom; dzięki zaś bezgranicznemu trwaniu tego procesu sprowadzają się one stopniowo do ruchów niewyczuwalnych, jakkolwiek nie giną nigdy.

We wszystkich więc wypadkach istnieje tu dążność do równowagi. To samo powszechne współistnienie sił sprzecznych, powodujące, jak widzieliśmy, powszechność rytmu i rozkład wszelkiej siły na siły rozbieżne, jednocześnie też powoduje ostateczne utrwalenie równowagi. Wszelki ruch, odbywając się zawsze w warunkach jakiegoś oporu, podlega ciągłym uszczupleniem, ciągłe zaś te uszczuplenia, doprowadzają wreszcie do ustania ruchu.

Tę samą ogólną prawdę, uwydatnioną tu w jej postaci najprostszej, musimy rozpatrzeń teraz w jej formach bardziej złożonych w jakich zazwyczaj objawia się w przyrodzie. We wszystkich prawie wypadkach ruch danego skupienia jest złożonym; ponieważ zaś zrównoważenie każdego ze składników skupienia odbywa się samodzielnie, nie dotyka ono przeto pozostałych. Dzwonek okrętowy, przestawszy już podlegać drganiom, wykonywa jeszcze w dalszym ciągu owe pionowe i boczne wahania, jakie wywołuje kołysanie się oceanu.

Woda gładkiego strumienia, na którego powierzchni zamarły przed chwilą falowania, wywołane ukazaniem się ryby, podąża, tak jak i przedtem, ku morzu. Zatrzymana kula armatnia z niezmniejszoną szybkością obraca się dokoła osi ziemskiej. Na koniec, gdyby ruch wirowy ziemi został zniesionym, nie wynikałoby stąd jeszcze jakiekolwiek osłabnięcie jej ruchu względem słońca lub innych ciał zewnętrznych. Tak wiec każdy wypadek, uważany przez nas za objaw zrównoważenia jest zniknięciem jednego lub kilku z pomiędzy ruchów, tkwiących w danym ciele, przy czym inne jego ruchy trwają w dalszym ciągu. Dla należytego przedstawienia sobie tej sprawy i dokładnego zrozumienia takiego stanu rzeczy, do jakiego ona prowadzi, pożytecznym będzie przytoczyć tutaj pewien wypadek, w którym stopniowe równoważenie się skojarzonych ruchów obserwować będziemy dokładniej, niż we wszystkich przykładach powyższych. Celowi naszemu najlepiej odpowie nie najbardziej imponujący przykład, ale najbardziej pospolity.

Weźmy też przykład frygi. Gdy pociągniemy gwałtownie za sznurek, owinięty dokoła jej osi, i kiedy spadnie ona na stół, zdarza się zazwyczaj, iż obok szybkiego wirowania, spostrzegamy w niej jeszcze dwa inne ruchy. Lekkie pchnięcie w kierunku poziomym,, jakiemu niechybnie podlegnie fryga przy wypuszczaniu jej z ręki, unosi ją z miejsca, na które spadnie. Ponieważ zaś jej oś bywa mniej lub więcej pochyloną, podlega ona pewnego rodzaju wahaniom, oznaczanym wyrazistą, choć niezbyt wytworną nazwą kiwania się. Te dwa podrzędne ruchy, zmieniające się tak w zależności jeden od drugiego, jak i od głównego ruchu, rychło ustają, dzięki poszczególnym procesom zrównoważenia. Moment popychający frygę po stole, spotykając niejaki opór w powietrzu, głównie zaś w nieforemnościach powierzchni, niebawem znika, i fryga wskutek tego zaczyna się kręcić na jednym miejscu. Tymczasem zmniejsza się też i również znika kiwanie się, a to wskutek oporu, stawianego przez moment osiowy wirującego ciała wszelkim zmianom płaszczyzny obrotu (co tak pięknie uwydatnia przyrząd, zwany żyroskopem.) Po rozproszeniu się tych dwóch ruchów pomniejszych, ruch obrotowy, któremu przeciwdziała tylko opór powietrza i tarcie ostrza, odbywa się przez czas jakiś z taką jednostajnością, iż fryga zdaje się tkwić nieruchomo, gdyż w ten sposób na czas jakiś utrwala się tutaj stan, zwany przez matematyków francuskich równowagą ruchomą. Prawda, że kiedy szybkość obrotu osi spadnie poniżej pewnego punktu, wówczas ukazują się nowe ruchy, potęgujące się aż do chwili upadnięcia frygi; ale są one tylko wynikiem takiego wypadku, w którym środek ciężkości jest powyżej punktu oparcia. Gdyby fryga, posiadając oś stalową, zawieszoną była u powierzchni, odpowiednio namagnesowanej, wówczas zjawisko to odbywałoby się podług wymagań teorii i równowaga ruchoma, raz się ustaliwszy, bez wszelkich zmian położenia frygi trwałaby aż do chwili zupełnego wyczerpania się jej ruchu. Otóż zaznaczyć tu mamy fakty następujące: naprzód, że rozmaite ruchy, tkwiące w danym skupieniu, zrównoważone zostają oddzielnie, najsłabsze albo spotykające opór największy, lub jedne i drugie znikają najpierw, pozostawiając w końcu największy albo spotykający się z najmniejszym oporem, albo też odpowiadający obu tym warunkom. Po wtóre, że kiedy skupienie odznacza się względnym ruchem swych części, napotykającym słaby opór zewnętrzny, wówczas może się ustalić równowaga ruchoma. Po trzecie, iż równowaga ta przechodzi w równowagę zupełną.

Niełatwo jest zrozumieć dokładnie tę sprawę zrównoważenia, gdy jednocześnie roztrząsać mamy różne jej fazy. Metodą więc najlepsza będzie poszczególne rozpatrzenie czterech jej porządków. Pierwszy zawiera w sobie ruchy stosunkowo proste, jak na przykład ruchy pocisków, ruchy, które nie dość długo trwają, aby objawić mogły swój charakter rytmiczny, lecz które, dzieląc się zaraz i rozdrabniając na ruchy, udzielone innym częściom materii, rozpraszają się w rytmie falowań eterycznych. Ruch drugiego porządku, zawierającego w sobie rozmaite rodzaje zwykłych drgań, czyli oscylacji, zużytkowuje się na wywołanie natężenia, które, dorównawszy mu, tj. zrównoważywszy chwilowo, natychmiast wywołuje ruch w kierunku przeciwnym, ruch, który następnie podobnież zrównoważonym zostaje; w ten sposób wytwarza się rytm widoczny, przechodzący jednak rychło w niewidoczne rytmy.

Równowaga trzeciego porządku nie uwzględniana tu jeszcze, objawia się w takich skupieniach, jakie ustawicznie otrzymują tyle ruchu, ile go wydają. Machina parowa (szczególnie zaś ten jej rodzaj, który sam zasila palenisko swe i kocioł) może być dla nas przykładem. Siła zużywająca się tutaj co chwila na pokonanie oporu maszynerii, będącej w ruchu, co chwila też zastąpioną zostaje kosztem paliwa. Równowaga zaś ich obu utrzymuje się przez podwyższanie lub obniżanie skali wydatku, zgodnie ze zmianą ilości dostarczanego materiału; każdy przyrost lub ubytek pary wynika tu bowiem z podniesienia się lub osłabnięcia ruchu maszyny, przyprowadzającego ją do stanu równowagi ze zwiększonym, lub zmniejszonym oporem. Równowaga ta, które moglibyśmy nazwać zależną (względną) równowaga ruchoma, zasługuje na zaznaczenie szczególne. Jest ona bowiem jedną, z tych, z jakimi powszechnie spotykać się będziemy we wszystkich fazach ewolucji. Zrównoważeniem się, które mamy do czwartego odnieść porządku, jest niezależna czyli doskonała równowaga ruchoma. Przykład jej widzimy w rytmicznych ruchach układu słonecznego, które, napotykając jedynie opór środka o gęstości nie dającej się ocenić (inappreciable), nie podlegają żadnemu wyczuwalnemu słabnięciu w okresach, wymiarom naszym dostępnych.

Wszystkie te rodzaje zrównoważenia z najwyższego stanowiska mogą jednak uważane być, jako rozmaite tryby jednego rodzaju. W każdym bowiem przypadku równowaga jest względną, nie zaś bezwzględną — jest tylko ustaniem ruch jakiegoś danego ciała w stosunku do pewnego punktu lub punktów, ustaniem, które nie każe przypuszczać ani zniknięcia zużytkowanego ruchu względnego, zamieniającego się tu po prostu w inne ruchy, ani też zmniejszenia się też ruchów tego ciała w stosunku do punktów innych. Takie pojmowanie zrównoważenia ogarnia sobą oczywiście ową równowagę ruchomą, której natura na pierwszy rzut oka zdaje się być inną. Wszelki bowiem układ ciał, objawiający, tak jak układ ciał słonecznych, pewne skojarzenie rytmów zrównoważonych, posiada tę szczególną cechę, że chociaż części składowe systemu poddane są ruchom względnym, sam ten system, jako całość, nie posiada żadnego ruchu. Środek ciężkości całej grupy pozostaje stałym. Jakąkolwiek ilość ruchu wdanym kierunku przedstawia którykolwiek z jego członków z ruchem tym w każdej chwili przeciwważy się pewien ruch równoznaczny jakiejś innej części grupy w kierunku przeciwnym, a w ten sposób skupienie materii całej grupy pozostaje w stanie spoczynku. Wynika stąd, iż dojście do stanu równowagi ruchomej jest tu zniknięciem pewnego ruchu, jakim odznaczało się skupienie w stosunku do przedmiotów zewnętrznych, a jednocześnie jest dalszym trwaniem tylko tych ruchów, jakim rozmaite części skupienia podlegają w stosunku jednej do drugiej.

Uogólniając w taki sposób tę sprawę, ujrzymy jasno, iż wszystkie postacie zrównoważenia są wewnętrznie te same; w każdym bowiem skupieniu jedynie tylko środek ciężkości traci swój ruch, podczas gdy części składowe pozostają zawsze w ruchu względem siebie — zachowując przynajmniej ruch drobinowy, jeśli nie jaki inny.

