Herbert Spencer

Niestałość jednorodności

Pierwsze zasady-rozdział XIX

[Pogląd, rozwinięty w tym rozdziale, początkowe tworzył część artykułu o fizjologii „transcendentalnej", ogłoszonego w 1857. Patrz Essays 279-280].

§ 149. Trudność roztrząśnięcia wszystkich tak wielostronnych przeobrażeń, jakim podlegały lub podlegają wszelkie postacie bytu, jest tak wielką, że na pozór odbiera całkowicie nadzieję określonego lub dokładnego wytłumaczenia ich drogą dedukcji. Podobnie też prawie niemożliwym jest objęcie całkowitej sprawy redystrybucji materii i ruchu, jak również jednoczesne obejrzenie jej wielu nieuniknionych następstw we wzajemnej ich zależności. Istnieje wszakże sposób uczynienia tej sprawy jako tako zrozumiałą. Jakkolwiek początek ponownego układu, jakiemu podlega każdy rozwijający się agregat, jest sam w sobie czymś jednym, to jednak umysłowości naszej przedstawia on kilka czynników; po wytłumaczeniu zaś sobie skutków każdego z nich z osobna, możemy przez syntezę owych tłumaczeń wytworzyć pojęcie odpowiednie.

W logicznym porządku rozumowań nastręcza się najprzód twierdzenie, że jakiś układ ponowny (rearrantgement) nastąpić musi; twierdzenie zaś to najlepiej daje się roztrząsnąć w jego bardziej szczegółowej postaci: iż warunkami jednorodności są warunki równowagi nietrwałej (niestatecznej).

Przede wszystkim słów kilka o znaczeniu terminów, których objaśnienia potrzebować może niejeden z czytelników. Określenia równowaga nietrwała używa się w mechanice dla oznaczenia równowagi takiego rodzaju, że wmieszanie się jakiejś nowej, siły bodajby najmniejszej, niweczy układ sił, przedtem istniejący, sprowadzając inny układ, całkiem odmienny. Tak np. laska, podparta końcem dolnym, znajduje się w stanie równowagi nietrwałej: jakkolwiek byśmy w ściśle pionowym położeniu ją umieścili, gdy tylko pozostawimy ją samej sobie, poczyna ona, zrazu niepostrzeżenie, przechylać się na jedną stronę i ze wzrastającą szybkością pada, przybierając położenie inne. Przeciwnie, laska zawieszona końcem swym górnym znajduje się w równowadze trwałej: powraca ona do tego położenia, chociażby byśmy ją silnie z niego wyprowadzali. Twierdzenie więc powyższe oznacza, iż stan jednorodności, podobnie do stanu laski, opartej końcem swym dolnym, nie daje się utrzymać przez czas dłuższy. Weźmy kilka przykładów.

Z pomiędzy działań mechanicznych najpospolitszym będzie przykład wag; nawet gdy zrobione są, dokładnie i nie obarczone przez rdzę albo kurz, to i wówczas niepodobna znaleźć bodajby jednej pary, doskonale zrównoważonej: najczęściej jedna szala będzie się opuszczała, druga zaś wznosiła — czyli znajdą się w stosunku różnorodności. Dalej, jeśli na powierzchnię płynu pryśniemy pewną liczbę równej objętości cząsteczek, przyciągających się wzajem, to bez względu na jednostajność ich układu, zaczną one powoli ześrodkowywać się nieregularnie w jedną lub więcej grup. Gdyby nawet możliwym było przyprowadzenie pewnej masy wody do stanu doskonałej jednorodności — do stanu zupełnego spokoju i ściśle jednakiej gęstości — to i wówczas jeszcze promieniowanie ciepła ciał otaczających, działając rozmaicie na rozmaite jej części, wywołałoby niechybnie rozmaitość gęstości, a tym samem odpowiednie prądy, czyniąc ją w takiej samej mierze różnorodną. Weźmy kawałek materii rozpalonej do czerwoności; jakkolwiek jednostajnie może być ona ogrzaną zrazu, rychło taką być przestanie: część jej zewnętrzna, stygnąc prędzej niż wewnętrzna, zacznie się różnić od niej temperaturą. Przejście zaś do stanu różnorodności, pod względem temperatury, tak widoczne w tym wypadku skrajnym, odbywa się mniej lub więcej we wszystkich innych wypadkach. Działanie sił chemicznych dostarcza nowych przykładów. Wystawmy kawałek metalu na wpływy powietrza lub wody, a z biegiem czasu okryje się on warstewką tlenku, węglanu lub innego związku: znaczy to, iż jego część zewnętrzna staje się niepodobną do wewnętrznych. Zazwyczaj różnorodność, wynikająca z działania sił chemicznych na powierzchnie ciał, nie jest zbyt wydatną, gdyż części zmienione bywają rychło zmyte, lub usunięte w inny sposób. Gdy jednak zapobiegniemy temu ich usuwaniu, wynikiem tego będzie budowa (ciała) dość złożona. Uderzających przykładów dostarczają nam tutaj niektóre kamieniołomy (trapu). Często zdarza się znaleźć bryłę trapu, która pod działaniem atmosfery zamienioną została na skupienie luźnie spojonych warstewek na podobieństwo czosnku. Gdy bryła jest całkiem nieuszkodzoną, możemy wyśledzić w niej cały szereg owych części składowych, poczynając od kanciastych, nieforemnych, zewnętrznych, przechodząc przez wewnętrzne, coraz to więcej zaokrąglone i dosięgając w końcu środkowego jądra sferycznego. Porównywając masę pierwotną kamienia z tą grupą warstw współśrodkowych, z których każda różni się od pozostałych postacią a prawdopodobnie też stanem rozkładu, jakiego dosięgła, będziemy mieli wybitny przykład tego, do jakiej wielopostaciowości dojść może z biegiem czasu ciało jednolite pod wpływem chemicznych działań zewnętrznych. Niestałość jednorodności widzimy zarówno w zmianach, odbywających się wewnątrz masy, kiedy składa się z jednostek, niespojonych ze sobą nieruchomo. Atomy jakiegoś osadu (rozczynu) nigdy nie pozostają oddzielonymi od siebie, i jednakowo rozproszonymi w płynie, w którym się ukazują. Skupiają się one bądź w krystaliczne jądra, z których każde zawiera olbrzymią liczbę atomów, bądź też w płatki, zawierające jeszcze większą ich liczbę; kiedy zaś masa płynu jest wielka, a sprawa (osadzania się) odbywa się dość długo, płatki owe, nie pozostając w równej od siebie odległości, gromadzą się w grupy. To znaczy, że odbywa się zburzenie równowagi, istniejącej początkowo pomiędzy rozproszonymi cząstkami, jak również takiej samej równowagi pomiędzy grupami, w jakie się one łączą. Pewne rozczyny, substancji niekrystalicznych, w płynach wysoce lotnych, w przeciągu pół godziny ukazują nam cały szereg zmian odnośnych. Gdy np. odrobinę pokostu szelakowego (który się robi, rozpuszczając szelak w dziegciu do gęstości śmietanki) rozlejemy na kawałku papieru, to powierzchnia lakieru odznaczać się wkrótce będzie wielobocznymi podziałkami, które, ukazując się zrazu na brzegach masy, posuwać się zaczną ku jej środkowi. Pod szkłem powiększającym te nieforemne wieloboki (o 5-ciu lub więcej bokach) ukażą się nam, jako połączone ze sobą ciemnymi liniami, po obu stronach których znajdują się jasno zabarwione brzeżki. Przez dodanie substancji do wewnętrznych brzeżków rozszerzają się one z wolna, wkraczając na płaszczyznę wieloboków tak, iż zaledwie w środku ich zostanie ciemny punkcik. Jednocześnie granice wieloboków wykrzywiają się tak, iż ostatecznie ukażą się nam one w kształcie kulistych woreczków, skupionych razem, naśladując przedziwnie (lecz tylko naśladując) grupę obdarzonych jądrem komórek. Tutaj szybka utrata jednorodności objawia się trzema sposobami. Naprzód w wytworzeniu się powłoczki, będącej siedliskiem wszystkich tych zmian; po wtóre w tworzeniu się wielobocznych podziałek, na jakie się ona rozpada; po trzecie zaś w przeciwieństwie jakie powstaje pomiędzy podziałkami nadbrzeżnymi, które są małe i ukazują się wcześnie, oraz podziałkami środka, większymi i tworzącymi się później.

Niestałość, której tak różnorodne przykłady spotkać można, jest oczywiście następstwem tego faktu, iż rozmaite części danego jednorodnego skupienia, bywają niechybnie wystawione na działanie sił rozmaitych, tj. różniących się, bądź rodzajem, bądź natężeniem a w ten sposób podlegają z konieczności rozmaitym zmianom. Stosunki części zewnętrznej i wewnętrznej oraz stosunkowa bliskość względem otaczających źródeł wpływu, każą przypuszczać podleganie wpływom, niepodobnym bądź co do ilości, bądź co do jakości, bądź też pod jednym i drugim względem; wynika zaś z tego, że w częściach tak niejednakim podległych działaniom, ukażą się niejednakie zmiany.

