Herbert Spencer

Dane socjologii

Rozdział XV. Wyobrażenia o innym świecie

§ 109. Opisując w rozdziale ostatnim wyobrażenia o życiu pozagrobowym, przytaczaliśmy ustępy, które domyślać się każą wyobrażeń o innym świecie. Dwa te szeregi wyobrażeń wiążą się ze sobą tak ściśle, że o jednym z nich niepodobna rozprawiać, nie wzmiankując tu i owdzie o drugim. Jednakże, dla nieroztrząśnięcia tego drugiego szeregu wyobrażeń pozostawiłem umyślnie rozdział osobny — zarówno dla tego, iż kwestia domniemanego umiejscowienia życia przyszłego stanowi zagadnienie odrębne, jak i dla tego, iż koncepcje ludzkie, dotyczące owego umiejscowienia, podlegają zmianom, których zbadanie będzie pouczającym.

Znajdziemy rychło, iż, drogą procesów podobnych tym, jakie roztrząsaliśmy przed chwilą, miejsce pobytu zmarłych oddala się powoli od miejsca pobytu istot żyjących.

§ 110. Początkowo oba te miejsca stanowią jedno: dziki wyobraża sobie, iż zmarli jego krewni znajdują się tuż w pobliżu. Kiedy odnawia on zapasy żywności na ich grobach, lub w inny sposób zjednywa ich względy, to tym samem domyślać się każe, iż znajdują się oni gdzieś niezbyt daleko, lub ze rychło powrócą. Domniemanie takie dziki uznaje.

Mieszkańcy wysp Sandwich sądzą, "że duch zmarłego unosi się dokoła miejsc swego ziemskiego pobytu," zaś na Madagaskarze utrzymuje się, iż duchy przodków odwiedzają swe groby. Indianie gujańscy wierzą, iż "wszelkie miejsce, na którym ktoś umarł, jest nawiedzanym przez ducha nieboszczyka; " Afrykańczycy zaś wschodni "zdają się wyobrażać, że dusze znajdują się zawsze w bliskości miejsc grzebalnych." Co większa, owa domniemana tożsamość siedzib bywa w pewnych wypadkach jeszcze ściślejszą. W kraju, leżącym na północ od Zambezi wszyscy wierzą, iż dusze zmarłych przebywają jeszcze z żywymi, uczestnicząc w pewien sposób w przyjmowaniu posiłku; " podobnie też "na wyspach Aleuts kich niewidzialne dusze, czyli cienie zmarłych, błąkają się w pośród ich dzieci."

Niektóre zwyczaje pogrzebowe każą niejako wierzyć w istnienie pewnego szczególnego miejsca pobytu zmarłych, leżącego tuż w pobliżu; miejscami tymi mianowicie są: opuszczone domy, lub wioski, w których mieszkał nieboszczyk. Kamczadali "przenoszą się częstokroć na inne miejsca, gdy ktokolwiek umrze w lepiance; nie zabierają przy tym zwłok ze sobą. " Pośród Lepchasów dom, który nawiedziła śmierć, "bywa zawsze opuszczanym przez pozostałych przy życiu mieszkańców. " Pobudka tego kroku, dość zresztą widoczna, bywa niekiedy wypowiadaną jawnie. Jeżeli zmarły Indianin z plemienia Krików "był osobistością wybitną, to rodzina jego natychmiast wynosi się z domu, w którym go pogrzebano, i buduje sobie nowy, wierząc, iż miejsce, na którym pochowano kości zmarłego, zawsze nawiedzanym bywa przez chochlików." Rozmaite ludy afrykańskie zachowują taki sam zwyczaj. Pośród Baloudów mąż opuszcza chatę, w której umarła najulubieńszą z jego żon; jeśli zaś powraca do tego miejsca, to tylko po to, "aby się pomodlić do niej, lub złożyć ofiarę. " W niektórych wypadkach owo przesiedlanie się, przybiera rozmiary znaczniejsze. Hotentoci opuszczają wioskę (kraal) "gdy umrze w niej jeden z mieszkańców." Bubowie z Fernandopo w wypadku śmierci porzucają wieś, w której się ta przytrafiła. Na koniec, o Beczuanach czytamy, że "po śmierci Mallahawana... mieszkańcy, zgodnie z obyczajem tego kraju, opuścili miasto (Lattaku)."

We wszystkich tych wypadkach zwyczaj pozostaje całkiem logicznym. Z opisanych już przez nas wyobrażeń pierwotnych rodzi się tutaj to pierwotne wyobrażenie, iż życie pośmiertne upływa na tym samem miejscu, na jakiem płynęło życie doczesne.

§ 111. gdzie indziej znajdujemy w zwyczaju tym lekkie zmiany: zwiększa się zakres miejscowości nawiedzanej przez dusze zmarłych; jakkolwiek powracają one jeszcze do swych dawnych siedzib, to jednak zazwyczaj pozostają w niejakim od nich oddaleniu.

W nowej Kaledonii "przypuszcza się, iż duchy zmarłych, uchodzą w zarośla." Zaś w Eromandze "również sądzi się, iż duchy błąkają się po zaroślach. " Wiarę tę, w postaci nieco zmienionej, odnajdujemy wśród niektórych Afrykańczyków, Murzyni nadbrzeżni sądzą, iżw lasach mieszkają ludzie dzicy, którzy wabią ich dusze, aby zrobić z nich sobie niewolników; wreszcie podług pojęcia Bulionów, duchy niższego porządku przebywają w zaroślach, w pobliżu miasta, wyższe zaś mieszkają dalej.