Wszelka równowaga, uważana pospolicie za bezwzględną, jest w pewnym znaczeniu równowagą ruchomą, gdyż niezależnie od stanu spoczynku całości, odbywa się tam zawsze jakiś ruch względny jej części niewyczuwalnych. Przeciwnie też, wszelka równowaga ruchoma w pewnej mierze może być uważaną, jako bezwzględna gdyż względnym ruchom jej części wyczuwalnych towarzyszy stan spoczynku całości.

Przed zamknięciem tych, cokolwiek zawiłych, uwag przygotowawczych potrzeba tu coś jeszcze nadmienić.

Czytelnik musiał zauważyć już dwie główne prawdy, uwydatnione w wykładzie poprzedzającym: jedna z nich dotyczy ostatecznego albo raczej prawie ostatecznego stanu ruchu, do sprowadzenia którego dąży opisany powyżej proces, druga zaś dotyczy towarzyszącej temuż ruchowi dystrybucji materii. Owym prawie ostatecznym stanem ruchu jest równowaga ruchoma, do której, jak widzieliśmy, zdąży obdarzone ruchem złożonym skupienie, jako do stanu przejściowego w drodze do równowagi zupełnej. W ewolucji wszelkich rodzajów odbywa się ciągłe zbliżanie się do niej i mniej lub więcej dokładne utrzymywanie tej równowagi ruchomej. Tak samo, jak w układzie słonecznym utrwaliła się niezależna równowaga ruchoma, tj., taka, iż względne ruchy części składowych przeciwważone są stale przez ruchy przeciwne, tak iż przeciętny stan całego skupienia nie zmienia się nigdy, tak samo też, chociaż w sposób mniej wyraźny, dzieje się z każdą postacią zależnej równowagi ruchomej. Stan rzeczy, objawiający się w różnych cyklach zmian ziemskich, w równoważonych czynnościach dojrzałych form organicznych, w sprawach działania i oddziaływania całkiem rozwiniętych społeczeństw, stan ten również cechuje się przez wzajemnie zrównoważone wahania (oscylacje). Zawiłe skojarzenie rytmów, dostrzeganych w każdym z tych wypadków, posiada pewien stan przeciętny, który praktycznie pozostaje niezmiennym w ciągu wiecznie odbywających się zboczeń w kierunku przeciwnym. Na koniec, faktem, jaki szczególnie mamy tu zauważyć, jest ten, że w następstwie ogólnego, powyżej wygłoszonego prawa zrównoważenia ewolucja każdego skupienia odbywać się musi dopóty, dopóki się nie utrwali owa równowaga ruchoma. Jak widzieliśmy bowiem, ruch działający w danym skupieniu a w pewnym kierunku, musi zużytkowanym być na pokonanie oporów, sprzeciwiających się zmianom w tymże kierunku, przy czym pozostają tyko ruchy, równoważące się wzajem, a stąd tworzące równowagę ruchomą. Co się tyczy jednoczesnego z tym stanu budowy, to musi on oczywiście być takim, iżby przedstawiał układ sił, równoważący wszystkie siły, jakim podlega skupienie. Dopóki pozostawać będzie jakaś nadwyżka siły w jakimkolwiek kierunku — bądź wywieranej przez agregat na jego otoczenie, bądź też na odwrót — dopóty równowaga nie nastąpi, a tym samem redystrybucja materii nie ustanie. Wynika stąd, iż granica różnorodności, ku której postępuje wszelkie skupienie, jest wytworzenie się takiej liczby szczególnych przystosowań i skojarzeń części, jaka odpowiada przystosowaniom i skojarzeniom siły, z którymi części owe maja do czynienia.

§ 171. Wszystkie owe kolejne zmiany form, jakie (w razie przyjęcia hipotezy mgławic) ukazywać się musiały przez ciąg ewolucji układu słonecznego, były to właśnie rozmaite przejściowe rodzaje równowagi ruchomej; w biegu swym ku równowadze zupełnej ustępowały one niekiedy miejsca innym, bardziej stałym rodzajom. Tak np., przybranie przez zgęszczającą się materię mgławicową formy spłaszczonej sferoidy było właśnie przybraniem przez jej części składowe czasowej i częściowej równowagi ruchomej — równowagi, która powoli musiała się utrwalać w miarę rozpraszania się sprzecznych ruchów miejscowych. W wytwarzaniu się i odrywaniu pierścieni mgławicznych, zdarzającym się, podług tej hipotezy, od czasu do czasu, mamy znów przykład stopniowego równoważenia, zakończonego ustaleniem się zupełnej równowagi ruchomej. Początek bowiem każdego z takich pierścieni każe przypuszczać doskonałe zrównoważenie owej siły skupiającej, jaką cała sferoida oddziaływa na swoją część równikową — i siły odśrodkowej, jakiej część ta nabyła w ciągu uprzedniego ześrodkowywania: dopóki te dwie siły nie są sobie równe, część równikowa podąża za kurcząca się masą, lecz jak tylko druga siła dosięgnie natężenia pierwszej, część równikowa nie może już dalej podążać i pozostaje w tyle. Podczas jednak, gdy wynikły stąd pierścień, rozważany jako całość, pozostająca w związku z całościami zewnętrznymi, dosięgnął stanu równowagi ruchomej, części jego nie zrównoważyły się jeszcze w stosunku do siebie. jak widzieliśmy uprzednio (§ 150) niezmiernie wiele przemawia przeciwko utrzymaniu przez materię mgławicową formy pierścienia: niestałość jednorodności pozwala nam wywnioskować, iż ułożona w ten sposób materia mgławicowa musi porozrywać się na części i ewentualnie ześrodkować się w odrębne masy. To znaczy, iż pierścień musi podążać ku bardziej dokładnej równowadze ruchomej, a to wyciągu rozpraszania ruchu, który cząsteczki jego utrzymywał w stanie rozpierzchłym: dni by on tedy z czasem początek jakiemuś ciału planetarnemu, któremu towarzyszyłaby może grupa ciał mniejszych, posiadających ruchy szczątkowe (residuary), a tym środek wyczuwalny nie stawiłby już oporu. W ten sposób wytworzyłaby się równowaga, ruchoma prawie bezwzględnie doskonała.

[Sir Dawid Brewster przytaczał niedawno dokonane przez pana Babineta, a przez siebie uznawane obliczenie, dowodzące, iż podług hipotezy mgławic materia słońca wtedy, gdy wypełniała orbitę ziemską, potrzebowała 3,181 lat dla wykonania obrotu i że przeto hipoteza ta nie może być prawdziwą. Rachunek ten pana Babineta można zestawić z rachunkiem Comte'a, który, przeciwnie, wykazuje, że czas owego obrotu bardzo blisko zgadza się z okresem obrotu ziemi dokoła słońca; jeżeli bowiem wyliczenie Comte'a kazało domyślać się pewnego petitio principii, to rachunek Babinefa opiera się oczywiście na dwóch płonnych przypuszczeniach, z których nadto jedno nie zgadza się całkiem z bronionym przez niego poglądem. Przechyla się on oczywiście do mniemania upowszechnionego, odnośnie do wewnętrznej gęstości słońca, mniemania nie dowiedzionego i przedstawiającego pewne powody, aby się z nim nie zgadzać; z drugiej strony uważa on widocznie za rzecz dowiedzioną, iż wszystkie części sferoidy mgławicowej wtedy, gdy wypełniała ona orbitę ziemską, posiadały tę samą szybkość kątową, gdy tymczasem, jeżeli (jak to każe przypuszczać hipoteza mgławic, pojmowana racjonalnie) sferoida owa wynikła z ześrodkowania się materii, o wiele szerzej rozproszonej, to szybkość kątowa jej części równikowej musiała być niezmierzenie większą, niż szybkość części środkowej.]

Po za obrębem wszakże tej hipotezy, zasada równoważenia się wiecznie znajduje uzmysłowienie w owych mniejszych zmianach stanu, jakim podlega obecnie układ słoneczny. Każda planeta, księżyc lub kometa przedstawiają, nam w swoim punkcie odsłonecznym przykład chwilowej równowagi pomiędzy siłą, oddalającą je od środka ich ciążenia, oraz siłą, która oddalanie się to opóźnia, gdyż oddalanie się owo trwa ciągle, dopóki siła druga nie zrównoważy dokładnie pierwszej. W podobny też sposób w punkcie przysłonecznym ustala się chwilowo równowaga przeciwna. Bóżnica każdej orbity co do zakresu mimośrodowości i położenia jej płaszczyzny podobnież przedstawia granicę, w której siły, wywołujące zmianę w jednym kierunku, zrównoważonymi bywają przez siły przeciwne, oraz granicę, u której odbywa się równowaga przeciwna. Jednocześnie też każda z owych prostych perturbacyj, jak również każda ze złożonych, wynikających z ich skojarzenia, przedstawia nam oprócz czasowej równowagi na jednym lub drugim ze swych krańców, jeszcze pewną ogólną równowagę — kompensujących się wzajemnie zboczeń w jedną lub drugą stronę od stanu przeciętnego. Że powstała w ten sposób równowaga ruchoma w ciągu nieokreślonego czasu dąży do przejścia w równowagę zupełną, a to przez stopniowe słabnięcie ruchów planetarnych i ewentualne integrowanie się wszystkich oddzielnych mas stanowiących układ słoneczny, jest to mniemanie, bronione przez niektóre z wysokich powag, a zaczerpnięte ze spostrzeżeń nad niektórymi wypadkami opóźniania się komet. Upowszechnione zdanie, iż wyczuwalne zmniejszanie się okresów komety Euckiego każe przypuszczać utratę jej momentu, wynikającą z oporności eterycznego środka, zdanie to popycha wyznających je astronomów do wniosku, iż ten sam opór środka musi spowodować utratę ruchów planetarnych —utratę, która, jakkolwiek jest nieskończenie małą w okresach podpadających naszym wymiarom, w razie nieskończonego trwania musi ruchy owe doprowadzić do stanu spoczynku. Gdyby nawet, jak to napomyka Sir John Herschel, istniał pewien obrót eterycznego środka, odbywający się w kierunku tym samym, co i obroty planet, to i wówczas zatrzymanie się ich, jakkolwiek niezmiernie odroczone, nie byłoby bezwzględnie niemożliwe. Wypadek ten wszakże w każdym razie musi być tak nieuchwytnie od nas odległym, iż nie przedstawia żadnego innego interesu, jak tylko spekulacyjny. Przytoczyliśmy go tutaj po prostu, jako przykład trwającego dotąd dążenia do równowagi zupełnej, a to za sprawą, trwającego dotąd rozpraszania się ruchu wyczuwalnego albo przeobrażania się jego w ruch niewyczuwalny.