Z takich samych powodów sprawa ta, oczywiście, powtarzać się musi w każdej podrzędnej grupie jednostek, zróżniczkowanej pod działaniem sił przeobrażających. Każda z tych grup podrzędnych podobnie do grupy pierwotnej musi stopniowo, podlegając działającym na nią wpływom, utracić równowagę swych części,—musi przechodzić ze stanu jednopostaciowości w stan wielopostaciowości. Podobnie ma się rzecz ciągle. Oczywiste jest stąd przeto, że nie tylko jednorodność przeobrażać się musi w niejednorodność, lecz że bardziej jednorodne musi wiecznie dążyć do stania się mniej jednorodnym. Skoro pewna całość zamiast być bezwzględnie jednostajną w całej swej masie, składa się z części, dających się od siebie odróżnić — skoro każda z tych części, różniąc się cokolwiek od innych, w sobie jest jednostajną, tedy, ponieważ każda z nich znajduje się w równowadze nietrwałej, wynika stąd, że zmiany jej wewnętrzne, czyniąc ją bardziej różnolitą, tym samem muszą wpłynąć na większą różnolitość całości. Zasada więc ogólna, którą śledzić mamy obecnie w jej zastosowaniach, staje się teraz cokolwiek bardziej pojemną niż to każe przypuszczać nagłówek rozdziału. Na nic, się nie zda zarzucać tutaj, iż jednorodność doskonała nie istnieje nigdzie, gdyż, bez względu na to, czy stan, od którego rozpoczynamy jest albo nie jest jednorodnością doskonałą, sprawa zarówno posuwa się w kierunku względnej różnorodności.

§ 150. Układ gwiazd odznacza się trojaką nieregularnością. Spotykamy tu naprzód wybitne przeciwieństwo pomiędzy płaszczyzną drogi mlecznej i innych części nieba, pod względem ilości gwiazd zawartych na danym polu widzenia. Drugie przeciwieństwo takiegoż rodzaju przedstawia nam droga mleczna, posiadająca swoje zgrubienia i swoje warstwy cieńsze (gwiazd); to samo również widzimy na całej przestrzeni niebios, w ogóle, znacznie gęściej usianej gwiazdami w jednych okolicach, niż w innych. Na koniec trzeci rodzaj przeciwieństw widzimy w skupieniach gwiazd w małe gromadki. Obok tej różnorodności układu gwiazd, w ogóle, rozważanych bez względu na różnicę ich rodzajów, ukazuje się dalsza różnorodność, gdy zwrócimy uwagę na różnicę ich barw, odpowiadające, bez wątpienia, różnicom ich układu fizycznego. Podczas gdy gwiazdy żółte znajdywane bywają we wszystkich częściach nieba, nie można powiedzieć tego o gwiazdach czerwonych i niebieskich. Są przestrzenie rozległe, w których jedne i drugie gwiazdy zdarzają się rzadko; są okolice, w których gwiazdy błękitne przytrafiają się w znacznej liczbie, albo znów okolice inne, gdzie stosunkowo obfitymi są gwiazdy czerwone. Jeszcze jedną więcej nieprawidłowość podobnegoż znaczenia widzimy w mgławicach — tj. w skupieniach materii, które, bez względu na ich przyrodę, najpewniej należą do naszego układu gwiazdowego. Mgławice bowiem rozproszone są bynajmniej nie regularnie po przestrzeni nieba; znajdują się w obfitości u biegunów koła mlecznego, trafiają się zaś rzadko w pobliżu jego płaszczyzny. Nikt oczekiwać nie będzie dokładnego wytłumaczenia owego układu ani od hipotezy ewolucji, ani od żadnej innej. Czego najwyżej spodziewać się tu można, to wskazania jakiegoś powodu do przypuszczeń iż pewne nieprawidłowości, a prawdopodobnie takich właśnie rodzajów, zdarzały się w ciągu ewolucji) jeśli przypuścimy, iż ta odbywała się istotnie. Każdy od kogo domagać, się będziemy wskazania takiej przyczyny, może położyć nacisk na to, że jeśli przypuścimy, iż materia z jakiej składają się gwiazdy i inne ciała niebieskie, istniała pierwotnie w rozproszeniu po przestrzeni o wiele obszerniejszej nawet, niż ta, jaką zajmuje dzisiejszy nasz układ gwiazdowy, to niestałość jednorodności nie pozwoliła jej trwać dalej w tym samym stanie. Wskazać on może, iż w braku bezwzględnej równowagi sił, jakimi cząsteczki rozproszone oddziaływały na siebie (równowagi niemożliwej w skupieniu ograniczonym) powstawał ruch i wynikające zeń niechybnie zmiany układu. Punktem najbliższym rozumowania byłoby dalej to, iż w materii tak niezmiernie subtelnej i słabo spoistej, odbywać się. musiał ruch w kierunku miejscowych środków ciążenia, jak również w kierunku środka głównego, zupełnie tak samo, jak, że użyjemy skromnego porównania cząsteczki rozczynu skupiają się w płatki, a jednocześnie opadają ku ziemi. Można też wskazać, że tak w jednym, jak w drugim wypadku najmniejsze i najwcześniejsze skupienia miejscowe musiały stopniowo dzielić się na grupy, z których każda zgęszczała się dokoła własnego środka ciężkości; sprawa zaś ta powtarzała się na coraz to szerszą skalę. Zgodnie z prawem, iż ruch, powstawszy raz w danym kierunku, staje się sam przyczyną dalszego ruchu w tymże kierunku, można wywnioskować dalej, że różnorodność, ukazująca się w ten sposób tu i ówdzie, dążyła stale do coraz większego uwydatnienia się. Uznane zasady mechaniki usprawiedliwiałyby je z tym jeszcze wnioskiem, iż ruchy owych nieregularnych mas luźnie skupionej materii mgławic ku ich wspólnemu środkowi ciążenia, musiały przybierać kierunek linij krzywych,—a to dzięki oporowi środka, z którego dążyły, i że wskutek istniejących już nieregularności rozkładu takie krzywoliniowe ruchy musiały, dzięki składowi sił, zakończyć się wirowaniem zaczątkowego układu gwiazdowego. Można by wykazać bez trudności, iż wynikająca stąd siła odśrodkowa musiała tak dalece zmieniać sprawę agregacji ogólnej, iż przeszkodziła jakiemukolwiek jednostajnemu rozkładowi gwiazd, tu i ówdzie wytworzonych, i że musiało powstać przeciwieństwo takie, jakie widzimy pomiędzy kołem mlecznym i resztą nieba. Można dalej wyprowadzić wniosek nie nieprawdopodobny, iż różnice w procesach miejscowego ześrodkowywania wynikły zapewne z niepodobieństw warunków fizycznych istniejących dokoła głównej osi obrotu, oraz w miejscach innych. Do tego zaś można by było dodać, iż po utworzeniu się gwiazd oddzielnych ciągle wzrastające nieregularności rozkładu, wynikłe z dalszego trwania tych samych przyczyn, musiały wytworzyć ową plamistość gwiezdną, jaka cechuje większe i mniejsze obszary nieba. Co do nas wszakże, to nie będziemy zapuszczali się tutaj w rozumowania tak odległe. Dla celów wywodu ogólnego potrzeba tylko wykazać, iż wszelka skończona masa materii rozpierzchłej, nawet tak rozległa, iżby starczyło jej na wytworzenie całego naszego układu gwiazd, nie mogłaby znajdywać się w równowadze trwałej; że w braku bezwzględnej kulistości i jednostajności składu, i symetrii stosunków względem wszystkich sił zewnętrznych, ześrodkowywanie, jej musiało ze wzrastającą odbywać się nieregularnością, że, na koniec, obecny widok nieba nie jest, o ile sądzić możemy, w niezgodzie z hipotezą pewnej ewolucji ogólnej, wynikłej z niestałości jednorodnego.