W innych wypadkach zwyczaje pogrzebowe dają początek mniemaniu, iż światem zmarłych jest jakaś sąsiednia góra. Karaibowie chowali swych wodzów na wzgórzach; Komanczowie na "najwyższym z pagórków sąsiednich." Patagończycy wreszcie grzebali ich na wierzchołkach wzgórz najwyższych, zaś w Arabii zachodniej miejsca grzebalne "znajdują się pospolicie na wierzchołkach, lub w pobliżu wierzchołków gór." Pomiędzy zwyczajem tym, a towarzyszącą mu wiarą, istnieje czasem związek oczywisty. Widzieliśmy, iż na wyspie Borneo szczątki zmarłych składane bywają na szczytach i złamach najmniej dostępnych. Stąd to pochodzi owo przytoczone przez Low'a, mniemanie Dajaków górskich, że wierzchołki wyższych wzgórz są zaludnione przez duchy; albo też jak powiada St. John "zapytywani o życie przyszłe, Dajakowie (z nizin) wskazują na najwyższe, wzrokowi ich dostępne góry, jako na miejsce pobytu zmarłych swych przyjaciół. " Wiele innych ludów umieszcza na górach swój świat pozagrobowy. Na Tahiti niebo najbardziej znane... mieściło się w pobliżu sławnej Tamahani, miejsca pobytu nieboszczyków, rozgłośnej góry, leżącej na półuoc-zachód od Rajatea. " Podobna też wiara, jakeśmy widzieli niedawno (§ 97), panuje na Madagaskarze. Na koniec, mogę tu powtórzyć twierdzenie Sir Johna Lubbocka, przytoczone przezeń z Dubois, że "niektórzy pisarze hinduscy umieszczają siedliska wiecznej szczęśliwości, na wysokich górach Indii północnych."

Tam, gdzie jaskinie używane bywają do grzebania zmarłych, tam stają się one, w mniemaniu ludności, miejscem pobytu nieboszczyka; stąd to powstaje pojęcie podziemnego świata duchów. Zwykłe grzebanie w połączeniu z wiarą w sobowtóra, błąkającego się ustawicznie i powracającego do grobu, mogło podsunąć wyobrażenie takie, jak owo upowszechnione wśród Koudów, których "bóstwa (duchy przodków), nie przekraczają granic ziemi: w niej podług ich wiary, przebywają one, wynurzając się i powracając dowolnie." Oczywistym jest wszakże, iż zwyczaj grzebania w jaskiniach, nadaje temu pojmowaniu rzeczy, postać coraz bardziej rozwiniętą. Profesor Nilson, wykazawszy, w jaki sposób szczątki, znajdywane w jaskiniach, potwierdzają podania i mniemania upowszechnione w Europie i Azji, nadmieniwszy o wioskach składających się ze sztucznych jaskiń górskich, w jakich ludzie poczęli się gnieździć, gdy groty naturalne nie mogły już ogarnąć ich liczby, oraz przypomniawszy nam, iż jednocześnie z zamieszkiwaniem jaskiń istniał również zwyczaj grzebania w nich, robi uwagę, iż zwyczaj ten, jak wszystkie zwyczaje religijne... utrzymał się przy życiu przez czas długi, jakkolwiek ludzie od dawna poczęli zamieszkiwać domy właściwe. Ten ścisły związek dwóch zwyczajów (mieszkania i grzebania w jaskiniach), szczególniej łatwo daje się spostrzegać w Ameryce, poczynając od Ziemi Ognistej, aż do Meksyku, jak to wykazano w § 87. Obok tego znajdujemy tam koncepcję jakiejś krainy podziemnej, do której uchodzą zmarli; tak np. ma się rzecz wśród Patagończyków: wierzą oni, iż niektórzy z nich, po śmierci powrócą do owych boskich jaskiń, "w których byli stworzeni i gdzie przebywają ich właściwi bogowie."

§ 112. Chcąc jednak w zupełności zrozumieć początek tego ostatniego wierzenia, musimy dołączyć tu rzecz o pochodzeniu wiary innej — wiary w to, iż zmarli zamieszkują miejscowości bardziej odległe. Jaki czynnik zmienia wyobrażenie pozagrobowego świata bliskiego, na wyobrażenie takiegoż świata względnie odległego? Odpowiedź prosta: czynnikiem tym jest wychodźstwo.

Marzenia senne tych, którzy świeżo wy wędrowali, dają początek wierzeniom w taki świat pozagrobowy, jakiego zmarły po długiej tylko podróży dosięgnąć może. Żywiąc przywiązanie do pozostawionych w Ojczyźnie osób ukochanych, oraz doznając tęsknoty za krajem (niekiedy niezmiernie silnej, jak o tym świadczy opowiadanie Livingstone'a, o niektórych murzynach, zmarłych na tę chorobę), ludzie nieucywilizowani, przerzuconymi będąc przez głód) lub wojnę do innych siedzib, muszą często miewać sny o miejscowościach i osobach przez się opuszczonych. Marzenia owe, opowiadane i rozumiane sposobem pierwotnym, jako wypadki z doświadczenia rzeczywistego, rodzą w nich wiarę, iż w czasie snu zwiedzali oni dawne swoje siedziby. W ten sposób, przytrafiając się kolejno, już jednemu z nich, już innym, sny owe upowszechniają wśród nich pojęcie o zwiedzaniu ziemi ojczystej w czasie spoczynku. Cóż więc zdarzać się musi w wypadku śmierci, pojmowanej, tak jak ją pojmuje człowiek pierwotny? Sobowtóra długo nie widać, dokądże się więc udał? Oczywiście do miejscowości, które często zwiedzał i z których dawniej powracał. Teraz nie przyszedł jednak; tęsknił zawsze za owymi krajami i mawiał często, że do nich powróci. Obecnie więc dokonał tego, czego dokonać pragnął.