Ale w układzie słonecznym odbywa się jeszcze inny rodzaj równoważenia, dotyczący nas bliżej —jest to równoważenie ruchu drobinowego, znanego nam, jako ciepło. Upowszechnione dotąd domniemanie, jakoby słońce mogło nam dawać jednakową ilość światła i ciepła po wszystkie czasy przyszłe — zaczyna tracić wiarę. Domniemanie to istotnie pod pewną przykrywką każe domyślać się możliwości wywiązania się jakiejś siły z niczego. To zaś należy do tego samego porządku wierzeń, co i nieudatne rojenia o wynalazku perpetuum mobile. Upowszechniające się uznanie stateczności siły, a więc przekonanie, że tam, gdzie siła objawia się w jednej postaci, musiała ona przedtem istnieć w innej, pociąga za sobą uznanie tej prawdy, iż siła, poznawana przez nas w promieniowaniu słońca, przedstawia zmienioną postać jakiejś innej siły, której słońce jest siedliskiem i że stopniowe rozpraszanie się promieniowań słonecznych w przestrzeni wyczerpuje powoli ową siłę inną. Siła skupiająca, dzięki której substancja słoneczna podąża ku swemu środkowi ciążenia, jest jedyną, w której ustalone prawa fizyczne pozwalają nam dopatrywać się współzależnika (correlate) sił, wyłaniających się ze słońca: jedynym ze znanych nam źródeł, jakie wskazać możemy dla niewyczuwalnych ruchów, stanowiących słoneczne światło i ciepło, jest ruch wyczuwalny, który znika w ciągu postępującego ześrodkowania substancji słonecznych. Widzieliśmy dawniej, iż z samej hipotezy mgławic wynika, że takie wzrastające ześrodkowywanie substancyj słonecznych odbywać się musi; tutaj zaś pozostaje nam tylko nadmienić o dalszym tejże hipotezy następstwie, że tak samo, jak w wypadku mniejszych członków układu słonecznego, ciepło, wywiązujące się z ześrodkowania, od dawna już w znacznej mierze wypromieniowało w przestrzeń, pozostawiając tylko jakąś resztkę środkową, promieniującą obecnie powoli, tak samo też w wypadku owej niezmierzenie większej masy, tworzącej słońce, niezmierzenie większa ilość ciepła, wywiązującego się obecnie i podległego jeszcze procesowi szybkiego rozpraszania, musi, w miarę zbliżania się koncentracji do jej granic, zmniejszać się ilościowo, pozostawiając jedynie jakąś niewyczuwalną resztkę wewnętrzną. Doktryna o stopniowej utracie ciepła przez słońce zdobyła sobie dziś znaczne upowszechnienie, bez względu na przyjmowanie lub nieprzyjmowanie hipotezy mgławicowego zgęszczania się, której, jak widzieliśmy, jest ona naturalnym następstwem. Dokonano też obrachowań, tak dotyczących zasobu ciepła i światła już wypromieniowanego w porównaniu z tym, jaki pozostał, jak również dotyczących okresu, w ciągu którego promieniowanie czynne trwać jeszcze może. Profesor Helmholtz, wylicza, iż od czasu, kiedy, zgodnie z hipotezą mgławic, materia słońca rozciągała się do orbity Neptuna, wywiązał się z niej, wskutek powstrzymywania ruchu wyczuwalnego, zasób ciepła 454 razy większy, niż ten jaki słońce obecnie posiada. Robi on również przybliżony obrachunek tego, w jakim stosunku rozprasza się ta pozostała 1/454 część ciepła; wykazuje mianowicie, iż zmniejszenie się średnicy słońca o 1/10,000 dałoby, podług stosunków obecnych, ciepła więcej, niż na 2 tysiące lat, czyli, innymi słowy, skurczenie się jego średnicy o 1/20,000,000 wystarcza do wywiązania wysyłanego rok rocznie zasobu światła i ciepła; Na koniec, że w ten sposób, przyjmując obecny stosunek wydatkowania, średnica słońca w ciągu najbliższego miliona lat zmniejszy się o 1/20 [Patrz artykuł „o wzajemności działania sił przyrody” przez prof. Helmholtza, tłumaczony przez prof. Tyndalla i ogłoszony w Philosophical Magazine, w dodatku do tomu XI sesja 4]. Rzecz jasna, iż wnioski te uważać trzeba jedynie, jako dające zaledwie przybliżone pojęcie o prawdzie. Do niedawna byliśmy całkiem nieświadomi, co do chemicznego składu słońca, a i obecnie nawet posiadamy tylko powierzchowną jego znajomość. Nie wiemy nic o budowie jego wewnętrznej; całkiem zaś jest możliwe (jak mniemam — prawdopodobne), iż przypuszczenia, dotyczące gęstości środka, a oparte na wyliczeniach powyższych, są błędne. Ale żadna niepewność danych, z jakich wychodzą owe rachuby, ani też żaden błąd dotyczący stosunku wydatkowanego przez słońce zapasu siły, nie obala tu ogólnego twierdzenia, iż zapas ów wydatkowanym jest istotnie i że z czasem musi się wyczerpać. Jakkolwiek resztka nierozproszonego ruchu słońca może być o wiele większa, niż wywnioskowano powyżej, jakkolwiek szybkość promieniowania może się nie znajdywać, jak to przypuszczano, w stosunku stałym, lecz musi, np., zmniejszać się stopniowo, jakkolwiek wreszcie okres, po którym słońce przestanie dostarczać nam odpowiednich ilości światła i ciepła, jest bardzo prawdopodobnie o wiele większym, niż przypuszczano wyżej, to jednak okres taki musi z czasem upłynąć; my zaś to tylko właśnie mamy tu zauważyć.

Tak więc, układ słoneczny, jeśli się rozwinął z materii rozpierzchłej, uwydatniał nam prawo zrównoważenia przez ustalanie dokładnej równowagi ruchomej; w stanie obecnym uwydatnia on toż prawo przez równoważenie wszystkich swych ruchów. Na koniec uwydatnia on je w procesach, o których trwaniu dotychczasowym wnioskują astronomowie i fizycy. Ruch mas, wywołany w ciągu ewolucji, powoli rozprasza się ponownie w ruchu drobinowym eterycznego środka — tak za sprawa stopniowej integracji każdej masy, jak też i wskutek oporu, jaki ruch jej napotyka w przestrzeni. Jakkolwiek nieskończenie odległym może być ten stan, kiedy wszelkie ruchy mas przeobraża się w ruchy drobinowe, wszelkie zaś ruchy drobinowe się zrównoważą, to jednak taki stan zupełnej integracji i zupełnego zrównoważenia jest właśnie tym, ku któremu niechybnie dążą zmiany, odbywające się obecnie w układzie słonecznym.

§ 172. Postać kulista jest jedyną jaka zrównoważyć może siły wzajemnie ciążących ku sobie atomów. Jeśli skupienie takich atomów posiada ruch wirowy, to forma równowagi staje się sferoida o większym lub mniejszym spłaszczeniu, a to odpowiednio do szybkości obrotu; przekonano się też, że ziemia jest właśnie spłaszczona sferoidą, o tyle odbiegającą od formy kulistej, o ile to potrzebnym jest do zrównoważenia jej siły odśrodkowej, wynikającej z szybkości jej obrotu dokoła osi. To znaczy, iż w ciągu ewolucji ziemi osiągniętą została zupełna równowaga tych sił, które oddziaływają na jej postać ogólną. Jedynym jeszcze procesem równoważenia, który ziemia, jako całość, przedstawić nam może, jest stopniowa utrata jej ruchu osiowego; nie mamy zaś żadnego bezpośredniego dowodu owej utraty. Jednakże prof. Helmholtz utrzymywał, że tarcie przypływów i odpływów, jakkolwiek niedostrzegalnym może być jego działanie w znanych nam okresach czasu, musi powoli zmniejszać ruch wirowy ziemi a z czasem znieść go całkowicie. Otóż, chociaż błędem byłoby twierdzić, że obrót ziemi, może być w ten sposób zniesiony, gdyż ostatecznym skutkiem jaki sprowadzonym by mógł być przez taki proces (przypływów) jedynie po upływie niezmierzonego czasu, byłoby rozciągnięcie dnia ziemskiego na długość jednego obrotu księżyca, to jednak zdaje się być jasnym, że owe tarcie fal i przypływów jest istotna przyczyną zmniejszania się ruchu wirowego (ziemi). Jakkolwiek powolnym jest to działanie, musimy uznać, iż uzmysławia nam ono w innej postaci ów powszechny postęp do równowagi.