Przechodząc do owej bardziej ograniczonej postaci hipotezy mgławic, zapatrującej się na układ słoneczny, jako na wynik stopniowego ześrodkowywania, oraz przyjmując, iż ześrodkowywanie to posunęło się już tak daleko, iż wytworzyło wirującej sferoidę materii mgławicowej, rozważmy, jakie dalsze następstwa sprowadzić musiała niestałość jednorodności. Przybrawszy postać spłaszczoną, nie jednaką będąc pod względem gęstości środka i powierzchni, niejednaką pod względem temperatury oraz szybkości, z jaką jej części poruszały się dokoła swej wspólnej osi, masa taka nie może się już nazywać jednorodną, a przeto wszelkie dalsze zmiany, cechujące ją jako całość, o tyle tylko mogą być przykładem ogólnego prawa, iż są zmianami większej jednorodności na mniejszą. Zmiany tego rodzaju znaleźć można w przeobrażeniach jej części, będących jeszcze jednorodnymi w sobie. Jeżeli przyjmiemy wniosek Laplace'a, że leżące na równiku części owej wirującej i kurczącej się sferoidy, nabywały w kolejnych okresach takiej siły odśrodkowej, iż ta nie pozwalała im zbliżyć się ku środkowi, i że w ten sposób pozostawały one w tyle, po za wewnętrznymi częściami kurczącej się jeszcze sferoidy, to w losach oderwanych pierścieni znajdziemy nowy przykład zasady, jaką tu śledzimy. Składając się z materii lotnej, pierścień podobny, nawet gdyby był bezwzględnie jednolitym w chwili oderwania się, nie może pozostać takim. Dla utrzymania jego równowagi musiałaby istnieć prawie doskonała jednostajność w działaniu wszystkich, wpływających nań, sił zewnętrznych (musimy powiedzieć prawie, gdyż siła spójności nawet w materii nieznacznie subtelnej może zobojętnić bardzo drobne zakłócenia zewnętrzne); przeciwko zaś temu mówi olbrzymia ilość pozorów. W braku równości sił, zewnętrznych i wewnętrznych, działających na taki pierścień, musiał znaleźć się punkt jakiś lub punkty, w których spoistość części była mniejszą niż gdzie indziej — a więc punkt albo punkty, w których musiało nastąpić rozerwanie pierścienia. Laplace przyjmował, iż pierścień miał się rozrywać w jednym tylko miejscu, następnie zaś zwijać się w kłębek, ale przypuszczenie to jest bardziej niż sporne; takim przynajmniej, o ile wiem, jest zdanie pewnej powagi, nie ustępującej innym spomiędzy współczesnych. Pierścień tak rozległy, składający się z materii o tak słabej spoistości, musiał rozpadać się na wiele części. Niemniej wszakże niestałość jednorodności pozwala i w takim wypadku wnosić, iż ostateczny, przez Laplace'a przewidywany wynik, zdarzać się tu musiał. Przypuszczając bowiem nawet, iż masy materii mgławicznej, na jakie rozpadał się podobny pierścień, bywały tak dalece równe sobie objętością i odległością, iż przyciągały się wzajem z siłą ściśle jednaką (co jest nieskończenie nieprawdopodobne), przypuszczając to nawet, znajdziemy, iż nierówne działanie zewnętrznych sił zakłócających musiałoby niechybnie zburzyć ich równowagę — że musiałby tam znaleźć się jeden lub więcej punktów, w których przyległe części masy poczęłyby się oddzielać. Oddzielenie to, rozpocząwszy się raz, sprowadzałoby z szybkością coraz to większą pewne grupowanie mas. Na koniec, oczywiście? podobnie też być by musiało z utworzonymi w ten sposób grupami, aż w końcu skupiłyby się one w jedną pojedynczą masę.

Opuszczając dziedzinę astronomii spekulacyjnej, rozpatrzmy układ słoneczny w jego stanie dzisiejszym. Tutaj również pożytecznym będzie, gdy przede wszystkim zaznaczymy pewien fakt, nie zgadzający się na pozór z wywodem uprzednim, a mianowicie fakt dotychczasowego istnienia pierścieni Saturna, szczególnie zaś odkrytego niedawno pierścienia wewnętrznego. Na zarzut, iż pierścienie zewnętrzne utrzymują się w swojej równowadze, odpowiada się, iż stosunkowo wielka spoistość płynu lub ciała stałego może pokonać pewną lekką dążność do rozerwania się. Że zaś tutaj pierścień mgławiczny zachował jeszcze swą ciągłość, to okoliczność ta w istocie nie przeczy wnioskom uprzednim, pierścień ów znajduje się bowiem pod wpływem całkiem wyjątkowym symetrycznie ułożonych dokoła niego sił, działających nań od strony pierścieni zewnętrznych. Tutaj, istotnie, zauważyć należy, że jakkolwiek na pierwszy rzut oka układ Saturna zdaje się nie zgadzać z poglądem na jednorodność, jako na równowagę nietrwałą, to jednak w rzeczywistości daje on ciekawe potwierdzenie tegoż poglądu. Saturn bowiem nie jest ściśle współśrodkowym w stosunku do swych pierścieni; dowiedziono zaś matematycznie, że gdyby owe jego pierścienie znajdywały się w położeniu współśrodkowym, to sprawa przedstawiłaby się inaczej: gdyż stosunek jednorodny, będąc niestałym, podążałby ku różnorodności. Fakt ten, co więcej, może przypomnieć nam o innym pokrewnym mu, a stosującym się do całego układu słonecznego. Wszystkie orbity, bądź planet, bądź też księżyców, są mniej lub więcej mimośrodowe— żadna z nich nie jest dokładnym kołem, gdyby zaś nim były, rychło stałyby się eliptycznymi. Wzajemne zakłócenia wywołałyby niechybnie mimośrodowość. To znaczy, że stosunki jednorodne przechodzą w różnorodne.

§ 151. Tak często wspominaliśmy już o stopniowym tworzeniu się skorupy na powierzchni ziemi, pierwotnie roztopionej, że powrót do tego przedmiotu można by uważać za zbyteczny. Przedmiotu tego nie rozważaliśmy wszakże w związku z roztrząsaną tu obecnie zasada ogólną; musimy przeto zaznaczyć go jako niezbędne następstwo niestałego charakteru jednorodności. W owym zastyganiu i krzepnięciu powierzchni ziemskiej mamy jeden z najprostszych, a zarazem jeden z najbardziej dogodnych przykładów zmiany stanu jednopostaciowości na wielopostaciowość, zmiany, jaka odbywa się we wszelkiej masie, której rozmaite części poddane są rozmaitym wpływom. Obok zróżniczkowania się zewnętrznej części ziemi, pod wpływem stygnięcia, od części wewnętrznej, zaznaczyć musimy jeszcze jeden z najciekawszych przykładów zróżniczkowania, jakiemu pod działaniem tej samej przyczyny podlegała później sama część zewnętrzna. Gdyby warunki, na działanie których wystawiony jest powierzchnia ziemi, były jednakowe we wszystkich kierunkach, to nie istniałaby żadna widoczna przyczyna stałego niepodobieństwa niektórych z jej części do innych. Ponieważ jednak była ona niejednako wystawiona na działanie głównego zewnętrznego środka siły — na działanie Słońca — przeto najgłówniejsze jej działy niejednakim uległy zmianom: w miarę grubienia i stygnięcia skorupy powstawało owo, tak stanowcze dzisiaj, przeciwieństwo pomiędzy okolicami biegunowymi a okolicą równika.

Obok tych najwybitniejszych zróżniczkowań fizycznych ziemi, będących oczywiście następstwem niestałego charakteru jednorodności, dokonywały się liczne zróżniczkowania chemiczne, każące domyślać się takiego samego źródła. Dla celów naszych obecnych wystarczy, gdy nie wszczynając pytania o tym, czy, jak to sądzą niektórzy tak zwane ciała proste są same związkami pierwiastków nieznanych (pierwiastków, których nie możemy rozdzielić za pomocą ciepła sztucznego, lecz które istniały oddzielnie wówczas, gdy ciepło ziemi było większe, niż jakiekolwiek z tych, które my możemy wytwarzać, gdy wykażemy, iż zamiast owej względnej chemicznej jednorodności skorupy ziemskiej, jednorodności, jaka niechybnie istniała wobec wysokiej jej temperatury, w czasie stygnięcia tejże skorupy musiała okazywać się coraz większa różnorodność chemiczna. Każdy bowiem pierwiastek lub związek, nie będąc w stanie utrzymać swej jednorodności wobec rozmaitych powinowactw otaczających, wchodził ostatecznie w skład różnorodnych połączeń. Zmianę tę rozważmy cokolwiek szczegółowiej. Istnieją wszelkie powody do mniemania, iż w temperaturze niezmiernie wysokiej — ciała, zwane przez nas pierwiastkami, nie mogą się łączyć. Nawet już pod działaniem takiego ciepła, jakie możemy wytwarzać sztucznie, ustępować muszą niektóre bardzo silne powinowactwa; znaczna zaś większość związków chemicznych rozkłada się pod działaniem temperatur o wiele niższych. Stąd też nie zdaje się być nieprawdopodobnym, że, kiedy ziemia znajdowała się w stanie początkowego swego rozpalenia, nie istniały zgoła żadne związki chemiczne. Nie narzucając jednak nikomu tego wniosku, zaczniemy rozumowania nasze od faktu, niepodlegającego zaprzeczeniom, że związki, mogące istnieć w temperaturze najwyższej, a więc takie, jakie najpierwej musiały się wytworzyć w ciągu stygnięcia ziemi, odznaczają się budową najprostszą. Związki jednotlenne — gdy nazwą tą obejmiemy alkalia, ziemie itp. są, jako klasa, najbardziej stałymi ze wszystkich nam znanych, gdyż większa ich część opiera się rozkładowi wobec wszelkiej przez nas wytwarzanej temperatury. Składając się zazwyczaj z jednego atomu każdego z pierwiastków składowych, przedstawiają się one jako połączenia najprostszego porządku, i są o jeden tylko stopień mniej jednorodnymi od samych pierwiastków. Bardziej różnorodne od tamtych, łatwiej rozkładające się pod wpływem ciepła, a przeto późniejsze w dziejach ziemi są związki dwutlenne, itp., w których 2, 3, 4 lub więcej atomów tlenu łączą się z jednym atomem metalu, albo innej zasady. Jeszcze mniej zdolnymi do oporu są sole; przedstawiają nam one atomy złożone, z których każdy zawiera w sobie 5, 6, 7, 8 10, 12, lub więcej atomów trzech albo kilku rodzajów. Dalej znów idą sole wodanowe o większej jeszcze różnorodności, podlegają one cząstkowemu rozkładowi pod działaniem temperatury o wiele niższej. Po tych następują poczwórnie złożone związki (sole wyższe, supersalts) i sole podwójne, odznaczające się jeszcze mniejszą stałością i tak aż do końca. Z pewnymi małej wagi a nielicznymi zastrzeżeniami co do powinowactw szczególnych, żaden chemik nie zaprzeczy, jak sądzę, iż takim właśnie jest ogólne prawo związków nieorganicznych, że ceteris paribus trwałość ich zmniejsza się wraz ze wzrostem ich złożoności. Przechodząc zaś do związków organicznych, spostrzegamy, iż prawo te jeszcze lepiej się uwydatnia znajdujemy tu o wiele większą złożoność i o wiele mniejszą trwałość. Jeden atom białka np. składa się z 482 ostatecznych atomów pięciu rozmaitych rodzajów. Włóknik, jeszcze bardziej zawiły w swej budowie, w każdym ze swoich złożonych atomów zawiera 298 atomów węgla, 49 azotu, 2 siarki, 228 wodoru, 92 tlenu; ogółem 600 atomów, lub mówiąc ściślej, równoważników. Obydwie zaś te substancje są tak nietrwałe, iż rozkładają się w temperaturze całkiem umiarkowanej, jak np. w takiej jakiej podlega zewnętrzna część pieczeni na rożnie. Zarzucą tu nam zapewne, iż niektóre związki nieorganiczne, jak np. fosforowodór i chlorek azotu, rozkładają się łatwiej, niż większa część związków organicznych. Prawda, lecz zgodzić się z tym można bez szkody dla naszych rozumowań. Nie twierdzi się tu wcale, iż wszystkie związki proste są, trwalsze od wszystkich, złożonych. Dla uzasadnienia naszego wniosku niezbędnym jest jedynie wykazać, że biorąc przeciętnie związki proste mogą ostawać się w temperaturze wyższej, niż złożone; to zaś żadnej nie podlega wątpliwości. Oczywiste jest przeto, iż obecna różnorodność chemiczna powierzchni ziemskiej powstawała stopniowo w miarę jak na to pozwalało zmniejszające się ciepło i że sprawa ta objawiała się trzema drogami: naprzód, w pomnożeniu liczby związków chemicznych, po wtóre, w większej liczebności rozmaitych pierwiastków, wchodzących w skład związków późniejszych, i potrzecie, w wyższych i bardziej urozmaiconych połączeniach, w jakie wchodzą, ze sobą owe bardziej liczne elementy.