Z podobnym tłumaczeniom rzeczy spotykamy się wszędzie: niekiedy jest ono jawne, czasem zaś domyślne. Kiedy umierał Inkas, mówiono wśród Peruwiańczyków, "iż odwołanym został do siedziby ojca swego, słońca." Mandańczycy, umierając, mają nadzieję powrócić do pierwotnych siedzib swych ojców. W Mangai, "gdy człowiek umiera, duch jego, jak mniemają, powraca do Awaiki, to jest do starożytnej siedziby ich przodków w stronie zachodniej." "Nie sądźcie, mówił pewien wódz nowozelandzki, iż pochodzenie moje jest ziemskie. Pochodzę z nieba, są tam wszyscy moi przodkowie; są oni bogami i ja do nich powrócę." Kiedy śmierć zaskoczy Santala w znacznej odległości od rzeki, "najbliższy krewny zabiera cząstkę jego ciała... i wrzuca ją do wody, aby spłynęła daleko na wschód, skąd przybyli jego przodkowie." W kraju sąsiednim wrzuca się do wody całe ciało, z takim samym, wyraźnie już zaznaczanym, zamiarem. Podobnie też "plemiona Teutońskie, również pojmowały życie przyszłe w ten sposób, iż śmierć była dla nich tylko powrotem do ojczyzny, powrotem do Ojca. Zobaczmy w jaki sposób fakty odpowiadają domniemanym twierdzeniom tej wiary.

Wędrówki odbywały się we wszelkich kierunkach; stąd więc, podług tej hipotezy, musiało powstać wiele rozmaitych wiar, odnośnie do kierunku, w jakim leżeć ma świat pozagrobowy. Znajdujemy też je w istocie. Mam tu na myśli nie tylko to, iż wierzenia owe różnią się w odległych od siebie częściach świata. Różnią się one na wszelkiej znaczniejszej przestrzeni, często zaś w taki właśnie sposób, jakiego można spodziewać się, sądząc z przypuszczalnych dróg, którymi dochodziła ludność do danej siedziby; różnice te nadto zgadzają się z podaniami mieszkańców. Tak np. w Ameryce Południowej, Szonowie "wyprowadzają swój początek od narodów zachodnich z za oceanu; " przypuszczają też, że po śmierci powrócą w owe strony Sąsiadujący z nimi Araukanowie wierzą, iż "po śmierci udają się ku zachodowi za morze." Peruwjańczycy z plemienia Inkasów, mając nadzieję powrócenia po śmierci na wschód, skąd przyszli, zwracali zwykle ciała umarłych twarzą ku wschodowi; ale współmieszkańcy ich nadbrzeżni, rasy tubylczej, nie zachowywali tego zwyczaju. Raj Otomaków Gujańskich leży w stronie zachodniej, gdy tymczasem dla plemion środkowo Amerykańskich znajdywał się on tam, "gdzie słońce wstaje. " W Ameryce północnej, Czynukowie, mieszkający pod odległym stopniem szerokości geograficznej, umieszczali swe niebo na południu, tak samo jak i Chipewajowie; podczas gdy, plemiona zaludniające bardziej południowe części lądu, mają swe "błogosławione knieje myśliwskie" na zachodzie. Dalej znów w Azji, raj Kałmyków znajduje się na zachodzie; Kuków na pónocy; Todasów tam, "gdzie słońce się kładzie;" podobne tez różnice spostrzegamy wśród wierzeń wyspiarzy Polinezyjskich. Na Eromamdze "przypuszcza się, iż duchy zmarłych odchodzą na wschód," gdy tymczasem na wyspie Lifu "sądzi się, iż dusza po śmierci wędruje na zachód do miejscowości zwanej Locha." Jak widać z jednego z przykładów powyższych, położenie ciała zmarłego pozostaje w związku, bądź domyślnym, bądź wyznawanym jawnie, z kierunkiem drogi, jaką nieboszczyk ma się udać. Mapuchesowie pozostawiają ciała w postawie siedzącej, z twarzą zwróconą ku zachodowi — w kierunku krainy duchów. Damarczykowie obracają ciała twarzą ku północy, "aby przypomnieć im (tubylcom), skąd początkowo przybyli; " na koniec, trupy sąsiadujących z nimi Beczuanów, obracane bywają twarzą ku tej samej stronie widnokręgu.

Obok tych rozmaitych koncepcyj, spostrzegamy też rozmaite domniemania co do podróży, jaka ma być przedsiębraną po śmierci, jak również co do odpowiednich przygotowań do niej; słyszymy więc, bądź o wędrówce w świat podziemny, bądź o podróży po lądzie, bądź o wyprawie z biegiem rzeki, bądź też wreszcie o przeprawie przez morze.

Pochodzenie człowieka od Troglodytów, o którym świadczą szczątki kopalne i przypominają podania, staje się źródłem pewnej grupy wierzeń, dotyczących początku człowieka, oraz innej grupy wierzeń, dotyczących umiejscowienia innego świata; ostatnie te wierzenia wyłaniają się ze związku owych podań z nadzieją pośmiertnego powrotu do siedziby przodków. "Przynajmniej połowa plemion Amerykańskich wyobraża sobie, iż człowiek stworzony został pod ziemią, albo w skalistych jaskiniach górskich," powiada Catlin. Pojęcie takie prawie nie mogło nie zrodzić się wśród tych, których przodkowie mieszkali w jaskiniach. Nie posiadając języka, który by zdolny był wyrazić różnicę pomiędzy zrodzeniem a stworzeniem, w podaniach swych nieuchronnie przedstawiają oni siebie, jako stworzonych w jaskiniach, lub też, w sposób mniej określony, jako takich, co wyszli z ziemi. Odpowiednio do tego, czy legenda nosi charakter szczególny (jak to się zdarza łatwo, kiedy jakieś zamieszkiwane dawniej jaskinie znajdują się w pobliżu), czy też staje się ona ogólną, (jak to bywa łatwo, gdy plemię wy wędruje do innych krajów), wierzenie może przybrać postać jedną lub drugą, W pierwszym wypadku powstaną podania podobne tyra, jakie krążą w kraju Basutów, gdzie istnieje jaskinia, % której tubylcy, jak mówią, wszyscy pochodzić mają; albo tez takie podania, jak to.