Niezbędnym jest zaznaczyć tu szczegółowo, jak wszystkie te ruchy, zrodzone z promieni słonecznych w powietrzu i wodzie na powierzchni ziemskiej, a przez nie i w twardej substancji ziemi, [Zajrzawszy niedawno — z powodu innej kwestii — do „Zarysów astronomji'' sir Johna Herschela, dowiedziałem się dopiero, że już w roku 1833 wygłosił on pogląd, iż ,,promienie słońca są, ostatecznym źródłem wszelkiego prawie ruchu, jaki odbywa się na powierzchni ziemi." Wyraźnie zalicza on tu wszystkie działania geologiczne, meteorologiczna i żywotne, jak również i działania wywoływano przez nas przy spalaniu węgla. Okazuje się więc, iż autorstwo tej ostatniej myśli przypisywano zmarłemu Śtephensonowi niesłusznie.] jak wszystkie one pouczają nas o tej samej prawdzie ogólnej. Oczywiste jest, iż wiatr, fale i prądy, jak również dokonywane przez nie obnażenia i osady, wiecznie uwydatniają nam w wielkich rozmiarach i sposobami niezliczonymi to stopniowe rozpraszanie się ruchów, o jakiem mówiliśmy w § pierwszym, a tym samem uwydatniają one ową dążność do równoważnego układu sił. Każdy z tych ruchów wyczuwalnych, wywołanych bądź bezpośrednio, bądź pośrednio za sprawą integracji ruchów niewyczuwalnych, udzielających się od słońca — zostaje, jak widzieliśmy, podzielony i rozdrobniony na ruchy coraz to mniej wyczuwalne, aż w końcu sprowadza się ostatecznie do ruchów niewyczuwalnych i promieniuje z powierzchni ziemi w postaci drgań cieplikowych. Wszystkie to zawiłe ruchy lotnych płynnych i stałych materii skorupy ziemskiej stanowią zależną równowagę ruchomą. Jak widzieliśmy uprzednio, poprzez wszystkie te ruchy, daje się wyśledzić pewne domyślne skojarzenie rytmów. Nieustanne krążenie wody, rzucanej na ląd, z tego zaś na powrót do oceanu, jest niejako typem owych rozmaitych równoważących się działań, które, wśród wszelkich nieprawidłowości, wynikłych z ich gry wzajemnej, utrzymują pewien poziom przeciętny. Tak w tej równowadze, jak i w innych jej rodzajach — trzeciego już porządku, widzimy, iż siła, rozpraszająca się co chwila, zastępowana jest z zewnętrz, gdyż wznoszenie się i opadanie zasobu równoważonym jest przez większy albo mniejszy wydatek; świadczy o tym np., zależność pomiędzy zmianami magnetycznymi, a cyklem plam słonecznych. Ale najgłówniejszym faktem, jaki tu zauważyć mamy, jest to, iż proces ów coraz bardziej prowadzić musi wszystko do zupełnego spokoju. Owe ruchy mechaniczne, meteorologiczne i geologiczne, ciągle równoważone tak czasowo, wskutek ruchów przeciwnych, jak też i stale, wskutek rozpraszania się ich wszystkich, osłabną powoli w miarę zmniejszania się ilości siły, otrzymywanej od słońca. W miarę tego, jak słabną ruchy niewyczuwalne, dochodzące nas od środka naszego układu, w miarę tego wywoływane tu przez nie ruchy wyczuwalne również muszą słabnąć; aż na koniec, w owej epoce odległej, kiedy ciepło słoneczne przestanie być wyczuwalnym, nie będzie już na powierzchni naszej planety żadnych dostrzegalnych redystrybucji materii.

Tak wiec, ze stanowiska najwyższego, wszystkie zmiany ziemskie są tylko poszczególnymi wypadkami w ciągu równoważenia się kosmosu. Zaznaczono już wyżej (§ 69), iż w liczbie nieustannych zmian, jakim podlega atmosfera skorupy ziemskiej, te, co nie wypływają z ruchu substancji ziemi ku środkowi jej ciążenia, są wynikiem odbywającego się jeszcze ruchu substancji słońca ku jego środkowi ciążenia. Tutaj zauważyć potrzeba, iż owo trwanie dalsze, integracji ziemi i słońca jest dalszym ciągiem tego przeobrażania ruchu wyczuwalnego w niewyczuwalny, które, jak widzieliśmy, kończy się równowagą, i że ostatecznym kresem integracji w każdym wypadku jest dosięgnięcie takiego stanu, w którym nie ma już wcale ruchu wyczuwalnego, mającego się przeobrażać w niewyczuwalny, takiego stanu, w którym siły, wywołujące integrację i siły przeciwne jej stały się równe.

§ 173. Wszelkie ciało żyjące — w czworakiej postaci uwydatnia nam proces, jaki śledzimy obecnie: naprzód — równoważąc co chwila siły swe mechaniczne, następnie — równoważąc w przerwach znaczniejszych organiczne czynności, dalej —objawiając w ciągu lat równowagę zmian swego stanu odpowiednio do zmian warunków, i na koniec — objawiając ją w zupełnym powstrzymaniu ruchów życiowych po śmierci. Rozważmy zjawiska, odnoszące się do czterech tych działów. Ruch wyczuwalny, stanowiący istotę każdego z widomych działań organizmu, ustaje rychło za sprawą jakiejś siły przeciwnej, pochodzącej z wnętrza ustroju lub z zewnątrz. Gdy podnosimy ramię, wtedy ruchowi, jaki mu nadajemy, sprzeciwia się częścią przyciąganie ziemi, częścią zaś opór wewnętrzny, wynikający z budowy ustroju, tak iż, w ten sposób, ruch ten, podlegając ciągłemu uszczupleniu kończy się wówczas, gdy ramię dosięgnie położenia, w którym siły jego są zrównoważone. Granice pomiędzy skurczem i rozkurczem serca wskazują nam na chwilową równowagę pomiędzy natężeniami mięśni wywołujących, te dwa przeciwne sobie ruchy: za każdą zaś falą krwi musi bezpośrednio następować druga, gdyż inaczej szybkie rozproszenie się jej momentu rychło powstrzymało by masę krążącego płynu. Tak tedy, zarówno w działaniach i przeciwdziałaniach narządów wewnętrznych, jak też w mechanicznym ustatkowaniu się całego ciała odbywa się w każdej chwili stopniowe równoważenie ruchów, co chwila się wywiązujących. Czynności organiczne, rozpatrywane w ich skupieniu, tworzące jak gdyby jednolity szereg, stanowią pewną zależną równowagę ruchomą, w której siła poruszająca rozprasza się wiecznie za sprawą szeregu szczególnych, a przed chwilą uwydatnionych, zrównoważeń i wiecznie odnawia się kosztem zapasów, na nowo czerpanych. Pożywienie jest jakby magazynem siły, z którego natężenie czynności życiowych ustawicznie bierze tyle, ile mu odbierają te czynności dla pokonania sił przeciwnych. Wszystkie podtrzymywane w ten sposób ruchy czynnościowe są, jak widzieliśmy, rytmiczne (§ 85); ze skojarzenia zaś ich powstają rytmy złożone rozmaitej długości i zawiłości. W tych prostych i złożonych rytmach uwydatnia się sprawa równoważenia nie tylko u kresu wszelkiego rytmu, ale i w fakcie zwykłej oporności pewnego stałego natężenia tych rytmów, oraz w przywróceniu tej normy stałej wtedy, gdy przypadkowe przyczyny spowodują jakieś zboczenie. Kiedy np., następuje znaczny wydatek ruchu wskutek działalności mięśniowej, wówczas jako reakcja, ukazuje się zapotrzebowanie owych zapasów ruchu utajonego, rozproszonych w postaci materii odżywczej po tkankach; przyśpieszony oddech i obieg krwi są tu narzędziem tego niezwykłego wywiązywania się siły, równoważącego niezwykłe jej rozproszenie. Za takim nadzwyczajnym przeobrażeniem ruchu drobinowego w ruch wyczuwalny idzie zaraz niezwykłe pochłanianie pożywienia — będącego źródłem ruchu drobinowego; nadto skłonność do przedłużania spoczynku, w ciągu którego wynagradza się wydatek, proporcjonalną jest do dłuższego lub krótszego szafowania zaoszczędzonym kapitałem ustroju. Jeżeli zboczenie od zwykłego biegu czynności było tak wielkie, iż wprowadziło tam zakłócenia, jak np., kiedy zbyt silne ćwiczenie wywoła utratę snu i apetytu, to i wówczas jeszcze równowaga bywa przywróconą. Byleby tylko zaburzenie nie obaliło równowagi czynności i nie zniszczyło życia (w którym to wypadku dokonywa się nagłe zrównoważenie),—a zwykły bieg rzeczy powoli zostanie przywróconym: powracający apetyt zaostrza się w stosunku prostym do tego, jak wielkie było spustoszenie, zaś długi i spokojny sen wynagradza uprzednie czuwanie. Nawet takie wypadki skrajne, kiedy jakieś nadużycie sprowadzi w organizmie pewien nieład, nie dający się całkowicie usunąć, nie stanowią wyjątku od ogólnego prawa; w takich bowiem wypadkach po pewnym czasie przebieg czynności ustroju zrównoważy się dokoła jakiegoś nowego przeciętnego stanu, który przeto staje się normalnym stanem osobnika. Tak więc, pośród zawiłych zmian, stanowiących życie organiczne, dana siła zakłócająca, która wytwarza nadmierną zmianę w pewnym kierunku, zostaje stopniowo zmniejszona i zobojętniona przez siły przeciwne, dokonywające potem zmiany w kierunku odwrotnym, a w ten sposób po dłuższych lub lub krótszych wahaniach, przywracające zwykły stan rzeczy. Sprawa ta stanowi właśnie to, co lekarze nazywają vis medicatrix naturae (lecznicza siła przyrody). Trzecia postać równoważenia, ukazująca się w ciałach organicznych, jest niezbędnym następstwem tej, którą poznaliśmy przed chwilą. Kiedy wskutek zmiany rodzaju życia lub okoliczności, jakiś organizm stale poddawany będzie pewnym nowym wpływom albo też nowemu natężeniu wpływu dawnego, wówczas, po mniejszym lub większym zakłóceniu rytmu w organizmie następuje ustatkowanie się jego dokoła nowej normy organicznej, wytworzonej dzięki temu nowemu wpływowi. Tak samo, jak czasowe zboczenia rytmów organicznych równoważą się, dzięki zboczeniom przeciwnego rodzaju, tak samo też istnieje zrównoważenie ich stałych zboczeń za pomocą również stałych zboczeń przeciwnych. Jeśli ilość ruchu, jaki zwykle ma wywiązywać się w danym mięśniu, stanie się większą, niż przedtem, to zwiększy się również ilość jego pożywienia. Jeśli wydatek siły mięśnia większym jest w stosunku do jego odżywiania się, niż taki sam wydatek w innej części ustroju, to nadmiar odżywiania się staje się takim, iż mięsień może jeszcze rosnąć; ustanie zaś tego wzrostu jest właśnie ustaleniem się równowagi pomiędzy dzienną stratą i odnową — pomiędzy dziennym wydatkiem siły, a zapasem nabywanej codziennie siły utajonej. Podobnie też musi się dziać ze wszystkimi zmianami organicznymi, będącymi wynikiem zmiany klimatu lub pożywienia. Jest to wniosek, jaki śmiało możemy wyciągnąć, nie wiedząc wcale o szczególnych układach ponownych (rearrangements), dokonywanych przez równoważenie. Gdy widzimy, że za pewnym odmiennym rodzajem życia, po jakimś okresie zaburzeń czynnościowych, idzie w ślad jakiś zmieniony stan (condition) całego układu — kiedy widzimy, że ów stan zmieniony, ustalając się powoli, ciągnie się bez żadnych zmian dalszych, wówczas nie mamy innego wyboru, jak tylko oświadczyć, iż nowe siły, które zaczęły oddziaływać na dany system (ustrój), zrównoważone zostały za pomocą sił przeciwnych, przez nie rozwiniętych. Takim właśnie jest wytłumaczenie sprawy, zwanej przez nas przystosowaniem. Na koniec, każdy organizm uwydatnia nam to samo prawo w życiu swym, wziętym jako całość. Zrazu pochłania on dziennie, w postaci pożywienia pewien zasób siły, większy, niż ten, jaki wydatkuje; nadmiar zaś jej równoważy się wzrostem ustroju. W miarę zbliżania się dojrzałości, ten nadmiar sił zmniejsza się, i w organizmie doskonałym dzienne pochłanianie ruchu utajonego (potencjalnego) równoważy dzienne wydatki ruchu rzeczywistego. To znaczy, iż przez cały wiek dojrzałości objawia się nam ciągle równowaga trzeciego porządku. Jeśli niekiedy utrata dzienna zaczyna przeważać zysk, to następuje pewne zmniejszenie natężenia funkcji; rytmy organiczne, w obu kierunkach, coraz mniej przekraczają stan średni, w końcu nadchodzi owo zupełne zrównoważenie, zwane przez nas śmiercią.