Nie wdając się w szczegóły zmian meteorologicznych, odbywających się w atmosferze ziemi, wspomnimy tylko o nich, jako o dalszym przykładzie powyższego prawa W nich również spostrzegamy zburzenie stanu jednorodności, wynikłe z niejednakowego podlegania działaniu sił zewnętrznych.

§ 152. Weźmy kawałek niezorganizowanej, lecz dającej się zorganizować materii — np. ciało jednej z najniższych postaci żyjących, albo też zarodek którejkolwiek z wyższych i rozważmy ich warunki. Pogrążonym on jest w wodzie lub powietrzu, albo też zawiera się w ustroju rodzicielskim. Gdziekolwiek jest wszakże, części jego wewnętrzne i zewnętrzne w odmiennych znajdują się stosunkach względem czynników otaczających — względem pożywienia, tlenu i różnych bodźców. Ale na tym nie koniec. Zarodek taki, bądź leżąc spokojnie na dnie wody, lub na liściu rośliny, bądź poruszając się w wodzie z zachowaniem jakiejś określonej postawy, bądź też znajdując się wewnątrz osobnika dojrzałego, zawsze niechybnie w rozmaitych częściach swej powierzchni już mniej, już więcej podlega czynnikom zewnętrznym, w jednym wypadku części te mniej lub więcej wystawione bywają na działanie światła, ciepła, lub tlenu, w innym na działanie tkanek macierzystych i ich zawartości. Stąd wyniknąć musi zburzenie pierwotnej ich równowagi, a odbywać się to może jednym, z dwóch sposobów. Albo siły zakłócające będą tak wielkie, iż pokonają powinowactwo pierwiastków organicznych, wynikiem zaś tego będą zmiany, znane nam jako rozkład, albo też, jak to zwykle bywa, zmiany owe nie zburzą związków organicznych, lecz tylko zmienia je, przy czym części, najbardziej podległe działaniu sił zewnętrznych, największym ulegną zmianom. Dla objaśnienia tej zasady weźmy parę przykładów. Naprzód zaznaczmy tu pewien pozorny wyjątek. Pewne drobniutkie formy zwierzęce przedstawiają się nam albo jako nie mające żadnych zróżniczkowań wyczuwalnych, albo też jako istoty o zróżniczkowaniach tak niejasnych, iż wykazać je można jedynie z wielką trudnością. Substancja galaretowatego ciała korzenionóżek przez całe życie zostaje niezorganizowaną tak dalece, iż nie posiada żadnej powłoczki, czego dowodem jest fakt, iż nitkowate wydłużenia, jakie wypuszcza masa ciała, zlewają się ze sobą za zetknięciem się. Bliżej lub dalej stojąca od nich ameba, której rzadsze i większe wyrostki nie zlewają się już, posiada, jak zaznaczono ostatnimi czasy, coś na kształt błony komórkowej i jądra; różnice oddzielnych części są tu oczywiście bardzo słabe, skoro cząsteczki pożywienia przedostają się do wnętrza przez jakąkolwiek część powierzchni i skoro po rozdrobnieniu żyjątka na sztuki każdy kawałek zachowuje się jak gdyby był całkowitym osobnikiem. Otóż, te przykłady, w których nie spostrzegamy żadnego, lub bardzo słabe tylko przeciwieństwo budowy wewnętrznej i zewnętrznej, jakkolwiek na pozór przeczą powyższemu wnioskowi, są w istocie bardzo znaczącym dowodem jego prawdziwości. Jakaż bowiem jest szczególna cecha tego działu pierwotniaków? Członkowie jego podlegają ustawicznym i nieprawidłowym zmianom postaci — nie wykazują żadnego stałego stosunku części. To, co przed chwilą tworzyło część wnętrza, obecnie wysuwa się i jako czasowa kończyna służy zwierzęciu do przytwierdzenia się do jakiegoś przedmiotu, którego ono przypadkiem dotknie. Albo znowu to, co jest teraz częścią powierzchni zostaje wciągnięte wraz z cząsteczką pożywienia, — które tam uwięzło— w sam środek masy. Słowem, stosunki części zewnętrznej i wewnętrznej albo nie odznaczają się żadną trwałością, lub trwałość ta jest bardzo słabo uwydatniona. Lecz podług naszej hipotezy składowe pierwiastki ciała zrazu podobne stają się niepodobnymi jedynie dlatego, iż zajmują niejednakowe położenie względem sił otaczających. Nie możemy przeto oczekiwać zgoła trwałego zróżniczkowania się części w takich istotach, jakie nie przedstawiają żadnych trwałych różnic w położeniu tychże części; musimy zaś spodziewać się niezmiernie małego zróżniczkowania części tam, gdzie różnice położeń są słabo tylko zaznaczone — co właśnie znajdujemy tutaj. Ten dowód ujemny znajduje poparcie w innym dodatnim, Przechodząc od tych proteinowatych punkcików żyjącej galarety do ustrojów, odznaczających się niezmiennym rozkładem substancyj, znajdujemy zróżniczkowanie tkanek, odpowiadające różnicom względnego położenia. U wszystkich wyższych pierwotniaków (protozoa) jak również w pierworoślin (Protophyta) spotykamy zasadnicze zróżniczkowanie na błonę komórkową i jej zawartość; zróżniczkowanie to odpowiada zasadniczej różnicy warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Przechodząc od organizmów, znanych pod ogólną nazwa jednokomórkowych, do takich, jakie składają się ze skupienia komórek, spostrzegamy również związek pomiędzy różnicami budowy i otoczenia. Ujemny dowód tego związku widzimy w gąbce, którą na wskroś przenikają strumienie wody morskiej i w której nieokreśloność budowy odpowiada brakowi wyraźnych różnic warunków zewnętrznych: obwodowe i wewnętrzne części ciała tak mało różnią się budową, jak i stosunkiem do czynników otaczających. Dodatni dowód znajdujemy w takich organizmach, jak thalassi colla; ta bowiem, jakkolwiek zarówno niski zajmująca szczebel, wewnętrzną i zewnętrzną częścią swoją stale odmiennym podlega warunkom; jakoż widzimy tu zaczątkową budowę oczywiście wynikającą z pierwotnych stosunków wnętrza i powierzchni: u wszystkich licznych, a ważnych odmian tego żyjątka, części ciała przedstawiają układ mniej lub więcej współśrodkowy.