o którym wspomina Liwiugstone, a które dotyczy pewnej jaskini, znajdującej się w pobliżu wioski seszelskiej; jaskinia ta uchodzi za "siedzibę bóstwa." W drugim wypadku powstaną wyobrażenia podobne tym, jakie dziś jeszcze istnieją wśród Todasów, którzy sądzą, iż przodkowie ich wyszli z ziemi; albo też wyobrażenia takie, jakie panowały wśród starożytnych ludów historycznych, zapatrujących się na "Matkę ziemię," jak na źródło wszelkich istot. Cokolwiek bądź jednak, dziś jeszcze, obok wiary w podziemne pochodzenie człowieka, znajdujemy wiarę w świat podziemny, w którym nieboszczyki mają się łączyć z przodkami.

Nie kładąc nacisku na wrażenie, jakie w umysłach pierwotnych wywoływać mogły tak szeroko rozgałęzione jaskinie, jak np. Mamutowa w Kentucky, lub też Bellamarska we Florydzie, dość będzie przypomnieć tutaj, że w pokładach wapiennych na całej kuli ziemskiej woda potworzyła długie rozgałęzione przejścia, (już to doprowadzając badacza w jednym kierunku do jakiejś nieprzebytej przepaści, już w innym prowadząc go do podziemnego strumienia), dość będzie przypomnieć o tym, aby spostrzec, iż wiara w jakiś nieograniczony świat podziemny nieuchronnie prawie zrodzić się musiała. Przywodząc sobie na pamięć łatwowierność naszych własnych wieśniaków, w każdej takiej miejscowości, w pobliżu której jest jakieś bagno głębokie, lub jezioro, poczytywane przez nich za bezdenne, dość będzie przypomnieć to sobie, aby się przekonać, iż jaskinie, niezbyt nawet rozlegle, lecz nie zwiedzone do końca, łatwo poczynają uchodzić za nieskończone — za wiodące mrocznymi drogami do ponurych krain piekielnych. Na koniec, jeżeli któraś z takich jaskiń, pierwotnie zamieszkałych, była w owym czasie, lub później używaną jako miejsce grzebania zmarłych, a tym samem uważaną była za siedzibo dusz przodków, to mogła wypłynąć stąd wiara, iż wędrówka pośmiertna do domu praojców kończyła się na zstąpieniu do Hadesu1).

Kiedy podróż, kończąca się tak lub inaczej, miała być długą, musiano robić do niej przygotowania. Stąd to ów zwyczaj wkładania maczugi do rąk zmarłego Fijdżijanina, aby mógł się bronić, stąd ów dziryt przytwierdzany do palca trupa Nowokaledończyka; stąd, "piekielny trzewik," w jaki umarłych swych zaopatrywali Skandynawowie; stąd owo zabijanie konia lub wielbłąda, mających służyć do odbycia dalszej podróży; stąd owe paszporty, za pomocą których Meksykanie usuwali pewne niebezpieczeństwa; stąd składanie przez Eskimosów psiej głowy w grobie dziecka, aby służyła mu za przewodnika do krainy duchów; stąd owe myto w pieniądzach i podarkach, dla załagodzenia spotykanych po drodze demonów.

Rzecz prosta, iż owe mniemane trudności podróży pośmiertnej, muszą przedstawiać pewne podobieństwo do tych, jakie ewentualnie napotykało plemię w swoich wędrówkach ziemskich. Niebem murzynów z Wybrzeża Złotego, jest pewien "kraj wewnątrz lądu zwany Bosmanque;" jakoż aby się tam dostać potrzeba po drodze przebywać rzekę. Przeprawa taka jest naturalnie najwybitniejszym wypadkiem w opisach podróży mieszkańców lądu. Podróż bowiem lądowa rzadko mogła się odbywać bez tego, aby nie spotykano na drodze większej rzeki. Przeprawa przez nią w podaniach późniejszych przedstawia się jako główna z przeszkód przezwyciężonych; ponowne zaś jej przebycie uważanym będzie za główną przeszkodę w powrotnej wędrówce zmarłego. Niekiedy niemożność przeprawienia się przez rzekę uważaną bywa za przyczynę mniemanego wrócenia się z drogi. Pewne plemię północno-amerykańskie, w ten sposób właśnie tłumaczy powrót do zmysłów, po napadzie kataleptycznym. Sobowtór, nie mogąc przeprawić się przez rzekę, zawrócił z drogi. Nie jest niemożliwym, iż pojęcie owego niebezpieczeństwa przeprawy, niebezpieczeństwa tak wielkiego, iż nieboszczyk, raz go uniknąwszy, nie zechce się nań narażać znowu — doprowadziło do wyobrażenia, że duchy nie mogą przekraczać wody bieżącej.