O ostatecznym stanie budowy, towarzyszącym temu ostatecznemu stanowi funkcji, ku jakiemu dąży organizm, tak odnośnie do osobników, jak i całego gatunku, wnioskować można z pewnego twierdzenia, wyrażonego w § wstępnym niniejszego rozdziału. Widzieliśmy, iż kresem różnorodności jest dokładne zrównoważenie się danego skupienia, tak że redystrybucja materii może trwać dopóty tylko, dopóki pozostaje jakiś ruch niezrównoważony; wynikiem zaś tego, jak widzieliśmy, jest to, iż ostateczny układ budowy musi być taki, iżby pozwalał skupieniu stawić czoło wszystkim, działającym nań siłom, a to za pomocą równoważnych sił przeciwnych. Jakiż tedy wniosek tkwi tutaj domyślnie w wypadku, gdy idzie o skupienie organiczne, którego równowaga jest ruchomą? Widzieliśmy, iż utrzymanie takiej równowagi ruchomej wymaga zwykle wywiązywania się sił wewnętrznych, odpowiedniego pod względem liczby kierunków i natężenia oddziaływającym siłom zewnętrznym — wymaga takiej liczby czynności wewnętrznych, bądź pojedynczych, bądź skojarzonych, jaką jest liczba pojedynczych albo skojarzonych działań zewnętrznych, którym czoło stawić potrzeba. Ale czynności są wspólzależnikami (correlatives) narządów; natężenia czynności, caeteris paribus,—współzależnikami objętości narządów; skojarzenia zaś czynności są współzależnikami związków, jakie pomiędzy narządami istnieją. Stąd to złożoność budowy, towarzysząca zrównoważeniu czynności, da się określić, jako taka, w której istnieje tyle części szczególnych, iżby zdolnymi były łącznie i w odosobnieniu przeciwdziałać połączonym i oddzielnym siłom, wśród jakich istnieje organizm. To zaś stanowi właśnie kres organicznej różnorodności, ku któremu człowiek zbliżył się bardziej, niż jakiekolwiek ze stworzeń.

Grupy ustrojów objawiają również w sposób bardzo oczywisty tą powszechną skłonność do równowagi. W § 85 wykazano, iż wszelkie zwierzę i roślina nieustannie podlegają rytmicznej zmianie liczby— już to wznoszącej się po nad zwykły poziom, wskutek obfitości pożywienia i nieobecności wrogów, już też obniżającej się pod wpływem braku pożywienia i obfitości nieprzyjaciół. Tutaj zaś zauważyć mamy, iż w ten sposób utrzymuje się równowaga pomiędzy sumą sił powodujących wzrost danej rasy, oraz suma takich sił jakie sprowadzają jej uszczuplenie. Granicą tych przemian jest w jednym i drugim wypadku punkt, na którym jedna grupa sił, górująca przedtem nad drugą zostaje przez nią zrównoważona. Na koniec, pomiędzy tymi wahaniami, będącymi wynikiem ich starcia, zawiera się przeciętna liczba gatunku, której dążność do powiększenia się znajduje przeciwwagę w krępujących dążnościach otoczenia. Nie może też podlegać wątpliwości, że owo równoważenie się sił ochronnych i destrukcyjnych, jakich oddziaływanie widzimy na każdej rasie, musi odbywać się niechybnie, gdyż zwiększanie się liczby musi trwać dopóty, dopóki nie powstrzyma go wzrost śmiertelności, zaś zmniejszanie się jej trwać musi, dopóki albo nie powstrzyma go płodność rasy, albo też nie nastąpi całkowity jej zanik.

§ 174. Równoważenie się działań nerwowych, stanowiących to, co znamy, jako życie umysłowe, można takiej samej poddać klasyfikacyj jak i równoważenie się tego, co znamy pod imieniem cielesnego życia. Możemy też objawy owego równoważenia się roztrząsać tu w takim samym porządku.

Wszelkie uderzenie (pulse) siły nerwowej, wywiązującej się co chwila, (wykazano zaś w § 86, że prądy nerwowe nie są ciągłe, ale rytmiczne) spotyka się z działaniem sił przeciwnych, na pokonanie których i zrównoważenie zostaje zużyte.

Śledząc współzależność i równoważność sił, widzieliśmy, iż każde czucie i wzruszenie, albo raczej każda część ich, pozostająca po wywołaniu skojarzonych wyobrażeń i uczuć, zużytkowuje się na wytwarzanie zmian cielesnych, skurczów mięśni gładkich, mięśni prążkowanych lub jednych i drugich, jak również pewnego podniecenia narządów wydzielinowych. Że ruchy, rozpoczęte w ten sposób, zawsze ustają w końcu, w skutek działania wywołanych przez się sił przeciwnych, to zaznaczono już wyżej, tutaj zaś potrzeba zauważyć, iż to samo stosuje się również do wywołanych w ten sposób, zmian nerwowych. Rozmaite zjawiska dowodzą nam, że powstawanie myśli lub uczucia zawsze każe przypuszczać pokonywanie jakiegoś oporu: za dowód może posłużyć ten fakt, że tam gdzie skojarzenie pewnych stanów duchowych nie zdarzało się często, tam niezbędnym jest pewien widoczny wysiłek dla wywołania jednego z tych stanów po drugim; dowodem, dalej, jest fakt, iż podczas upadku energii nerwowej spostrzegamy względną niezdolność myślenia — wyobrażenia nie podążają przy tym ze zwykłą sobie szybkością; dowodem, w końcu, jest zjawisko przeciwne, iż w chwilach energii niezwykłej, przyrodzonej lub sztucznej, „tarcie się" myśli staje się stosunkowo małe i że tworzą się wówczas liczniejsze, dalsze i trudniejsze skojarzenia wyobrażeń. To znaczy, iż wywiązująca się w każdej chwili fala energii umysłowej szerzy się w ciele i mózgu po tych właśnie przewodach, które w warunkach danej chwili, są liniami najmniejszego oporu, oraz że, rozchodząc się szeroko, odpowiednio do swego natężenia, fala owa znika tylko wtedy, gdy gdziekolwiek napotka opór równoważny. Jeśli rozpatrywać będziemy całogodzinne lub dzienne trwanie czynności duchowych, to wykryjemy i tu objawy równoważenia się, podobne tym, jakie zdarzają się w ciągu dziennego lub godzinowego trwania czynności cielesnych. Tak w jednym jak w drugim wypadku, spostrzegamy rytm, wskazujący, iż następuje tam równoważenie się sił przeciwnych u każdego z dwóch krańców, i że utrzymuje się pewna równowaga ogólna. Widzi się to właśnie w kolejnym następstwie duchowej działalności i spoczynku, przy czym siły, zużytkowane podczas pierwszego stanu, wynagrodzonymi zostają przez siły, nabyte w drugim. Spostrzega się to również w powtarzającym się wznoszeniu i opadaniu wszelkich pożądań: każde z nich dosięgnąwszy pewnego natężenia, zrównoważonym zostaje bądź przez wyładowanie na czynność pożądaną siły, która je zrodziła, bądź też, w stopniu mniej zupełnym, przez wyobrażenie tejże czynności; sprawa zaś ta kończy się owym przesytem, albo owym względnym spokojem, tworzącym przeciwległy kraniec rytmu. To samo uwidocznia się wreszcie pod dwojaką postacią w wypadkach silnej radości lub bólu. Wszelki napad namiętności, wyrażającej się w żywych poruszeniach ciała, dosięga naprzód jednego krańca, gdzie siły przeciwdziałające zmuszają go powrócić do stanu umiarkowanego podniecenia. To też napady następne, odznaczając się natężeniem coraz mniejszym, kończą się pewną równowagą duchową, bądź podobną do uprzedniej, bądź też cokolwiek od niej się różniącą swym przeciętnym stanem. Bardziej szczegółowo wszakże zaznaczyć tu potrzeba ów rodzaj duchowego zrównoważenia, jaki się ukazuje w utrwaleniu się pewnej odpowiedniości pomiędzy stosunkami, naszych stanów świadomych oraz stosunkami świata zewnętrznego. Wszelki zewnętrzny związek zjawisk, do postrzegania którego jesteśmy zdolni rodzi, dzięki nagromadzonemu doświadczeniu, pewien wewnętrzny związek stanów duchowych. Wynikiem zaś, do którego dąży ten proces, jest wytwarzanie się duchowego związku, posiadającego względną siłę, która odpowiada względnej stałości odnośnego związku zjawisk fizycznych. Zgodnie z prawem ogólnym, że ruch podąża po linii najmniejszego oporu, i że, caeteris paribus, pewien kierunek, obrany przez ruch, łatwiej stać się może drogą tegoż ruchu w przyszłości, widzieliśmy, iż łatwość podążania jednego z wrażeń nerwowych za drugim jest, caeteris paribns, tym większą, im częściej wrażenia te powtarzały się razem w świadomości. Stąd to, odpowiednio np., do takiej niezmienności stosunku, jaka istnieje pomiędzy, oporem danego przedmiotu i jego rozciągłością, w świadomości naszej powstaje pewien nierozerwalny związek; związek zaś ten, będąc tak bezwzględnym (stałym) wewnątrz nas, jak odpowiadający mu związek (zjawisk) na zewnątrz, nie podlega żadnej dalszej zmianie: stosunek wewnętrzny znajduje się tu w doskonałej równowadze z zewnętrznym. Przeciwnie, dzieje się z tej samej przyczyny, iż odpowiednio do tak niepewnych stosunków zjawisk, jak te, co zachodzą pomiędzy obłokami a deszczem, powstają również niepewne ustosunkowania wyobrażeń. Jeżeli zaś, wobec pewnego widoku nieba, skłonność nasza do wywnioskowania o jasnej lub chmurnej pogodzie odpowiada częstości wypadków jasnej lub chmurnej pogody, związanej z takim widokiem, to znaczy, że tutaj nagromadzone doświadczenia zrównoważyły następstwo stanów duchowych z następstwem zjawisk fizycznych. Gdy się przypomni, iż pomiędzy owymi krańcami (stałości stosunków) istnieją niezliczone rzędy związków zewnętrznych, odznaczających się rozmaitym stopniem stałości, i że w ciągu rozwoju umysłowości powstają też odpowiednie skojarzenia wewnętrzne o rozmaitych stopniach spoistości, wówczas spostrzeże się, że istnieje pewien postęp w kierunku równowagi pomiędzy stosunkami myśli a stosunkami rzeczy. Równoważenie się to może się skończyć tylko wtedy, gdy wszelki stosunek rzeczy zrodzi w nas taki stosunek myśli, iżby w odpowiednich warunkach ukazywał się on tak niechybnie, jak i stosunek rzeczy. Przypuszczając, iż stan taki będzie osiągniętym (co wszakże możebnym jest w nieskończenie dalekiej przyszłości), znajdziemy, iż doświadczenie przestanie już wywoływać dalszy rozwój duchowy: osiągnie się wtedy doskonalą odpowiedniość pomiędzy wyobrażeniami a faktami, a duchowe przystosowanie się człowieka do jego warunków będzie zupełnym. Podobne też prawdy ogólne ukazują się nam w sprawie przystosowywania się moralnego, które jest ciągłym zbliżaniem się do równowagi pomiędzy wzruszeniami a rodzajami postępowania, wymaganego przez warunki zewnętrzne. Związki uczuć i postępków określają się w ten sam sposób, co i związki wyobrażeń. Zupełnie tak samo, jak powtarzanie się skojarzenia dwóch wyobrażeń, ułatwia wywoływanie jednego z nich przez drugie, tak samo wszelkie wyładowanie się uczucia w pewien postępek łatwiejszym czyni wyładowania się takiegoż uczucia w takież postępki. Jeśli więc osobnik jakiś stale podlega pewnym warunkom, wymagającym od niego więcej działania jakiegoś szczególnego rodzaju, niż to wymaganym było uprzednio, albo niż to jest jemu właściwym — jeśli ucisk jakichś uczuć bolesnych, wywołanych nieuwzględnieniem tych warunków, przeszkadza mu wykonywać owo działanie na większą skalę i jeśli po każdym częstszym lub dłuższym wykonywaniu go, pod takim uciskiem, opór staje się cokolwiek mniejszym, tedy odbywa się tu widocznie postęp w kierunku równowagi pomiędzy popytem na ów rodzaj działania i jego podażą. Bądź w nim samym, bądź też w jego potomstwie, żyjącym ciągle w owych warunkach, przymusowe powtarzanie musi ostatecznie sprowadzić taki stan rzeczy, w którym ten sposób skierowywania energii nie będzie bardziej odrażającym, niż rozmaite inne sposoby, dawniej już wrodzone rasie. Stąd to, granicą, ku której wiecznie dąży wszelka przemiana wzruszeń i ku której ustawicznie zbliżać się musi (jakkolwiek dosięgnie jej tylko w przyszłości, nieskończenie dalekiej) jest takie skojarzenie pożądań, jakie odpowiadałoby wszelkim rozmaitym porządkom działalności, wymaganym przez warunki życia — pożądań siłą swoją odpowiadających potrzebie owych porządków działalności i zaspakajanych przez nie. Posiadamy nieskończoną ilość przykładów tego postępującego przystosowywania się w tym, co odróżniamy pod imieniem nałogów nabytych, oraz w obyczajowych różnicach ras i narodów, w różnicach, wytworzonych przez owe nałogi, trwające w ciągu pokoleń; przystosowywanie się to ustać może tylko wraz z utrwaleniem zupełnej równowagi pomiędzy ustrojem a warunkami.