Po tym zróżniczkowaniu pierwotnym, dzięki któremu tkanki zewnętrzne wyodrębniają się od wewnętrznych, najstalszym i najważniejszym jest zróżniczkowanie, pod wpływem którego pewne części tkanek zewnętrznych wyodrębniają się od innych, to zaś odpowiada pewnemu prawie powszechnemu faktowi, iż niektóre części tych tkanek bardziej wystawione są na działanie wpływów zewnętrznych. Tutaj, tak jaki przedtem, wyjątki pozorne są niezmiernie pouczające. Niektóre z najniższych organizmów roślinnych, jak haematococcus i protococcus, równomiernie pogrążone w masie śluzu lub rozsiane po śniegach podbiegunowych nie okazują żadnego zróżniczkowania powierzchni, gdyż rozmaite jej części nie podlegają żadnym, wybitnie odmiennym wpływom. Rzęsowate kulki, takie jak volvox, na całej powierzchni swojej nie przedstawiają żadnych różnic; nie należy się też ich spodziewać, skoro w czasie unoszenia się owych kulek w rozmaitych kierunkach w wodzie, żadna z ich części nie podlega stale jakimś szczególnym warunkom. Gdy jednak przejdziemy do organizmów bądź przytwierdzonych, bądź też poruszających się zawsze w jednakiej postawie, wówczas już nie spotkamy owej jednostajności powierzchni. Najbardziej ogólnym faktem, ściągającym się do budowy zwierząt i roślin, jest to, iż jakkolwiek podobnymi by one były do siebie zrazu pod względem kształtów i utkania swych części zewnętrznych, to jednak później zaczynają się różnić pod wpływem niejednakich stosunków do otoczenia. Rzęsowate zarodki zwierzokrzewów, cechujące się w okresie swej wolności jedynie tkanką wewnętrzną i zewnętrzną przytwierdzają się nie wcześniej, aż kiedy koniec ich górny przybierze budowę odmienną od dolnego. Krążkowate pączki (gemmae) rośliny marchantia początkowo jednakie na obu powierzchniach i spadające— przypadkowo zwrócone w którąkolwiek ze stron ku górze, natychmiast zaczynają wypuszczać korzonki na stronie dolnej i wytwarzać szparki oddechowe (stomata) na górnej: fakt ten dowodzi niewątpliwie, iż owo pierwotne zróżniczkowanie jest wynikiem tej zasadniczej różnicy warunków zewnętrznych.

Rzecz jasna, iż w rozwoju zarodków organizmów wyższych przeobrażenia, wynikające bezpośrednio z niestałego charakteru jednorodności, zostają rychło zamaskowane przez inne przeobrażenia, będące wynikiem przybierania dziedzicznego typu. Takie zmiany najwcześniejsze są jednak o tyle wspólne wszystkim działom ustrojów, iż nie mogą być przypisywane dziedziczności, co zupełnie zgadza się z naszą hipotezą. Zarodek, który nie podlegał jeszcze żadnym zmianom rozwojowym, składa się z kulistego skupienia jednorodnych komórek. Pospolicie najpierwszym krokiem w jego rozwoju jest ukazanie się różnicy pomiędzy niektórymi z komórek zewnętrznych, a tymi, jakie zajmują wnętrze: niektóre z komórek zewnętrznych (obwodowych) po samorzutnym a kilkakrotnym podzieleniu się zlewają się w błonę; dzięki dalszemu trwaniu tej sprawy, błona rozszerza się coraz więcej, aż Na koniec szybko odzieje sobą całą masę, jak to bywa u ssaków, albo też, jak się zdarza u ptaków, zatrzyma się na czas jakiś w swym pochodzie. Mamy tu dwa znaczące zjawiska, naprzód, ukazanie się początkowego niepodobieństwa (różnicy) pomiędzy zewnętrznością i wnętrzem; po wtóre, iż zmiana, dająca w ten sposób początek rozwojowi, nie odbywa się od razu na całej powierzchni zewnętrznej, ale się rozpoczyna na jednym miejscu i stopniowo ogarnia sobą inne. Są to, właśnie takie zjawiska, o istnieniu których wywnioskować możemy z niestałego charakteru jednorodności. Powierzchnia ciała, więcej niż jakakolwiek inna jego część, musi stać się niepodobną do wnętrza, gdyż najbardziej odmiennym podlega warunkom; zróżniczkowanie zaś to nie może jednocześnie objawiać się na wszystkich częściach powierzchni, gdyż te nie mogą podlegać siłom zewnętrznym bezwzględnie jednako. Pozostaje jeszcze drugi fakt ogólny podobnego znaczenia. Jakąkolwiek będzie rozciągłość warstwy zewnętrznej komórek, czyli tak zwanej blastodermy, dzieli się ona teraz na 2 warstwy: serosa i mucosa, albo inaczej na ektodermę i endodermę. Pierwsza z nich wytwarza się z tej części warstwy, która pozostaje w zetknięciu z czynnikami zewnętrznymi; druga — zaś, z części, pozostającej w zetknięciu z wewnętrzni], masą żółtka. To znaczy, iż po pierwotnym mniej lub więcej rozległem zróżniczkowaniu się powierzchni i wnętrza, wynikająca stad część zewnętrzna podlega wtórnemu zróżniczkowaniu się na cześć wewnętrzna i zewnętrzną, zróżniczkowaniu się, należącemu oczywiście do tego samego porządku, co i poprzedzaj Q,ce, a odpowiadającemu dalszej, najbardziej wybitnej różnicy warunków.

Ale, jak już wykazano, zasada, przedstawiona tutaj w swej postaci prostej, nie daje nam klucza do szczegółowego zrozumienia zjawisk rozwoju organicznego. Nie może ona bynajmniej wyjaśnić nam odrębności rodzaju i gatunku, jak również pozostawia nas w zupełnej ciemności wobec owych jeszcze ważniejszych różnic, jakimi odznaczają się rzędy i rodziny. Nie może ona nam wytłumaczyć, dlaczego z dwóch jajeczek, zniesionych w tym samym stawie, jedno daje nam rybę, drugie zaś płaza. Również na podstawie powyższej hipotezy nie da się wytłumaczyć fakt, dlaczego z dwóch jaj, umieszczonych pod ta sama kurą, jedno da życie kaczce, drugie zaś kurczęciu. Nie mamy tu innego wyboru, jak tylko zwrócić się do niewyjaśnionej zasady dziedzicznego przelewania cech. Zdolność zarodka organicznego do rozwijania się na dorosłego o zawiłej budowie osobnika, do odtwarzania rysów przodka w najdrobniejszych szczegółach nawet wówczas, gdy zarodek ów znajdzie się w warunkach odmiennych, zdolność ta nie może być obecnie przez nas zrozumianą. Fakt taki, jak ten, że już w mikroskopijnej cząsteczce materii, pozbawionej na pozór wszelkiej budowy, tkwią wpływy, dzięki którym wylęgły z owej cząsteczki człowiek po dojściu do lat pięćdziesięciu, stanie się podagrycznym lub obłąkanym, fakt ten byłby nie do uwierzenia, gdybyśmy codziennych jego nie spotykali przykładów. Gdybyśmy jednak, zwróciwszy się wstecz, znaleźli, jak to każą przypuszczać pewne dane, iż owe zawiłe zróżniczkowania, objawiające się w człowieku dojrzałym, nie są niczym innym, jak tylko nagromadzeniem się i przelewem skutków pewnego procesu, podobnego temu, jaki widzimy w pierwszych zmianach zarodka, to wynikałoby z tego, iż nawet owe zmiany zarodkowe, odbywające się pod działaniem dziedziczności, są tylko odległymi następstwami zaznaczonego tu prawa. Gdyby się wykazało, iż lekkie zmiany, dokonane w ciągu życia w organicznie dojrzałym i przekazane potomstwu wraz ze wszystkimi podobnymi zmianami dawniejszymi, same nie są niczym innym, jak tylko niepodobieństwem części, wynikłym z niepodobieństwa warunków, wówczas wypływałoby z tego iż zmiany, zachodzące w ciągu zarodkowego rozwoju, są po części bezpośrednim skutkiem niestałego charakteru jednorodności, po części zaś skutkiem jego pośrednim. Dla usprawiedliwienia wszakże zajętego tu stanowiska nie ma potrzeby przytaczać dowodów na poparcie niniejszej hipotezy. Dość, że najwybitniejsze zróżniczkowania, jakim powszechnie podlega poczynający się rozwijać organizm, odpowiadają, najbardziej wybitnym różnicom warunków, których działaniu części jego podlegają. Dość tego, że zwykłe przeciwieństwo pomiędzy stroną zewnętrzną, a wnętrzem, objawiające się, jak wiemy, w ciałach nieorganicznych wskutek niejednakiego podlegania siłom zewnętrznym, jest ściśle równoległe z najpierwotniejszym przeciwieństwem, jakie się okazuje na wszelkich ciałach organicznych.