Tam, gdzie plemię wędrujące dosięgło nowej siedziby nie drogą lądową, ale płynąc np. w górę rzeki, tam podanie i wynikające zeń pojęcie wędrówki powrotnej do siedziby przodków przybierają inną postać i do innych nakłaniają przygotowań. Humboldt powiada nam, iż w Ameryce południowej plemiona rozsiedlają się wzdłuż rzek i ich dopływów, gdyż lasy, oddzielające je, są nie do przebycia. Dalej na wyspie Borneo, gdzie plemiona zaborcze usadowiły się na brzegach morskich i rzecznych, rzeki oczywiście były owymi drogami, po jakich dotarto do wnętrza kraju. Stąd to pochodzą niektóre obrzędy pogrzebowe, spotykane na tej wyspie. Kanowici ładują zwykle lekką łódź rozmaitymi rzeczami zmarłego wodza i puszczają ją na wolę fal rzecznych. Malanauowie mieli zwyczaj "kłaść miecz nieboszczyka, zapasy żywności, odzież, naczynia i t. p. — dawniej zaś, obok tych przedmiotów znajdywała się przywiązana do łodzi niewolnica — i wszystko to umieszczali tuż przy morzu w chwili silnego odpływu." Opisując to, jako zwyczaj przeszłości, Brooke powiada, iż obecnie "przedmioty te umieszczane bywają w pobliżu grobów:" jest to przykładem tego, w jaki sposób zmieniają się obrzędy, i jak znaczenie ich się zaciemnia Pokrewnego przykładu dostarczają nam Czynukowie, którzy, umieściwszy trupa w łodzi u brzegu rzeki, zwracają przód statku w kierunku ujścia.

Podróż do innego świata z biegiem rzeki prowadzi nas prawie niepostrzeżenie do ostatniego już rodzaju wędrówek pośmiertnych — do przeprawy przez morze. Rodzaj ten znajdujemy zwykle tam, gdzie ludność odbyła istotnie wędrówkę morską. Niebem Tongańczyków jest pewna odległa wyspa. Jakkolwiek nie dość jest pewnym, gdzie leży Bulu, miejsce wiekuistej szczęśliwości Fidżyjan, to jednak "sam ten fakt, iż nie można go dosięgnąć inaczej, jak tylko łodzią, wskazuje nam, iż od świata doczesnego oddziela je woda!" Wejście do Hadesu Samoańczyńków, leży "na zachodnim krańcu Sawai," i aby go dosięgnąć, dusza (jeśli należała do osoby zamieszkałej na innej wyspie), podróżowała częścią lądem, częścią zaś musiała przepływać oddzielające ją morze lub morza. Co większa, Samoańczycy "o zmarłym swym wodzu powiadają, że "rozpiął żagle. " Obok, albo zamiast tych wyraźnych twierdzeń, znajdujemy, w innych wypadkach, zwyczaje dość wymowne. Niekiedy w pobliżu grobu na wyspach Saudwich znajdywaną bywa jakaś cześć lodzi. Na Nowej Zelandyi, zaludnionej niewątpliwie przez wychodźców Polinezyjskich, cała łódka niekiedy z żaglami i wiosłami, albo też cześć jej tylko, umieszczaną bywa, jak mówi Angas, przy grobach, lub w grobach, gdy tymczasem twierdzenie Tompsona, iż ciała wodzów Nowozelandzkich chowane były w pudłach, mających kształt łodzi, wskazuje nam na pewną zmianę zwyczaju, rzucającą światło na inne zmiany podobne. Widzieliśmy już, że Chonowie z Patagonii zachodniej, wyprowadzający swój początek od jakiegoś ludu zachodniego za oceanem, spodziewają sio powrócić doń po śmierci; tutaj zaś dodać należy, iż, grzebią oni swych zmarłych w łodziach, w bliskości morza;" dalej, o Araukanach, mających podobne podania i nadzieje, czytamy, iż chowają oni czasem wodza w pudle. Bonwick wspomina o Australijczykach, iż dawniej w Port Jackson ciało puszczane było na wolę bałwanów w czółnie z kory; z drugiej strony Augas, wykazując nam raz jeszcze, w jaki sposób obrzęd, posiadający kiedyś pewne znaczenie oczywiste, przybiera postać inną, o znaczeniu mniej wyraźnym, powiada, iż mieszkańcy Nowej Walii południowej chowają niekiedy zmarłych w czółnie z kory.

Podobne też świadectwa znajdujemy na półkuli północnej: wśród Czynuków "wszyscy, z wyjątkiem niewolników, chowani są w czółnach lub drewnianych trumnach," Ostiacy "grzebią zmarłych w łodziach," na koniec, pokrewne też zwyczaje panowały wśród starożytnych Skandynawów.