Być może, iż niektórzy nie będą w stanie dostrzec, w jaki sposób opisane tu objawy równoważenia się klasyfikowanymi być mogą razem z objawami poprzedzającymi, że nadto skłonni będą utrzymywać, iż to, co przedstawiono tu, jako fakty, jest tylko szeregiem analogij. Niemniej wszakże zrównoważenia takie są zarówno zjawiskami fizycznymi, jak i inne. Całkowite wykazanie tego wymagałoby bardziej szczegółowego rozbioru, niż ten, w jaki się tu możemy wdawać. Na teraz wystarczyć musi, gdy, tak jak przedtem (§ 71), zaznaczymy, iż to, co podmiotowo poznajemy, jako stany świadomości, przedmiotowo przedstawia rozmaite rodzaje (modes) siły; że dany zasób czucia, jest współzależnikiem danego zasobu ruchu; że wykonywanie pewnej czynności ciała jest przeobrażeniem się pewnego zasobu czucia w pewien równoważny zasób ruchu; że owa czynność ciała spotyka się z siłami, na pokonanie których się zużytkowuje i że niezbędność częstego powtarzania tej czynności każe przypuszczać częsty powrót sił, mających być pokonywanymi. Stąd istnienie w danym osobniku pewnej podniety emocjonalnej, będącej w stanie równowagi względem pewnych wymagań zewnętrznych, jest literalnie zwykłem wytwarzaniem się jakiejś szczególnej części energii nerwowej, równoważnej, co do natężenia, z jakimś porządkiem spotykanych zazwyczaj oporów zewnętrznych. To też stanem ostatecznym, tworzącym granicę dążeń ewolucji, jest taki stan, w którym rodzaje i ilości energii duchowej, wywiązującej się dziennie i przeobrażającej w ruchy, będą równoważne, czyli pozostaną w równowadze z rozmaitymi porządkami i stopniami sił zewnętrznych, ruchom owym przeciwdziałających.

§ 175. Wszelkie społeczeństwo wzięte, jako całość, ukazuje nam ów proces równoważenia w ustawicznym przystosowywaniu się jego ludności do środków utrzymania. Oczywiste jest, iż liczebność jakiegoś plemienia ludzi, żyjących kosztem dzikich zwierząt i owoców, tak samo jak liczebność wszelkiego plemienia istot niższych wiecznie waha się dokoła przeciętnej ilości, jaką utrzymać może dana miejscowość. Jakkolwiek, dzięki wytwarzaniu sztucznemu i stopniowym, jego ulepszeniom, rasa wyższa zmienia granice, jakie zaludnieniu jej narzucają warunki zewnętrzne, to jednak, po dosięgnięciu granicy, w danym czasie możliwej, zaludnienie to przestaje wzrastać. Prawda, że tam, gdzie granica zmienia się tak szybko, jak np., wśród społeczeństw ucywilizowanych, nie widzimy żadnego istotnego powstrzymania rozrostu: istnieje tam tylko rytmiczna zmienność mnożności. Ale, zaznaczając przyczyny owej zmiany rytmicznej — śledząc, jak w ciągu okresów obfitości wzrasta liczba małżeństw, jak zmniejsza się ona w okresach niedostatku, ujrzymy, iż siła rozrostu wzmaga się niezwykle, gdy tylko osłabnie siła krępująca i vice versa. Tak więc, obie są o tyle bliskimi równowagi, o ile pozwala na to zmienność warunków.

Nie mniej jasno uwydatniają tę zasadę ogólną działania wewnętrzne, stanowiące istotę społecznych czynności. Podaż i popyt przystosowują się ciągle do siebie we wszystkich sprawach przemysłowych, zaś równoważenie się to daje się wytłumaczyć w taki sam sposób, jak i poprzedzające. Wytwarzanie i rozkład rozmaitych wytworów jest wyrazem pewnego skupienia sił, wywołujących szczególne rodzaje i natężenia ruchu. Cena owych wytworów jest miarą pewnego innego skupienia sił, wyładowanych przez kupującego je pracownika w innych rodzajach i natężeniach ruchu. Na koniec, zmiany cen przedstawiają rytmiczne wahania owych sił. Wszelkie wzniesienie się lub spadek stopy procentu, albo zmiana wartości jakiejś szczególnej rękojmi każą przypuszczać starcie się sił, z których jedna, uzyskawszy czasową przewagę, wywołujo ruch, powstrzymywany niebawem, lub zrównoważony przez spotęgowanie sił przeciwnych; w granicach zaś owych wahań dziennych i godzinowych leży jakaś, wolniej się zmieniająca, wielkość przeciętna, w kierunku której dana wartość wiecznie podąża i której dosięgłaby, gdyby nie ciągła domieszka wpływów nowych. Tak jak w ustroju osobnika, tak też; i w ustroju społecznym, owe akty równoważenia się czynności wywołują objaw równoważenia się budowy. Gdy w danej gałęzi handlu objawi się zwiększony popyt na pewną pracę i kiedy w zamian za zwiększoną podaż odpowiednim pracownikom dostarczy się pewnego zasobu innych wyrobów, większego niż zwykle, kiedy wskutek tego pokonywana przez nich trudność utrzymania życia, stanie się mniejszą, niż dla innych pracowników, wówczas objawia się przypływ nowych sił roboczych do tej samej gałęzi przemysłu. Przypływ ten trwa ciągle, dopóki spotyka się z nadmierną podażą; fale jego sięgają tak daleko, iż trudność otrzymywania danej ilości produktu w tym nowoobranym zatrudnieniu stanie się równie wielką, jak i w zatrudnieniach, opuszczonych przez nowo-zaciężnych. Odbywanie się ruchu po liniach najmniejszego oporu, jak wykazaliśmy wyżej, powoduje wzrost ludności w tych miejscach, gdzie najmniejszą jest praca, niezbędna do utrzymania się; tutaj zaś widzimy dalej, iż jednostki, zatrudnione w takiej korzystnej miejscowości lub korzystnym interesie, muszą się mnożyć, aż dopóki nie powstaje przybliżona równowaga pomiędzy tą miejscowością lub interesem, oraz innymi, dostępnymi dla tych samych obywateli. W określeniu zawodu każdego młodzieńca widzimy ocenianie przez rodziców wszelkich dostępnych korzyści powołania oraz wybór najbardziej obiecującego z nich; dzięki zaś wynikającemu stąd napływowi nowych pracowników do tych dziedzin przemysłu, które w danym czasie są najzyskowniejsze oraz dzięki odciąganiu pracowników od gałęzi, cierpiących na zbytek rąk, zapewnioną bywa pewna równowaga ogólna pomiędzy siłą, wszelkiego organu społecznego a czynnością, jaką tenże ma wykonywać.