Pozostaje jeszcze zaznaczyć, że wygłoszone tu prawo zarówno wyśledzić się daje w skupieniu ustrojów, składającym dany gatunek. Posiadamy obfity materiał do wnioskowania w drodze indukcji, iż wszelki gatunek nie pozostanie jednopostaciowym, lecz zawsze stawać się będzie w pewnej mierze wielopostaciowym; istnieje również podstawa dla wywodów dedukcyjnych, iż przyczyną owego przejścia od jednorodności ku wielorodności jest podleganie jego członków odmiennym warunkom otoczenia. Ta okoliczność, iż w każdym gatunku zwierzęcym lub roślinnym osobniki nie są całkiem jednakie, oraz fakt, iż w każdym gatunku istnieje skłonność do wytwarzania różnic dość wybitnych, aby utworzyć mogły odmianę — wszystko to tworzy dość rozległą podstawę do indukcji. Z drugiej strony dedukcja znów znajduje poparcie w pospolitym doświadczeniu, iż odmiany są najbardziej liczne i stanowcze tam, gdzie jak np. wśród uprawnych roślin i zwierząt domowych, warunki życia najdalej i najliczniejszymi drogami odbiegają od warunków pierwotnych. Czy będziemy spoglądali na „dobór naturalny", jako na całkowitą, czy też na cząstkową przyczynę powstawania odmian, wniosek nasz ogólny nie zmieni się. Istotnie, budowa danej odmiany, jak tego dowodzi utrzymywanie się jej przy życiu, pozostaje w zgodzie z pewną grupą sił zewnętrznych, mnożenie się zaś tej odmiany i zdobycie przez nią pewnej przestrzeni, zajmowanej przedtem przez jakiś inny odłam gatunku, każe domyślać się, iż owa grupa sił niejednako oddziaływała na obie odmiany; wynika stąd jasno, iż grupa ta jest istotną, przyczyną zróżniczkowania, że jeśli pewna odmiana ruguje gatunek pierwotny w danych miejscowościach, nie czyniąc tego w innych, to dzieje si§ to dla tego, iż grupa sił w jednej miejscowości niepodobna jest do grupy sił w innej; jasnym jest na koniec, że przejście gatunku od jednorodności ku różnorodności jest wynikiem tego, iż rozmaite jego odmiany podlegają rozmaitym skupieniom sił.

§ 153. Trudno jest wykazać działanie tegoż prawa wśród zjawisk umysłowych, nie uciekając się do rozbioru, zbyt obszernego w danej chwili na to, aby w sposób zadowalający wykazać, jak stany świadomości zrazu jednorodne, pod wpływem różnicy zmian, wynikłych z działania sił rozmaitych, staja się różnorodnymi, na to potrzeba by było skrzętnie śledzić organizowanie się najwcześniejszych doświadczeń. Po dokonaniu tego oczywiste by się stało, iż rozwój umysłowości w jednej ze swoich postaci głównych polega na podziale na odrębne klasy rzeczy niepodobnych, zaliczanych pierwotnie do jednej klasy, polega na tworzeniu poddziałów i podpodziałów, aż wreszcie zmieszane skupienie znanych przedmiotów stanie się skupieniem, jednoczącym w sobie niezmierną różnorodność licznych swych grup z zupełna jednorodnością członków każdej grupy. Kiedy np. przez wszystkie szczeble istot ustrojowych śledzić zaczniemy powstawanie owego rozległego zasobu wiedzy, jaki nabywamy dzięki wzrokowi, to znajdziemy, iż w okresie najpierwszym, gdy oczy pozwalały tylko odróżniać światło od ciemności, jedyną możliwą klasyfikacyą przedmiotów widzianych była klasyfikacja, oparta na sposobie i stopniu zaciemniania światła; znaleźlibyśmy, iż dzięki takim nierozwini$tym narządom wzroku, cienie, przemykające po owej pierwotnej siatkówce, mogły być odróżniane tylko jako cienie przedmiotów nieruchomych, przesuwające się podczas ruchu samego zwierzęcia, oraz cienie przedmiotów ruchomych, zbliżających się do oka wtedy, gdy zwierze zostawało w stanie spoczynku; ujrzelibyśmy, iż taka niezmiernie ogólna klasyfikacja przedmiotów widzianych na nieruchome i poruszające się musiałaby się wytworzyć najwcześniej. Znaleźlibyśmy dalej, że podczas kiedy oczy najprostsze nie są zdolne odróżnić zaćmiewania światła, wywołanego przez małe, lecz pobliskie przedmioty — od takiego zaćmiewania, jakie spowodować by mógł przedmiot wielki, ale znajdujący się w pewnej odległości, to już wzrok cokolwiek wyżej rozwinięty zdolnym byłby do wykrycia podobnych rożnie; stad zaś musiałoby wyniknąć pewne niejasne zróżniczkowanie klasy przedmiotów poruszających się aa bliższe i bardziej odległe. Spostrzeglibyśmy, iż następstwem dalszych ulepszeń wzroku, umożliwiających np. dokładniejszą ocenę odległości dzięki lepszemu przystosowaniu osi wzrokowych lub też umożliwiających odróżnianie kształtów dzięki rozszerzeniu się i poddziałom siatkówki, iż następstwem tego wszystkiego musiałaby być większa określoność utworzonych już klas i podział ich na mniejsze klasy, składające się z przedmiotów mniej różnorodnych. Na koniec znaleźlibyśmy, iż każde następne udoskonalenie narządu postrzegawczego musiałoby w podobny też sposób prowadzić do pomnożenia liczby poddziałów i do wyraźniejszego odgraniczenia każdego z nich. W każdem niemowlęciu śledzić można podobne przeobrażenie niejasnej gmatwaniny wrażeń przedmiotów otaczających, nie odróżnionych pod względem odległości, objętości lub kształtów, na odrębne i niepodobne do siebie klasy przedmiotów podobnych. Wreszcie tak w jednym, jak w drugim wypadku można wykazać, iż przemiana owej pierwszej nieokreślonej niespójnej i stosunkowo niejednorodnej świadomości na określona, spójną i jednorodną wynika z różnicy oddziaływań sił zewnętrznych na organizm. Krótkie wyliczenie tego, co można by było wykazać, gdyby miejsce pozwalało na to, musi nam tutaj wystarczyć. Wskazówki te dadzą prawdopodobnie każdemu czytelnikowi odpowiedni klucz rozumowania, za pomocą którego każdy przekona się, że bieg rozwoju umysłowego nie przedstawia tu wcale wyjątku z ogólnego prawa. Dalej, na pomoc owemu rozumowaniu dołączymy tu przykład łatwo zrozumiały nawet po za procesem umysłowego rozwoju, rozważonego jako całość.

Zauważono (zauważyć miał podobno Coleridge, chociaż nie mogłem znaleźć odnośnego ustępu), iż z postępem języka, słowa posiadające zrazu znaczenie podobne, zaczynają się różnić — przemiana, którą ochrzczono straszliwym wyrazem „desynonimizacji." Tej utraty równoważności słów nie można wykazać jasno w wyrazach samorodnych (indigeuous), w tych bowiem różnica znaczeń poczęła się ujawniać przed okresem piśmiennictwa. Ale w wyrazach, ukutych umyślnie, albo wziętych z języków innych wtedy, kiedy już piśmiennictwo istnieć zaczęło, proces ten daje się wyśledzić. Teologowie starożytni używali wyrazu miscreant (niewierzący) w jego znaczeniu etymologicznym, lecz w mowie nowoczesnej wyraz ten całkowicie postradał owo znaczenie [obecnie osoba niepoprawna, łamiąca zasady- KK]. Podobnie też wyrazy evil-doer i malefactor (źle czyniący) ściśle jednoznacznymi będąc z pochodzenia, przestały być takimi w użyciu codziennym: przez wyraz malefactor rozumiemy dziś zdecydowanego złoczyńcę, co już dalekim jest od znaczenia wyrazu evildoer. Czasownik produce w geometrii Euklidesa posiada znaczenie pierwotne, takie jak prolong albo draw ont (poprowadzić, przedłużyć); dziś jednak szeroko rozrosłe znaczenia tego czasownika mało mają wspólnego ze znaczeniem wyrazów prolong albo draw out. W języku liturgii anglikańskiej dziwaczne nieporozumienia przytrafiają się dzięki używaniu czasownika prevent w jego znaczeniu pierwotnym zajść z przodu zamiast w nowoczesnym bardziej szczególnym znaczeniu — zajść z przodu tak, aby zatrzymać, zapobiec (to come before with the effect of arresting). Ale najbardziej przekonywającymi są takie wypadki, w których wyrazy różne składają się z takich samych części, odmiennie skojarzonych, jak np. go under i under go. We go under a tree (idziemy pod drzewo), we under go a pain (podlegamy bólowi). Jakkolwiek rozważane analitycznie znaczenie owych wyrażeń byłoby takim samem, gdybyśmy przestawili słowa, to jednak zwyczaj o tyle już sens ich odmienił, iż nie moglibyśmy bez niedorzeczności powiedzieć, że podlegamy (under go) drzewu albo idziemy pod (go under) ból. Niezliczona ilość takich przykładów można przytoczyć dla pokazania, iż równowaga pomiędzy dwoma, początkowe jednoznacznymi wyrazami nie może być utrzymana. Jeśli tylko nie bywają one używanymi codziennie ze ściśle jednakowa częstością i w stosunkach ściśle podobnych (przeciwko czemu przemawia bardzo wiele), tedy z konieczności powstaje zwyczaj kojarzenia raczej jednego z nich, nie zaś drugiego z dana czynnością lub przedmiotem, Zwyczaj, taki raz się ukazawszy, utrwala się i stopniowo jednorodność ich znaczenia znika. W każdym osobniku spostrzegać możemy skłonność, niechybnie wiodąca do takiego skutku. Pewien słownik, pewien zasób zdań cechuje mowę każdej osoby: każda używa zazwyczaj pewnych wyrazów w takich samych wypadkach, w jakich inne osoby używają wyrazów innych; nadto spostrzegamy ciągłe powtarzanie się ulubionych wyrażeń. Ta niezdolność utrzymania równowagi w użyciu symbolów słownych, cechująca każdego człowieka, tym samem cechuje też skupienia ludzi (społeczeństwo). Ostatecznym zaś tego wynikiem jest właśnie desynonymizacja.