§ 113. Po faktach powyższych możliwym się, staje jeszcze dalsze wyjaśnienie sprawy. Widzimy tu, jakim sposobem w łonie jednego społeczeństwa powstaje wiara w dwa lub więcej światów pozagrobowych. Gdy do wychodźstwa dołączy się podbój, to oczywista, iż najeźdźcy i najechani posiadać będą odrębne siedziby przodków, dokąd powracają ich zmarli. Zazwyczaj, tam gdzie różnice cielesne i umysłowe wskazują na niejednakie pochodzenie klas rządzących i rządzonych, powstaje wiara w odmienne dla nich światy pozagrobowe. Wodzowie Samoańscy "podług mniemania posiadali osobne, przeznaczone dla nich miejsce zwane Pulotu." Widzieliśmy, iż w Peru Inkasowie, oraz tubylcy, udawali się po śmierci do krajów różnych. W mniemaniu niektórych Tongańczyków, tylko wodzowie mają duszę i wędrują do Bolotu, ich nieba: prawdopodobnym tu jest, iż podania później przybyłych zdobywców, oraz wiara w ich powrotną wędrówkę pośmiertną zachowały względną wyrazistość i przewagę. Posługując się kluczem, tu znalezionym, możemy dostrzec, w jaki sposób różne światy pozagrobowe różnych klas jednego społeczeństwa stają się pozagrobowymi światami dobrych i złych. Przypominając sobie, iż wyraz angielski villain, będący dzisiaj tak wymowną nazwą nikczemności, oznaczał niegdyś po prostu sługę, podczas gdy noble początkowo oznaczał jedynie wysokie stanowisko społeczne, nie będziemy powątpiewali o owej skłonności dawnych mniemań do utożsamiania poddaństwa z nikczemnością, zwierzchnictwa zaś — z dobrocią. Przypominając również, że zwycięzcy stawali się klasą wojskową, zwyciężeni zaś — niewolnikami, którzy nie walczą, i że w społeczeństwach, tak ukształtowanych, wartość człowieka mierzy się jego męstwem, spostrzegamy dalszą przyczynę tego, iż pozagrobowe światy klasy wyższej i niższej, będące pierwotnie tylko odrębnymi siedzibami ich odrębnych przodków, poczynają uchodzić za miejsca pobytu dla godnych i niegodnych. Drogą więc naturalną tam, gdzie tubylczy potomkowie mieszkańców jaskiń podbitymi zostają przez rasę najeźdźców, zdarzać się mogło, iż względne miejsca ich domniemanego pośmiertnego pobytu zróżniczkowały się jako miejsca pobytu dla złych i dobrych. W ten sposób powstaje takie np. mniemanie, jakie widzimy wśród ludności Nikaraguańskiej; utrzymuje się tam, że ludzie źli (umierający w domach) idą pod ziemię, do Miqtanteot, gdy tymczasem dobrzy, (ci, którzy umierają na polu bitwy), udają się na posługę bogów tam, gdzie słońce wschodzi, "do kraju, z którego przybyła do nich kukurydza. " Przykład Patagończyków wskazuje nam, iż potomkowie ludzi jaskiniowych, nie podbijani przez najeźdźców, nie zapatrywali się na świat podziemny, jako na miejsce nędzy; przeciwnie, powrót ich pośmiertny do "boskich jaskiń" był powrotem do życia rozkosznego z Bogiem, panującym w krainie mocnych napojów. Ale tam, gdzie, tak jak w Meksyku, zdarzały się podboje, świat podziemny uważanym był, jeżeli nie za miejsce kary, to przynajmniej za miejsce względnie niewygodne.

Tak więc, faktem godnym uwagi jest to, iż domniemana siedziba podziemna, jak np. Hades grecki, nie będąc wcale straszną dla umysłu najbliższych potomków troglodytów, może zróżniczkować się w miejsce mroczne, a z biegiem czasu w miejsce kary, głównie wskutek przeciwieństwa z miejscowościami lepszymi, do których udają się dusze innych, jak np. wyspy na zachodzie, dla ludzi szczególnie mężnych, lub też siedziba niebieska dla wybrańców bożych. Na koniec innym znów, godnym uwagi faktem jest ten, iż okolice najbardziej niegościnne, dokąd wypędza się opornych, w podobny też sposób dają początek Tartarom i Gehennom2).

§ 114. W taki sam sposób ogólny daje się wytłumaczyć ostatnia z nastręczających się tu koncepcyj — koncepcja świata drugiego, położonego powyżej, lub na zewnątrz ziemi. Przejście od pośmiertnej siedziby na górach do takiejże siedziby w niebie, pojmowanym tak, jak je pojmują ludzie pierwotni, nie przedstawia żadnych trudności.

Grzebanie zmarłych na wzgórzach, jest praktykowanym przez wiele ludów; widzieliśmy tez, że istnieją miejscowości, jak np. Borneo, gdzie obok zwyczaju chowania szczątków wodza na jakimś szczycie, mało dostępnym, panuje wiara, że duchy nieboszczyków zamieszkują wierzchołki gór. Prawdopodobnym jest, że w tym wypadku zwyczaj stal się źródłem wiary; chociaż, jak to zobaczymy za chwilę, pewne, na pozór podobne wierzenie powstaje też inną drogą. Tutaj jednak mamy tylko zauważyć, że "najwyższa z gór na widnokręgu" uważaną bywa, jako świat zaludniony przez nieboszczyków, i ze w nierozwiniętej mowie dzikich, mieszkanie na jakimś szczycie podniebnym łatwo może być utożsamiane z mieszkaniem w niebie. Przypominając sobie, iż pierwotnie firmament uważanym bywał za kopułę, wspartą na owych szczytach najwyższych, zrozumiemy, jak nieuchronnie może tu być wyciąganym wniosek, że ci, co mieszkają na owych szczytach, mają dostęp do nieba.

Ale, jakeśmy już napomknęli, obok takiego pochodzenia wiary w niebo, prowadzącego do wniosku, iż dusze zmarłych mieszkają na wierzchołkach gór, lub w niebiosach, możliwym jest, a nawet prawdopodobnym inny jej początek, nie prowadzący do takiego wniosku, lecz przeciwnie — zachowujący siedzibę niebieską dla pewnej odmiennej kategorii istot. Zobaczmy, w jaki sposób rodzi się ta inna wiara. Cofając się przez cały okres cywilizacji aż do czasów barbarzyństwa, spostrzegamy, iż w celach obrony wybierano zwykle miejsca wyniosłe. Świadczą o tym liczne zamki angielskie, świadczą nowożytne i starożytne twierdze nad Renem, średniowieczne miasta i wioski, wieńczące szczyty gór we Włoszech, świadczą wreszcie rozproszone warownie, czepiające się na całym Wschodzie niedostępnych prawie szczytów; słowem, przekonywamy się o tym wszędzie gdziekolwiek znikała dzikość pierwotna, a człowiek znajdywał miejsca, nadające się do obrony. Godoi opisuje pewną twierdzę, zbudowaną na wyniosłości przez starożytnych Meksykanów; Panchowie budują okopy na wysokich szczytach, na koniec Peruwiańczycy obwarowywali wierzchołki gór, za pomocą wałów i rowów. Tak więc zarówno zdobywcy, jak i zdobywani, zużytkowywali miejsca wyniosłe. Szczątki obozów rzymskich, znajdywane na górach Anglii również przekonywają nas o tym zwyczaju. Jasnym jest tedy, iż w czasie starć i podbojów, jakie się ciągle zdarzały, zawładnięcie' wyniosłem stanowiskiem obronnym przez rasę zdobywczą było wypadkiem dość częstym: panowanie zaś tej rasy w wielu razach zależnym było od ustawicznego posiadania tego stanowiska. Opowiadanie Brooke'a o jego długiej walce z wodzem plemienia górskiego na Borneo wskazuje nam, coby się było stało, gdyby stanowisko obronne znajdywało się we władaniu rasy wyższej. Przeciwnik jego obwarował był niedostępną prawie skałę u szczytu Sadoka — góry, mającej około 5000 stóp wysokości i otoczonej górami niższe