Rozmaite przemysłowe działania i oddziaływania, zmieniające się tak ustawicznie, stanowią zależną równowagę ruchomą podobną tej, jaka się utrzymuje pomiędzy czynnościami organizmu jednostki. Nadto, równowaga ta odpowiada też; tamtej i pod względem swego dążenia do coraz większej doskonałości. W ciągu wcześniejszych stadiów społecznego rozwoju, gdy jeszcze przyrodzone bogactwa miejscowości nie są zbadane, sposoby zaś wytwórczości nierozwinięte, nie spostrzegamy nic więcej, nad czasowe i cząstkowe równoważenie się takich działań, a to w formie przyśpieszenia lub opóźnienia wzrostu. Ale gdy społeczeństwo zbliży się do dojrzałości swego typu, wówczas rozmaite działania przemysłowe przechodzą w stan, względnie stały. Co więcej, zauważyć wówczas można, iż postępy organizacji, jak również postępy wzrostu, prowadzą do lepszej równowagi czynności przemysłowych. Kiedy upowszechnienie wiadomości handlowych odbywa się powoli, a środki przewozu są niedostateczne, wówczas przystosowanie podaży do popytu jest bardzo niedokładne: wielka nadprodukcja każdego z wytworów, po której następuje wielki ich niedostatek, przedstawiają pewien rytm, którego dwa krańce zbyt znacznie oddalają się od stanu średniego, odpowiadającego równowadze podaży i popytu. Ale gdy się ukażą dobre drogi, gdy się rozpocznie szybkie upowszechnienie drukowanych albo pisanych wiadomości, a jeszcze bardziej, gdy powstaną drogi żelazne i telegrafy, gdy periodyczne targi dawniejsze ustąpią miejsca targom tygodniowym, te zaś — codziennym, wówczas stopniowo wytwarza się lepsza równowaga pomiędzy wytwarzaniem a spożyciem. Po nadmiernym popycie o wiele prędzej następuje wówczas zwiększona podaż, szybkie zaś wahania ceny w ciasnych granicach dokoła pewnego względnie jednostajnego środka wskazują na rychłe zbliżanie się do równowagi. Oczywiście, granicą tego postępu przemysłowego jest to, co Mr. Mill nazwał „the stationary state" (stanem zastoju). Gdy ludność będzie dość gęstą we wszystkich mieszkalnych częściach kuli ziemskiej, gdy przyrodzone bogactwa wszystkich krajów zostaną całkowicie zbadane i kiedy środki wytwarzania nie będą już dopuszczały żadnych ulepszeń, wówczas będzie musiała nastąpić prawie zupełna równowaga, zarówno pomiędzy płodnością i śmiertelnością danego społeczeństwa, jak też pomiędzy jego działalnością wytwórczą a spożywcza. Wszelkie społeczeństwo zdradzać będzie tylko mniejsze zboczenia od swej liczby przeciętnej, zaś rytm jego czynności przemysłowej będzie trwał z dnia na dzień, z roku na rok, podlegając nieznacznym tylko zakłóceniom. Granica ta wszakże, jakkolwiek zbliżamy się ku niej nieuchronnie, jest nieskończenie od nas odległą i nigdy bezwzględnie osiągniętą być nie może. Zaludnianie ziemi do owego przypuszczalnego stopnia nie będzie się mogło odbywać przez proste rozpraszanie się łudzi. W przyszłości, tak samo jak w przeszłości, sprawa ta odbywać się będzie rytmicznie falami wychodźstwa z nowych i wyższych centrów cywilizacyj, kolejno powstających, oraz dzięki zastępowaniu ras niższych przez wyższe. Sprawa ta odbywać się musi niezmiernie powoli. Nie zdaje się też, aby podobna równowaga mogła, jak napomyka Mr. Mill, być punktem wyjścia dla dalszej umysłowej i obyczajowej kultury; zdaje się raczej, iż zbliżenie się do owej granicy będzie musiało nastąpić współcześnie ze zbliżeniem się do zupełnej równowagi pomiędzy natury człowieka a warunkami jego istnienia.

Rozważyć tu trzeba inny jeszcze rodzaj społecznego zrównoważenia, ten mianowicie, jaki wynika z ustanowienia instytucyj rządzących, a jaki staje się zupełnym wówczas, gdy instytucje owe zgadzają się z żądaniami narodu. W sprawach politycznych, zarówno jak w przemysłowych, istnieją popyt i podaż. Tak w jednym też, jak w drugim wypadku, siły przeciwdziałające wywołują rytm, który, odznaczając się zrazu niezmiernie wielkimi wahaniami, przechodzi z wolna w stan pewnej równowagi ruchomej o względnej regularności. Popędy napastnicze, odziedziczone z okresu przedspołecznego — skłonności do szukania własnego zadowolenia, bez względu na krzywdę istot innych, właściwe życiu zaborczemu, stanowią właśnie pewna siłę antyspołeczną, dążącą wiecznie do wywoływania starcia, a niekiedy rozdziału obywateli. Przeciwnie, pragnienia, które zaspokoić można tylko siłami zjednoczonymi, jak również uczucia, znajdujące zadowolenie w obcowaniu z bliźnim, oraz uczucia, których wynikiem jest to, co nazywamy lojalnością, są to siły, dążące do zespolenia członków danego społeczeństwa. Z jednej strony, w każdym z obywateli istnieje większy lub mniejszy opór przeciwko ograniczeniom, jakie na postępki jego wkładają, inni obywatele i opór, który, dążąc ciągle do rozszerzenia zakresu działań osobnika i do ograniczenia zakresu działań innych osobników, stanowi pewna siłę odpychającą, wzajemnie wywieraną przez członków danego społecznego skupienia. Z drugiej strony, sympatia ogólna człowieka dla człowieka i bardziej szczególna sympatia każdej odmiany ludzi ku innym przedstawicielom tejże odmiany, jak również inne uczucia pokrewne, które zadowala stan społeczny, działają, jako siła przyciągania, dążąca wiecznie do zespolenia jednostek, mających wspólnego przodka. Ponieważ zaś opór, jaki, żyjąc oddzielnie, pokonywać trzeba dla zaspokojenia całości swych pragnień, jest większy niż opór, jaki trzeba pokonać przy życiu wspólnym, pozostaje przeto pewien nadmiar siły, zapobiegający rozdziałowi obywateli. Siły, jakimi przeciwdziałają sobie jednostki, tak samo, jak wszystkie inne siły przeciwdziałające, wytwarzają pewne ruchy przemienne, zrazu zbyt wielkie, lecz zmniejszające się stopniowo w drodze do równowagi ostatecznej. W społeczeństwach małych, nierozwiniętych za sprawą owych ścierających się dążeń, powstają wybitne rytmy. Dane plemię, którego członkowie trzymali się razem w ciągu jednego lub dwóch pokoleń, dosięga pewnej objętości, wobec której przestaje żyć wspólnie i przy pierwszym też wypadku, wywołującym wzajemne przeciwieństwa pomiędzy jego członkami, plemię to dzieli się na części. Każdy naród pierwotny, zależnym będąc wielce, pod względem ciągłości swej spójni, od charakteru wodza, ukazuje nam rozległe wahania od jednego krańca, kiedy poddani podlegają surowym ograniczeniom, do drugiego, kiedy ograniczenia te nie są w stanie zapobiec zaburzeniom. W narodach wyżej rozwiniętych, takiego samego typu, widzimy zawsze gwałtowne działania i przeciwdziałania tej samej rdzennie natury —„despotyzm, miarkowany przez morderstwo," cechuje taki stan polityczny, w którym nieznośny ucisk od czasu do czasu doprowadza do zerwania wszelkich więzów. Już z tego pospolitego faktu, że po okresie tyranii następuje zwykle okres samowoli i vice versa, widzimy, jak te przeciwne siły wiecznie się ze sobą równoważą; w dążności zaś owych ruchów i przeciw-ruchów do coraz większego umiarkowania, widzimy, iż równoważenie się to postępuje w kierunku doskonałości. Starcia pomiędzy konserwatyzmem (walczącym o skrępowanie jednostki przez społeczeństwo) i reformą (która walczy o swobodę jednostki wobec społeczeństwa) odbywają się w granicach coraz to ciaśniejszych, tak że czasowa przewaga jednego z nich coraz mniej zbacza od stanu średniego. Sprawa ta która, wśród ludów cywilizowanych posunęła się tak daleko, iż wahania są stosunkowo nieznaczne, trwać musi dopóki równowaga pomiędzy siłami przeciwnymi nieskończenie nie zbliży się do doskonałości. Jak widzieliśmy bowiem, przystosowanie się natury człowieka do warunków jego istnienia nie może ustać wcześniej, aż siły wewnętrzne, znane nam, jako czucia (feelings) zrównoważą się z siłami zewnętrznymi, jakie napotykają. Ustalenie się zaś tej równowagi jest dojściem do takiego stanu natury człowieka i organizacji społecznej, iżby osobnik nie posiadał żadnych innych pragnień, oprócz tych, jakie zadowolić może, nie przekraczając właściwej sobie sfery działania i aby społeczeństwo nie narzucało żadnych ograniczeń, oprócz tych, jakie jednostka uznaje dobrowolnie. Stopniowe rozszerzenie wolności obywateli, oraz usuwanie ograniczeń państwowych są to właśnie stadia, przez które zbliżamy się do owego stanu. Na koniec, ostateczne zniesienie wszelkich granic, krępujących wolność osobistą, z wyjątkiem tych, jakie nakłada na nas takaż wolność ogółu, wyniknąć musi z zupełnego zrównoważenia pragnień człowieka i postępowania, niezbędnego wobec danych warunków otoczenia.