Gdybyśmy doznawali jakiejś trudności w zrozumieniu, jak owe zmiany umysłowe maja stwierdzać prawo przeobrażeń fizycznych, odbywających się pod działaniem takichże sił, to trudność podobna zniknie, gdy na akty umysłowości patrzeć będziemy jak na czynności nerwowe. ujrzymy wówczas, iż wszelka utrata równowagi (utrata,, jakiej przykłady mieliśmy wyżej) jest utratą równości czynnościowej pomiędzy dwoma jakimiś pierwiastkami układu nerwowego. Zobaczymy też, tak jak i w innych wypadkach, iż owa utratę równości czynnościowej zawdzięczać należy różnicy działania sił zewnętrznych.

§ 154. Masy ludzkie, podobnie do wszelkich innych mas, okazują, też podobna skłonność, podobne mająca przyczyny. Objawia się ona zarówno w małych związkach, jak i w wielkich liczebnie społeczeństwach; tak w jednych zaś, jak w drugich dzięki jej ukazują się zróżniczkowania rządowe; i przemysłowe. Spójrzmy na zjawiska, należące do tych dwóch działów.

Stowarzyszenie biznesowe bez względu na doskonałe zrównoważenie władzy jego członków w teorii, praktycznie staje się związkiem, w którym powaga jednego ze stowarzyszonych domyślnie uznawaną jest za większą, niż powaga innego lub innych.

Jakkolwiek stowarzyszeni nadali równą władzę kierownikom towarzystwa, to jednak nierówność jej rychło wśród nich się ukazuje, zazwyczaj też władza jednego z dyrektorów staje się tak wybitną, iż postanowienia jego określają przebieg spraw. Podobnie też w politycznych, dobroczynnych, literackich lub w jakichkolwiek innych stowarzyszeniach nie omieszkamy dostrzec owego dzielenia się na część podległą i rządzącą, każda zaś z nich posiada swych przywódców, swych członków mniej wpływowych i masę niemających wpływu. Te przykłady pomniejsze, w których niezorganizowane grupy ludzi, pozostających w stosunkach jednorodnych, stopniowo przeobrażają się w grupy zorganizowane, ludzi ustosunkowanych różnorodnie, rozwiązują nam zagadkę nierówności społecznych. Zarówno barbarzyńskie, jak cywilizowane społeczeństwa, cechują się podziałem na klasy, jak również poddziałem na mniej lub więcej ważne jednostki; budowa zaś taka jest oczywiście stopniowo utrwalonym wynikiem takiego procesu, jakiego przykład widzimy codziennie w związkach handlowych i innych. Dopóki ludzie kojarzyć się będą w celu wzajemnego oddziaływania na siebie, bądź drogą siły fizycznej, bądź też siły charakteru, dopóty powstawać będą starcia 0 pierwszeństwo, kończące się ostatecznie niechybną przewagą jednego z nich; różnica zaś taka, gdy się raz ukaże, musi dążyć do coraz większego uwydatniania się. Gdy równowaga nietrwała raz będzie zburzoną, wówczas jednopostaciowość ze wzrastająca szybkością musi ciążyć ku wielokształtności. W końcu utrwalą się: przewaga i podporządkowanie, jak to widzimy w całej budowie społecznej, poczynając od wielkich podziałów na klasy, dotyczących całego ciała [społecznego], aż do koteryjek wioskowych, a nawet aż do uczniowskich „partii."

Zarzucą tu nam prawdopodobnie, iż zmiany takie wynikają nie z jednorodności skupień początkowych, lecz z ich niejednorodności — z pewnych lekkich różnic, istniejących na samym początku pomiędzy jednostkami. Jest to bez wątpienia przyczyna najbliższa. Biorąc rzecz ściśle, zmiany takie należy uważać jako przeobrażenia względnej jednorodności na względną różnorodność. Dość jest, wszakże jasnym, że i skupienie ludzi bezwzględnie równych sobie co do przymiotów podległoby również podobnemu przeobrażeniu. W braku bowiem doskonałej jednostajności sposobów ich życia — zajęć, warunków fizycznych stosunków domowych, biegu myśli i uczuć, musiałyby powstać między nimi różnice; te zaś ostatecznie musiałyby spowodować zróżniczkowania społeczne. Nawet przypadkowa niejednostajność zdrowia, pociągając za sobą nierówność sił umysłowych i fizycznych, zakłóca dokładną równowagę wzajemnych wpływów pomiędzy jednostkami. Ta zaś, raz zakłócona, niechybnie musi ustąpić. Stąd też, w samej rzeczy, nie tylko widzimy, iż dane skupienie ludzi bezwzględnie; jednorodnych co do stosunków rządu (bezwzględnie uwspółrzędnionych) musi na podobieństwo innych ciał jednorodnych stać się różnorodnym, ale nadto widzimy, iż musi ono tak czynić z powodu tej samej przyczyny ostatecznej, z powodu niejednakiego podlegania jego części siłom zewnętrznym. Pierwotne przemysłowe podziały społeczeństw w sposób bardziej oczywisty wynikają z niepodobieństwa warunków zewnętrznych. Podziałów takich niema, dopóki nie utrwali się owo niepodobieństwo. Plemiona koczownicze nie wystawiają stale jakichkolwiek grup swoich członków na działanie szczególnych warunków miejscowych; podobnie też plemię osiadłe, lecz zajmujące przestrzeń nieznaczną nie podlega z pokolenia na pokolenie wybitnie odmiennym warunkom miejscowym; toteż wśród takich plemion niema żadnych stanowczych zróżniczkowań ekonomicznych. Ale społeczność, rozrastająca się liczebnie, zająwszy przestrzeń rozległą i urządziwszy się już o tyle, że członkowie jej żyją i umierają w danych dzielnicach kraju, przedstawia części, podlegające odmiennym warunkom fizycznym, a stąd mieszkańcy jej zaczynają się różnić pod względem zajęć. Ci, którzy żyją w rozproszeniu, trudnią się myślistwem lub uprawą roli, inni, zajmujący wybrzeża morskie, odpowiednim też oddają się zajęciom, podczas gdy znów mieszkańcy pewnych miejscowości, bardziej poszukiwanych, może dla ich położenia miejscowego, np. miejscowości, w których odbywają się periodyczne zbiorowiska — stają się kupcami, a w miejscach owych ukazują się miasta. Każda z tych klas podlega zmianie charakteru, odpowiednio do swej czynności, do której przystosowują się coraz lepiej. Później za sprawą ewolucji społecznej owe przystosowania miejscowe znakomicie się mnożą.

Wynikiem różnic gleby i klimatu bywa to, iż ludność rolnicza rozmaitych okolic państwa wprowadza częściowe zróżniczkowania w swych zajęciach, odróżniając się głównie już to produkcją bydła, owiec, już pszenicy, owsa, chmielu, drzew owocowych. Ludność osiadła w okolicach obfitujących w pokłady węgla, oddaje się jego wydobywaniu; mieszkańcy Kornwalii stają się górnikami, dla tego, że kraj ten obfituje w rudy metaliczne; wyroby zaś żelazne stanowią główną gałąź przemysłu tam, gdzie jest obfitość rudy żelaznej. Liverpool wziął na się obowiązek sprowadzania bawełny, a to dzięki sąsiedztwu z okręgiem, produkującym wyroby bawełniane. Dla podobnej też przyczyny Hull stał się głównym portem przewozu zagranicznej wełny. Zastosowanie tegoż prawa spotykamy nawet w powstawanie browarów, farbiarni, kamieniołomów cegielni dostrzegać możemy dowody tej samej prawdy tak, że zarówno w ogólności, jak i w szczególności specjalizacja ustroju społecznego, cechująca odrębne jego części, zależy pierwotnie od warunków miejscowych. Podział pracy, który w innej postaci ukazywał się nam, jako następstwo podążania ruchu po linii najmniejszego oporu, tutaj tłumaczy się, jako skutek różnicy sił zewnętrznych; oba zaś te tłumaczenia są całkowicie ze sobą zgodne, gdyż rozkład sił, mających być przezwyciężonymi, określa właśnie w każdym wypadku kierunek najmniejszego oporu; stąd też niepodobieństwo rozkładu w oddzielnych miejscowościach pociąga za sobą niepodobieństwo zajęć ludzkich w tych że miejscowościach czyli pociąga za sobą zróżniczkowania przemysłu.

§ 155. Należy jeszcze wykazać, iż prawo to daje się wyprowadzić a priori. Mamy tu mianowicie dowieść, iż niestałość jednorodności jest następstwem stateczności siły. Utrzymywaliśmy już to domyślnie, wskazując na niejednakowość podlegania części danego ciała czynnikom zewnętrznym, jako na przyczynę, dla której masa jednostajna jednolitość swą traci. Tutaj wszakże właściwym będzie rozwinąć owo twierdzenie domyślne w określony dowód.