mi. Opisywana przez Brooke'a jako "mroczna i wspaniała," przedstawia się ona w podaniach i pieśniach Dajaków, jako "wielka góra, do której żaden wróg nie waży się zbliżyć. " Pierwsze usiłowanie zdobycia tej twierdzy nie powiodło się najzupełniej; druga próba, przy której użyto małego moździerza, nie udała się również; w końcu, dopiero przy pomocy większej armaty, ciągnionej zjednoczonymi siłami całych setek wyjących Dajaków, trzeci szturm uwieńczył się pomyślnym skutkiem. Przywódzca ów, który miał wielu stronników, oraz wodzów podkomendnych, jak Layang, Nauang i Loyioh, zajmujących twierdze drugorzędne, jako forpoczty, niepokonanym był dla plemion sąsiednich i naturalnie napawał je strachem. "Dziadek Rentap," jak go pospolicie zwano, był niebezpiecznie gwałtownym; niekiedy zabijał własnych swych ludzi; nie baczył na uświęcone zwyczaje; pomiędzy innymi gwałtami, pojął on drugą swą żonę z plemienia, które nie chciało z nim sojuszu, porwał ją i uprowadził do swojej nory, a, usunąwszy starą, uczynił z młodej królową Sadoka. Zaczynały się już były wytwarzać o nim zabobonne mniemania. "Przypuszczano, iż węże pozostają w jakimś tajemniczym związku z przodkami Rentapa, lub że dusze tych ostatnich przebywały w owych obrzydłych stworzeniach." Otóż, gdyby zamiast wodza krajowca, mieszkającego w chmurach, (które przeszkadzały podczas ostatniego szturmu), i utrzymującego w strachu całą krainę okoliczną, zstępującego niekiedy dla dokonania jakiegoś czynu zemsty i dającego początek opowiadaniom, która przybierały już charakter wierzeń przesądnych, gdybyśmy zamiast niego przypuścili jakiegoś władcę, należącego do rasy najezdniczej, która, przynosząc ze sobą wiedzę, sztuki, rzemiosła i narzędzia nieznane tubylcom, byłaby uważana za istoty wyższego porządku, jak uważanymi dziś bywają przez dzikich ludzie cywilizowani, wówczas zobaczylibyśmy, iż niechybnie zrodziłyby się legendy o owej rasie wyższej, zamieszkałej w niebiosach. Zważywszy, że w wyobrażeniach tychże Dajaków istoty boskie tak mało różnią się od łudzi, iż o Bogu swym najwyższym i stworzycielu, Tapa, przypuszczają oni, że mieszka "w domu podobnym do mieszkania Malajczyka...," "sam zaś ubrany jest jak Dajak," zrozumiemy, że zdobywcy, usadowionemu w sposób powyższy, przypisano by niechybnie charakter boski; gdyby zaś kraj należał do takich, gdzie częsta susza sprzyjała powstawaniu wiary w sprowadzaczy deszczu i w "trzody niebieskie, " gdyby, tak jak wśród Zulusów, istniała tara wiara w "doktorów pogody," zdolnych "walczyć z błyskawicami i gradem," oraz "ciskać błyskawice innemu doktorowi dla wypróbowania go", to władca ów, mieszkający na szczycie, dokoła którego tworzyły się chmury, skąd przybywały burze, byłby bez wahania uważanym, jako sprawca tych zmian — jako gromodzierżca, trzymający pioruny w swym ręku3); w związku z taką przypisywaną mu władzą, potworzyłyby się niemniej opowieści o jego wznoszeniu się z owego miejsca do nieba, o jego ukazywaniu się wśród ludzi i miłostkach jego z ich córkami. Przypuśćmy tylko, iż upłynął niejaki czas, w ciągu którego legendy uległy wpływom przesady i idealizacji, fakty zaczęły się przedstawiać w powiększeniu, jak to np. było z postępkiem Samsona, walczącego oślą szczeka, albo z walecznością Achillesa, za sprawą którego "ziemia spłynęła krwią," albo tez z bohaterstwem Ramzesa II, który sam jeden zabił 100000 wrogów, przypuśćmy tylko to wszystko, a na pewno dojdziemy do poglądu, iż niebo było siedzibą istot nadludzkich, rozkazujących potęgom przyrody i karzących ludzi4).