W wypadku tym, tak samo, jak i w poprzedzających, należy oczywiście domyślać się pewnej granicy, kładącej kres wzrostowi różnorodności. O kilka kartek wyżej przyszliśmy do wniosku, iż wszelki postęp duchowy polega na ustanowieniu odpowiedniości pomiędzy jakimś nowym działaniem wewnętrznym a zewnętrznym, na ustanowieniu jakiegoś nowego związku wyobrażeń lub uczuć, odpowiadającego jakiemuś, nieznanemu dawniej, albo niezwalczanemu związkowi zjawisk. Wywnioskowaliśmy, iż każda taka nowa czynność, każąc domyślać się jakiejś nowej zmiany w budowie, zarazem każe przypuszczać wzrost różnorodności i że wzrost ten trwać musi dopóty, dopóki pozostaną jakiekolwiek stosunki zewnętrzne, oddziaływające na organizm, a nie zrównoważone przez stosunki [?]zewnętrzne. Stąd, jak widzieliśmy, wynika, że wzrost różnorodności skończy się dopiero wtedy, gdy równowaga będzie doskonałą. Oczywiście, to samo jednocześnie musi dziać się ze społeczeństwem. Wszelki przyrost różnorodności w jednostce pośrednio lub bezpośrednio każe przypuszczać, jako przyczynę swą lub następstwo, jakiś przyrost różnorodności urządzeń w skupieniu jednostek. Granicy zaś swej złożoności społecznej dosięgnie się dopiero wtedy, gdy nastąpi opisana przed chwilą równowaga pomiędzy siłami społecznymi a jednostkowymi.

§ 176. Tutaj ukazuje się nam zagadnienie końcowe, które prawdopodobnie, w postaci mniej lub więcej wyraźnej, przesuwało się w myśli wielu czytelników tego rozdziału. „Skoro ewolucja wszelkiego rodzaju jest wzrostem złożoności budowy i czynności, towarzyszącym wszechświatowej sprawie równoważenia się i skoro równoważenie zakończyć się musi pewnym spokojem, to ku jakiemu przeznaczeniu podąża wszystko? Jeśli układ słoneczny powoli rozprasza swe siły, jeśli słońce traci swe ciepło z pewną szybkością, zapewniającą mu jeszcze miliony lat istnienia — jeśli, wraz ze zmniejszeniem się promieniowania słonecznego, musi zmniejszyć się ożywienie meteorologicznych i geologicznych procesów, jak również zasób życia roślinnego i zwierzęcego — jeśli człowiek i społeczeństwo zależnymi są również od tego dowozu wyczerpującej się z wolna siły, to czyż nie zdążamy oczywiście ku jakiejś wszechświatowej śmierci?''

Że stan taki musi być kresem wszystkich spraw, gdziekolwiek bądź się odbywających, to zdaje się być niewątpliwym. Czy jakiś proces późniejszy może odwrócić łańcuch tych zmian i rozpocząć życie na nowo, jest to pytanie, które roztrząsać będziemy później. Na teraz wystarczyć musi, gdy powiemy, że najbliższym kresem wszystkich przejrzanych tu przeobrażeń jest stan spoczynku. Można tego dowieść a priori. Niebawem stanie się oczywiste, że prawo równoważenia, tak samo, jak i poprzedzające prawa ogólne, daje się wyprowadzić ze stateczności siły.

Widzieliśmy (§ 74), iż zjawiska można wytłumaczyć sobie tylko, jako wyniki działania powszechnie współistniejących sił przyciągania i odpychania. Te wszędzie współistniejące siły są to w istocie swej jakby dodatkowe postacie owej siły, bezwzględnie statecznej, stanowiącej ostateczne dane świadomości. Zupełnie tak samo, jak równość działania i przeciwdziałania jest niechybnym następstwem stateczności siły, gdyż nierówność ich kazałaby przypuszczać unicestwienie się siły różnicowej, lub też powstanie jej z niczego, tak samo też nie możemy powziąć świadomości o jakiejś sile przyciągającej, nie stając się jednocześnie świadomymi jakiejś równej a przeciwnej siły odpychającej. Każde bowiem doświadczenie natężenia mięśniowego (pod którą to jedynie postacią możemy bezpośrednio poznawać jakąś siłę przyciągającą) każe przypuszczać pewien równoważny opór — opór, ukazujący się w przeciwważnym ciśnieniu ciała na przedmioty otaczające, albo też w owym pochłanianiu siły, nadającym ruch ciału, albo w jednym i drugim; oporu tego inaczej pojmować nie możemy, jak tylko, jako równy natężeniu — chyba że pojmowalibyśmy, iż siła albo powstała z niczego, albo znikła, a w ten sposób przeczylibyśmy jej stateczności. Z tej zaś niezbędnej współzależności wynika zaznaczona powyżej nieudolność nasza do innego tłumaczenia sobie zjawisk, innego, niż w terminach owej współzależności — nieudolność, objawiająca się zarówno w owym przymusie, dzięki któremu myślimy o siłach statycznych materii namacalnej jako o następstwie przyciągania się i odpychania jej atomów, jak również w owym przymusie, pod wpływem którego myślimy o siłach dynamicznych, działających w przestrzeni, zapatrując się na przestrzeń, jako na wypełnioną przez atomy o takich samych własnościach. Tak samo też z istnienia wiecznie niezmiennej ilościowo siły wynika niechybnie współrozciągle istnienie owych przeciwnych postaci siły — postaci, pod jakimi warunki naszej świadomości zmuszają nas wyobrażać sobie siłę bezwzględną przekraczającą nasze poznawanie.

Ale ponieważ siły przyciągania i odpychania powszechnie istnieją ze sobą wespół, przeto wynika stąd, jak wykazano wyżej, że wszelki ruch odbywa się wobec pewnego oporu. Jednostki materii stałej, płynnej, lotnej lub eterycznej, wypełniające przestrzeń, którą przebywa dane ciało, stawia owemu ciału opór, będący następstwem ich spójności lub bezwładności, albo jednej i drugiej. Innymi słowy: gęstszy lub rzadszy środek, wypełniający miejsce, przez które przechodzi w każdej danej chwili poruszające się ciało, ma być z tego miejsca usuniętym, przeto ciało pozbawionym zostaje takiej właśnie ilości ruchu, jaka udziela się środkowi, dla usunięcia go z miejsc zajmowanych. Gdy zaś takimi są warunki wszelkiego ruchu, wynikają z nich dwa niechybne następstwa. Pierwsze, iż ustawiczne odejmowanie od ciała ruchu udzielanego środkowi musi w dłuższym lub krótszym czasie spowodować ustanie tegoż ruchu. Drugie, iż ruch ciała nie może ustać, dopóki nie zniszczą go owe uszczuplenia. Innymi słowy, ruch musi trwać aż do czasu nastąpienia równowagi, równowaga zaś ostatecznie nastąpić musi. Oba te twierdzenia, są oczywistymi wnioskami zasady stateczności siły. Utrzymywać, iż całość albo część ruchu ciała może zniknąć inaczej, niż, przenosząc się na coś takiego, co stawia mu opór, jest to utrzymywać, iż część albo całość, tegoż ruchu może zniknąć bez żadnego skutku; to zaś równa się przeczeniu stateczności siły. Przeciwnie, twierdzić, że cząstki środka, przez który przechodzi ciało, mogą usuwać się z drogi, nie odejmując nic z jego ruchu, znaczy to utrzymywać, iż ruch środka może powstać z niczego, co podobnież równa się przeczeniu stateczności siły. Wynika stąd, iż owa prawda początkowa (stateczność siły) jest bezpośrednią rękojmią naszych wniosków, że zmiany, jakie przedstawia ewolucja, nie mogą ustać przed osiągnięciem równowagi, i że równowaga w końcu osiągniętą być musi.

Zarówno nieuchronnymi, gdyż zarówno dającymi się wyprowadzić z tej samej prawdy, przekraczającej doświadczenie, są powyższe twierdzenia nasze, dotyczące ustalenia i utrzymywania rozmaitych postaci równowagi ruchomej. Ze stateczności siły wynika, że rozmaite ruchy, tkwiące w danym skupieniu, bądź jako w całości, bądź też pomiędzy jego częściami, muszą z czasem rozproszyć się, dzięki oporom, jakie każdy z nich napotyka, i że, przeto, te z nich, co są najsłabsze lub spotykają największy opór, albo odpowiadają obu tym warunkom — ustaną już wówczas, gdy inne trwać jeszcze będą.

Stąd to, w każdym rozmaicie się poruszającym skupieniu odbywa się stosunkowo wczesne rozpraszanie ruchów najmniejszych i największemu podległych oporowi, po rozproszeniu zaś tym, długo jeszcze trwają, ruchy większe i z mniejszym walczące oporem, a w ten sposób powstaje zależna i niezależna równowaga ruchoma. Stąd również wnioskować można o istnieniu dążności do zachowania tych dwóch postaci równowagi ruchomej. Nowy ruch bowiem, nadany częściom, znajdującym się w stanie równowagi ruchomej przez siłę zakłócającą, musi: albo być takim, iżby rodzaj jego i natężenie nie mogły się rozproszyć wcześniej od ruchów, przedtem istniejących — a w takim wypadku kładzie on koniec równowadze ruchomej, albo też z rodzaju i natężenia jest on takim, iż może być rozproszonym wcześniej, a w takim znów wypadku równowaga ruchoma na nowo zostaje przywróconą.

Tak, więc, ze stateczności siły wypływają nie tylko owe pośrednie i bezpośrednie rodzaje równoważenia się, istniejące dokoła nas wraz ze zrównoważeniem się ostatecznym, które położy kres wszystkim postaciom ewolucji, ale również i owe mniej widoczne zrównoważenia, objawiające się w powrotach zakłóconej równowagi ruchomej. Do tej również zasady sprowadzić się daje dążność wszelkiego, podległego niezwykłym zaburzeniom organizmu do odzyskania stanu równowagi. Z tej również zasady wyprowadzić się daje zdolność, słabo zarysowująca się w osobnikach, silniej zaś w gatunku, zdolność przystosowywania się do nowych okoliczności. Na koniec, zasada ta nie mniej daje podstawę temu wnioskowi, iż odbywa się stopniowy postęp w kierunku harmonii pomiędzy duchową naturą człowieka a warunkami jego istnienia. Znalazłszy więc, że z zasady tej dają się wyprowadzić rozmaite cechy ewolucji, wyciągamy z niej ostatecznie pewną rękojmię mniemania, iż ewolucja zakończyć się może jedynie utrwaleniem największej doskonałości i najzupełniejszego szczęścia.

dr Kamil M. Kaczmarek 18 08 2010