Uderzając daną masę materii z taką siłą, iżby się roztrzaskała lub rozprysnęła, ujrzymy naprzód, że uderzenie rozmaicie dotknęło różne jej części, po wtóre zaś, że różnice są następstwem niejednakich stosunków jej części do siły zastosowanej. Ta część, z którą zetknęło się ciało uderzające, otrzymując całą sumę udzielonej sobie siły (momentu), popychana jest ku środkowi masy. W ten sposób uciska ono i dąży do przemieszczenia części masy, położonych bliżej środka; te jednak nie mogą być ściśniętymi, lub też wysadzonymi z miejsca, nie wywierając ucisku na wszystkie części otaczające. Kiedy zaś uderzenie jest dość silnym, aby spowodować rozbicie masy, to z promienistego rozpryskania się jej odłamów widzimy, iż moment pierwotny, rozchodząc się po niej, podzielił się na wiele mniejszych momentów różnego kierunku. Widzimy, iż kierunki owe określają się położeniem części względem siebie, jak również względem punktu uderzenia. Spostrzegamy dalej, iż części owe rozmaicie dotknięte zostały przez siłę rozrywającą dzięki rozmaitemu swemu względem niej stosunkowi kierunków i przyczepienia — że, skoro skutki są tutaj wytworem połączonego działania przyczyny i warunków, nie mogą być jednakimi w częściach, niejednako uwarunkowanych. Ciało, podlegające działaniu ciepła promienistego, jeszcze lepiej uwydatnia tę prawdę. Biorąc przykład najprostszy, przykład kuli, widzimy, iż podczas gdy cześć najbliższa promieniującego środka otrzymuje promienie pod katem prostym, inne części strony, podlegającej działaniu, otrzymują promienie pod wszystkimi kątami od 90 do 0. Dalej, drgania drobinowe, rozchodzące się po masie od powierzchni, otrzymującej ciepło, muszą postępować ku wnętrzu pod rozmaitymi dla różnych punktów kątami. Na koniec, wewnętrzne części kuli, podległe drganiom, wychodzącym od wszystkich punktów ogrzewanej powierzchni, muszą również dotkniętymi być niejednako, a to — odpowiednio do różnicy ich położeń. W ten sposób wszystkie atomy składowe masy, bądź umieszczone na przestrzeni, odbierającej promienie, bądź w środku, bądź też na stronie przeciwległej, podlegają drganiom, mniej lub więcej różnym.

Jakież jest jednak znaczenie ostateczne tego wniosku, że jednaka siła wywołuje rozmaite zmiany w jednakiej masie wskutek rozmaitego ustosunkowania części masy do tejże siły? Aby to dokładnie zrozumieć, musimy zapatrywać się na każdą część, jako na podlegającą jednocześnie innym siłom: ciążenia, spójności, ruchu drobinowego itd. Skutek więc, wywołany przez jakąś siłę dodatkową, musi być wypadkową jej i tych sił, które już przed nią działały. Jeżeli te ostatnie, działając na dwie części danego skupienia, różnią się co do kierunku, to wyniki działania na te dwie części jakichś dwóch nowych sił jednakich muszą również w odmiennym objawić się kierunku. Dlaczego? Oto dla tego, iż niepodobieństwo takie pomiędzy dwiema grupami czynników wynika tu z obecności w jednej z nich jakiejś szczególnie skierowanej siły, której nie zawiera druga grupa; że zaś ta siła wywoła taki skutek, iż wynik ogólny w jednym wypadku będzie inny niż w drugim, to jest już tylko nieuniknionym następstwem stateczności siły. Twierdzenie, iż niejednako umieszczone części danego skupienia muszą niejednakowo zmieniać się pod działaniem siły zewnętrznej, stanie się dla nas jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie, że ilości owej siły zewnętrznej, jakim każda z nich podlega, nie są sobie równe, jak to przypuszczano wyżej, lecz prawie zawsze nierówne. Jedynie tylko części zewnętrzne masy są zazwyczaj wystawione na działania chemiczne i nie tylko części wewnętrzne osłoniętymi bywają przed działaniem powinowactwa pierwiastków zewnętrznych, ale powinowactwa owe niejednostajnie oddziaływają na powierzchnie zewnętrzne, gdyż działanie chemiczne w postaci prądów rozszerza się po środku, w którym się odbywa, a w ten sposób różne części powierzchni obdarzane jednakowymi ilościami wpływu czynnego. Z drugiej strony natężenie jakiejkolwiek promieniującej siły zewnętrznej, jaką otrzymują rozmaite części skupienia, znakomicie się różni; widzimy np. przeciwieństwo pomiędzy ilością takiej energii padającą na stronę najbliższą promieniującego środka oraz ilością, a raczej brakiem siły, dosięgającej strony przeciwnej, widzimy też różnice ilości, otrzymywanych przez rozmaite przestrzenie strony, wystawianej na działanie, Na koniec mamy niezliczone przeciwieństwa pomiędzy ilościami siły, otrzymywanymi przez rozmaite części wewnętrzne. Podobnie też, gdy na jakieś skupienie oddziaływa siła mechaniczna, bądź w postaci starcia, bądź stałego ucisku, bądź rozciągania, wówczas natężenie działań rozchodzących się po całej masie, nie jest oczywiście jednakim — odpowiednio do niejednakich położeń. Ale utrzymywać, iż rozmaite części skupienia podlegają rozmaitym ilościom jakiejś siły zewnętrznej, znaczy to twierdzić, że stan ich zostaje przez nią zmienionym w stopniu rozmaitym, czyli, ż gdyby części owe były przedtem jednorodnymi pod względem swych stosunków, to musiałyby one w mierze odpowiedniej stać się różnorodnymi, gdya wobec stateczności siły rozmaite ilości jej, działając na rozmaite części, muszą wytwarzać w nich różną ilość skutków, tj. zmiany różne.

Do uzupełnienia dowodu potrzebną tu jest jeszcze jedna uwaga. Rozumując podobnie, możemy dojść do wniosku, że nawet niezależnie od działania jakiejkolwiek siły zewnętrznej równowaga jednorodności w danym skupieniu musi być zburzoną wskutek niejednakiego na się oddziaływania jego części. Że wpływy wzajemne samego skupiania się (nie mówimy o innych wpływach wzajemnych) muszą w różnych częściach wytwarzać skutki odmienne, gdyż części te podlegają skupianiu w niejednakowej mierze i kierunku, o tym przekonamy się dowodnie, przypominając sobie, iż części składowe danej całości same uważane być mogą jako całostki niniejsze, że względem każdej takiej całości mniejszej działanie całego skupienia staje się siłą przydaną, zewnętrzną, że siła taka, jak wykazano wyżej, musi wywoływać zmiany niejednakie w częściach podobnej całości mniejszej i że na koniec, gdy podobne całostki mniejsze staną się różnorodnymi, takim samem też stanie się całe skupienie.

Tak wiec, niestałość jednorodności daje się wyprowadzić z prawdy pierwotnej, stanowiącej podkład naszej umysłowości. Jedna jedyna trwała jednorodność możliwą jest hipotetycznie. Gdyby środki siły bezwzględnie jednakowej mocy rozproszonymi były z bezwzględną jednostajnością po przestrzeni nieograniczonej, wówczas pozostałyby one w równowadze. Przypuszczenie to wszakże, jakkolwiek słownie zrozumiałe, nie może być odtworzone w myśli, gdyż przestrzeń nieograniczona jest nie do pojęcia. Ale wszystkie, skończone postacie jednorodności, tj. takie, jakie możemy poznać lub pojmować, muszą niechybnie popadać w różnorodność. Stateczność siły zniewala do tego trzema rozmaitymi drogami. Pozostawiając na uboczu czynniki zewnętrzne, widzimy, iż każda jednostka jednorodnego ciała musi odmiennie od wszelkich innych podlegać działaniu pozostałych części skupienia. Ponieważ siła wypadkowa skupienia, oddziaływająca na każdą jednostkę, w dwóch danych wypadkach nie bywa podobna co do natężenia albo kierunku, zazwyczaj zaś pod żadnym z tych dwóch względów, przeto żadna siła zewnętrzna, nawet jednostajna będąc pod względem natężenia lub kierunku,nie może wywołać skutków jednakich, działając na jednostki (skupienia). Na koniec, rozmaite położenie części, w stosunku do jakiejś siły zewnętrznej, przeszkadza im w otrzymywaniu tejże siły w jednakiej mierze i kierunku, a stąd nieuniknionymi się stają dalsze różnice otrzymywanych skutków.

Jeszcze jedna uwaga. Do wniosku, iż zmiany, od jakich rozpoczyna się ewolucja, są nieuchronnym następstwem prawa stateczności siły, potrzeba jeszcze dodać wniosek, iż zmiany te muszą trwać dalej. Jednorodność bezwzględna musi utracić swą równowagę; względna zaś jednorodność musi stać się stosunkowo mniej jednorodną. To co prawdziwym jest w odniesieniu do całości, musi być takim w zastosowaniu do części, na jakie ona się dzieli. Jednostajność każdej takiej części musi niechybnie zaginąć w wielokształtności tak samo i z tych samych powodów, jak to się działo z całością. W ten sposób, trwające ciągle zmiany, cechujące ewolucję, o ile polegają na przechodzeniu jednorodności w różnorodność i rzeczy mniej różnorodnych w bardziej różnorodne, są niezbędnym następstwem stateczności siły.

dr Kamil M. Kaczmarek 08 08 2010