Wiem dobrze, iż tłumaczenie takie nazwanym będzie euhemerycznym, i że, nazwawszy je w ten sposób, modni dzisiaj mitologowie będą uważali sprawę za załatwioną. Przytaczając jednak tutaj pogląd ten tylko przygodnie, muszę pozostawić go bez dowodów. Z czasem, po wykazaniu zgodności jego ze wszystkim tym, co bezpośrednio wiemy o pierwotnym sposobie myślenia, będę mógł, jak sądzę, wykazać, iż liczne fakty, napotykane w życiu istniejących dziś plemion niecywilizowanych i na wpół cywilizowanych, nie dają żadnego poparcia upowszechnionym teoriom mitologów, oraz, że teorie owe pozostają również w sprzeczności z prawami ewolucji duchowej.

§ 115. Wniosek ogólny, do jakiego doszliśmy tutaj, jest ten, że idea innego świata przechodzi przez pewne stadia rozwoju. Siedziba zmarłych, którą umysł pierwotny każe im dzielić z żywymi, stopniowo oddala się — tu do sąsiedniego lasu, ówdzie do puszczy bardziej odległej, gdzie indziej zaś na dalekie wzgórza i góry. Wiara w powrót zmarłego do jego przodków, prowadzi do coraz dalszego odsuwania świata pozagrobowego, stosownie do rozmaitych tradycyj plemion; tubylczy potomkowie troglodytów, spodziewają się powrotu do świata podziemnego, z którego się wynurzyli, gdy tymczasem pozagrobowym światem plemion napływowych staje się siedziba ich ojców, do której wędrują po śmierci: bądź lądem, bądź z biegiem rzeki, bądź tez, przeprawiając się przez morza — słowem odpowiednio do położenia owej siedziby. Społeczeństwa, złożone ze zdobywców i zdobytych, posiadając odrębne tradycje o pochodzeniu, posiadają tez oddzielne światy pozagrobowe, które się różniczkują jako wyższe i niższe miejsca pośmiertnego pobytu, a to stosownie do względnego położenia dwóch ras. Podbicie takich ludów mieszanych przez najeźdźców silniejszych, wprowadza dalszą komplikację — dodając im nowy świat pozagrobowy, z cech, swoich mniej lub więcej do tamtych niepodobny. Ostatecznie tam, gdzie miejscem pobytu nieboszczyków, albo istot wyższych, są wierzchołki gór, spostrzegamy przechodzenie do zaziemskiej siedziby w niebiosach, która, zrazu bliską będąc i określoną, powoli staje się nieokreśloną i odległą. Tak tedy, domniemane siedlisko zmarłych, przypadając początkowo na tym samem miejscu, gdzie są siedziby żyjących, stopniowo jest od niech odsuwanym w myśli; odległość jego i kierunek, w jakim się oddala, stają się coraz mniej wyraźne, aż na koniec umysł przestaje umiejscawiać je w przestrzeni.

Tak więc, wszystkie owe koncepcje, biorące początek swój w pierwotnym wyobrażeniu śmierci, podlegają wraz z niem jednakim zmianom stopniowym. Powstanie z martwych, którego zrazu oczekuje się natychmiast, odracza się na czas nieokreślony; duchy nieboszczyków, pojmowane zrazu jako całkiem substancjalne, rozpływają się w eteryczności; życie pozagrobowe, odtwarzające pierwotnie z całą dokładnością żywot ziemski, staje się coraz bardziej do niego niepodobnym; na koniec, siedlisko jego przenosi się z jakiejś dokładnie znanej sąsiedniej miejscowości — do miejsca nieznanego

i nie dającego się wyobrazić.


Przypisy

1) Już po oddaniu do druku powyższego ustępu, spotkałem się z potwierdzeniem tego mniemania. Jeżeli z pierwotnym zwyczajem Hebrajczyków, grzebania w jaskiniach, (jak to wskazuje zakupienie jaskini przez Abrahama), zestawimy ten fakt, iż Szeol znaczy dosłownie "jaskinia," to będziemy mogli wywnioskować, iż wraz z przeobrażeniem się upiora w duszę wiecznie trwały, odbywał się też w pojęciach rozwój jaskini w świat podziemny.

2) Gdy słowa powyższe były pod prasą, znalazłem w najstarszej ze znanych legend, w Babilońskiem podaniu o potopie, dowód tego, iż niebiosa w ówczesnym ich pojmowaniu były krainą, z której przybyła rasa zdobywcza. Siedziba bogów, do której przeniesionym został Xizitthrus za swą pobożność, znajduje się "nad zatoką Perską, w pobliżu ujścia Eufratu," zaś Mr. G. Smith zaznacza, iż była to kraina święta, skąd przybyły istoty, które Babilończyków nauczyły sztuk rozmaitych i którym oni cześć oddawali.

3) ewne wierzenie starożytnych Meksykanów może być przykładem owego pojmowania rzeczy, że istoty żyjące tam, gdzie się gromadzą chmury, są ich sprawcami Tlaloc, albo inaczej Tlalocateuctli (pan raju), był bogiem wody. Nazywali go oni zapładniaczem ziemi... przemieszkiwał on na najwyższych górach, gdzie pospolicie tworzą się chmury... Starożytni wierzyli również, iż na wszystkich wysokich górach mieszkali inni bogowie podwładni Tlaloka. Czczono ich nie tylko jako bogów wody, ale również jako bóstwa gór." Clavigero I. 251 — 2.

4) koncepcja taka, raz się wyłoniwszy, nie koniecznie ma się ograniczać do miejscowości pierwotnej. Burze, szalejące w niebiosach z dala od owej warowni górskiej, posłużyłyby zaraz za dowód, iż gromodzierżca ma dostęp i do innych części nieba; w ten sposób, gdyby np. plemię wywędrowało, to, ponieważ zdarzające się burze byłyby dowodem, ie towarzyszy mu ów pan niebios, usadowiono by go na pewno na innych jakichś górach, z których by pospolicie zstępowały burze.

dr Kamil M. Kaczmarek 12 05 2012